Mark Cavendish zwyciężył w drugim etapie Tour of  Turkey

Mark Cavendish zwyciężył w drugim etapie Tour of  Turkey

1159 dni. W tym czasie można zrobić wiele rzeczy – na przykład zapisać się na studia i obronić pracę licencjacką, wszak to grubo ponad trzy lata. Ale właśnie taki szmat czasu upłynął od ostatniego zwycięstwa Marka Cavendisha. Trzydziestopięcioletni Brytyjczyk na kolejny triumf czekał długie 1159 dni, ale nie poczeka ani jednej doby dłużej. Dziś wygrał drugi etap Tour od Turkey.

Wywodzący się z kolarstwa torowego zawodnik to prawdziwa legenda tego sportu. Profesjonalnie zaczął startować w kolarstwie szosowym już od 2005 roku. Cavendish udanie łączył oba rodzaje jazdy na rowerze, trzykrotnie zdobywając mistrzostwo świata na torze, i raz na szosie. Jednym z jego najbardziej udanych sezonów jest rok igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Został w nim wicemistrzem świata ze startu wspólnego, ulegając tylko Peterowi Saganowi oraz srebrnym medalistą olimpijskim na torze. W swojej karierze aż trzydziestokrotnie wygrywał etapy Tour de France.

Oczywiście, ze względu na połączenie obu dyscyplin, na szosie uchodził za jednego z najlepszych sprinterów. I cóż, jeżeli urodzony na Wyspie Mann zawodnik miał gdziekolwiek wygrać, w Turcji miał ku temu idealną okazję. Drugi etap tegorocznego Tour od Turkey miał co prawda dwa podjazdy, ale niezbyt strome, co oznaczało że właśnie sprinterzy mogli pokusić się o zgarnięcie całej puli. I Brytyjczyk dokonał tego w świetnym stylu. Na finiszu wydobył z siebie resztki sił, wyprzedzając drugiego Jaspera Philipsena dosłownie na linii mety. Tym samym przerwał swoją niechlubną serię zawodów bez etapowego zwycięstwa, oraz przywdział koszulkę lidera tureckiego touru.

– Dziękuję mojemu zespołowi, Deceuninck-Quick-Step, a w szczególności Patrickowi Lefevere. Dał mi szansę na powrót do ścigania w drużynie. Zwycięstwo to niesamowite, naprawdę bardzo miłe uczucie. Wyścig “dookoła Turcji”, to co prawda nie Tour de France, ale pokonanie Jaspera Philipsena i André Greipela nie jest łatwe. Jestem bardzo wdzięczny mojej ekipie powiedział Cavendish po zakończonym etapie.

Calineczka walczy z olbrzymami

Skoro już jesteśmy przy Patricku Lefevere, dyrektor generalny musi mieć spore powody do zadowolenia. Co prawda Tour of Turkey nie cieszy się niesamowicie wysoką renomą, ale w tym sezonie – poza Deceuninck-Quick-Step – uczestniczą w nim również dwie inne, czołowe ekipy, Israel Start-Up Nation i Astana. Większość kontraktów zawodników Deceuninck-Quick-Step kończy się wraz z upływającym sezonem, zatem konkurencyjne teamy czynią zakusy na niektórych kolarzy z tej grupy. A kuszą oczywiście wysokimi zarobkami.

Sam w wywiadach mówi, że nie do końca wierzy w rzekome oferty, które kolarze jego grupy otrzymują od innych menadżerów mówiąc, że gdyby były one prawdziwe, to Deceuninck-Quick-Step byłaby Calineczką pośród olbrzymów. Nie wiadomo, czy Belg robi dobrą minę do złej gry, czy sytuacja naprawdę wygląda aż tak źle. Ale w ostatnim czasie wiele mówiło się o przejęciu ekipy w której jeździ Cavendish przez Ralpha Denka, właściciela niemieckiej grupy kolarskiej BORA – hansgrohe. I chociaż tej ostatniej grupy – z którą Lefevere ma najbardziej na pieńku – w Turcji nie ma, to zawsze miło utrzeć nosa bezpośrednim rywalom, z którymi grupa będzie mierzyć się w najważniejszych wyścigach.

Dziś Patrick Lefevere z pewnością ma powody do zadowolenia. Co prawda ten sukces zwiększy zainteresowanie kolarzami grupy Deceuninck-Quick-Step. Ale z drugiej strony, Lefevere ma teraz dobry argument do rozmowy z nimi – namacalny dowód na to, że ich projekt ma sens. Zwłaszcza, że popiera go dzisiejszy triumfator – Mark Cavendish – który jest dozgonnie wdzięczy Belgowi za to, że ten dał mu szansę jazdy w drużynie, kiedy wiele innych zespołów po prostu skreśliło Brytyjczyka. Jak się okazało, może nieco przedwcześnie.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez