Master znaczy mistrz. Czy także w Tokio? Olimpijski plan Masternaka

Master znaczy mistrz. Czy także w Tokio? Olimpijski plan Masternaka

Mateusz Masternak – były mistrz Europy zawodowców – ogłosił, że zawiesza karierę i wraca na ringi amatorskie, żeby spróbować powalczyć o igrzyska olimpijskie Tokio 2020. Ta historia może się tak naprawdę skończyć na trzy sposoby. Pierwszy i drugi nie są zbyt optymistyczne, ale za to niestety mocno prawdopodobne. Trzeci zakłada, że „Master” z Japonii wróci z medalem – wymarzonym przez niego i przez całe środowisko bokserskie, czekające na olimpijskie podium już prawie trzy wstydliwe dekady. Jakie są szanse, że właśnie ten scenariusz zostanie zrealizowany?

Furtka znowu jest otwarta

Masternak pochodzi z małej wsi, w której żyło niewiele ponad 30 rodzin, w większości wielodzietnych. Sam późniejszy mistrz Europy w boksie ma dziesięcioro rodzeństwa. Treningi zaczął w Ostrowcu Świętokrzyskim, a kiedy okazało się, że ma do tego sportu smykałkę, spakował się i z jedną torbą przeniósł się do Wrocławia. Tam kończył szkołę i w błyskawicznym tempie rozwijał bokserskie umiejętności. Jak wspominał, ta przeprowadzka była dla niego zderzeniem z potężnym miastem i kompletną zmianą życia. Nie zagubił się jednak w nowej rzeczywistości i nie dał się porwać pokusom wielkiego miasta, w przeciwieństwie do większości kolegów. Bardzo szybko został mistrzem Polski juniorów, potem osiągnął ćwierćfinał mistrzostw Europy juniorów, a następnie zgarnął brąz mistrzostw Polki seniorów, a w kolejnym roku – srebro – to wszystko w okolicach osiemnastki.

Do igrzysk w Pekinie były jeszcze ponad dwa lata. Oczywiście, Masternak mógł poczekać i powalczyć o kwalifikację, a następnie – o medal. Czy szanse były duże? Cóż, przy wszystkich kłopotach w Polskim Związku Bokserskim na pewno łatwo o sukces by nie było. Najlepszy dowód jest taki, że choć przez lata przewijało się przez reprezentację Polski wielu świetnych pięściarzy, ostatni medal olimpijski wciąż jest zasługą Wojciecha Bartnika (brąz w Barcelonie w 1992). Masternak, pochodzący z biednej, rolniczej rodziny, nie chciał czekać. Chciał wykorzystywać swój potencjał i zarabiać pieniądze, dzięki którym mógłby pomóc najbliższym, a następnie założyć swoją rodzinę. W 2006 roku, jako niespełna 19-latek, dał się przekonać Andrzejowi Gmitrukowi i podpisał z nim zawodowy kontrakt. Drzwi do igrzysk olimpijskich zostały zatrzaśnięte bezpowrotnie. Przynajmniej – tak się wydawało jeszcze niedawno.

Przepisy zostały jednak zmienione. Przed Rio de Janeiro 2016 władze amatorskiego boksu zdecydowały się uchylić furtkę tym pięściarzom, którzy na co dzień zarabiają na życie w zawodowym ringu. Od razu pojawiły się głosy, że to absurd. Niektórzy wręcz argumentowali, że to trochę tak, jakby na amatorski turniej piłkarski ktoś zaprosił drużynę z ligi zawodowej. W przypadku piłki nożnej, rzeczywiście, większego sensu by to nie miało. W boksie sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Boks amatorski i boks zawodowy to tak naprawdę dwie różne dyscypliny sportu. Trochę tak, jak piłka nożna i piłka plażowa, albo piłka sześcioosobowa. W jednej możemy być europejskim średniakiem, a w drugiej – wicemistrzami świata. W boksie zawodowym walki o najważniejsze trofea trwają po dwanaście rund (trzy minuty każda) i odbywają się 2-3 razy w roku. W boksie amatorskim do wyłonienia zwycięzcy muszą wystarczyć trzy starcia (też po trzy minuty), a do wygrania turnieju trzeba stoczyć pięć walk w ciągu kilku dni. To ogromna różnica, która w większości przypadków może się okazać zbyt duża do przeskoczenia. Dodatkowo, na ringach olimpijskich używa się innych rękawic, w których trudniej nokautować. Tam od potężnego ciosu ważniejsza jest technika i spokojne zdobywanie punktów.

Mistrz świata odpadł w pierwszej rundzie

Najlepszy dowód na to, że powrót na ringi amatorskie to dla zawodowców twardy orzech do zgryzienia dały wspomniane igrzyska w Rio, pierwsze, na których dopuszczono do rywalizacji profesjonalistów. Wbrew obawom niektórych krytyków, zawodowi pięściarze wcale nie zdominowali turnieju olimpijskiego. Wręcz wypadałoby powiedzieć, że dostali tęgie lanie. Na przykład taki Hassan N’Dam N’Jikam, reprezentant Kamerunu. W momencie rozpoczęcia igrzysk w Rio, był świeżo po zawodowych zwycięstwach nad dwoma Polakami – Robertem Świerzbińskim i Tomaszem Gargułą (obie wygrane przed czasem). Kilka lat wcześniej miał na koncie najpierw tymczasowe mistrzostwo świata WBA, a potem regularny pas WBO. Gdy w dresie reprezentacji Kamerunu paradował na ceremonii otwarcia brazylijskich igrzysk, jego zawodowy bilans wynosił 34 zwycięstwa i dwie porażki (obie w 12-rundowych walkach o mistrzostwo świata). I jak spisał się nasz bohater, niedawny mistrz świata zawodowców? Przegrał do wiwatu z zupełnie przeciętnym Michelem Borgesem u wszystkich trzech sędziów! Żeby jeszcze mocniej pokazać, jak duże są różnice między jedną odmianą boksu, a drugą, dodamy tylko, że niespełna rok po nieudanej olimpijskiego przygodzie N’Dam N’Jikam… ponownie został zawodowym mistrzem świata.

Spośród zawodowców dobrze powrót na olimpijskie ringi wspomina jedynie Mathieu Bauderlique. Francuz po pięciu latach zawodowej kariery miał wprawdzie na koncie komplet zwycięstw, ale za to jakichś wspaniałych perspektyw – już nie bardzo. Skorzystał więc z olimpijskiej furtki i z pewnością nie żałuje. W Rio miał świetne losowanie i łatwo wygrał dwie walki z egzotycznymi rywalami (Kolumbia i Ekwador). W trzeciej przegrał z późniejszym mistrzem Julio Cesarem La Cruzem z Kuby, ale to i tak wystarczyło, by do Francji wrócić z brązowym medalem. Ten nieco mu pomógł w zawodowej karierze, dziś ma na koncie 18 zwycięstw i jedną niespodziewaną porażkę. Latem obronił pas interkontynentalny WBA w wadze półciężkiej.

Bokserski sprint Mastera

Gdzie w tym wszystkim Mateusz Masternak? On w ciągu dwunastu lat zawodowej kariery stoczył 46 walk, z których 41 wygrał. W sumie przeboksował 302 rundy, co daje średnio 6,5 rundy na pojedynek, czyli ponad dwa razy więcej niż wynosi dystans w boksie amatorskim. W 2012 roku wywalczył pas zawodowego mistrza Europy, a rok temu walczył w prestiżowym turnieju World Boxing Super Series. Po zaciętym pojedynku nieznacznie uległ Yunierowi Dorticosowi, który niedługo ma zaboksować w wielkim finale (z „ulubieńcem” polskich kibiców Mairisem Briedisem, który znokautował łokciem Krzysztofa Głowackiego). Niedługo po tej ostatniej walce nagle zmarł Andrzej Gmitruk, wieloletni trener i promotor „Mastera”. – Umarła jakaś część mojego serca. To Andrzejowi Gmitrukowi zawdzięczałem najwięcej, to on mnie ukształtował, jako pięściarza i wprowadził do wielkiego boksu. Wszystkie sukcesy zawdzięczam jemu – mówił wtedy Masternak.

Teraz Masternak wraca do sportu, w którym w dorosłym życiu był tylko przez chwilę. Już rozpoczął treningi i pierwsze sparingi. One mają go przygotować do zbliżających się mistrzostw Polski (24-29 listopada w Opolu).

Wiem, że to nie będzie łatwe, bo to inny wymiar sportu. Porównałbym to do bokserskiego sprintu. Mam jednak sporo doświadczenia ringowego i treningowego, dlatego jestem przekonany, że odnajdę się w takiej formule. Jako zawodowiec byłem zawodnikiem trochę za bardzo wyczekującym, teraz na to nie będzie czasu. Muszę mieć dynamiczne nogi i szybkie ręce. Wiem, że dam radę – przekonuje.

Listopadowe mistrzostwa kraju to oczywiście dopiero pierwszy krok na drodze do realizacji olimpijskich ambicji Masternaka. W Opolu trzeba zdobyć złoto, żeby móc pojechać turniej kontynentalny w Londynie (marzec), na którym można wywalczyć pierwsze bilety do Tokio. Jeśli nie uda się w brytyjskiej stolicy, kolejna szansa w maju, we francuskiej. Tam, na światowym turnieju kwalifikacyjnym, do wzięcia będą jeszcze trzy przepustki do Japonii.

Najgorsza seria w historii polskiego boksu

Co tu dużo gadać, wielcy mistrzowie polskiego boksu i legendarny trener Feliks Stamm przewracają się w grobach, widząc, co się od lat dzieje w naszym boksie olimpijskim. Napisać, że jest źle, to nic nie napisać. Biało-czerwoni, który kiedyś byli światową potęgą i z każdych igrzysk wracali z medalami. W 1964 roku w Tokio nazbierali ich w sumie siedem (trzy złote, srebro i trzy brązowe), podobnie, jak cztery lata wcześniej w Rzymie (złoty, trzy srebrne i trzy brązowe). Na kolejnych igrzyskach było to odpowiednio pięć, cztery, pięć, pięć, cztery. W 1992 roku z Barcelony tylko Wojciech Bartnik wrócił z brązowym medalem (wywiad z Wojtkiem Bartnikiem do przeczytania poniżej), co było najgorszym wynikiem polskiego boksu od ponad 40 lat i oczywiście zostało wtedy przyjęte, jako katastrofa. Tymczasem – aż strach powiedzieć – ale to był jednocześnie najlepszy wynik od 1992 roku do dzisiaj. Na kolejnych turniejach olimpijskich nikt z Polaków nie był w stanie przebić się do strefy medalowej.

Trzy lata temu w Rio de Janeiro wystąpiło dwóch polskich pięściarzy, Tomasz Jabłoński i Igor Jakubowski. Obaj odpadli po pierwszych pojedynkach. W niedawnych mistrzostwach świata w Jekaterynburgu biało-czerwona kadra liczyła sześciu zawodników. W sumie wygrali jedną walkę…

Prawda jest taka, że większość naszych reprezentantów urodziła się już po tym, jak Bartnik stał na olimpijskim podium. Czy w tej sytuacji wypada narzekać, że olimpijski pomysł Masternaka jest trochę szalony? To sytuacja z gatunku tych, w których nie ma nic do stracenia. Jeśli się nie uda – trudno. Możemy spróbować po staremu i naiwnie liczyć, że te same działania nagle przyniosą inne rezultaty. Albo spróbować inaczej…

JAN CIOSEK

Otwierać, policja! Wojtek, pakuj się, jedziesz na igrzyska!

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez