Minuta na wagę złota. Niefrasobliwy Coleman uciekł dyskwalifikacji

Minuta na wagę złota. Niefrasobliwy Coleman uciekł dyskwalifikacji

Następca Usaina Bolta nie zostanie wykluczony z udziału w igrzyskach olimpijskich w Tokio 2020. Christian Coleman – lider tegorocznych światowych tabel w biegu na 100 metrów – w kuriozalnych okolicznościach uniknął dyskwalifikacji za trzykrotnie minięcie się z testerami, którzy chcieli przebadać go na obecność dopingu. Zazwyczaj takie wykroczenie jest karane przynajmniej rocznym zakazem startów. Amerykanina uratowała nie tylko korzystna dla niego interpretacja skomplikowanych przepisów, ale także zwykłe szczęście.

Na ostatniej prostej przed lekkoatletycznymi mistrzostwami świata w Katarze to właśnie Coleman był powszechnie uważany za głównego faworyta do złota. Wielką formę potwierdził w tym sezonie choćby podczas krajowych mistrzostw, na których to zdeklasował weterana po przejściach – Justina Gatlina. Jego czas z czerwcowego mityngu w Palo Alto (9.81 s) wciąż otwiera tabelę najlepszych tegorocznych wyników. Podobne wyniki osiągał także w 2017 i 2016 roku. Jego drogę i niedawne kontrowersje opisaliśmy zresztą niedawno w oddzielnym tekście.

Najszybszy człowiek świata uciekł przed kontrolą dopingową?

 

Kontrowersje pojawiły się w połowie sierpnia. Dziennikarze “Daily Mail” ujawnili, że sprinter jest zamieszany w sprawę, która przynajmniej w teorii powinna zakończyć się poważnymi konsekwencjami. Choć trzykrotne niepoddanie się testom to nie to samo co pozytywny wynik testu dopingowego, to w świetle przepisów jest traktowane podobnie. Dyskwalifikacja jest gwarantowana – w zależności od stopnia winy oskarżonego może potrwać rok lub dwa lata.

Colemana nie urządzał żaden z tych scenariuszy. W obu przypadkach nie mógłby wystąpić podczas tegorocznych mistrzostw świata w Katarze oraz igrzysk olimpijskich w Tokio. Aby zrozumieć istotę jego problemu, najpierw trzeba zdać sobie sprawę z wymagań stawianych dziś najlepszym lekkoatletom świata. Na obecność niedozwolonych substancji są testowani nie tylko podczas największych imprez, ale także poza zawodami – nawet w okresie roztrenowania. W trakcie roku kalendarzowego to kilkanaście razy.

Amerykańskich sportowców bada przeważnie Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA), która działa zgodnie z przepisami i wytycznymi Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Wszystkie zasady precyzuje skomplikowany regularmin International Standard for Testing and Investigations (ISTI). W praktyce wygląda to tak, że zawodnicy i zawodniczki co kwartał muszą dostarczać szczegółowe informacje dotyczące miejsce pobytu z wyznaczeniem codziennego godzinnego “okna” na testy. Oczywiście jeśli ich plany zmieniają się z dnia na dzień, mogą aktualizować swój kalendarz mailowo.

Kluczowa dla całej sprawy jest zasada jednej godziny –w tym czasie lekkoatleta musi być dostępny do przebadania pod wskazanym wcześniej adresem. Od strony formalnej istnieje jednak kluczowe dla całej sprawy rozróżnienie. Całkowite minięcie się z testerem i brak pobrania próbki (“missed test”) w świetle przepisów ma nieco inną wymowę niż nieporozumienie wynikające z braku aktualizacji danych lub błędu w wypełnieniu formularza (“filing failure”).

Jak liczyć rok?

Wiadomo, że w przypadku Colemana testerom nie udało się zrealizować swoich zadań 6 czerwca 2018, 16 stycznia 2019 i 26 kwietnia 2019 roku. Dwa z trzech testów próbowali przeprowadzić wysłannicy USADA, jeden przedstawiciel Athletics Integrity Unit (AIU) – specjalnie powołanej przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) komórki do spraw walki z dopingiem.

Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Oba rodzaje przewinień liczą się wprawdzie w końcowym rozrachunku, ale kontrowersje budzi sposób wyznaczania granicznych dat. W przypadku minięcia się z testerem („missed test”) liczy się bowiem dzień, w którym doszło do zdarzenia, ale w drugim przypadku („filing failure”) jest już inaczej. Datę liczy się od pierwszego dnia danego… kwartału. Dlaczego stosuje się taką jednostkę czasową? Bo to właśnie co kwartał lekkoatleci muszą aktualizować kwestie formalne.

Czy ma to sens? Niespecjalnie. W praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że w praktyce 6 czerwca 2018 roku zamienia się w 1 kwietnia 2018 roku, a 26 kwietnia 2019 roku w 1 kwietnia 2019 roku. Wtedy te daty nie mieszczą się już w regulaminowym przedziale, który obejmuje 365 dni. W związku z tym nie ma mowy o żadnym przewinieniu. Dlatego też Coleman ostatecznie nie stanął przed specjalnym trybunałem, który wydałby potem ostateczną decyzję.

W przypadku amerykańskiego sprintera wymowne są jednak szczegóły. Pierwsza z jego “wpadek” ma wprost wyjątkowy wymiar. Zgodnie z protokołem między 7 a 8 rano biegacz powinien być dostępny do badania w swoim domu w Tennessee. Tak przynajmniej zadeklarował w formularzu. Tymczasem kontroler pojawił się przed jego rezydencją o 7:55, ale procedurę rozpoczął o… 8:01. Zatem uż po wyznaczonym limicie czasowym.

Choć Colemana ostatecznie w ogóle nie było o tej porze w domu (leczył kontuzję w Oregonie), sprawa została potraktowana jako błąd formalny (“filing failure”) a nie minięcie się z testerem (“missed test”). Gdyby tester rozpoczął procedurę o 7:59, sprawa prawdopodobnie zostałaby potraktowana inaczej, a sam sprinter nie uciekłby od dyskwalifikacji.

Ten mechanizm jest skomplikowany dla przeciętnych kibiców, ale w meandrach systemu pogubili się także przedstawiciele USADA. To precież oni jeszcze kilka dni temu poinformowali w oficjalnym komunikacie o wszczęciu postępowania, którego finał zaplanowano na pierwszy tydzień września. Absurd polega na tym, że przedstawiciele tej organizacji powinni przecież najlepiej wiedzieć, że sprawy tak naprawdę nie ma – i to właściwie z ich winy.

“Szkoda, że ten system tak działa. Christian miał po prostu szczęście, wokół niego jest silna grupa doradców. Bez tego nie udałoby się wyjaśnić tej sprawy tak szybko. Nie wiem, czy jakikolwiek inny sportowiec miałby takie szczęście. Zawodnicy odpowiadają za swoje działania, ale tak samo odpowiedzialna powinna być USADA” – tłumaczył Emmanuel Hudson, menedżer Colemana.

Dlaczego wciąż startował?

Ciekawe światło na całą sprawę rzucił Alan Abrahamson. Według amerykańskiego dziennikarza całe zamieszanie to przede wszystkim strzał w stopę organizacji walczących z dopingiem w sporcie, które zrobiły raban przed zastanowieniem się nad wagą własnych argumentów. Zupełnie przy okazji wszyscy mogli poznać także kulisy walki z dopingiem w sporcie, która czasami przybiera absurdalne oblicze. Trudno zrozumieć, w jaki sposób minutowy poślizg testera może do tego stopnia zmienić to, że Colemana nie było tam, gdzie powinien być.

Sprinter ma zresztą wytłumaczenie na każdą okoliczność. Za pierwszym razem leczył się w innym miejscu niż wskazane i zapomniał nanieść zmiany. Drugie wykroczenie – jedyny “missed test” w świetle przepisów – miał miejsce gdy Coleman… źle spojrzał w kalendarz. Pomylił się kalkulując datę powrotu – był na miejscu następnego dnia, a kontrolerzy nie znając jego sytuacji akurat postanowili go sprawdzić dzień wcześniej.

Być może najbardziej absurdalne w całej sytuacji jest to, że mając świadomość stąpania po cienkim lodzie po dwóch przewinieniach amerykański sprinter dopuścił się trzeciego. 26 kwietnia 2019 roku Coleman wyznaczył godzinę na testy między 7:30 a 8:30 w swoim nowym domu. Oprócz tego zaznaczył jednak, że jest dostępny do badania między 14:00 a 17:30 w placówce treningowej… w zupełnie innym stanie. Aby być w obu tych miejscach w określonych porach musiałby się rozdwoić, nie było to fizycznie możliwe.

Jakim cudem sprinterowi upiekło się tak lekkomyślne zaniedbanie? Tester USADA pojawił się pod jego mieszkaniem, ale o… 12:09. Ta godzina nie została zgłoszona przez zawodnika, więc znowu mamy do czynienia z uchybieniem formalnym, a nie ominięciem testu, które w istocie miało przecież miejsce. Najciekawsze jest to, że Coleman był wtedy na zawodach… w jeszcze innym stanie (!), o czym poinformował zresztą dzwoniącego do niego testera.

W całym tym bałaganie do myślenia daje także tempo reakcji. Trzecie uchybienie lekkoatlety miało miejsce pod koniec kwietnia, a już 2 maja został o wszystkim oficjalnie poinformowany. Młyny sprawiedliwości mielą jednak powoli i nie do końca dokładnie. W międzyczasie Coleman jeździł przecież na kolejne zawody Diamentowej Ligi i zdążył zostać mistrzem kraju. Działacze USADA przeszli do ofensywy dopiero na ostatniej prostej przed mistrzostwami świata.

“Konsekwentne stosowanie przepisów jest niezwykle ważne. W przypadku pana Colemana zastosowaliśmy procedury, które naszym zdaniem powinny być stosowane dla każdego. Musimy podchodzić do każdej sprawy przede wszystkim z celem zapewnienia sportowcom sprawiedliwości w kontekście mocno określonych, transparentnych reguł. Każdemu przysługuje domniemanie niewinność dopóki jego sprawa nie zostanie doprowadzona do końca. I tak było właśnie w sprawie pana Colemana, w której USADA nie dopatrzyła się złamania przepisów dotyczących miejsca wykonywania testów” – tłumaczył niezbyt zręcznie Travis Tygart, szef całej organizacji.

W innych częściach oświadczenia też jest ciekawie. Tygart przekonuje, że USADA “konsultowała się w sprawie przepisów” z WADA i otrzymała oficjalne stanowisko tej organizacji dopiero 30 sierpnia. To pismo przesądziło, że w myśl obowiązujących ustaleń nie doszło do przewinienia. Tajemnicą pozostaje, dlaczego działacze USADA nie doszli do takich wniosków sami, skoro dysponowali kompletem informacji i mieli wszystko wyłożone czarno na białym.

Na marginesie tego wszystkiego dowiedzieliśmy się także innych ciekawych rzeczy związanych z testami. USADA w oficjalnym oświadczeniu przyznała, że najszybszy sprinter na świecie na przełomie 2018 i 2019 roku był sprawdzany 22 razy – to jednak całkiem sporo. Według Alana Abrahamsona w trakcie ostatnich dwóch lat doszło do tego aż 36 razy. I co trzeba podkreślać: żaden test nie dał pozytywnego wyniku.

Jedyny problem dla samego zawodnika dotyczy więc krzywd wizerunkowych, ale koniec końców USADA wzięła całą winę na siebie. Nie da się jednak nie dostrzec, że w całym tym bałaganie proceduralnym Christian Coleman również nie zachował się jak profesjonalista. Miał po prostu szczęście. Gdyby podczas jednego z testów kontroler pojawił się kilka chwil wcześniej, sprawy prawdopodobnie nie udałoby się odkręcić.

Amerykanin nie będzie musiał się już przed nikim tłumaczyć. Od początku unikał zresztą komentowania tej sprawy i do końca wytrwał w tym postanowieniu. Ograniczył się do gorzkiego komentarza, w którym żałował kilku zawodów, które przepadły mu w ostatnich tygodniach. Mimo całej niefrasobliwości będzie mógł wystartować na mistrzostwach świata w Katarze oraz na igrzyskach w Tokio, gdzie będzie głównym faworytem do złota. O ile oczywiście wcześniej nie pogubi się w formalnościach…

 

 

 

KACPER BARTOSIAK

 

 

fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez