“Master” wraca na zawodowy ring, ale wciąż myśli o igrzyskach

“Master” wraca na zawodowy ring, ale wciąż myśli o igrzyskach

Polski boks zawodowy na każdym kroku dostarcza ostatnio atrakcji. Mimo wszystko transfer Mateusza Masternaka (41-5, 28 KO) do grupy KnockOut Promotions uderzył jak grom z jasnego nieba. “Master” pod koniec 2018 roku nieoficjalnie zawiesił karierę, by powalczyć o igrzyska. Po przełożeniu imprezy czas nie pracował na jego korzyść – stąd pomysł na powrót. Plan jest prosty – przyspieszona droga do walki o wymarzony pas mistrza świata.

“Stało się! Zaczynamy współpracę. Jeszcze parę lat temu dałbym na to mały procent, ale czas zmienia ludzi i perspektywę. Oby sportowa przyszłość była nasza” – skomentował pięściarz w mediach społecznościowych. Masternak nigdy nie miał po drodze z największą grupą w kraju. W pierwszych latach kariery prowadził go Andrzej Gmitruk. Potem wyjechał do Niemiec, ale współpraca z grupą braci Sauerlandów także była słodko-gorzka.

Masternak wraca do zawodowej gry już 19 września – transmisja jego występu około 23:30 w TVP Sport. W walce wieczoru na gali w Tarnowie spotka w ringu Taylora Mabikę (19-5-2, 10 KO) – niedawnego przeciwnika Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka (58-4-1, 39 KO). To dobry pojedynek, by zasygnalizować gotowość do większych wyzwań. A ewentualna i całkiem prawdopodobna wygrana może sprawić, że pięściarz z marszu wróci do rankingu którejś z najważniejszych organizacji.

Na wojennej ścieżce

Współpraca z grupą Knockout Promotions wydaje się pod wieloma względami logiczna, ale w środowisku wzbudziła spore zdziwienie. W 2009 roku niepokonany wówczas “Master” zmierzył się na Polsat Boxing Night z Łukaszem Janikiem (15-0) – jedną z wschodzących gwiazd grupy. Wygrał przed czasem, a potem wyzywał do walki kolejnych rodaków. Starcia z „Diablo” i Krzysztofem Głowackim (31-2, 19 KO) nigdy się jednak nie zmaterializowały.

Z tym ostatnim regularnie ścierał się za to w mediach społecznościowych. W styczniu 2017 roku “Master” wyraził chęć walki z… Deontayem Wilderem (37-0). Amerykanin musiał wtedy szukać rywala po dopingowej wpadce Andrzeja Wawrzyka (33-1, 19 KO) – innego z pięściarzy związanych z Knockout Promotions. “Masternak chce walczyć z Wilderem?! Dawno takiego komplementu nie dostałem, bo przecież ze mną się boi” – szydził wtedy Głowacki.

“Po komplementy to idź do swojej żony, a ode mnie dostaniesz jedynie KO!” – odpisał zaczepiony. “Za ten głupi tekst z chęcią rozwalę ci ryja!” – odparował “Główka”. Wojna podjazdowa trwała, ale do tej pory nie przełożyła się na konkrety. Problemów z zawodową karierą Masternaka było zresztą więcej. Puentą niemieckiego rozdziału kariery był wprawdzie tytuł mistrza Europy, ale plany były przecież dużo poważniejsze.

W październiku 2013 roku na drodze Polaka stanął Grigorij Drozd (36-1). Do pojedynku doszło w Moskwie, a główną atrakcją gali było starcie Władimira Kliczki (60-3) z Aleksandrem Powietkinem (26-0). Rywal “Mastera” był wówczas postrzegany jako solidny pięściarz z szerokiej czołówki, ale nie wyróżniał się niczym szczególnym. Po twardym i zaciętym pojedynku przełamał mistrza i zabrał mu pas.

Pokonany zmienił trenera i wkrótce trafił pod skrzydła Piotra Wilczewskiego. Niemieccy promotorzy szybko zapewnili mu kolejną dużą szansę, ale… znowu na wyjeździe. Nieco ponad pół roku później Masternak pojechał do Monte Carlo na walkę z Yourim Kalengą (19-1) o pas tymczasowego mistrza świata federacji WBA. W praktyce był to eliminator do spotkania z Denisem Lebiediewem (26-1) – pełnoprawnym czempionem tej organizacji.

Pojedynek był zacięty, ale po dwunastu rundach dwóch sędziów wskazało na przeciwnika. Jedną z tych osób był zresztą Polak – Paweł Kardyni. Sam pięściarz największe pretensje miał jednak do siebie, a nie do rodaka. Faktycznie – kilka kluczowych rund uciekło mu trochę na własne życzenie. W teorii oparty na presji styl Kalengi nie powinien sprawiać mu większych kłopotów, ale długimi momentami przynosił wymierne efekty. Kolejną decyzją po porażce była także zmiana trenera.

Oszukany w Afryce

Pokonany znów przesunął się na dalszą pozycję w kolejce do walki o mistrzostwo świata. Kolejny raz musiał wziąć ryzykowną walkę na terenie rywala, ale… do trzech razy sztuka. Tym razem bez większych problemów wyboksował Jeana-Marka Mormecka (37-5) – byłego mistrza świata, który rzucił na deski samego Davida Haye’a (19-1). Masternak zakończył mu karierę i wrócił dzięki temu do punktu wyjścia.

Zmieniły się pozycje w rankingach, ale nie zmieniło się to, że Polak wciąż był bokserskim podróżnikiem. W czerwcu 2015 roku został wysłany do Republiki Południowej Afryki, gdzie był zdecydowanym faworytem w starciu z miejscowym Johnnym Mullerem (18-4-2). Rywal dwa razy lądował na deskach i chwilami był po prostu miażdżony. Mimo to po dziesięciu rundach dwaj szerzej anonimowi w środowisku sędziowie jakimś cudem punktowali na korzyść gospodarza. W branży pełnej absurdalnych werdyktów ten wałek był czymś wyjątkowo ordynarnym.

To, co zobaczyliśmy w sobotę, to jedna z najbardziej skandalicznych sędziowskich decyzji w walce nie o tytuł. Nie mam pojęcia, jak dwójka arbitrów mogła to wypunktować 95:93 dla Mullera. Pod takim czymś nie podpisałby się nawet mało wprawny widz. Analizowaliśmy tę walkę i efekty są nieprawdopodobne. Na każdy cios Mullera dochodzą do celu cztery uderzenia Mateusza. Nie wspominam już nawet o dwóch nokdaunach… – oburzał się promotor Kalle Sauerland.

Pod takimi wnioskami podpisał się nawet… obóz promotorski gospodarza. Żadna komisja nie obejrzała pojedynku powtórnie i nie zmieniła decyzji, co miało niedawno miejsce w przypadku Rafała Jackiewicza w Niemczech. W 2015 roku nikt nie zarządził nawet rewanżu, który wyglądał na minimum przyzwoitości. Muller po tej “wygranej” dostał walkę z Ołeksandrem Usykiem (7-0) i kilka innych dużych szans, ale w poważnej czołówce i tak nie zaistniał nawet przez moment.

Wojna na Wyspach i rozdroża

A “Master”? Znowu dotknęła go proza pięściarskiego życia. W grudniu 2015 roku na jego drodze stanął Tony Bellew (25-2-1), a stawką pojedynku był tytuł mistrza Europy. Polak mógł odzyskać to trofeum po latach i był naprawdę blisko. Przed ostatnią rundą werdykt mógł pójść w obie strony, jednak w ostatnich minutach Brytyjczyk zranił przeciwnika, pieczętując tym samym nieznaczne zwycięstwo na kartach punktowych.

Obejrzyjcie sobie raz jeszcze tę walkę. To była brutalna wojna ringowa. Do dziś jest to wyjątkowo niedoceniane zwycięstwo. Być może to najbardziej niedoceniany sukces w karierze Bellew – przypomniał kilka lat później Eddie Hearn, organizator tamtego pojedynku.

Po raz kolejny powtórzył się jednak dobrze znany scenariusz. Brytyjski pięściarz – jak wcześniej Drozd i Kalenga – niedługo po wygranej nad Masternakiem boksował o wielkie rzeczy. Kilka miesięcy później został mistrzem świata federacji WBC. Tytułu bronił raz, a potem zakończył karierę Davida Haye’a (28-4) i stoczył zaciętą batalię z samym Usykiem (16-0).

Polak za to po raz kolejny znalazł się na rozdrożu. Rozstał się z grupą Sauerlandów i trzy kolejne pojedynki stoczył w ojczyźnie. Wrócił na ścieżkę zwycięstw, jednak można było odnieść wrażenie, że brakuje mu promotorskiego wsparcia, by doszlusować do ścisłej czołówki. W kwietniu 2018 roku Masternak w Częstochowie na gali organizowanej przez Mateusza Borka udanie zrewanżował się Kalendze (23-4) i sytuacja momentalnie uległa zmianie.

Wygrana pomogła mu uzyskać angaż w drugiej edycji turniej World Boxing Super Series (WBSS). Co ciekawe prestiżowe rozgrywki – w których na starcie staje ośmiu czołowych zawodników danej kategorii wagowej – organizują… bracia Sauerlandowie. “Master” w pierwszej walce trafił jednak na Yuniela Dorticosa (22-1, 21 KO) – wysokiego i mocno zaprawionego w bojach Kubańczyka, który większość walk rozstrzygał przed czasem.

Pojedynek był emocjonujący i trzymał w napięciu do ostatniej rundy. Wszyscy trzej sędziowie po dwunastu rundach punktowali na korzyść Dorticosa – dwaj tak minimalnie jak to tylko możliwe (115:113). Znając przebieg dotychczasowej kariery Polaka nikt nie będzie pewnie w szoku jeśli dodam, że Kubańczyk w kolejnym występie… sięgnął po tytuł mistrza świata federacji IBF.

Walcząc o Tokio

Ile razy można się jednak odbudowywać? Masternak gdzieś po drodze skończył 31 lat i postanowił spróbować nowej drogi. Ruszył do walki… o olimpijską kwalifikację, by w Tokio powalczyć o pierwszy medal dla Polski w boksie od 1992 roku. Nie mógł liczyć na wyjątkowe traktowanie. Najpierw wygrał krajowe mistrzostwa, a w marcu wyleciał do Londynu po olimpijską kwalifikację.

Pierwszą walkę wygrał szybko – pomogła kontuzja rywala. Sen o igrzyskach zaczął nabierać realnych kształtów, a od wymarzonej przepustki dzieliły tylko i aż dwa zwycięstwa. W międzyczasie zaczęła jednak szaleć pandemia koronawirusa i turniej po kilku dniach został przerwany. Wyniki mają zostać utrzymane, ale pół roku później wciąż nie wiadomo, kiedy rozgrywki zostaną wznowione.

Można tylko żałować, bo na Masternaka czekał Radosław Pantalajew. To byłby chyba najpoważniejszy test po powrocie na ring olimpijski – Bułgar to w końcu brązowy medalista ostatnich mistrzostw świata. On również czeka na dalsze zarządzenia, ale Polak nie jest jednak tak młody jak większość pięściarzy marzących o medalu igrzysk. Aby nie marnować czasu, Polski Związek Bokserski zorganizował mu zawodową walkę z Siergiejem Radczenką (7-6).

Było jednak tylko jedno “ale” – werdykt tego pojedynku nie został wpisany do oficjalnych rekordów. A szkoda, bo “Master” w tym występie potwierdził klasę. Zawodnik, który kilka miesięcy wcześniej rzucił na deski Artura Szpilkę (23-4) i zasłużył na zwycięstwo, tym razem został ograny do jednej bramki. Wydawało się, że Polak może stanąć jedną nogą na ringu olimpijskim, a drugą na zawodowym – tym bardziej, że chęć objęcia nadzorem zawodowstwa wyrazili także działacze PZB.

Raz wstałem lewą nogą i byłem w boksie olimpijskim, raz wstałem prawą i byłem w boksie zawodowym. Ostatni pojedynek pokazał jednak, że lepiej czuję się w boksie zawodowym, gdy jest tych rund więcej. To w dużej mierze zadecydowało, że jestem tu gdzie jestem – tłumaczył sam zainteresowany w rozmowie z Rafałem Mandesem z TVP Sport.

Plan był prosty – w oczekiwaniu na wznowienie kwalifikacji Masternak miał boksować w takich quasi-zawodowych walkach. 33-letni już pięściarz nie chciał stać w rozkroku – postanowił się jasno określić. Odbył serię szczerych rozmów z Andrzejem Wasilewskim. Panowie wyjaśnili sobie dawne nieporozumienia i podpisali kontrakt. Zwycięstwo w oficjalnym pojedynku z twardym Mabiką może sprawić, że Polak szybko wróci do rankingów.

Wciąż jest szansa na igrzyska?

Co dalej? Sytuacja w kategorii junior ciężkiej jest niezwykle ciekawa i rozwojowa. Dorticos – ostatni pogromca Masternaka – tydzień później wyjdzie do ringu z Mairisem Briedisem (26-1, 19 KO) w finale drugiej edycji turnieju WBSS. Zwycięzca będzie mistrzem świata federacji IBF i numerem jeden mocno obsadzonej kategorii. Łotysz może jednak zakończyć karierę, a Kubańczyk przejść do wagi ciężkiej. Może się więc okazać, że bez względu na wynik niedługo potem do wzięcia będzie mistrzowski pas.

Wciąż nie znamy także mistrza organizacji WBO. Briedis ostatecznie stracił to trofeum, ale doskonale przecież wiemy, że nie powinien go w ogóle dostać. Krzysztof Głowacki (31-2, 19 KO) został w Rydze po prostu ograbiony. Teraz “Główka” czeka na starcie z Lawrencem Okoliem (14-0, 11 KO) o wakujący pas – dojdzie do niego prawdopodobnie w grudniu w Londynie.

Na duże walki czeka także mistrz organizacji WBA – Arsen Goulamirian (26-0, 19 KO), który był już do walki z „Masterem” przymierzany. Z kolei Ilunga Makabu (27-2, 24 KO) – posiadacz pasa federacji WBC – będzie musiał odprawić obowiązkowego pretendenta z Rosji. Trzeba pamiętać, że rewanż z tym zawodnikiem ma na celowniku także Michał Cieślak (19-1, 13 KO).

Powrót Masternaka jest ciekawy z jeszcze jednego względu – może mocno ożywić sytuację na polskim podwórku. Z grupą KnockOut Promotions wciąż są związani nie tylko Głowacki i Włodarczyk, ale także Adam Balski (14-0, 9 KO) i Artur Szpilka (24-4, 16 KO). Ten ostatni zdążył zapowiedzieć, że po jednorazowym powrocie do kategorii cruiser znów zamierza się bić w wadze ciężkiej.

Lada moment “Master” znów może mieć przed sobą wiele ciekawych wyzwań. Najważniejsze, że jasno określił plany na najbliższe miesiące. Mimo rozstania Grzegorz Nowaczek – nowy-stary prezes PZB – nie zamyka przed nim drzwi. Gdy turniej kwalifikacyjny zostanie wznowiony, Masternak będzie mógł do niego dołączyć. Zamiast czekać na coś, co może się nie wydarzyć, lepiej wrócić do walki o coś konkretnego.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez