Montreal 1976. Najlepsze igrzyska Polaków, Comaneci, bojkot i wielkie długi

Montreal 1976. Najlepsze igrzyska Polaków, Comaneci, bojkot i wielkie długi

Pierwszy olimpijski raz w Kanadzie. Zostawił po sobie kilkadziesiąt rekordów świata, rozwój lokalnego sportu i… wielomilionowe długi. Do tego między innymi kilka sporych afer korupcyjnych i oskarżenia o doping. Równocześnie jednak zdaniem wielu były to igrzyska piękne, kreujące nowe gwiazdy i chwile nie do zapomnienia. Polacy przeżyli takich 27. I choć jedną później nam odebrano, to i tak były to najlepsze igrzyska w historii naszego sportu.

6028 sportowców z 92 krajów. W tym 4781 mężczyzn i 1247 kobiet. Rywalizowano w 21 dyscyplinach, podzielonych na 198 konkurencji. Nowościami były kobiece: wioślarstwo, piłka ręczna i koszykówka. Przez dwa tygodnie trwania igrzysk odwiedziło je niemal 3,2 miliona widzów. W telewizji transmisje na żywo obejrzał ponad miliard. Wszystko rozpoczęło się w sobotę, 17 lipca 1976 roku, gdy w obecności pełnych trybun Stadionu Olimpijskiego oficjalnego otwarcia dokonała brytyjska królowa Elżbieta II.

Przyrzeczenie olimpijskie w imieniu sportowców złożył Pierre St. John, lekkoatleta. Wcześniej, jeszcze w trakcie parady reprezentacji, momentem, który szczególnie zapadał w pamięć, było przejście izraelskich sportowców, z czarnymi wstążkami – założonymi dla uczczenia śmierci rodaków na igrzyskach w Monachium, cztery lata wcześniej. Później była typowa ceremonia otwarcia – wniesienie flagi, hymn olimpijski, tańce, pokazy. W końcu przybył i ogień.

Na stadion wnieśli go Stephane Prefontaine i Sandra Henderson. Reprezentowali dwie części Kanady – francusko i angielskojęzyczną. Oboje mieli po 15 lat. On był lekkoatletą, ona gimnastyczką. Z różnych powodów nie zrobili wielkich karier, ale w historii igrzysk się zapisali. Tym bardziej, że był to pierwszy raz, gdy znicz zapaliło dwoje ludzi naraz. Drugi, gdy zapalała go kobieta. Zresztą ze zniczem i ogniem olimpijskim w trakcie tamtych igrzysk działo się sporo ciekawych rzeczy.

Jeszcze przed nimi ogień odwiedził na przykład… kosmos. Z Aten został bowiem przesłany laserem do stacji kosmicznej, a stamtąd – też laserem – do Ottawy. Pamiętnym momentem – choć organizatorzy pewnie woleliby o nim zapomnieć – było również zgaśnięcie znicza. Kilka dni po rozpoczęciu igrzysk Montreal nawiedziły ulewy, które wygrały z ogniem olimpijskim. Jeden z oficjeli postanowił go ponownie odpalić. Tyle że zrobił to zwykłą zapalniczką. A tak nie można – ogień ma być dokładnie tym, który wzięty został z Olimpii. Na szczęście na takie przypadki zawsze wiezie się do miasta-organizatora więcej pochodni. Zgaszono więc znicz po raz wtóry, tym razem umyślnie, a potem odpalono we właściwy sposób.

Tak jak o tym incydencie, tak pewnie zapomnieć chciano by też o tym, że to wcale nie moskiewskie igrzyska, rozgrywane cztery lata później, a właśnie te w Montrealu rozpoczęły modę na bojkotowanie tej imprezy.

Afryka wyjeżdża

Właściwie bojkoty były dwa, niezależne od siebie. Pierwszy nie dotyczył nawet Afryki i mało kto zwrócił na niego uwagę. Igrzyska odpuścił sobie bowiem Tajwan. Kanadyjczycy oficjalnie nie uznawali tego kraju i nie zgodzili się na to, by startował na imprezie jako „Republika Chin”. Ci nie chcieli z kolei użyć innej nazwy i postanowili nie przyjeżdżać za ocean. I na tym faktycznie stanęło.

Azjaci wyszli na tym i tak lepiej niż kraje afrykańskie. Te bowiem w Kanadzie się zjawiły. Ba, wzięły nawet udział w ceremonii otwarcia i przynajmniej tym mogli nacieszyć się ich sportowcy. Bo rywalizować – w zdecydowanej większości – nie mieli szansy. Cała sprawa zaczęła się zresztą już przed otwarciem igrzysk. Dwa dni wcześniej trzynaście afrykańskich krajów zwróciło się do przewodniczącego MKOl, Michaela Killanina, by ten wykluczył z igrzysk reprezentację Nowej Zelandii.

Co ma wspólnego Nowa Zelandia z Afryką? Niewiele. W tym przypadku poszło o rugby. Reprezentanci tego kraju w tym właśnie sporcie udali się na tournée do RPA, gdzie rozegrali kilka spotkań. A Południowoafrykańczycy od 1964 roku byli wykluczeni z MKOl ze względu na politykę apartheidu, wówczas wciąż obowiązującą w ich kraju. Tamtejsi sportowcy nie mogli przez to występować w międzynarodowych zawodach rozgrywanych w jakichkolwiek olimpijskich dyscyplinach. Nowozelandczycy tamtą wizytą naruszyli swoiste sportowe „embargo”, do jakiego nawoływał ONZ.

Tu jednak haczyk – rugby nie było wówczas dyscypliną olimpijską. MKOl nie miał więc tu wiele do gadania i nie mógł wpłynąć na decyzję nowozelandzkiej federacji. Nie zmieniło to jednak faktu, że Afryka wrzała. I domagała się wyrzucenia Nowej Zelandii z igrzysk, argumentując to tym, że pozostawiając ją w gronie rywalizujących w Montrealu reprezentacji, popiera się działania rządu RPA. Międzynarodowy Komitet Olimpijski raz jeszcze wszystkiego się wyparł. Organizacji Jedności Afrykańskiej to jednak nie przekonało. Wkrótce postanowiła ona, że 26 afrykańskich krajów faktycznie wycofa się z igrzysk.

Politycznie był to bardzo dobry ruch. Zwrócił uwagę na sprawę, dodał odwagi protestującym, wzmocnił morale. Pokazał też zdecydowaną reakcję na tragedie, takie jak masakra 350 protestujących w RPA w czerwcu tamtego roku. Sportowo – wręcz przeciwnie. Nie doszło na przykład do bardzo oczekiwanego pojedynku Tanzańczyka Filberta Bayego z Johnem Walkerem, reprezentantem… Nowej Zelandii. Obaj mieli walczyć o złoto na 1500 metrów. Walker wygrał, Bayi mógł to co najwyżej obejrzeć w telewizji. Zresztą, co warte podkreślenia, to właśnie od Tanzanii zaczął się bojkot. Udział wzięły w nim niemal wszystkie kraje Afryki (zresztą nie tylko, do bojkotu przyłączył się też Irak), w tym i Egipt, Kamerun, Maroko oraz Tunezja, których reprezentanci zdążyli już się zaprezentować w kilku konkurencjach, które startowały przed ceremonią otwarcia. Wyłamały się jedynie Senegal i Wybrzeże Kości Słoniowej. Oba kraje nie zdobyły potem żadnego medalu.

Mało brakowało, a za Afryką – żeby zaprezentować z nią solidarność – poszłyby kraje socjalistyczne. Ostatecznie w bloku wschodnim się jednak na to nie zdecydowano, argumentując to tym, że na przelot do Montrealu i przygotowania wydano już sporo pieniędzy. Bojkot więc przesunięto. Dosłownie. Sportowcy, również z Polski, nie pojawili się na igrzyskach paraolimpijskich. – Sytuacja dotycząca olimpiady inwalidów pogorszyła się. Dziś wycofała się Kuba. Węgrzy otrzymali jednoznaczną instrukcję – pójścia w ślady Kuby. Wycofuje się Meksyk. Z KS zostaliśmy sami. […] W powstałej sytuacji nie widzę innego wyjścia jak pójście za innymi i wycofanie naszej grupy – informował polski ambasador w Ottawie 5 sierpnia. Cztery dni później pisał już o wycofaniu polskich paraolimpijczyków.

Bojkot nie był jednak jedynym, z czym zmagać musieli się organizatorzy. Tyle że inne kłopoty na głowę ściągnęli sobie właściwie sami.

Olimpiada problemów

Tak właściwie to mało kto chciał tych igrzysk. Przeciwni byli zarówno obywatele Kanady, jak i państwowe władze, które zresztą odmówiły Montrealowi wsparcia finansowego. Miasto zostało więc samo, ale Jean Drapeu, burmistrz, zapewniał, że dadzą sobie radę. To on doprowadził do tego, że olimpiada ostatecznie, po latach starań, zawitała do Montrealu. Dopiąć swego udało mu się w 1969 roku, gdy w Amsterdamie członkowie MKOl zdecydowali o przyznaniu kanadyjskiemu miastu prawa do organizacji.

Szybko okazało się jednak, że nie będzie to wyłącznie wesoły czas. Montreal już wcześniej był w kiepskiej sytuacji finansowej. Drapeau tymczasem ogłosił, że żaden z kanadyjskich podatników nie wyłoży na igrzyska pieniędzy z własnej kieszeni. Tym samym zrzucił wielki ciężar na barki Rogera Rousseau, przewodniczącego komitetu organizacyjnego. Ten postawił na… sport. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, to poprzednie igrzyska miały w dużej mierze imponować przepychem. Montreal – nieco z konieczności – chciał od tego odejść.

I w sumie się udało. Zresztą trudno było o przepych, skoro niektóre areny zmagań… nie były ukończone nawet w trakcie igrzysk. Na każdym kroku spotykało się jakiejś, mniejsze lub większe, niedoróbki. Gdy rozpoczynała się ceremonia otwarcia, sportowcy wchodzący na stadion mijali pracujących robotników (ukrytych, oczywiście, przed okiem kamer). To był efekt zarówno problemów finansowych, jak i ciężkiej zimy, która utrudniła prace budowlane. Już w 1975 roku zresztą premier Quebecu, Robert Bourassa, ogłaszał, że jeśli będzie taka potrzeba, to zrezygnuje z organizacji igrzysk.

Nie sądzę, by było to konieczne, bo zainwestowaliśmy w nie już sporo pieniędzy. Jednak jeśli ich organizacja będzie się kłócić z potrzebami społecznymi, to oczywistym jest, że to te potrzeby zawsze będą ważniejsze – mówił. Potrzeby miały też igrzyska – wybudowano lub przebudowano w tamtym okresie wiele obiektów sportowych, choćby wielki „basen”, przeznaczony pod poczynania wioślarzy. Warto wspomnieć jeszcze Park Olimpijski, wioskę dla sportowców, hale przeznaczone m.in. dla zapaśników, bokserów i piłkarzy ręcznych oraz wodnych. Wiadomo, igrzyska to inwestycje. Z tymi Montreal poradził sobie zresztą zaskakująco dobrze – zdecydowana większość z aren goszczących sportowców w 1976 roku, została potem zaadaptowana i nadal jest w użytku. Byłoby więc z tym wszystkim całkiem nieźle, gdyby nie ten przeklęty stadion.

Stadion Olimpijski w Montrealu od środka. Fot. Wikimedia

Nazywano go zwykle „Big O”, ale wkrótce wielu mieszkańców Montrealu zaczęło przerabiać to na „Big Owe” – „Duży Dług”. Jean Drapeau mówił kiedyś, że „igrzyska olimpijskie nie mogą mieć deficytu, jak mężczyzna nie może rodzić dzieci”. Wyszło, że bardzo się pomylił. O ile wcześniej w znakomitym stylu udało mu się zorganizować w mieście Expo, o tyle z igrzyskami po prostu zawalił sprawę. Pokonały go warunki pogodowe, rosnące koszty, przedłużające się terminy (prace przy Parku Olimpijskim, w którego skład wchodził też stadion, rozpoczęto 18 miesięcy później niż planowano), a nawet strajki, bo i tych było mnóstwo – łącznie stracono przez nie kilka miesięcy prac.

Czemu Drapeau się nie udało? Powiedzą nam to proste wyliczenia. Stadion Olimpijski miał kosztować 106 milionów dolarów. Kosztował 600 milionów. W dużo mniejszej kwocie miały się zamknąć same igrzyska – przewidywano, że na ich organizację wystarczy 360 milionów. Wyszło, że potrzebne było 1,6 miliarda. A niektórzy wyliczają, że i o miliard więcej. To była finansowa katastrofa, która wyznaczyła pewien trend. Dziś na igrzyskach traci tak naprawdę każdy kraj czy miasto, które zdecyduje się je ugościć. Montreal był jednak pierwszy i dlatego tak spektakularny. – Wszystko, co organizatorzy mogą zrobić, jeśli pojawią się problemy, to rzucać więcej środków na poradzenie sobie z nimi – pisali badacze z Oxfordu, którzy przeanalizowali przypadki kolejnych igrzysk. Montreal właśnie tak postąpił.

Dług, który powstał w 1976 roku, spłacono ostatecznie 30 lat później. A trwałoby to pewnie i dłużej, gdyby nie wprowadzono specjalnego podatku na tytoń. A stadion w tym czasie i tak nie dawał o sobie zapomnieć. W 1977 roku otwarto go dla meczów baseballa, po dziesięciu latach dodano dach (swoją drogą według pierwotnego planu taki miał być już w trakcie igrzysk). Zaledwie cztery lata później jego 55-tonowy fragment odpadł pod naciskiem śniegu. Kolejny w 1999 roku, gdy przygotowywano się do pokazu samochodowego. Do dziś stadion nie może być używany, jeśli warstwa śniegu na dachu przekracza… cztery centymetry. Zimą w Montrealu średnio pada go pół metra miesięcznie. Bardziej wytrzymały dach kosztowałby 200-300 milionów dolarów. A to dla władz miasta za dużo, bo mimo aktualnego stanu rzeczy stadion – od spłacenia długów – na siebie zarabia.

Była też kwestia bezpieczeństwa. I ona podbiła stawkę. Po zamachu w Monachium Kanadyjczykom i MKOl bardzo zależało na tym, by wszystko przebiegło pod tym względem idealnie. 100 milionów dolarów poszło więc na samo zabezpieczenie igrzysk. Policja i wojskowi stali właściwie wszędzie, w wiosce olimpijskiej dało się ich dostrzec na każdym kroku. Olimpiada przestała być otwarta, schowała się za druty i ochroniarzy. Takie to jednak były czasy, taka konieczność. Tu akurat wydatki okazały się być zasadne – odtrąbiono wielki sukces, właściwie nie odnotowano żadnych incydentów. No, poza jednym. W czasie ceremonii zamknięcia igrzysk w grupę 500 tańczących dziewczyn wmieszał się 26-letni Michel Leduc. To, że udało mu się tam przedrzeć, było zaskakujące z dwóch powodów. Pierwszy? Nie miał przepustki. Drugi? Był… nagi.

No i ostatnia rzecz – korupcja. Nie ustrzegły się jej kanadyjskie igrzyska, długo po nich jeszcze pisano o tym, kto ile wziął, i co dał w zamian. W 1980 opublikowano raport dotyczących organizacji olimpiady. Znalazło się w nim m.in. nazwisko Gerarda Nidinga, prawej ręki burmistrza, który za przysługę dostał całkiem ładny dom. Swoją drogą w więzieniu Niding spędził potem… jeden dzień. Zresztą inni winni za kraty również nie trafili na długo. Dokładnie tyle samo odsiedział Regis Trudeau, zakontraktowany przy pracach budowlanych. Obaj zostali też ukarani grzywnami – odpowiednio 75000 i 100000 dolarów.

Mimo tego wszystkiego wielu Kanadyjczyków wspomina te igrzyska naprawdę dobrze. Bo poziom sportowy był wysoki, atmosfera świetna, a po Monachium w ruchu olimpijskim nastała dzięki nim wielka ulga i rozprężenie. Nie przeszkodził bojkot, nie przeszkodziły problemy budowlane i długi. Mówiono o tym, że Montreal zorganizował świetne igrzyska, które naprawdę chciało się oglądać. Do tego, co często się dodaje, bardzo rozwinęły one Kanadę pod względem sportowym. Raz, że pozostawiły po sobie sporo nowych miejsc do treningów i ćwiczeń, a dwa, że wzrosło zainteresowanie samym uprawianiem sportu. Kanada do dziś pozostaje jedynym krajem-gospodarzem, który na “swoich” igrzyskach nie zdobył złota (bilans 0/5/6), ale przy każdej kolejnej okazji, tamtejsi sportowcy przywozili już do kraju co najmniej jedno.

Choć, oczywiście, magiczna atmosfera to w dużej mierze zasługa właśnie tych, którzy walczyli o medale. Może nie wszyscy grali fair, ale w ogólnym rozrachunku wiele nazwisk z montrealskich igrzysk zasługuje na przypomnienie.

Rywalizacja

Największą gwiazdą stała się bez wątpienia Nadia Comaneci. To właśnie w Montrealu zaledwie 14-letnia Rumunka zachwyciła świat. Jako pierwsza w historii otrzymała wówczas perfekcyjną notę 10.0 za ćwiczenia na równoważni pochyłej. Gwiazdami tamtych igrzysk miały być reprezentantki Związku Radzieckiego – Nelli Kim, Olga Korbut czy Ludmiła Turiszczewa. I faktycznie, prezentowały się dobrze. Ale przy Comaneci wypadły mniej więcej tak, jak rywale przy Adamie Małyszu w czasach jego świetności. Rumunka skończyła igrzyska z pięcioma medalami – trzema złotymi, srebrem i brązem.

Do innych wielkich postaci zaliczyć należy z pewnością biegaczy. Alberto Juantorena z Kuby jako pierwszy w historii połączył wówczas zwycięstwa na 400 i 800 metrów. Ten drugi dystans miał być tylko rozgrzewką. Koronną konkurencją Kubańczyka był bowiem bieg o połowę krótszy. Na start na dwóch okrążeniach namówił go polski trener, Zygmunt Zabierzowski (a inny Polak, Jerzy Hausleber, doprowadził do złota chodziarza Daniela Bautistę z Meksyku). Okazało się, że w obu przypadkach Alberto wygrał łatwo. Równie łatwo zwyciężył z rywalami Edwin Moses, który w biegu na 400 metrów przez płotki po prostu nie miał sobie równych. I to nie tylko w Montrealu, ale i przez kolejną dekadę. Przegrał jeszcze nieco później, w sierpniu, ale potem przez 122(!) biegi z rzędu był niepokonany. Na następne złoto olimpijskie poczekał jednak osiem lat, bo Amerykanie nie pojechali do Moskwy.

Don Quarrie z Jamajki miał za to wygrać bieg na 100 metrów. Ale na ostatnich metrach wyprzedził go Hasely Crawford, zdobywając pierwsze złoto olimpijskie w historii Trynidadu i Tobago. Dla Jamajczyka z kolei było to następne wielkie rozczarowanie. Pierwsze przeżył już jako siedemnastolatek na igrzyskach w Meksyku, gdy złapał kontuzję i nie mógł wziąć w nich udziału. Drugie w Monachium. Tym razem wystartował, ale w półfinale biegu na 200 metrów znów wygrała z nim kontuzja. W Montrealu był wielkim faworytem biegu na 100 metrów. Ale i tam się nie udało. Został mu jednak jego koronny dystans, ten dwa razy dłuższy. Tym razem to rywal, Crawford, naciągnął mięsień. A Quarrie pognał do mety i wreszcie zdobył swoje złoto. Olimpijski dublet wywalczył za to na długich dystansach Fin Lasse Viren, który obronił tym samym tytuły z Monachium. Tak wielki sukces sprawił, że zarzucono mu nawet stosowanie dopingu. Nigdy jednak nic mu nie udowodniono.

Były też oznaki absolutnej dominacji. Taką zaprezentowali choćby amerykańscy bokserzy. Pięciu z nich zgarnęło złote medale. W tym wielki Sugar Ray Leonard oraz dwaj bracia – Leon i Michael Spinks. Często wspomina się tamtą ekipę jako najlepszą bokserską reprezentację w historii USA. Z całej piątki – do której należeli jeszcze Howard Davis Jr. i Leo Randolph – tylko Davis nie został zawodowym mistrzem świata. Na tamtych igrzyskach jednak złoto zdobył. Ale nawet Amerykanie skapitulować musieli wobec poczynań Teofilo Stevensona, który w drodze po drugie w karierze złoto wagi ciężkiej posłał na deski wszystkich czterech rywali. A cztery lata później zaliczył mistrzowski hat-trick.

Nadia Comaneci. Fot. Wikimedia

Dominowano też na pływalni. Wśród mężczyzn robili to Amerykanie. Wygrali wszystkie konkurencje poza jedną i ustanowili 11 rekordów świata. Najbardziej brylował wśród nich John Naber, zdobywca czterech złotych medali. Przy każdym z triumfów ustanawiał też oczywiście nowy rekord świata. Pływanie długo było dla niego tylko hobby, ale gdy poszedł na uniwersytet, stało się nagle prawdziwą obsesją. Zaczął trenować jak szalony i szybko przyniosło to efekty. W Montrealu miał ledwie 20 lat i stał się bohaterem całego kraju. A rok później skończył profesjonalną karierę. Bo jak odchodzić to w wielkim stylu.

U kobiet dominowały za to reprezentantki NRD, które wygrały 10 z 11 konkurencji i zgarnęły osiem rekordów świata. Wschodnie Niemcy zaskoczyły zresztą wszystkich, bo w klasyfikacji medalowej zajęły drugie miejsce (za Związkiem Radzieckim). Już wtedy mówiono, że sukcesy tamtejszych sportowców niekoniecznie osiągane są czysto. Pływaczki były bowiem przesadnie umięśnione i mówiły niskimi głosami. Na takie zarzuty ich trener odpowiadał krótko: „Przyjechaliśmy tu żeby pływać, nie śpiewać”. Jak okazało się po latach – doping w NRD faktycznie istniał i to w stopniu bardziej zaawansowanym niż gdziekolwiek na świecie. Ale medali nikomu nie odebrano, bo nie wykryły tego testy, a informacje o dopingu znaleziono jedynie w raportach Stasi już po upadku bloku wschodniego. Swoją drogą wyczytano w nich, że wiele środków Niemcy utopili w… wodach okolicznej rzeki.

O czym jeszcze warto wspomnieć? Z pewnością o Taro Aso, członku ekipy strzeleckiej, który 32 lata po igrzyskach został premierem Japonii. Ministrem sportu Francji został za to Guy Drut, złoty medalista z biegu na 110 metrów przez płotki. W Montrealu swoje złoto w szermierce wywalczył też Thomas Bach, dzisiejszy przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. A na koniu jeździła i rywalizowała księżniczka Anna, córka królowej Elżbiety. W Montrealu ujrzeliśmy też narodziny innej królewskiej rodziny – w rzutach. W 1948 Imre Nemeth wygrał olimpijskie złoto w rzucie młotem. 28 lat lat później najlepszy, ale z oszczepem w ręce, był jego syn. Coś takiego zdarzyło się wówczas pierwszy raz w historii.

Wielkim heroizmem wykazał się za to Shun Fujimoto, który ze złamaną rzepką dokończył ćwiczenia gimnastyczne. O kontuzji nikomu nie powiedział, po postu zacisnął zęby i rywalizował. Gdy po latach pytano go, czy zrobiłby znowu to samo, odpowiedział jednym słowem: „Nie”. Margaret Murdock za to została pierwszą medalistką w strzelectwie. Kobiety startowały wtedy razem z mężczyznami. Amerykanka miała dokładnie taki sam wynik jak Lanny Bassham, jej rodak. Choć ten proponował, by przyznać dwa złote medale, sędziowie zarządzili o dogrywce. Tam wygrał Bassham, ale w trakcie wręczania medali zaprosił Margaret na najwyższy stopień podium.

Złoto w łucznictwie wśród kobiet zgarnęła za to Luann Ryon, która… nigdy wcześniej nie występowała na poziomie międzynarodowym. Pamiętnym wydarzeniem był też złoty medal Bruce’a Jennera (dziś Caitlyn), kojarzonego po latach głównie za sprawą „Z kamerą u Kardashianów”. Za to Borys Oniszczenko, reprezentujący Związek Radziecki, wsławił się jedną z najciekawszych prób oszukania sędziów. W czasie wchodzącej w skład pięcioboju szermierki miał w swej broni ukryty przycisk. Gdy go naciskał, automatycznie zaliczało się trafienie. Odkrył to jego rywal, Jeremy Fox, i Oniszczenkę zdyskwalifikowano. Potem podobno widziano go na Syberii.

A skoro było o wielkich, to warto też wspomnieć o najmniejszych. Dosłownie. Clarence Hill z Bermudów zdobył w Montrealu bokserski brąz. Do dziś kraj ten pozostaje najmniejszym pod względem ludności, jaki ma swój olimpijski krążek. Polska, oczywiście, nie miałaby szans na wygraną w tej klasyfikacji. Ale sportowcy, którzy zdobywali medale w Montrealu mogą chwalić się czymś innym – że przysłużyli się swojej ojczyźnie w osiągnięciu najlepszego wyniku w historii startów Polaków na tej imprezie.

Polska moc

Owszem, więcej medali zdobyliśmy w Moskwie. Ale tam tylko trzy były złote. W Montrealu mieliśmy takich siedem, a w klasyfikacji medalowej zajęliśmy szóste miejsce. To był szczyt naszych olimpijskich możliwości, niesamowity występ, którego przez długie lata na pewno nie powtórzymy (bądźmy szczerzy, gdybyśmy zdobyli choć cztery złota, bylibyśmy w niebie). Do Kanady posłaliśmy wtedy 207 sportowców, którzy przywieźli nam do kraju 27 medali. Tyle że jednego dziś już nie mamy.

I, co gorsza, to też było złoto. O co chodzi? O Zbigniewa Kaczmarka, naszego ciężarowca, który trzy miesiące po igrzyskach i triumfalnym powrocie do kraju dowiedział się, że w jego organizmie wykryto sterydy. Medal musiał odesłać. Ale tego władze już nie nagłaśniały, wolały, by nikt się o tym nie dowiedział. Zresztą dla oficjeli igrzyska były naprawdę sporym wyzwaniem. Obawiano się bowiem, że wiele osób z kadry zostanie na Zachodzie, wybierając lepsze życie poza Polską i komunistycznym światem. Według Artura Paski, historyka, w składzie polskiej ekipy – wśród sportowców, sędziów, dziennikarzy, działaczy i trenerów – znalazło się z tego powodu aż 58 informatorów służb.

Kolejnym problemem, który trapił tęgie głowy, był odpowiedni wybór kibiców, którzy mogli pojechać do Kanady. Do tego trzeba było wszystkich, którzy się tam wybierali, odpowiednio „przeszkolić”, organizowano więc wykłady, na których wyjaśniano zawiłości relacji polsko-kanadyjskich i wpychano do umysłów resztę teoretycznie potrzebnych do przeżycia na Zachodzie informacji. Oczywiście, jako fani jechać mogli tylko ci, którzy „imponowali wzorową postawą ideowo-moralną i działali w ruchu młodzieżowym, mając związki z partią”. To wielki skrót, ten opis ciągnął się znacznie dłużej, uwierzcie. Swoją drogą w tym wszystkim nie zapomniano, by do Kanady wysłać… kilkaset litrów alkoholu. W końcu są sprawy ważne i ważniejsze.

Co ciekawe, stosunki polsko-kanadyjskie były całkiem dobre. Więc wielkich problemów raczej nie przewidywano. I to się sprawdziło. Nie dość, że władze miały powody do zadowolenia ze względu na udaną „operację” (na Zachodzie została tylko jedna osoba, ale wykpiono się hasłem, że to „sprawy miłosne”), to jeszcze sportowcy wracali w glorii olimpijskiej chwały po znakomitych występach. Pozwólcie, że skupimy się na siedmiu złotach, bo to one dały nam tak wysoką pozycję w klasyfikacji medalowej.

Zaczęło się od Janusza Pyciaka-Peciaka. Nasz pięcioboista medal mógł zdobyć już cztery lata wcześniej. Wtedy jednak popełnił wielki błąd na strzelnicy. – Strzelaliśmy z radzieckich pistoletów, amunicja też była tamtejszej produkcji. Naboje były pakowane w pudełkach po 50 sztuk, w jednym rzędzie było ich pięć. Otwierało się pudełko i wylatywała piątka. Wiadomo, że na igrzyskach olimpijskich człowiek automatycznie robi pewne rzeczy, więc musiałem nie zauważyć, że w rządku były tylko trzy naboje, a nie pięć. Strzelałem bardzo dobrze, a tu nagle szczęk broni, nie ma strzału. Odłożyłem pistolet, myślałem, że jest niewypał. W takim przypadku nie byłoby kary. Sędzia otworzył jednak broń, a w środku nie było naboi. Gdybym strzelał dalej i trafił nawet te ósemki, to spokojnie miałbym brązowy medal – mówił po latach Onetowi.

Wielkiej porażki doznał też rok później, na mistrzostwach świata. Wylosował świetnego konia, którego jednak mu odebrano – tłumacząc to błędem w losowaniu. W zamian dostał takiego, który… kompletnie nie chciał się słuchać jeźdźca. Polak nie był w stanie przeskoczyć na nim żadnej przeszkody. Skończyło się dyskwalifikacją i oficjalnymi przeprosinami, które jednak niczego nie zmieniały. Ale Pyciak-Peciak nie rezygnował. – W ciągu czterech lat przed igrzyskami w Montrealu pracowałem jak oszalały i chyba nie było drugiego pięcioboisty, który trenowałby tyle co ja. Taka praca musiała procentować! To co mówię, to nie zuchwalstwo, to prawda – mówił kiedyś Tadeuszowi Olszańskiemu.

A praca faktycznie procentowała. Najpierw przyszło zwycięstwo w prestiżowych zawodach w Armenii, których wcześniej nie wygrał żaden obcokrajowiec. Inni pięcioboiści przewidywali, że Peciak będzie w Montrealu groźny, mówił o tym nawet jeden z oficjeli ze Związku Radzieckiego. Wyszło, że opinie nie były błędne. O ile po pierwszych dwóch dniach – szermierce i jeździe konnej – było średnio, o tyle w trzecim dniu rywalizacji Pyciak-Peciak zaczął nadrabiać. A wiedział, że od rywali lepiej biega i pływa. Czwartego dnia to pokazał. Pobił życiówkę w pływaniu, tracił do Pawła Ledniewa tylko 72 punkty. Nadrobił je w biegu. I zgarnął złoto, którego pierwsi gratulowali mu szczęśliwi… Węgrzy.

– Po zdobyciu złotego medalu, kiedy już spałem, przyszli do mnie w nocy w wiosce olimpijskiej szefowie PKOl i wręczyli mi kopertę. Byłem zaskoczony, co to jest? Nie wiem już dokładnie, ile tam było w tej kopercie, chyba tysiąc dolarów. Dla mnie liczył się przede wszystkim medal – wspominał na łamach „Przeglądu Sportowego”. I dodać trzeba, że pamiętał dobrze – faktycznie dolarów był tysiąc. Za srebro dostałby 750, a za brąz 500. Takie były wówczas (nieoficjalne) stawki.

Tysiaka otrzymał też Kazimierz Lipień, który okazał się najlepszym zapaśnikiem w kategorii do 62 kilogramów. To było nasze pierwsze złoto olimpijskie w stylu klasycznym. Co ciekawe, raz w tamtym turnieju nawet przegrał. Ale to nie przeszkodziło mu w zgarnięciu złota – system był taki, że Nelsona Dawidiana, z którym przegrał Polak, pokonał z kolei Laszlo Reczi. A z tym znów wygrał Lipień. I tak się to kręciło. Swoją drogą w tym samym czasie, co Kazimierz, walczył też Józef, jego brat bliźniak. Ten jednak miał swoje problemy – na ostatnią chwilę, w saunie, zrzucał dwa kilogramy wagi. I to nie pozwoliło mu zająć wysokiego miejsca. Skończył na dziesiątym, ale mógł się cieszyć z wielkiego sukcesu brata. Historia Kazimierza kończy się jednak smutno – zmarł nagle, w wieku zaledwie 56 lat. Przebywał wtedy w Nowym Jorku.

W Montrealu zdobyliśmy też ostatnie bokserskie złoto. Po latach wspaniałych występów i złotych żniw w tej dyscyplinie, kończyły się one właśnie w Kanadzie. Mistrzostwo olimpijskie wywalczył wtedy w wadze lekkośredniej Jerzy Rybicki. Walczył znakomicie, choć bliski porażki był już w półfinale. Ukrainiec Wiktor Sawczenko rzucił go wtedy na deski. Zresztą nie tylko jego, przez cały turniej jego cios budził strach u rywali. Rybicki wiele sobie z tego jednak nie zrobił. Przeprosił tylko trenera, zapewnił, że straty odrobi i w trzeciej rundzie kompletnie rozbił rywala. Nie było wątpliwości, że z takim nastawieniem wygra i w finale, gdzie napotkał Tadija Kacara z Jugosławii. Po walce nadal ich nie było – sędziowie punktowali jednogłośnie. W górę powędrowała ręka Polaka.

W Kanadzie rządzili też polscy skoczkowie. Sukces odniósł wtedy młody, ambitny i drażniący wielu swoim podejściem Jacek Wszoła. – Igrzyska olimpijskie dla mnie stały się ważne dopiero po zdobyciu medalu. Złoty medal z Montrealu i zrozumiałem, że nie są to duże zawody. To coś więcej! Kiedy jechałem na te igrzyska, w jednej z gazet, pamiętam, przeczytałem, że mam szansę być trzeci. Wściekłem się. Dlaczego trzeci? Dlaczego Stones ma być pierwszy? Nienawidzę tego typu klasyfikacji. I okazało się, że to tylko papier. Trochę druku bez znaczenia. Wygrałem ja. Wtedy właśnie czułem się sobą, czułem się najlepiej. Tego dnia, kiedy na oczach milionów ludzi, w strugach deszczu, skakałem najwyżej w Montrealu. Byłem swobodny i radosny. Taką radość nieczęsto można w życiu przeżyć i na pewno nie da się jej opowiedzieć – pisał kilka lat po igrzyskach.

Wszoła zawsze nastawiał się, że wygra. Bywało różnie, na przykład cztery lata później w Moskwie, gdzie był faworytem, zgarnął tylko srebro. „Tylko”, bo regularnie powtarzał, że wszystko poza pierwszym miejscem jest dla niego porażką. – Wiem, czego naprawdę nie lubię i co mi psuje igrzyska. Jakkolwiek by to tandetnie brzmiało, dla mnie igrzyska są świętem. Nie tylko dla mnie, ale i dla wszystkich sportowców. Święto wyczekiwane przez nas jak Boże Narodzenie przez małe dzieci. Boże Narodzenie, na które trzeba ciężko zapracować. I potem, kiedy już czekam w napięciu, żeby zwyciężyć, jacyś obcy ludzie zaczynają liczyć punkty, podsumowywać, przewidywać… Może to trochę dziecinne, ta złość. Może śmieszne kiedy powiem, że któreś tam punktowane czy niepunktowane miejsce nic mnie naprawdę nie interesuje. Ważne, żebym był najlepszy, skoczył najwyżej. Za dużo olimpijskiego szumu, szumu który nie jest gwarem świątecznym, tylko echem niepokoju. Powinna być sportowa walka i zwycięstwo – mówił.

W Montrealu się mu udało. W padającym deszczu skakał wręcz znakomicie. Miał zaledwie 20 lat, a już zdobył złoto olimpijskie w trudnej, technicznej konkurencji. Dwight Stones, wielki faworyt, nie poradził sobie przy takiej pogodzie. Choć jeszcze niedawno skakał 2,31 m, bijąc przy tym rekord świata, w Montrealu nie zdołał osiągnąć nawet 2,25, bo taka wysokość wystarczyła do zwycięstwa. A Wszoła był na deszcz przygotowany.

To był bardzo trudny konkurs, trwał ponad cztery godziny. […] Musielibyśmy mieć cały wór sprzęt, aby po każdym skoku przebierać się w suche rzeczy. Przenikliwe zimno. Przypomnę, że to działo się pod koniec lipca. Należało oczekiwać pogody wakacyjnej, ciepła, wieczoru zakończonego miłym akcentem, zwieńczającego wielomiesięczną pracę. Spotkały nas tymczasem zupełnie inne warunki, bo każdy raczej szykuje się w warunkach idealnych, cieple i tak dalej. Uprzedzając pytanie, ja byłem na takie coś przygotowany. Mój papa stwierdził, że żyjemy w pewnym obszarze komfortu, że trenujemy w cieple, startujemy w idealnych warunkach. Na początku maja już mieliśmy pełnię lata. Kończyłem przygotowania w Formii we Włoszech, pierwsze zawody, rekord Polski. Na ostatnim zgrupowaniu przygotowawczym ojciec stwierdził, że jest za dobrze, że musimy coś zmienić, aby przełamać rutynę. Stwierdził, że tak nie może być. Przed każdym treningiem technicznym lał wodę na rozbieg. Przy pierwszym takim treningu byłem oburzony, ale później się przyzwyczaiłemmówił nam w wywiadzie.

Jacek Wszoła na igrzyskach w Montrealu. Fot. Newspix

Złoto zdobył też inny skoczek – o tyczce – Tadeusz Ślusarski. Zresztą również w deszczu. Choć wielkim faworytem wśród Polaków był ten, który swój tytuł mistrza wywalczył cztery lata później. Władysław Kozakiewicz wspaniale skakał jeszcze 12 lipca, gdy na stadionie Skry zorganizowano wielki mityng. Atakował wtedy nawet rekord świata. Pobić się nie udało, ale widać było, że jest w znakomitej formie. Na treningach już w Montrealu też było znakomicie. Rywalizować mogli z nim tylko David Roberts (rekordzista świata) i Earl Bell, dwaj Amerykanie. W eliminacjach Kozakiewicz dostał się pierwszym skokiem do finału. By to zrobić, wystarczyło tylko przeskoczyć 5,10 m. Dwóch skoków potrzebował za to Ślusarski.

Wszystko wskazywało więc na „Kozaka”. Aż tu nagle przytrafiła się tragedia. Na rozgrzewce nasz faworyt źle wylądował, skręcił kostkę u lewej nogi. A to z niej się odbijał. Niemal nikt tego nie zauważył. Dopiero w trakcie konkursu, gdy Polak utykał, ludzie zaczęli się czegoś domyślać. Ślusarki mówił później, że gdy widział jak Kozakiewiczowi z sekundy na sekundę puchnie noga, był przerażony. Ale to on miał zastąpić kolegę. Choć miał problemy.

– Chciałem przed startem wziąć zastrzyk znieczulający, ale doktor Sowiński sprzeciwił się. Powiedział że nie może zrobić zastrzyku, bo jak wygram i pójdę na kontrolę antydopingową, to jeszcze wykryją jakąś substancję i stracę złoty medal. Lubię takie mowy i byłem wściekły, bo bardzo mnie ta pięta bolała i nie wiedziałem, jak będę skakał. Owinąłem stopę dwoma elastycznymi bandażami, włożyłem skarpetkę, ledwo mi noga weszła w kolce. Gdyby nie to, nie bałbym się nikogo – ani Robertsa, ani diabła nawet. Ale i tak wygrałem. Całe szczęście, że odbijam się z lewej, a nie z prawej nogi. Bo gdybym prawą nogę miał mocniejsza, złoty medal mógłby dostać ktoś inny. A tak jest nasz – mówił, już po konkursie, Olszańskiemu.

Skakał wspaniale. Do 5,50 m doskoczył zgodnie z planem – w trzech skokach. To zresztą wtedy zaczęło padać, a błąd taktyczny popełnił Bell, który, po strąceniu poprzeczki, postanowił przenieść swoje skoki na kolejną wysokość. Deszcz się jednak tylko nasilał. Nikt nie skoczył w tych warunkach 5,55 m. Został tylko Roberts, który postanowił bezpośrednio atakować 5,60. Nie udało mu się, choć za drugim razem publika zaczęła świętować. Poprzeczka została bowiem na miejscu. Okazało się jednak, że Amerykanin… źle wszystko obliczył – skoczył przed poprzeczką, a opadał już pod nią. Ślusarski, po długim, nerwowym oczekiwaniu został więc mistrzem olimpijskim. A potem, jak przystało na mistrza, komplementował rywali i mówił, że innego dnia wyniki byłyby zapewne inne. Ale konkurs, jak odpowiedział Roberts, rozgrywa się tylko raz, w jeden dzień. I wtedy najlepszy był właśnie Tadeusz Ślusarski.

Było też i złoto w biegach. W 1968 roku Irena Szewińska też była złota (i brązowa), ale więcej mówiło się o tym, jak to zgubiła pałeczkę w sztafecie. Oskarżano ją nawet – w antyżydowskiej atmosferze – że zrobiła to umyślnie. Polka była zmęczona, zdecydowała się zrobić sobie przerwę, urodziła dziecko. Wracała powoli. Pierwszy bieg po ciąży skończyła na ostatnim miejscu. W końcu jednak znalazła odpowiedni rytm. Na igrzyskach w Monachium wywalczyła brąz. W 1973 pierwszy raz po powrocie wygrała rywalizację na mityngu. Przed igrzyskami w Montrealu znów była najlepsza i faworyzowana. Jej rywalki były młode, znacznie młodsze od niej. Ale to ona miała niezbędne doświadczenie. Choć na 400 metrów, na których miała startować, przeszła przecież nie tak dawno temu.

– To była inna olimpiada – wspominała w rozmowie z Januszem Atlasem. – Niby ta sama, lecz inna. Coraz mniej spontaniczności, coraz więcej powagi, dążenia za wszelką cenę do zwycięstwa. Same igrzyska – wystawne, szokujące osiągnięciami w dziedzinie techniki i architektury, ale oddalające się od zawodnika jako człowieka. Czasami miało się wrażenie, że wyprowadzają nas jak na arenę. I ja już byłam inna. Tokio z 1964 nie mogło się powtórzyć. Tam startowałam w trzech konkurencjach, radość, entuzjazm i sukces tworzyły jedną wielką przygodę. Gdybym przegrała, moje niepowodzenie zostałoby wpisane do rachunku racjonalnych strat. Potem zawsze musiałam. Musiałam, dopisywało szczęście, presja nie malała. W 1976 wszystkie siły skoncentrowałam na jeden bieg, na 400 m. Pobiegłam z całą znajomością rzeczy, swego organizmu, wiary we włożoną pracę, przekonanie Janusza [męża – przyp. red.]. W pierwszych próbach – lekko, bez wysiłku, trwonienia energii, co przeraziło niektórych, doprowadzając do małej histerii. Grą o wszystko miał być dopiero finał.

I finał faktycznie był o wszystko. Choć trudno pisać tu o jakiejś rozgrywce. Od wystrzału starta Szewińska po prostu biegła przed siebie. Na pełny gaz, bez odpuszczania. Długim krokiem. Mocno. Szybko. Niemalże bez wysiłku, pięknie, jak to ona. Do ostatniej prostej rywalki mogły mieć jeszcze nadzieje, że Polka się zmęczy. Ale na niej kompletnie je odsadziła. Wygrała ze sporą przewagą, w fantastycznym stylu i z nowym rekordem świata – 49,29 s. To był jej ostatni medal olimpijski. W Moskwie, cztery lata później, żegnała się z igrzyskami, ale na podium już nie stała.

Pamiętny – bo jedyny taki – złoty medal zdobyli też siatkarze po wodzą Huberta Wagnera – „Kata”. Jacek Wszoła mówił potem, że brał wzór właśnie z tej ekipy, bo zaimponowała mu swoją walecznością. Faktycznie, siatkarze zaczynali od przegranego seta lub setów niemal każdy mecz na tamtych igrzyskach. A potem i tak pokonywali rywali. W finale było już 0:2, a i tak skończyło się złotem. I to w meczu ze Związkiem Radzieckim. Dla polskich fanów było to święto sportu, absolutne szaleństwo, coś wspaniałego. W Polsce był wczesny poranek, a mecz oglądały miliony osób.

Wagner już przed igrzyskami zapowiadał złoty medal. Irytował tym wielu. Ale tak było od zawsze. Jeszcze jako zawodnik wypominał trenerowi, co ten zrobił źle na igrzyskach w Meksyku. W zamian nie pojechał do Monachium. Rok później sam był już trenerem, mając na karku zaledwie 32 lata. Wzbudziło to ogromną konsternację – Wagner był bowiem konfliktowy, wszystkowiedzący, kontrowersyjny i niepewny ideowo. Ale postawiono właśnie na niego, choć wielu się dziwiło.

– Byłem tą nominacją bardzo zaskoczony. Wagner wcześniej nie prowadził żadnego zespołu, nie miał nawet skończonych studiów na AWF. Poza tym znaliśmy się dobrze ze wspólnych występów na boisku i wiedziałem, że ma trudny charakter. Był apodyktyczny, przekonany o swoich racjach. Pamiętam jak kiedyś został wyrzucony z boiska podczas meczu i na ławce krzyczał tak głośno do trenera, że wszyscy słyszeli: „Wpuść mnie teraz, słyszysz, wpuszczaj mnie!” – wspominał po latach Edward Skorek w „Przeglądzie Sportowym”.

Wagner z takich opinii nic jednak sobie nie robił. Wręcz przeciwnie. Janusz Atlas wspominał kiedyś, jak to poszedł na wywiad z nowym selekcjonerem. – Na mój gust, Wagner mówił zbyt śmiało. Wszystko z góry wiedział, odgrażał się, obiecywał rozprawę z klubami, przedstawiał się jako zwolennik “twardej ręki” i reżimu treningowego, w którym nie może być miejsca na demokratyczne dyskusje. Mówił o MŚ za rok i o IO za trzy lata. Na tych zbliżających się mistrzostwach trzeba zdobyć olimpijski awans, a wiadomo, że awansuje tylko jeden zespół. Ten, który wygra, ewentualnie zajmie drugie miejsce, lecz tylko wtedy, jeśli złoty medal zdobędą Japończycy – najlepsi w Monachium…

Wszystko się jednak spełniło. W Meksyku Polacy byli najlepsi, a na punkcie kadry Wagnera od razu oszalała cała Polska. Zawodnicy tymczasem zasuwali. Dziś wspominają, że trenowali jeszcze ciężej, niż to się zwykle opowiada. A przecież treningi Wagnera i tak są legendarne. Podobnie jak jego decyzje. Przed igrzyskami wyrzucił z kadry najpierw Stanisława Gościniaka – gościa, który na mistrzostwach świata grał pod siatką niesamowicie i stał się ulubieńcem kibiców – bo ten na kilka miesięcy wyjechał grać do Stanów. Niedługo po tym do grona skreślonych dołączył Wiesław Czaja, czyli siatkarz, którego wcześniej… wypatrzył sam Wagner. To on zresztą zdobył decydujący punkt w finale mistrzostw świata. Decyzję trener podjął tylko dlatego, że Czaja nie chciał zmienić klubu, wolał grać w Częstochowie, w II lidze. Wagner stwierdził, że skoro Wiesiek przestraszył się takiego wyzwania, to nie może na niego liczyć w meczach o wielką stawkę na igrzyskach.

Kibice walczyli o swoich ulubieńców, ale to nic nie dało. Wiele można było o Wagnerze powiedzieć, ale zawsze był niezależny. Jego decyzje należały wyłącznie do niego. Minusem było to, że jak już jakąś podjął, to jej nie zmieniał. Broniły go jednak wyniki. I emocje, jakie dawał kibicom. Na igrzyskach Polacy rozpoczęli od dwóch przegranych setów, a potem odrobili straty i – po dramatycznej końcówce – ograli Koreę Południową. Później łatwo pokonali reprezentację Kanady i, znów w pięciu setach, po grze na przewagi mocną ekipę Kuby, która miała nawet w górze piłkę meczową. Gdyby ją wykorzystała, prawdopodobnie zajęłaby pierwsze miejsce w grupie kosztem Polski. Kubańczycy jednak popsuli sprawę, a Polacy ostatecznie okazali się lepsi.

Potem – w czterech setach – ograli Czechosłowaków. W półfinale gorsi od nas okazali się Japończycy, obrońcy tytułu, którzy chcieli wziąć rewanż za porażkę w finale mistrzostw świata. Spotkanie znów trwało pięć setów, znów w piątym świetni byli Polacy i to oni wygrali. Już wtedy byliśmy pewni medalu. W finale długo wydawało się, że skończy się na srebrze, obawiano się też, że do Polaków przyjdzie odgórny „nakaz”, by mecz po prostu przegrać. Nic takiego nie miało jednak miejsca, a podopieczni Wagnera we wspaniałym stylu odrobili straty i zdobyli złoto. I to mimo tego, że już przed finałem na parkiecie spędzili 11 godzin, podczas gdy Rosjanie zaledwie pięć. Mordercze treningi dawały efekty.

Wszystko rozpadło się jednak, gdy wrócili do kraju. Zawodnicy narzekali na Wagnera, mówili, że mają dość jego metod. Byli zmęczeni i tak naprawdę nie cieszyli się nawet przesadnie z wywalczonego złota. Jednak tytułów mistrzów olimpijskich nikt nie mógł im odebrać. I zapewne każdy z nich powiedziałby, że było warto przez to przebrnąć. Warto tu jeszcze dodać, że na tamtych igrzyskach zdobyliśmy trzy medale w grach zespołowych. Ten siatkarzy fetowano. Cieszono się także z niespodziewanego brązu piłkarzy ręcznych. A srebro podopiecznych Kazimierza Górskiego w piłce nożnej uznano… za porażkę. Ot, niesprawiedliwość dziejowa.

A na zakończenie tego tekstu, by oddać im sprawiedliwość dziejową, wspomnijmy też tych, którzy do kraju przywieźli inne medale.

Srebra dla Polski zdobywali więc: Andrzej Gronowicz/Jerzy Opara (kajakarstwo), drużyna kolarzy (Mytnik/Nowicki/Szozda/Szurkowski), Bronisław Malinowski (lekkoatletyka), Grzegorz Cziura (podnoszenie ciężarów), sztafeta 4×400 m (lekkoatletyka, Jaremski/Pietrzyk/Podlas/Werner) i reprezentacja piłkarzy nożnych.

Brązowe medale przywieźli do kraju: Leszek Błażyński, Leszek Kosedowski, Kazimierz Szczerba i Janusz Gortat (wszyscy boks), Marian Tałaj (judo), Mieczysław Nowicki (kolarstwo), Kazimierz Czarnecki i Tadeusz Rutkowski (obaj podnoszenie ciężarów), Wiesław Gawlikowski i Jerzy Greszkiewicz (obaj strzelectwo), Czesław Kwieciński i Andrzej Skrzydlewski (obaj zapasy) oraz drużyna piłkarzy ręcznych.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Wikimedia


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Konrad Wągrowski
Konrad Wągrowski
2 miesięcy temu

“A potem i tak pokonywali rywali. W finale było już 0:2, a i tak skończyło się złotem.”- nieprawda, w finale nie było nigdy 0:2, było 0:1, 1:1, 1:2, 2:2, 3:2.

Aktualności

Kalendarz imprez