Mariusz Cendrowski podczas najtrudniejszej walki w życiu

Mariusz Cendrowski podczas najtrudniejszej walki w życiu

Przez lata był jednym z najbardziej cenionych polskich bokserów zawodowych i jednym z motorów napędowych grupy Andrzeja Gmitruka. Wcześniej seryjnie zdobywał tytuły amatorskiego mistrza kraju i reprezentował Polskę na igrzyskach olimpijskich Sydney 2000. Po zakończeniu zawodowej kariery z powodzeniem prowadził trzy kluby bokserskie na Śląsku i był szanowanym trenerem. Aż nagle przyszedł feralny listopadowy dzień, w którym Mariusz Cendrowski miał bardzo poważny wypadek samochodowy. Znalazł się na granicy życia i śmierci. Znacznie bliżej śmierci, nawiasem mówiąc. Od tego momentu porusza się na wózku inwalidzkim. I choć lekarze nie dają mu wielkich nadziei na powrót do sprawności, on bardzo mocno w to wierzy. Marzy o tym, by stanąć na nogi i ponownie wejść do ringu.

JAN CIOSEK: Wypadek całkowicie zmienił twoje życie, zdefiniował je na nowo…

MARIUSZ CENDROWSKI: Nic się nie dzieje bez przyczyny. Wypadek całkowicie zmienił moje życie i moje postrzeganie różnych spraw, spojrzenie na świat. Każdy w życiu czegoś szuka i tylko czasem znajduje. Ja się cieszę, że to znalazłem. Drastycznie, bo drastycznie, ale… na słabego nie padło. Wszystko, co się działo wcześniej w moim życiu, na pewno mnie przygotowało do tej sytuacji, w której dziś się znajduję. Byłem na igrzyskach olimpijskich, marzyłem o tym, od kiedy zacząłem trenować. Zawsze byłem pazerny na sukces, myślałem, że wszystko robię najlepiej, jak się da. Dziś już wiem, że pewne rzeczy bym zrobił inaczej, ale niczego nie żałuje. Igrzyska mnie przerosły. Ale cóż, wszystko dzieje się po coś. Ja dzięki wypadkowi znalazłem spokój, zrozumienie pewnych spraw. To dla mnie szczęście w nieszczęściu. Ja po prostu wiem, że dostałem drugie życie i tak naprawdę teraz toczę swoje prawdziwe igrzyska olimpijskie.

Walczysz o to, żeby wrócić do zdrowia?

Walczę o zdrowie, walczę o siebie. Takich jak ja są tysiące. Jasne, jest wielu przyjaciół, ludzi, którzy gdzieś tam mi pomagają i współczują. Ale współczucie jest najgorszą rzeczą dla sportowca. Nie lubię litowania się nad sobą. W sporcie było tak samo. Zawsze szukałem, pytałem: dlaczego? Teraz zrozumiałem, dlaczego w turniejach dochodziłem do strefy medalowej, a zazwyczaj medal przegrywałem jednym punktem, albo remisem ze wskazaniem. Nie udało mi się wejść na międzynarodowe salony.

Igrzyska w Sydney to przecież były „salony”.

Igrzyska tylko zahaczyłem. Pojechanie tam było spełnieniem marzeń. Każdy sportowiec o tym marzy. Każdy ma jakiś zawód, to jest praca. Przejście na zawodowstwo to już biznes. Wydawało mi się, że już mam na tyle umiejętności, że pięściami będę argumentował. Ale nie umiałem politykować w tym biznesie. Spotkałem wiele osób, każda była po coś. Teraz mam długi urlop na wózku, mam czas na myślenie. Ale już mnie tyłek boli od tego siedzenia, to nigdy nie należało do mojej natury. Ważne, że znalazłem to, czego szukałem. Olimpiada mnie przerosła, a teraz mam prawdziwy sprawdzian z siebie. Ja znam siebie najlepiej, wcześniej popełniałem błędy, wiem co gdzie mogłem osiągnąć… Było za mało zimnej krwi, za dużo chaosu.

Co masz na myśli, mówiąc, że igrzyska w Sydney cię przerosły? Miałeś 23 lata, pojechałeś walczyć o medal, a przegrałeś w pierwszym pojedynku z Koreańczykiem.

Jeśli kibice zwrócą uwagę, jak wyglądała ta walka, to zobaczą, że potrafiłem się nawet w ringu kłócić z trenerem! On nie potrafił wylać mi na głowę kubła zimnej wody. Polski Związek Bokserski zawsze politykował, miał swój system. Ja, jako pięściarz, myślałem, że wystarczy to, co robię w ringu. W turnieju kwalifikacyjnym wygrałem pięć walk, wykosiłem wszystkich i musieli mnie wysłać na igrzyska. Po drodze było wiele kłótni ze związkiem. Miałem tylko 23 lata, byłem pazerny na sukces. Wydawało mi się, że jak się już zakwalifikowałem, to nic mnie nie złamie. Nie jechałem tam na wycieczkę, tylko po medal. Ale w ringu coś nie grało. Wiadomo, zawsze wina zawodnika. Przyjąłem to na klatę. To mnie zahartowało w tej kwestii, z którą mierzę się dzisiaj. Ja siebie znam najlepiej i wiem doskonale, że mogłem tam zdobyć ten medal. Wdarł się chaos, a to są przecież sekundy, kilka minut i po wszystkim. Nie da się cofnąć czasu. Byłem świetnie przygotowany, ale chciała dusza do raju. Ciosy szły, ale nogi zostawały w tyle. Ciało nie współgrało z głową. To było dla mnie gigantyczne rozczarowanie, zawód. Mogłem już wtedy przejść na zawodowstwo, ale medal olimpijski ciągle był moim marzeniem. Postanowiłem zostać do igrzysk w Atenach. Ale PZB zrobił mi taki numer, że pół roku przed Atenami mnie zawiesili. A wygrałem Turniej Stamma, wykosiłem całą światową czołówkę, z mistrzem olimpijskim na czele. Trenowałem już wtedy z dala od kadry, po piwnicach z trenerem Denderysem. Nie chciałem być na zgrupowaniach, bo to była pralnia pieniędzy. To jest ten chory system, który musi się zmienić. Zawsze byłem niewygodny, nie potrafiłem politykować.

Za co cię zawiesili?

No właśnie, za co? Za to, że trenowałem z Ludwikiem Denderysem, że wygrywałem ze wszystkimi, że byłem mistrzem Polski? Nie chcę do tego wracać, niech każdy żyje według własnego sumienia. Byłem cierpliwy, na zawodowstwo poszedłem dopiero, jak mnie skreślili z kadry olimpijskiej. Dopiero wtedy się zdecydowałem, po namowach świętej pamięci Andrzeja Gmitruka. Andrzej dał mi test, który zdałem na piątkę z plusem, bo wygrałem w drugiej rundzie przez nokaut z zawodnikiem, który miał wiele walk. Od razu dostałem od trenera kontrakt do podpisania.

I jak wspominasz tę karierę zawodową?

Było ciekawie. Od razu usłyszałem, że za moją cenę promotorzy mogą mieć trzech innych. A przecież ja nie chciałem dużo, chciałem tylko utrzymać rodzinę, mieć te same pieniądze, co na amatorstwie. Cały czas były jakieś intrygi, że ja jestem ten zły, najgorszy. No, dobra, pogodziłem się z tym. Boksowałem, zaczęli mnie zapraszać na sparingi. Ile ja się nasparowałem, z Gołowkinami, Dzindzirukami. Ja dzięki temu przetrwałem. Miałem mieć co najmniej dwie walki w roku, ale często tego nie było. Nie ma co do tego wracać, Andrzej Gmitruk bardzo dużo mnie nauczył o życiu. Dziś już go z nami nie ma, więc wolałbym pamiętać te dobre rzeczy. Ja po prostu nie umiałem politykować, byłem buntownikiem. Poszedłem w sparingi, liznąłem trochę trenerki, nauczyłem się boksować, zwiedziłem pół świata, poznałem różne szkoły. Stoczyłem mnóstwo walk, a – jak widzisz – na muchy nie wołam „ptoki”. A przecież te sparingi nieraz kosztowały dużo więcej zdrowia niż walki z Czechami czy Słowakami. Pamiętam, jak przyjechał kiedyś rywal z Afryki, przyjął pozycję, a to nawet nie wyglądało, jak pozycja bokserska! A w rekordzie ma rzekomo 50 walk. To ja się śmieję, że chyba w dżungli na dzidy! Tak wyglądał ten boks zawodowy. G… zawinięte w papierek i sprzedawane, jako luksusowy produkt.

Polityk!

No, widzisz, nigdy nie umiałem politykować. Zostawmy to już, poproszę następny zestaw pytań…

To pytanie wraca w rozmowie z każdym byłym pięściarzem: czemu w polskim boksie jest tak źle, a na medal igrzysk olimpijskich czekamy prawie 30 lat?

Najgorsze jest to, kiedy mówią, że nie ma młodzieży, że brakuje talentu. Zobacz, ile dzieciaków dziś boksuje! Za moich czasów była nas garstka. Dziś na sali mam pełno ludzi. Oni chcą trenować, bawić się w boks. Problemem są trenerzy, którzy zatrzymali się w latach siedemdziesiątych. Wojtek Bartnik w 1992 roku też zrobił psikusa tym swoim medalem, przecież pojechał do Barcelony, jako rezerwowy, w ogóle miało go tam nie być. Ostatnie dobre igrzyska to Seul, 31 lat temu, gdzie były trzy medale. Minęło tyle lat, a związek ciągle szuka winy w zawodnikach, ja też tego doświadczyłem. Zawsze ja byłem tym złym. Struktury powinny się zmienić, ja się zmian nie boję. W Polsce jest przecież siła. Nas od dwustu lat tępią i wytępić nie mogą: jeden zabór, drugi zabór, trzeci, jedna wojna, druga, komuna… Zobacz, jakim jesteśmy silnym narodem. W boksie jest tak samo. Młodzieży jest dużo, chcą boksować. Tylko może trzeba się uderzyć w piersi, zacząć od siebie, a nie szukać winy w innych? Nie można też być pazernym na pieniądze. Pieniądz nie jest najważniejszy. Do mnie teraz to dotarło: ja byłem na igrzyskach, grali dla mnie hymn, walczyłem dla Polski. Doświadczyłem bardzo dużych emocji, stoczyłem 350 walk, zwiedziłem kawał świata, nikt mi tego nie zabierze. Miałem chwilę, że mnie ciarki przechodziły. Na igrzyskach 120 tysięcy ludzi na stadionie, wszystkie narodowości – tego nie kupisz za żadne pieniądze. Albo gala Adamek – Kliczko we Wrocławiu. Ja walczyłem tuż przed nimi.

Z tym też były kłopoty.

Dokładnie. Nagle wyłączyli kamery. Cały stadion krzyczał: złodzieje! Ja nie wiedziałem, co się dzieje. Ja walę typa, klient liczony, a tu – gwizdy. Okazało się, że wyłączyli telebim, bo miałem prywatną reklamę, a nie zapewnioną przez organizatorów. Ja zawsze byłem swoim sterem, a oni robili wszystko, żebym nie zaboksował. Już byłem w rękawicach, a nie wiedziałem, czy wyjdę do ringu. Wyszedłem tylko dlatego, że wcześniejsza walka skończyła się szybko przed czasem. Sport mi dał bardzo dużo, ale ja zawsze bardziej musiałem walczyć z wiatrakami, a nie z rywalami w ringu. A przecież wielokrotnie pokazałem, że gdy miałem spokojną głowę i dwa-trzy miesiące przygotowań, mogłem walczyć z każdym. Ja w ringu zawsze czułem się lepiej niż poza nim. Ale ja najczęściej dowiadywałem się o pojedynku z dwutygodniowym wyprzedzeniem… No, jak się przygotujesz do dwunastu rund w dwa tygodnie?! Ja po takich przygotowaniach potrafiłem 3-4 rundy z Gruzinem w Gruzji wygrać. Polityka, biznes, brak promotorów, menedżerów. Szkoda, że politycy rządzą tym sportem. Boks był, jest i będzie, bo to magiczny sport. Sport, który potrafi się odwdzięczyć za ten pot, krew i łzy. Mnie też się odwdzięczył. Zobacz, jak mnie zahartował do największej walki w życiu. Walczę ze sobą, z przeciwnościami losu, ze złamanym sercem.

Jak to było z tym wypadkiem, z ręką na sercu? Wracałeś z imprezy, nad ranem…

Szczerze, z ręką na sercu: dzień wcześniej byłem z żoną na wycieczce na zamku w Książu. Potem były urodziny mojego przyjaciela Janusza Jaremki, który wielokrotnie był moim sponsorem. Żona nie chciała jechać na urodziny, więc wsiadłem w samochód i pojechałem sam. Jak dojechałem, to już za dużo nie pamiętam. To dziwne, że jedziesz i nie pamiętasz. Nie wiem, czy ten wypadek mi coś naruszył i dlatego mam dziurę w pamięci z powodu uderzenia głową. W każdym razie, wracałem z urodzin do domu, ale nie dojechałem.

Byłeś trzeźwy?

Okazało się, że miałem 3,5 promila. Janusz przychodził do mnie do szpitala, rozmawialiśmy. Nie dowierzam, że puściłby mnie w takim stanie. 3,5 promila? To ciężko ustać na nogach, a co dopiero przejechać 40 kilometrów?! Zatrzymałem się na drzewie, tuż koło domu. Dostałem drugie życie, wiem że przyszedłem tu po coś. Bo ja najprawdopodobniej zginąłem. Szukam. Znalazłem Boga w sercu. Wiem, że sprowadził mnie tu z powrotem, dał mi nowe życie. Zadaję sobie mnóstwo pytań.

Jakich?

Wiem, że pijany nie ma racji. Masz 3,5 promila, przecież nikt ci nie wlewał tego do organizmu. Jakoś się znalazło, no, napiłem się. Ale nie wierzę, żeby to mogło być na urodzinach. Możesz pić, ale coś pamiętasz. A ja nie pamiętam w ogóle tych urodzin.

Na pewno piłeś i na pewno wsiadłeś pijany za kierownicę…

To nie podlega żadnej dyskusji, pijany nie ma racji. Ale Janusz w tym stanie by mnie nie puścił. Nie wiem, może po drodze coś piłem? Nie wiem, coś jest zerwanego w tym filmie. Nie pamiętam. Ale to też sztuka przejechać 40 kilometrów na 3,5 promila! Nigdy w życiu mi się nie zdarzyło, żeby po alkoholu jechać samochodem, są jakieś zasady!

Z ręką na sercu: nigdy nie jechałeś po pijaku, a tu znajdują cię po wypadku i masz 3,5 promila?

Dokładnie. Nigdy. To dla mnie lekcja, wszystko dzieje się po coś. Zostawiłem to za sobą, nie myślę. Co mi to da? Było, minęło, mam nowe życie. W pierwszym szpitalu, do którego mnie zabrali, w Trzebnicy, żaden lekarz mnie nie chciał operować. W drugim, we Wrocławiu, wielcy profesorowie także się nie podjęli, bo było za duże ryzyko wykrwawienia. Wziął mnie młody doktor, Szczepański, dzięki niemu jestem tutaj.

Co tak naprawdę się stało w wypadku? Uszkodzenie rdzenia kręgowego?

Mam uszkodzony rdzeń na długości 3 centymetrów. Zmiażdżony, ale nie przerwany. Mam w sobie dziewięć śrub, całkowite stabilizatory. Przepustowość rdzenia jest minimalna, na 0,3-0,4, ale jest.

To daje nadzieję?

To daje wiarę, z nadziei rodzi się wiara. Ja tu przyszedłem na nowo, po coś. Kiedyś się fascynowałem filmem „Pasja”. Kurde, Jezus był człowiekiem, to jest nasz brat. Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. On nam daje miłosierdzie. Zobacz, co ludzie robią, jak są podzieleni, jak się różnią poglądami. Religia to jest instytucja. Ile religii jest na świecie! To Bóg wymyślił? Bóg dzieli ludzi na świadków Jehowy, prawosławnych, katolików, muzułmanów? Bóg nie dzieli, Bóg łączy. Bóg jest jeden. Religię wymyślił człowiek.

Jak cię pamiętam z ringu, to nigdy nie okazywałeś swojej wiary przed walkami. To ten wypadek tak cię zmienił?

Znak krzyża zawsze robiłem przed pojedynkiem. Na igrzyskach też zrobiłem, co się bardzo nie spodobało sędziemu, aż kazał mi wytrzeć rękawice! Ale zawsze wiedziałem, że „jak trwoga, to do Boga”. Zawsze go prosiłem o różne rzeczy. O to, o tamto. Nawet, gdy popiłem na imprezie, a potem był kac, prosiłem: panie Boże, już proszę, żeby mnie przestała boleć głowa. I wysłuchał mnie! Trochę w żartach, ale Bóg mi jakoś zawsze towarzyszył, czułem jego obecność. Teraz on mnie tu sprowadził po coś, dał mi drugie życie. Kiedyś zostawiłem mamę, założyłem swoją rodzinę. Teraz, po wypadku, zostałem sam. To jaka to była miłość? Trzeba przeżyć to rozczarowanie, to złamane serce, żeby wiedzieć, na czym się stoi. To, co było słabe, będzie słabsze, a to co mocne, będzie mocniejsze.

Boleśnie się przekonałeś, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie…

Tak jest. Tak samo, jak w ringu. Im więcej potrenujesz na sali, tym mniej zdrowia stracisz w ringu. Dla mnie boks był jak religia, w tym sporcie jest wielka magia.

Od wypadku minęły prawie trzy lata, jakie są dziś rokowania odnośnie twojego zdrowia?

Lekarz powiedział: Mariusz, co mogłem, to zrobiłem. Dał mi 10 procent szans. Ja jestem spokojny, wiem, że z tego wyjdę. Spotkałem wielu ludzi, wątpiących, bez nadziei. Chcę im dawać przykład. Trzeba tylko wierzyć. Ja wierzę, że przyjdzie czas, że wstanę z tego wózka i pobiegnę. Jak wszystko pójdzie dobrze, to chcę wrócić do ringu, zrobić jakieś cztery rundy… To będzie moje świadectwo, że nigdy nie można się poddawać. Co gorszego mogło mnie spotkać? Można powiedzieć, że straciłem wszystko. Ale z drugiej strony – zobacz ile ludzi, ilu przyjaciół jest przy mnie, jakim jestem bogatym człowiekiem! Czasem, gdy wszystko się kończy, to tak naprawdę dopiero się zaczyna, na nowo. Tylko trzeba wierzyć, że nic się nie dzieje bez przyczyny, że ma sens. Trzeba umieć stawić temu czoła, nie bronić za wszelką cenę tego, co było. To jest właśnie wiara w Boga, w tatusia, w szefa, którą nam daje serce. Jak się słuchamy serca, wszystko jest łatwe, proste, naprawdę. Każdy czegoś szuka w życiu. Jeden szuka pieniędzy. Ale czy będzie szczęśliwy? Wpadamy w system, który nam coś narzuca, głupiejemy, wariujemy, nie mamy czasu nawet pierdnąć. Przed wypadkiem, gdyby doba miała 40 godzin, też by mi było mało. Byłem pracoholikiem. Klub w Opolu, klub we Wrocławiu, trzeci w Trzebnicy, żeby zarobić pieniądze dla żony. Widzisz: drzewo posadziłem, dom zbudowałem, syna mam, w tamtym starym życiu się spełniłem. W tym nowym odnalazłem serduszko, Boga. On mi jeszcze coś da do głowy, to jedna wielka nieskończoność. Ludzie są zagubieni. Może mój przykład komuś pomoże. Ale nie chcę już mówić, wolę robić. Poproszę nowy zestaw pytań.

Mądrze rzeczy mówisz i piękne świadectwo dajesz. Widać, że odnalazłeś spokój, którego wcześniej chyba nie miałeś…

Odnalazłem Boga, dlatego mam spokój. Wiem, że on mnie cały czas trzyma za rękę. Wbrew pozorom cieszę się, że miałem ten wypadek. Ja sprawdzam teraz samego siebie, kim naprawdę jestem, jakim człowiekiem, czy jestem silny, czy słaby, czy podołam, czy nie. Wolę to zrobić, niż mówić, co zrobię. Z Bogiem, z wiarą, wszystko jest możliwe. Góry można przenosić i ja będę te góry przenosił. Mam jeszcze coś do zrobienia. Każdy w życiu ma krzyż: klęczysz, odrabiasz lekcję i idziesz dalej. Jak mówi Marek Piotrowski: wstań i walcz.

Wstań i walcz – to jest twój plan? Pokazać, że nie ma takiego krzyża, który by nas załamał?

Dzięki wierze wszystko jest możliwe. Ja wiem, że tego dokonam. Plan? Na górze jest plan, wobec każdego. Ja się nie chcę już kłócić z niczym, nie chcę być mądrzejszy, nie chcę już politykować, jak z działaczami, trenerami… Po co? Robię swoje. Już nie jeden raz pokazałem, że mam siłę. Ja wstanę, ja to wiem, ja to czuję. Każdy dzień jest jakąś lekcją. Na razie mam najdłuższy urlop w życiu, mam kiedy myśleć, analizować. Już nieraz sobie popłakałem, miałem chwile słabości. Sam nie wiem, jak daję radę. Bycie silnym, to jeszcze nic. Ale jak ci obcy ludzie tyłek wycierają? Przecież masz godność…

Ciężki temat.

Nie ma co uciekać od ciężkich tematów. Ja tego doświadczam, wiem, co mówię. Kiedyś uciekałem od tego, ale złapałem spokój i się nie boję…

Wspomniałeś o trzech klubach. Czy one cały czas działają, pod twoją nieobecność?

Okazało się, że w tym, co tworzyłem, była jakaś fajna magia. Nikt z tych ludzi mnie nie zostawił, nie opuścił mnie. Klub Red Corner zmieniłem w fundację. Całe moje doświadczenie wkładam w tę fundację, to będzie coś, co ma po mnie zostać. Chcę stworzyć armię ludzi, którzy będą dawać dobre świadectwo. Nie dla pieniędzy, ale dla życia, dla uśmiechu, po coś. Dam przykład: przychodziło do mnie na treningi personalne trzech chłopaków. Ich żony od dłuższego czasu miały problem z zajściem w ciążę. Trenowali ze mną i później wszystkie żony pozachodziły w ciążę. Wiesz dlaczego? Bo zeszły z nich stresy, nerwy, te myśli o kredytach hipotecznych, kłopotach, i tak dalej. Zakładali śmierdzące, przepocone rękawice i czuli się przez chwilę kimś. To ich uspokajało, co spowodowało, że plemniki inaczej działały i doszły tam, gdzie trzeba. Czy to nie jest piękne?

A co zrobić, żeby w polskim boksie też było pięknie?

Zaorać, zabetonować i zacząć od nowa. Nie bać się drastycznych zmian, one czasem są dobre, wiem to po sobie. Zawodnicy się szkolą, ale trenerzy też muszą. Kiedyś był lewy prosty taki, a teraz jest inny. Kiedyś miałeś taki boks, dziś jest inny. Dziś jest Wasyl Łomaczenko, który jest fenomenalny, od razu w drugiej walce boksuje o mistrzostwo świata i patrzysz na niego, jakbyś był w teatrze. Sztuka. Są miliony bokserów, setki dobrze zarabiają. Ale będzie ten jedyny, jak Mayweather, czy teraz Łomaczenko, nawet na tej biednej Ukrainie. U nas też jest wielu fenomenalnych pięściarzy. Tylko trzeba każdemu dać się rozwijać, a nie wrzucać wszystkich do jednego worka. Jeden bazuje na szybkości, inny na refleksie, albo na sile, nie ma dwóch takich samych pięściarzy. Trenerzy muszą o tym pamiętać.

Ty na ringach amatorskich byłeś trochę takim polskim Łomaczenką, z niesamowitą serią zwycięstw.

W Polsce nie przegrałem walki przez pięć lat. Co miałem jeszcze udowodnić? Na dużych imprezach często dochodziłem do strefy medalowej, ale do medalu zawsze trochę brakowało. Teraz już wiem, dlaczego. Po to, żeby teraz stoczyć ważniejszą walkę. Przecież gdybym zdobył medal, to bym już był pochłonięty, mogłem przecież zostać w Stanach z Adamkiem – brakowało tylko medalu. A tam były duże pieniądze. Teraz wiem, że mnie nikt nie kupi, za żadne pieniądze. Ale kiedy miałem 23-24 lata, pewnie dałbym się sprzedać.

Czego żałujesz ze swojej kariery zawodowej? Przed pewien czas rozwijała się fajnie, a potem czegoś zabrakło.

Niczego nie żałuję. W szóstej walce już boksowałem 12 rund. Byłem pazerny na sukces, Andrzeja Gmitruka już nie było na mnie stać, na moje walki, moich rywali. Ja chciałem jeszcze, jeszcze, jeszcze. Doszedłem do bilansu 17-0 i już mnie wypuścili. Zacząłem zarabiać. Przestałem wierzyć w nie wiadomo jakie rzeczy. Proponowali mi walkę o mistrzostwo świata z dwutygodniowym wyprzedzeniem. To wszystko była lekcja, która przygotowała mnie do tego sprawdzianu. Ja siebie już wiele razy przełamywałem. Ale czego mam żałować?

Którą walkę najlepiej pamiętasz, która była najważniejsza?

Każda była ważna. W szóstej boksowałem już o tytuł pomniejszej federacji, potem brakło polityki. Z Domenico Spadą na przykład drugiej walki nie przegrałem, choć boksowałem na wyjeździe. Zapłacili mi takie pieniądze, że nie protestowałem. Za tę walkę miałem dach zrobiony, czy okna wstawione w domu. Tak o tym myślałem. No, bo co ja będę politykował bez promotora? Zapłacili i morda w kubeł.

Brutalne podsumowanie bokserskiej rzeczywistości.

Taka prawda. Ale skoro podsumowujemy, ja wiem jedno: Tomasz Adamek nie był na igrzyskach olimpijskich, Dariusz Michalczewski nie był na igrzyskach olimpijskich, Krzysztof Włodarczyk nie był na igrzyskach olimpijskich. A ja byłem. Oni biznesowo są zarobieni, ale nie wszystko można kupić za pieniądze. Ja byłem wybrany z 40 milionów Polaków, w Sydney było nas 230 osób. To chyba dużą selekcję przeszedłem?

Czego ci życzyć, poza zdrowiem?

Zdrowia. I wytrwałości. Bądźcie ze mną, trzymajcie kciuki i przyglądajcie się. Ja nie chcę mówić, chcę pokazać. Siłę mam. Odnalazłem wiarę, odnalazłem Boga i jestem bardzo szczęśliwy. Życzę każdemu, żeby tego doznał.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez