Mordobicie olimpijczyków

Mordobicie olimpijczyków

KSW 47 w Łodzi. W klatce pojawia się trzech wojowników z przeszłością olimpijską. I to jaką! Szymon Kołecki (na zdjęciu) to wicemistrz z Sydney 2000 i mistrz z Pekinu 2008. To jedna z najbarwniejszych postaci podnoszenia ciężarów ostatnich lat. Damian Janikowski w Londynie 2012 wywalczył brąz w zapasach. Trzecia z gwiazd spod znaku kółek olimpijskich to Japończyk Satoshi Ishii – złoty judoka z Pekinu.

Nagromadzenie jakości olimpijskiej wymusza na mnie pytanie, co oni tu w ogóle robią? Dlaczego muszą uczestniczyć w krwawym sporcie, mordobiciu, ryzykując zdrowie, a kto wie może i życie? Dlaczego odcinanie kuponów przez gwiazdy największego formatu wiąże się z zarabianiem na niskich pobudkach, igrzyskach próżności bazujących na zwierzęcych instynktach? Trudno się dziwić Janikowskiemu. Zapasy i mieszane sztuki walki wydają się powiązane i jakoby wynikające jedne z drugich. Judo takoż. Wiele technik stosowanych w MMA bezpośrednio zaczerpnięto z tych „pierwotnych” dyscyplin. Sprawdzają się po prostu pod względem utylitarnym. Obecność zapaśników i judoków w ringach, oktagonach, okrągłych klatkach (jak zwał, tak zwał) to norma od lat. Parterowcy, grapplerzy od zawsze w MMA stanowili przeciwwagę dla stójkowiczów, czyli tych co biją pięściami, łokciami i kopią. Dziś MMA to odrębna jakość czerpiąca z wszelkich stylów to co najbardziej wartościowe dla konkretnych celów.

Można się zastanowić zatem co w tym towarzystwie robi wybitny ciężarowiec. Szymon zawsze wyróżniał się samodzielnością myślenia. Prowadził karierę sportową w sposób racjonalny i trudno mu również odmówić sensowności w tym co u niego dzieje się po zakończonym wyczynie ciężarowym. Płynnie przemknął z bycia działaczem (obezwładniająca afera dopingowa Adriana Zielińskiego w Rio de Janeiro 2016 wymusiła na nim złożenie dymisji ze stanowiska prezesa Polskiego Związku Podnoszenia) do zupełnie innej, choć bazującej na fizyczności, dyscypliny sportu. Mimo prześladującej go w trakcie kariery kontuzji kręgosłupa, jest człowiekiem bardzo, bardzo, bardzo… sprawnym fizycznie. A nade wszystko silnym niczym tur. Po przetarciu w mniejszej organizacji, w weekend w Łodzi zadebiutował w największej w Polsce federacji KSW (znanej niegdyś pod nazwą Konfrontacja Sztuk Walki) i od razu postawiono przed nim strongmana Mariusza Pudzianowskiego, uznawanego przed laty za najsilniejszego człowieka świata. Trudno porównywać faktyczną siłę, bo jak znaleźć punkty wspólne podrzutu, rwania i spaceru farmera? A jednak się dało, choć obaj wymierzyli w siebie colty na neutralnej płaszczyźnie. Zakładam, że Kołeckiego wielokrotnie porównywano z Pudzianowskim i gdzieś obiło mi się o uszy, że faktycznie gdzieś/kiedyś wyraził wolę zmierzenia się z nim. Przydarzyła się taka szansa, a z konfrontacji owej górą wyszedł Kołecki, który w walce uszkodził nogę Pudzianowi na tyle, że ów nie był skłonny podnieść się nawet na orzeczenie werdyktu. Nie ma „mientkiej” gry, taka robota. Podnoszenie ciężarów to sport, który wymusza w pewnym momencie radykalne powiedzenie stop. Bez przeciągających się w nieskończoność spektakularnych powrotów. Ile w końcu można za pół darmo dźwigać żelastwo, aby trzymało się to kupy? Tu mam na myśli zapewnienie godnego bytu materialnego, utrzymanie rodziny itd. Dodatkowo ta dyscyplina akurat jest na wiecznym cenzurowanym (co odbiło się czkawką i Kołeckiemu), choć wciąż znajduje się w programie olimpijskim. Pieniądz musi się zgadzać i były prezes PZPC nie ukrywa, że finanse są jednym z decydujących magnesów jakie przyciągnęły go do MMA. Do tego ma nazwisko, kręci go sport, rywalizacja, sprawdzanie i pokonywanie własnych słabości, a że jest prawdziwym facetem lubi się też bić i uczyć… Niby proste i oczywiste, bo gawiedź lubi barwne postacie, co przekłada się na Pay Per View.

Pamiętam jak krytykowano jednego z najwybitniejszych judoków w historii Pawła Nastulę, kiedy podpisał kontrakt z japońską organizacją Pride. Puryści próbowali chronić judo, jako sztukę walki przez wielkie „S”, szlachetną, obudowaną filozofią. Zarzucali mistrzowi olimpijskiemu z Atlanty ’96 i dwukrotnemu mistrzowi świata, że się rozdrabnia, że niby wielki mistrz a brał udział w zwykłej bijatyce, że się zaprzedał… Fakt, że międzynarodowa kariera Nastuli zakończyła się w kompromitującym stylu podsypała jedynie pożywkę tym teoriom. Krytyka Nastuli nie była bezpodstawna i nie chodzi tu personalnie o polskiego judokę, ale o zjawisko które dało się zauważyć – migrację, a w zasadzie odpływ ludzi z judo. Dziś w tej dyscyplinie pojawiły się potężne pieniądze i co tu kryć, opłaca się być zawodnikiem światowego topu, opłaca się wygrywać największe turnieje międzynarodowe…

Drugie dno stanowi fakt, że MMA to wabik, któremu trudno się oprzeć. Ma hossę. Każda szanująca się sportowa telewizja pokazuje którąś z szerokiego wachlarza gal, bo to się ogląda. Samograj. Gaże zawodników często przekraczają wycenialną przecież wartość medalu olimpijskiego, a są w stanie walczyć znacznie częściej niż raz na cztery lata. W tym miejscu odpowiadamy sobie na pytanie o pobudki Damiana Janikowskiego, który w zapasach nie miałby szans zarobić odsetka tego, co oferuje mu KSW. A przecież gotowy fach ma w rękach (i nie tylko), wystarczy go nieco udoskonalić, doszlifować techniki stójkowe i gotowe. Dla Japończyka Ishii złoto z Pekinu stanowiło bezpośrednią przepustkę do świata MMA. W zasadzie „następnego dnia” po finałowym pojedynku z Abdullą Tangrijewem z Uzbekistanu, zakończył przygodę z olimpijskim judo. Na tym nowym, udeptanym polu jednak przegrał natychmiast, o paradoksie!, z wybitnym judoką, mistrzem olimpijskim z Barceolny ‘92 Hidehiko Yoshidą. Ishii się zadeklarował. Janikowski również (choć szukał swego miejsca i na boiskach futbolu amerykańskiego i w studiach hip-hopowych nagrań), bo mimo prób (vide Krajowa Liga Zapaśnicza) zapasy w Polsce nie gwarantują adekwatnych zarobków. Od 2016 roku trenuje MMA i choć przegrał dwie z pięciu walk (z Materlą i ostatnio z Iliciem), raczej właśnie w tym rodzaju wyczynu będzie się realizował w najbliższych latach nie myśląc wcale o sportowej emeryturze.

Zupełnie inna strona medalu. Przy tych wszystkich wybitnych jednostkach o wielkich nazwiskach, nierzadko ikonach sportu, w klatce spotykają się wygrywające internety kurioza typu siostra Godlewska (akurat nie na KSW, ale chodzi o zjawisko). Ich teatralne sprzeczki na konferencjach prasowych przyciągają jak mięso do rzeźnika w PRL-u. Dla wielu takie freak fighty nie różnią się od freak fightów, w których biorą udział Kołecki z Pudzianowskim przemianowani z innych sportów. A te z kolei walki równają kunsztem z pojedynkami mistrzów olimpijskich w judo czy zapasach. Pomieszanie z poplątaniem, lecz na szczęście po latach klient (nasz pan!) i widz w jednym, nabiera ogłady i zaczyna odróżniać jakość od paździerzu, a koniec końców i tak w tym wszystkim chodzi o pieniądze. Ludożerka płaci, ludożerka ma, a wielkie nazwiska wielkich olimpijczyków magnetyzują i nakręcają koniunkturę dając im jedynie możliwość na przedłużenie kariery, choć nie raz przypomina to bardziej cyrk, niż faktyczny sport.

 

FOT. 400MM.PL


Aktualności

Kalendarz imprez