Mateusz Mika: siatkarze nie są robotami, które zjeżdżają z taśmy

Mateusz Mika: siatkarze nie są robotami, które zjeżdżają z taśmy

– Powoli wracam do żywych. W końcu chciałbym rozegrać chociaż jeden sezon od początku do końca bez denerwowania się, że czegoś nie mogę zrobić. Śmieję się, że przez te wszystkie problemy moja wiedza medyczna na temat kolan jest zdecydowanie większa niż u przeciętnego człowieka – mówi Mateusz Mika, siatkarski mistrz świata z 2014 r., który poprzez dobrą grę w barwach nowego klubu, Indykpolu AZS Olsztyn, chce powalczyć o wyjazd do Tokio.

Pogadaliśmy jednak nie tylko o igrzyskach. Jak wspomina złote mistrzostwa w Polsce? Gdzie złapało go ostre zapalenie wyrostka robaczkowego? Jaka byłaby jego pierwsza decyzja, gdyby został… szefem światowej lub europejskiej siatkówki?

***

Niby nie grasz obecnie w reprezentacji, ale kiedy do mnie szedłeś, widziałem, że niektórzy wciąż się za tobą oglądają.

Tak? Już nawet przestałem zwracać na to uwagę. Czasami jest tak, że idę z kimś na przykład po galerii handlowej i ta osoba mówi: „Słyszałeś? Oni mówią o tobie?!”. A ja już tego nawet nie słyszę.

A to jeszcze pamiętasz? „Hej, Mika, co to za transfer za bańkę? Dwie? Gdzieś ty się przeniósł? Do Dynamo Dudki?”.

To oczywiście z reklamy Plusa (śmiech).

Brawo ty.

Brawa należą się tutaj reżyserowi i całej ekipie, że w ogóle coś z tego wyciągnęli, bo szło nam to dosyć topornie. Nie jest to moje naturalne środowisko, ale trzeba było zagrać. Ostatecznie poświęciliśmy na to kilka dni, bo tych reklam było więcej. Pierwsza, jaka leciała, była właśnie ta ze mną, Michałem Kubiakiem i Fabianem Drzyzgą.

Wyszło chyba nieźle, chociaż chłopaki z Trefla zrobili później lekką szyderę. Postarali się, nagrali filmik parodiujący mnie z reklamy. Ale spokojnie, jestem raczej taką osobą, że jak ktoś się ze mnie nabija, to się nie denerwuję. To był zresztą mój pierwszy sezon w Treflu Gdańsk po powrocie z Francji, drużyna na szczęście odpaliła, wygraliśmy osiem pierwszych spotkań i była fajna atmosfera.

Mistrzostwo świata sprzed pięciu lat otworzyło przed tobą wiele drzwi. A pamiętasz jak dojeżdżałeś na swoje pierwsze treningi?

Do klubu w Kętach zapisałem się w czwartej albo piątek klasie. Na treningi woziła mnie oczywiście mamusia, chociaż miałem jeszcze we wsi dwóch kolegów, którzy również trenowali siatkówkę. Nasi rodzice mieli więc dyżury.

Najsłynniejszym wychowankiem Hejnału Kęty jest Piotr Gruszka.

Piotrek później na pewno był jednym z moich idoli, ale jeszcze w tamtym czasie nie wiedziałem za bardzo na czym polega siatkówka. Kiedy zaczynałem treningi, było to jeszcze przed wicemistrzostwem świata naszej reprezentacji w Japonii, chociaż kadra grała już w Lidze Światowej. Tak naprawdę tamto pokolenie zbudowało to, co mamy teraz. Swoimi sukcesach sprawiło, że zainteresowanie siatkówką w Polsce jest większe i dziś jest nam o wiele lepiej nie tylko pod względem wypełnienia hal, ale też w kwestii finansów.

Można powiedzieć, że jesteś typowym „produktem” polskiego systemu szkolenia siatkarzy, ponieważ z małego klubu trafiłeś do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Spale. W wywiadach opowiadałeś jednak, że był to dla ciebie dość ciężki czas, bo Spała jest trochę jak więzienie: wokół tylko sklep, pizzeria i las.

Faktycznie niewiele się działo. Kiedy później zgrupowania reprezentacji trwały tam dwa tygodnie i był jeszcze wolny weekend, dało się jeszcze wytrzymać, ale siedzieć tam przez trzy lata nie było tak lekko. Bo ile można spacerować po lasach i przebywać w zamknięciu z tymi samymi osobami? Nie wiem ilu obecnie uczniów jest w Spale, ale wtedy było nas 32. Do tego dochodzili nauczyciele, panie sprzątaczki. Trochę świeżości wprowadzali tylko sportowcy, którzy przyjeżdżali tam na zgrupowania.

Podejrzewam jednak, że największy problem mieli z tym najbardziej rozrywkowi uczniowie, a ty uchodzisz raczej za spokojnego, wręcz wycofanego gościa. Pewnie tego nie pamiętasz, ale kiedyś byliśmy już umówieni na rozmowę, tyle że telefoniczną. Skończyło się na tym, że nie odbierałeś przez… kilka dni.

Nie pamiętam, ale oczywiście przepraszam (śmiech). Chociaż rzeczywiście nie przepadam specjalnie za wywiadami.

A zdarzyło się kiedyś zapomnieć czegoś w kontekście meczu lub treningu?

Dawno temu, kiedy grałem jeszcze w SMS Spała, raz zapomniałem spodenek meczowych. Od tamtego momentu zawsze mam ze sobą cały sprzęt. Spóźnienia na trening zdarzały się mi z kolei sporadycznie. Najdłużej pracowałem z trenerem Anastasim. U niego pierwsze spóźnienie oznaczało żółtą kartkę, drugie czerwoną. Konsekwencją czerwieni był z kolei obowiązek zaproszenia drużyny do restauracji lub na piwo.

 

 

Chociaż debiutowałeś w reprezentacji za kadencji Daniela Castellaniego, właśnie u Andrei Anastasiego zdobyłeś swój pierwszy medal z kadrą, czyli brąz Euro w 2011 r.   

Początkowo byłem w kadrze zazwyczaj tym ostatnim albo przedostatnim, który odpadał przed najważniejszą imprezą. Wyglądało to tak, że całe wakacje pracowałem, ale kiedy później kadra zawężała się, mnie już w niej nie było. Miałem tylko kilka dni wolnego i zaraz trzeba było zaczynać przygotowania w klubie. Tamten okres był więc dosyć pracowity, a tak naprawdę w reprezentacji się nie nagrałem.

Rzeczywiście udało mi się załapać na tamte mistrzostwa Europy, ale też wynikało to z tego, że z gry w kadrze zrezygnował akurat Michał Winiarski. Moja kariera w reprezentacji na dobre rozkręciła się dopiero po sezonie spędzonym we Francji, kiedy szansę dał mi trener Antiga.

Wybrałeś wtedy Montpellier, chociaż liga francuska nie jest częstym kierunkiem dla naszych siatkarzy. Skąd tamten wybór?

Tak naprawdę przyciągnęło mnie to, że drużynę prowadził Philippe Blain (w latach 2001-2012 selekcjoner reprezentacji Francji – red.). Tamten sezon był dla nas jednak ciężki. Skład na papierze wydawał się solidny jak na ligę francuską, ale coś nie zagrało. Na dodatek kontuzji doznał Julian Lyneel. Po pierwszej rundzie mieliśmy jeszcze czwarte miejsce, ale kiedy on odpadł, zaczęliśmy spadać w tabeli.

Wtedy zawiesiłem sobie jednak wysoko poprzeczkę, nałożyłem na siebie presję i mimo że przegrywaliśmy, sam czułem się coraz lepiej. I chyba też dzięki trenerowi Blainowi załapałem się do kadry. Podejrzewam, że to on powiedział Stephanowi, że w jego klubie jest ktoś taki jak ja.

Byłeś mocno zaskoczony, że to Stephane Antiga został wtedy pierwszym trenerem kadry, a jego dawny szef z reprezentacji Francji tylko jego asystentem?

Nie byłem pewnie jedynym zaskoczonym, ale z drugiej strony uznałem, że w tym pomyśle być może jest jakaś metoda. I jak się później okazało, wszystko działało super. Przynajmniej w pierwszym roku.

Musiałeś mierzyć się z wieloma kontuzjami, ale w wejściu do pierwszego składu na mistrzostwa świata w 2014 r. paradoksalnie pomógł ci uraz Michała Kubiaka. Jakie miałeś oczekiwania przed tamtym turniejem?

Przede wszystkim cieszyłem się, że dostałem szansę zaprezentowania się w szerszym wymiarze czasu. Nie wiem jak myśleli koledzy, ale sam bardzo chciałem, żebyśmy weszli chociaż do ostatniej fazy turnieju, czyli do szóstki. Chodziło o to, byśmy grali u siebie jak najdłużej, żeby kibice mogli się cieszyć. A gdyby stało się coś więcej? Byłby to bonus.

Jednym ze szczególnych momentów tamtej imprezy był na pewno mecz otwarcia z Serbią na Stadionie Narodowym. Miałeś jakieś obawy związane z grą na tak specyficznym dla siatkarza obiekcie?

Przed tamtymi mistrzostwami byłem w dobrej dyspozycji, dużo rzeczy mi wychodziło, czułem się pewnie. Mimo to obawiałem się wiatru na Narodowym. Co prawda był on jednostajny, ale jednak trochę podwiewało. A druga obawa była oczywista: jak to będzie zagrać przed ponad 60 tys. kibiców. Stresowałem się w szatni, ale kiedy wybiegłem na boisko, rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem, że wszyscy są jednak dość daleko ode mnie, stres momentalnie ze mnie zszedł. Dobrze to pamiętam.

A pamiętasz dla odmiany najgorszą halę w życiu, w której grałeś?

Grając jeszcze w trzeciej lidze, zimą mieliśmy mecz w obiekcie, gdzie było… wybite okno. Całe szczęście sala była dość duża, a okno było zamontowane gdzieś w kącie. Chociaż i tak śnieg trochę prószył do środka i było zimniej niż zazwyczaj. Zdecydowanie lepiej grało się więc na Narodowym…

Piotr Nowakowski przyznał, że pewnego razu włączył sobie na YouTube finał z Brazylią i zasnął na nim. Tobie zdarzyło się obejrzeć ten mecz od dechy do dechy?

Tak, z ciekawości obejrzałem całe spotkanie, bo chciałem przekonać się, jak wyglądało z boku. I co ciekawe, miałem trochę inne odczucia schodząc z boiska.

Jak to?

Nie było może tak, że myliły mi się akcje, ale umykały po prostu pewne detale. Chociaż kilka sytuacji szczególnie zostało mi w głowie. Pamiętam, jak udało mi się splasować piłkę po ciasnym skosie, chyba w ostatnim secie. No i oczywiście ostatni punkt. Musiałem przyjąć piłkę, co w tym momencie nie było oczywiście proste. Ale jak już ta odbiła się od moich rąk i poleciała w miarę w dobre miejsce, ulżyło mi.

Paweł Zagumny opowiadał później, że ostatnia piłka miała pierwotnie trafić do ciebie, bo byłeś w gazie, ale w ostatniej chwili wybrał jednak Wlazłego.

No i dobrze się skończyło. Kiedy Paweł wszedł na boisko, rzeczywiście dostawałem od niego dużo piłek. Kończyłem je, to mi pasowało (Mika ostatecznie zdobył 22 punkty, najwięcej z Polaków – red.).

 

 

Później znalazłeś się w składzie na igrzyska w Rio de Janeiro. Jak patrzysz z perspektywy tych trzech lat na tamtą imprezę? To była ekipa na medal?

Gdybyśmy mieli dużo szczęścia, to tak. Szybko starałem się jednak wymazać Rio z pamięci, bo nie graliśmy wtedy naszej najlepszej siatkówki. Myślę, że już nawet Puchar Świata, który odbył się rok wcześniej, był zagrany na wyższej jakości. Nie chcę już mówić „co i dlaczego” stało się w Brazylii. Każdy z chłopaków, który był na tych igrzyskach, ma pewnie swoje odpowiedzi. Nie ma już sensu znowu tego wyciągać.

Co się jednak stało w ćwierćfinale ze Stanami Zjednoczonymi? Dlaczego przegraliście tak gładko 0:3?

Dobrze zaczęliśmy, prowadziliśmy w pierwszym secie kilkoma punktami, ale później nasza gra się załamała. W zeszłym sezonie rozmawiałem z Kawiką Sojim, bo graliśmy razem w Resovii. Powiedział, że kiedy zobaczyli, jak zaczęliśmy mecz, to i tak wiedzieli, że z nami wygrają. Nawet mimo naszego początkowego prowadzenia kilkoma punktami oni ponoć czuli, że jak dadzą się nam wystrzelać, później nie będzie z nami problemu. I tak było. Stany zawsze były jednak drużyną, z którą mieliśmy ciężko. Większość zawodników ryzykuje na zagrywce, są bardzo regularni w tym elemencie i to jest chyba ich największa broń.

Zabawne, bo mówimy o kraju, który nie ma nawet ligi zawodowej.

A szkoda, bo można byłoby pograć w takim kraju. Z tego co wiem, mają jednak naprawdę niezłe szkolenie na uniwersytetach. Nie jest to może jakiś bardzo wysoki poziom, ale i tak liga akademicka produkuje dobrych zawodników dla reprezentacji, więc swoje zadanie spełnia. Siatkarze wyjeżdżają później grać do Europy i są już w pewnym stopniu przygotowani. Chociaż wydaje mi się, że oni lepiej grają właśnie razem w kadrze, niż w klubach. Być może dlatego, że dla nich reprezentowanie kraju jest bardzo ważne.

Oglądałeś finał olimpijski w Rio, czy nie chciałeś już się katować?

Kiedy wróciłem do domu, nie oglądałem już ani jednego spotkania. Nie widziałem w tym sensu. Poza tym generalnie nie jestem wielkim fanem oglądania siatkówki, kiedy nie muszę tego robić. Jasne, czasami odpalę mecz, ale nie jest tak, że tylko czekam, żeby zobaczyć jakieś spotkanie. Zdecydowanie bardziej wolę grać niż oglądać.

W Brazylii grałeś w pierwszej szóstce, chociaż później przyznałeś, że nie byłeś tam w pełni zdrowy.

Niestety, już na Pucharze Świata w 2015 r. moje zdrowie zaczęło się psuć. Nie mogłem sobie z tym poradzić i później przeciągało się to z roku na rok.

Nie pomogło też to, że droga do igrzysk była dla was bardzo długa. Rozegraliście wtedy aż 23 mecze licząc PŚ w Japonii, turniej europejski w Berlinie i interkontynentalny w Tokio.

Początkowo nawet sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to było aż tyle spotkań. Dopiero gdzieś w mediach zobaczyłem, że faktycznie tak jest. Ciężko było wywalczyć tamten awans, ale inne zespoły też nie miały łatwiej. To nie jest tak, że tylko my mieliśmy ciężko.

Musieliście przebijać się przez długie eliminacje, chociaż byliście mistrzami świata. To jeden z wielu cudownych pomysłów światowej federacji, która do maksimum pompuje sezon. Powiedzmy, że zostajesz szefem FIVB lub CEV. Co robisz?

Przede wszystkim wyrzucam z kalendarza mistrzostwa Europy rozgrywane co dwa lata i robię je co cztery. Dla mnie ranga tej imprezy automatyczne spada, kiedy w tym samym roku walczy się o igrzyska olimpijskie. Przecież nikt nie szykuje się na cały sezon, bo to jest w zasadzie niemożliwe. W tym momencie nie jest to turniej o mistrzostwo Europy, tylko impreza, którą po prostu trzeba zagrać.

Doszliśmy już do sytuacji, w której eliminacje do igrzysk są trudniejsze i lepiej obsadzone niż Euro.

Na pewno tak jest. Przecież my też na kwalifikacje w Berlinie byliśmy lepiej przygotowani niż na mistrzostwa Europy, na które pojechaliśmy trochę podłamani naszym startem w Pucharze Świata, gdzie zajęliśmy dopiero trzecie miejsce. Już nie pamiętam, ile było przerwy między tymi imprezami, ale chyba około dwóch tygodni. To niemożliwe, żeby po imprezie, w której zagraliśmy jedenaście spotkań i na koniec dostaliśmy jeszcze łupnia, pojechać potem w formie na mistrzostwa Europy.

Tegoroczny Puchar Świata też stracił sens. Skoro nie można tam walczyć o awans olimpijski, w tym momencie jest to turniej, za który można dostać tylko punkty do rankingu. Czytałem ostatnio wypowiedź trenera Heynena, który powiedział, że jak ktoś nie chce, to nie jedzie, więc sprawa rozwiązana. Żeby obskoczyć czasami ten terminarz i obejść się bez kontuzji, trzeba około trzydziestu chłopa. Na szczęście, w ostatnim roku nasz skład znacznie się poszerzył.

Teraz czas na Tokio. Byłeś zaskoczony, że drużyna tak łatwo pokonała Francuzów i awansowała dość bezboleśnie?

Ten mecz akurat oglądałem jednym okiem. Byliśmy w nim mocni. Zawodnicy z Francji, którzy wcześniej ciągnęli tę drużynę, zagrali słabiej. Chociażby N’Gapeth. Chociaż było to też spowodowane presją, którą wywarła na nich nasza reprezentacja. Wierzyłem, że uda się nam awansować już z tego turnieju, ale nie spodziewałem się na pewno, że z boku będzie to wyglądało tak prosto. Chociaż chłopaki powiedzą być może coś innego. Kibic siedzący przed telewizorem uzna, że 3:0 to łatwy mecz, ale od środka często wygląda to trochę inaczej.

Jesteś teraz w kontakcie z Vitalem Heynenem?

Nie rozmawialiśmy ze sobą od dłuższego czasu. Ostatni raz zadzwonił do mnie przed powołaniami na ten sezon informując, że nie ma mnie w kadrze. Niestety, kiedy byłem w drużynie przed rokiem, plany pokrzyżował mi wyrostek robaczkowy. Musiałem wówczas zrezygnować z kadry.

To dopiero pech: jak nie kolano czy kostka, to wyrostek. Gdzie ciebie zastał?

Ciekawa historia, bo w Australii na Lidze Narodów. Coś niedobrego zaczęło się ze mną dziać ostatniego dnia. Musiałem przemęczyć się w podróży, a jednak ta trwała bardzo długo. Całe szczęście, że lecieliśmy takimi liniami, że nie brakowało miejsca na nogi.

Podobne bóle brzucha miałem już kilka miesięcy wcześniej w Gdańsku. Po dwóch-trzech dniach wszystko jednak samo przeszło, dlatego w Australii też myślałem, że to jakiś dziwny, niezidentyfikowany atak. Tym bardziej że badanie USG nic nie wykazało. Lekarze, którzy później mnie operowali, powiedzieli jednak, że wcześniej to także był wyrostek, tylko potrafi się on sam wyciszyć i nie zawsze pokażą go badania.

Co sobie pomyślałeś o Vitalu Heynenie, kiedy przed rokiem byłeś u niego na pierwszym zgrupowaniu? Niektórzy kadrowicze śmiali się, że wyglądał na kogoś, kto upadł na głowę.

A ja myślałem, że fajnie, bo w końcu coś nowego. Trener Heynen ma bardzo ciekawą filozofię. To rotowanie składem, które robił chociażby podczas Ligi Narodów, sprawia, że zawodnicy nabierają większej chęci do gry. Nie muszą grać co tydzień trzech meczów, a więc nie mają przesytu siatkówki. Jest z góry ustalona wymiana zawodników, człowiek może sobie odpocząć, a wtedy naprawdę nabiera się chęci do grania. Tak było ze mną po tym, jak nie byłem na pierwszych trzech turniejach, a poleciałem na dwa ostatnie. Nosiło mnie, żeby grać.

Moim zdaniem ma to duży wpływ na jakość reprezentacji, którą obecnie mamy. Poza tym, przy Heynenie na poziomie reprezentacyjnym zaistniało wielu nowych zawodników, którzy pokazali, że potrafią dobrze grać nie tylko w lidze.

Siatkarze lubią żywiołowych trenerów, którzy aż tak szaleją przy ławce, czy to potrafi wkurzać?

Zależy po której stronie siatki on stoi, bo kiedy trener Heynen prowadził drużynę z Bydgoszczy, był dla mnie akurat bardzo irytujący (śmiech). Set zamiast trwać około 25 minut, zawsze ciągnął się do 30, bo trener musiał się przez kilka minut kłócić. To było irytujące, ale z drugiej strony nie wszyscy szkoleniowcy potrafią znaleźć impuls w drużynie, który sprawi, że nagle losy meczu się odwracają. On akurat ma taki styl, że ten impuls stara się znaleźć w taki właśnie sposób.

Jak oceniasz swoje szanse na wyjazd do Tokio? Na pozycji przyjmującego, po przyjściu Wilfredo Leona mamy klęskę urodzaju.  

Będzie trzeba się bardzo mocno namęczyć, żeby polecieć na igrzyska. Tak jak mówiłem, Liga Narodów sprzed roku sprawiła, że kadra jest naprawdę szeroka. Zwróćmy uwagę, że przy trenerze Anastasim tych nazwisk nie było za wiele, przy Antidze w pewnym momencie grupa też się zmniejszyła. Vital z kolei potrafił postawić na zawodników, na których inni pewnie by nie postawili.

Wybór Indykpolu AZS Olsztyn na sezon olimpijski nie był więc przypadkowy?

Zespół, który zbudowano w Olsztynie, nie jest może faworytem do medalu jakiegokolwiek koloru, ale ma realne szanse, żeby sprawić niespodziankę i znaleźć się w czwórce. W Olsztynie chciałbym zwiększyć swoje szanse, żeby trener reprezentacji powołał mnie przynajmniej do tej szerokiej grupy na początku sezonu. Co też może być ciężkie patrząc na to, jak grają inni.

 

 

Prezes klubu Tomasz Jankowski przed podpisaniem kontraktu pewnie od razu zapytał o twoje zdrowie.

W moim przypadku jest to akurat bardzo uzasadnione pytanie. Jestem po operacji lewego kolana, zabieg miałem w kwietniu. Była to w zasadzie identyczna operacja, jaką przeszedłem dwa lata temu na prawe kolano.

Powoli wracam do żywych. Mam nadzieję, że już nie będzie żadnych niespodzianek, bo w końcu chciałbym rozegrać chociaż jeden sezon od początku do końca bez denerwowania się, że czegoś nie mogę zrobić. Śmieję się, że przez te wszystkie problemy moja wiedza medyczna na temat kolan jest zdecydowanie większa niż u przeciętnego człowieka. Tylko trudno jest mieć w takiej sytuacji radość z trenowania. Mam nadzieję, że uda mi się ją znaleźć w tym sezonie.

Mówisz o kolanach, ale ja najbardziej zapamiętałem mecz twojego Trefla Gdańsk z Kielcami z 2016 r. Poszedłeś na pipe’a, a po wykonaniu ataku fatalnie skręciłeś kostkę. Bolało od samego patrzenia.

To było już moje ósme lub dziewiąte skręcenie kostki. Szczerze mówiąc, początkowo nie wiedziałem nawet co się stało, bo jednak przy ataku z drugiej linii tempo akcji jest szybsze niż na skrzydle. Dziwne, że tak się to skończyło, bo nikogo nie miałem pod nogami, nikt mnie nie zaczepił. Złapałem się tylko szybko za nogę, był to instynkt samozachowawczy, żeby krew za szybko nie spłynęła do stopy.

Trochę się z tym urazem pomęczyłem, ale nie wynikało to z samego skręcenia czy naderwania więzadła, bo to się raczej dosyć szybko goi. Okazało się jednak, że odnowił mi się jakiś inny uraz, o którego istnieniu nawet nie wiedziałem… Musiało minąć kilka tygodni, zanim wróciłem do normalnej dyspozycji.

W 2017 r. odmówiłeś Ferdinando De Giorgiemu gry w kadrze, czy to była wasza wspólna decyzja?

Powiedziałem mu, że mnie nie będzie. Trener próbował jeszcze namawiać, ale nie wyobrażałem sobie grania kolejnego sezonu w kadrze i potem na sto procent w lidze z tymi problemami, jakie miałem. Zdecydowałem się na operację, bo nie widziałem kompletnie sensu, żeby jechać wtedy na zgrupowanie.

Jak zareagował trener?

Zaakceptował to, nie miał wyjścia. Wiem, że dla niektórych bycie w reprezentacji jest zaszczytem i obowiązkiem. Moim zdaniem owszem, jest zaszczytem, ale obowiązkiem już nie. Nie jesteśmy robotami, które zjeżdżają jak z taśmy. Też mamy swoje życie, swoje zdrowie, a organizmu nie da się oszukać. Owszem, są wyjątki, które przyjmują tak dużą dawkę meczów, ale ktoś, kto gra przez okrągły rok, w mniejszym lub większym stopniu zawsze odczuwa jakieś dolegliwości.

To może jednak zostaniesz szefem FIVB i zrobisz porządek z tym kalendarzem.

Nie. Nie nadaję się do takich rzeczy!

Rozmawiał
RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez