Medale olimpijskie trzy, wojowników dwóch, zwycięzca tylko jeden

Medale olimpijskie trzy, wojowników dwóch, zwycięzca tylko jeden

Różne walki już były w polskim MMA. Mieliśmy oczywiście starcia zawodowców na europejskim poziomie, mieliśmy freak fighty z udziałem aktorów, czy raperów, ostatnio dużą popularność osiągają gale, na których w klatce okładają się ludzie znani głównie z tego, że są znani, a z im głupszych aktywności są znani – tym lepiej. Nie możemy też zapominać, że prawdziwe zainteresowanie mieszanymi sztukami walki w Polsce zaczęło się od pojedynku byłego mistrza świata strongmanów z kontrowersyjnym bokserem, w sprawie którego najlepsi polscy pięściarze pisali list otwarty do mediów, prosząc, żeby bokserem go jednak nie nazywać. Ale takiej walki w klatce, jak ta, jeszcze nie było. 7 grudnia, na gali KSW 52 w Gliwicach, oko w oko staną zdobywcy trzech medali olimpijskich: Szymon Kołecki i Damian Janikowski. Czemu to starcie ma wszystko, żeby przejść do legendy?

W klasycznym dramacie autor zawsze zaczyna od przedstawienia dramatis personae, czyli bohaterów opowieści. W tym przypadku jest dwóch głównych oraz kilku drugoplanowych. I – podobnie jak w literaturze – ci drugoplanowi czasem odgrywają absolutnie pierwszoplanowe role.

Od 100 widzów do 60 tysięcy

Zacznijmy choćby od tych, którzy w całej zabawie pociągają za sznurki. To właściciele KSW Martin Lewandowski oraz Maciej Kawulski, którzy 15 lat temu porwali się na totalnie szalony pomysł wprowadzenia do Polski mieszanych sztuk walki. Przez długie miesiące próbowali się przebić do większych mediów, z reguły słysząc w odpowiedzi, że o walkach w klatkach żaden szanujący się dziennikarz sportowy pisać nie będzie, że to bandyterka, zabawa dla chuliganów i tak dalej. Po wielu próbach w końcu zorganizowali pierwszą galę, jeszcze w formule turnieju z udziałem przedstawicieli ośmiu różnych sztuk walki.

W restauracji „Champions” w warszawskim hotelu Marriott najlepszy okazał się Łukasz Jurkowski, co na żywo oglądała garstka kibiców. Kilka lat później panowie MK i ML zaprosili do zabawy Mariusza Pudzianowskiego i wszystko nabrało gigantycznego przyspieszenia. Tak dużego, że kiedy pierwszy mistrz postanowił wrócić do klatki i wystąpić na gali KSW 39 Colosseum na Stadionie Narodowym, to „Sen o Warszawie” śpiewało mu prawie 60 tysięcy kibiców. Przyznacie – trochę więcej niż za pierwszym razem… W tej najnowszej historii Kawulski i Lewandowski odpowiadają za ściągnięcie do KSW Damiana Janikowskiego i Szymona Kołeckiego oraz za namówienie ich do stoczenia walki na grudniowej gali.

Kolejni drugoplanowi bohaterowie to trenerzy. Kołecki współpracuje z żywą legendą polskiego MMA, Mirosławem Oknińskim. Z kolei Janikowski do walk przygotowuje się w Berkut WCA Fight Team, klubie Roberta Jocza, byłego znakomitego zawodnika. Żadną tajemnicą nie jest otwarty konflikt pomiędzy Oknińskim, a trenerami i zawodnikami Berkut WCA. Ten pierwszy wielokrotnie jawnie krytykował, a nawet obrażał tych drugich. Nieoficjalnie mówi się, że między innymi z tego powodu mogło dojść do hitowego starcia.

Brązowy, srebrny i złoty

Wreszcie – główni bohaterowie grudniowego pojedynku. Z jednej strony Damian Janikowski, rocznik 1989, wicemistrz świata i brązowy medalista olimpijski z Londynu w zapasach (styl klasyczny). Na kolejne igrzyska nie poleciał, pod koniec olimpijskiego roku 2016 podpisał kontrakt z federacją KSW. Zadebiutował na wspomnianej już gali na Stadionie Narodowym, efektownie nokautując Julio Gallegosa. Potem dołożył wygrane przed czasem nad Antonim Chmielewskim oraz Yannickiem Bahatim. Rok temu został rzucony na naprawdę głęboką wodę i w Londynie w półfinale turnieju kategorii średniej już w pierwszej rundzie przegrał z Michałem Materlą. Inna sprawa, że dla Janikowskiego to była czwarta walka w życiu w MMA, a dla „Cipao” – już 33., więc dysproporcja była gigantyczna!

W marcu medalista sprzed siedmiu lat przegrał niespodziewanie z Aleksandarem Iliciem, zaś nieco ponad dwa tygodnie temu w pierwszej rundzie zdemolował Tony’ego Gillesa.

– Chciałem toczyć trzy walki w roku, chcę walczyć jak najczęściej

– mówi. Szefowie KSW postanowili więc spełnić jego życzenie i na mikołajkowy prezent dali mu hitowy pojedynek w Gliwicach.

Pojedynek, więc bohaterów musi być dwóch. Drugim jest Szymon Kołecki, rocznik 1981, lada dzień będzie obchodził 38. urodziny. W podnoszeniu ciężarów osiągnął praktycznie wszystko, co było do osiągnięcia, z pięcioma tytułami mistrza Europy, czterema medalami mistrzostw świata i przede wszystkim – dwoma olimpijskimi (oraz rekordem świata). Ze srebra w Sydney cieszyć się nie potrafił, złota nie zdobył tylko przez kontuzję. Po ośmiu latach w Pekinie odebrał kolejne srebro, tym razem dużo cenniejsze, bo zdobyte po poważnej kontuzji. Co więcej, po kilku latach wyszło na jaw to, o czym w środowisku i tak większość ludzi wiedziała: mistrz olimpijski z 2008 roku Ilja Iljin szprycował się na potęgę i koniec końców – stracił medal, co oznaczało złoto dla Polaka.

Szymon Kołecki: Wszystko sobie zaplanowałem – złoty medal z zeszytu 15-latka

Po zakończeniu kariery na pomoście, trafił do Zarządu Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, a następnie został jego prezesem. Po wybuchu skandalu związanego z wpadką dopingową mistrza olimpijskiego z Londynu Adriana Zielińskiego, podał się do dymisji. Nerwy, zszargane po czterech latach pracy za biurkiem, postanowił ukoić w najlepszy znany sobie sposób: na sali treningowej. Do podnoszenia ciężarów nie miał już zdrowia, więc wziął się za mieszane sztuki walki, o których od dłuższego czasu marzył. Efekty ciężkich treningów przyszły bardzo szybko. Pierwsze sześć walk wygrał już w pierwszych rundach, za każdym razem po silnych ciosach. W lecie ubiegłego roku przyszła pierwsza porażka: z Michałem Bobrowskim po jednogłośnej decyzji sędziów. Kołecki to nie jest jednak gość, którego niepowodzenia załamują – wręcz przeciwnie: zmuszają go tylko do wrzucenia wyższego biegu. Na tyle wysokiego, że w marcu mistrz olimpijski pokonał przez techniczny nokaut innego zawodnika, który do MMA trafił ze sportów siłowych – Mariusza Pudzianowskiego. Zdaniem wielu obserwatorów, dokonał przy tym symbolicznej zmiany warty i stał się jedną z największych gwiazd polskiego MMA. Teraz znalazł się na kursie kolizyjnym z innym posiadaczem bardzo głośnego nazwiska. Co z tego wyniknie?

Umowna waga i mnóstwo respektu

Do walki ma dojść 7 grudnia na gali KSW 52 w Gliwicach. Panowie zmierzą się w umownym limicie 91,5 kilograma. Czemu akurat w takim? Cóż, normalnie Janikowski bije się w kategorii 84 kilogramy, zaś Kołecki – w wyższej. Czasem to był limit 93 kilogramy (zbliżony do jego wagi z podnoszenia ciężarów), ale ostatnio z Pudzianowskim walczył w wadze ciężkiej.

Ustalenie wagi nie byłoby takim problemem, gdyby nie to, że federacja KSW w maju mnie poinformowała, że w grudniu będę walczył w wadze ciężkiej. Kiedy pojawiła się propozycja starcia z Damianem Janikowskim, miałem już ładnych kilka kilogramów w zapasie, więc musiałem negocjować. Stanęło na wadze umownej 91,5 kilograma, wolałem mieć trochę rezerwy. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że w kolejnym pojedynku nie będę musiał się bić w limicie 80 kg – śmieje się Szymon Kołecki, który nie ukrywa, że samą propozycją starcia z innym medalistą olimpijskim był nieco zaskoczony. – Wcześniej myślałem sobie, że KSW w pewnym momencie może coś takiego wymyślić. Ale propozycja tej walki w tym momencie była dla mnie zaskoczeniem. Cóż, ja wolałbym walczyć z kim innym. Damian to medalista olimpijski, którego bardzo szanuję i któremu zawsze kibicowałem. Ostatnio jestem w takiej niezbyt komfortowej sytuacji, bo dostaję tylko jedną propozycję i nie mam w czym wybierać. Wcześniej na podobnej zasadzie zaakceptowałem walkę z Mariuszem Pudzianowskim, teraz musiałem wziąć starcie z Damianem. Sportowo mi to bardzo odpowiada, ale trudno bić się z kimś, kogo się zna, lubi i szanuje. Ale cóż, taka praca, takie życie. Gdybym mógł wybrać kogoś takiego, jak Damian, ale z innym imieniem i nazwiskiem, to wybrałbym innego.

 

Kołecki przyznaje, że propozycja była „w zasadzie nie do odrzucenia”. I – właściwie tyle. Jeśli ktoś tu liczy na mocne słowa, groźne deklaracje, groźby, wyzwiska, czy inne obrzucanie błotem, tak dobrze znane z różnych aren sportów walki, to ewidentnie nie zna ani Janikowskiego, ani Kołeckiego. Obaj zgodnie deklarują, że choć dziś zajmują się czymś zupełnie innym, to w gruncie rzeczy są przecież olimpijczykami. A to oznacza znacznie więcej niż tylko start w igrzyskach.

Co na przykład?

Choćby szacunek do innego olimpijczyka, bo obaj doskonale wiedzą, ile wysiłku kosztuje zakwalifikowanie się na największą imprezę czterolecia, ile nerwów oraz emocji wymaga reprezentowanie kraju i zdobywanie dla niego medali. Jednym słowem: żadnego trash talkingu tutaj nie będzie. Wręcz przeciwnie. Gdyby ktoś chciał budować zainteresowanie tym pojedynkiem tylko na podstawie wypowiedzi każdego z zawodników o rywalu, daleko by nie zajechał. Bo w tych wypowiedziach, od pierwszego dnia, aż do chwili walki, wspólnym mianownikiem będzie ogromny szacunek.

Wszystko w porządku z głową?

Ale spokojnie – aż tak cukierkowo nie będzie. Są przecież nie tylko zawodnicy, ale także promotorzy i trenerzy. A tutaj możemy liczyć na fajerwerki. Mirosław Okniński nie przebiera w słowach, kiedy komentuje działania trenerów i zawodników Berkut WCA. – Mirek przeszedł ciężką chorobę, może jeszcze nie wszystko w porządku z jego głową – zastanawia się trener Robert Jocz. – Co ja mam więcej mówić na jego temat? Atakuje nas, nie wiem dlaczego. Nie wiem, co chce zyskać – chyba tylko wrogów. Po co to komu?

Sam Kołecki podkreśla, że on w żadne personalne spory i nieporozumienia wikłać się nie zamierza. – Ja do Damiana, jego klubu i trenera odnoszę się z dużym szacunkiem. Nie mam z żadnym z nich konfliktu, z wieloma przecież trenowałem. Na pewno spór mojego trenera z niektórymi zawodnikami podsyci atmosferę, ale ja go podsycać nie będę, chociaż wiem, że on na pewno urośnie przed walką – tłumaczy.

Co ciekawe w kontekście informacji o nieporozumieniach na linii trener Kołeckiego – klub Janikowskiego, okazuje się, że propozycja hitowego starcia wcale nie urodziła się w głowach szefów KSW.

– Pomysł wyszedł z naszego obozu – przyznaje wprost Damian Janikowski. – To będzie wspaniała walka. Z jednej strony rywalizacja sportowa, bo obaj w podobnym czasie zaczęliśmy trenować MMA, a z drugiej show. Damy popis naszych umiejętności. Pod względem umiejętności mogę być faworytem, ale w na jego korzyść może działać wzrost, siła i atletyzm. Myślę, że wszystko się wyrównuje i sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie, walka wszystko zweryfikuje.

Nie ma się co oszukiwać: w starciu posiadaczy trzech medali olimpijskich stawka będzie bardzo wysoka. Kołecki doskonale zdaje sobie sprawę, że jego kariera w MMA długo nie potrwa. Jeśli ma wygrywać, to tu i teraz, nie ma czasu na długofalowe planowanie. Mówił o tym między innymi w dużej rozmowie w programie Kierunek Tokio na antenie Weszło FM.

Janikowski jest o prawie 10 lat młodszy, karierę w swoim macierzystym sporcie zakończył bardzo szybko, głównie dlatego, że ciężko było związać koniec z końcem. W podnoszeniu ciężarów też może kokosów nie ma, ale Kołecki był zawodnikiem ze światowego topu i dzięki smykałce do interesów zawsze potrafił sobie znaleźć kilku sponsorów, którzy zapewniali mu bardzo dobre wypłaty. Inaczej mówiąc: mistrz z Pekinu do MMA poszedł, bo chciał się sprawdzić. Pieniądze oczywiście były dodatkową motywacją. W przypadku Janikowskiego – były główną. To oznacza, że to brązowy medalista z Londynu ma w tym pojedynku więcej do zyskania.

– Nie zastanawiam się nad, tym czy porażka w tej walce może jednego z nas wyhamować. Ja normalnie walczę w niższej wadze, Szymon w wyższej. Może ktoś ucierpi, ale cóż, taki jest sport, takie jest życie – mówi.

Trudno się nie zgodzić. Jak to w sporcie: ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać. W tym przypadku wynik walki jest oczywiście sprawą całkowicie otwartą, eksperci są zgodni tylko co do tego, że, obaj zawodnicy będą mieli swoje atuty, a o zwycięstwie mogą decydować detale. Jeśli już dziś mielibyśmy ze stuprocentową pewnością typować bezdyskusyjnego zwycięzcę grudniowego starcia, to bez wątpienia możemy wskazać: KSW.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez