Marian Kasprzyk: od zera do bohatera – z dożywotniej dyskwalifikacji po złoto w Tokio

Marian Kasprzyk: od zera do bohatera – z dożywotniej dyskwalifikacji po złoto w Tokio

Mistrz olimpijski z Tokio był niesamowitym pięściarzem, obdarzonym potężnym uderzeniem i jeszcze większym sercem do walki. Gdyby boksował dzisiaj, z takimi predyspozycjami byłby zawodowym mistrzem świata z tłumem fanów, a za każdą walkę zarabiałby furę pieniędzy. Tymczasem jego złoto z 1964 roku wyceniono na… 30 dolarów. Wcześniej od władz PRL bokser dostał rok więzienia i dożywotnią dyskwalifikację ze sportu! Marian Kasprzyk za kilka miesięcy kończy 80 lat, ale wciąż jest w fenomenalnej formie. Duża w tym zasługa bardzo poważnego nowotworu, po którym bokser przeszedł przemianę duchową i zamienił alkohol na modlitwę. W jeszcze większych dawkach.

Dziś premie za medale olimpijskie idą w setki tysięcy złotych, mistrzowie dostają także samochody i inne profity. Pan dostał 30 dolarów. Teraz to równowartość stu złotych…

Wtedy dolar był dużo więcej warty. Oficjalnie kosztował 24 złote, a na czarnym rynku stówkę, czyli zarobiłem trzy tysiące. To było sporo pieniędzy. Kiedy ktoś pytał, na co to wydałem, to mówiłem: na przelew (Kasprzyk wykonuje charakterystyczny gest dłonią w szyję). Takie czasy to były. Tak się żyło. Nie narzekam. Mieliśmy dobrze, bo nie płaciliśmy za treningi, wyżywienie. Musieliśmy tylko trenować. Chociaż, tak sobie myślę: czy dziś ktoś by chciał trenować za jedzenie?

Mocno wątpliwe…

No, nie wierzę. Takie czasy były. W domu też się nie przelewało. To było tuż po wojnie, wszędzie była bieda, każdy się liczył z pieniędzmi. Nie wiem, czy dobrze myślę, ale czym większa bieda, tym lepsze wyniki w sporcie.

Sport zawsze dawał szansę na wyrwanie się z nędzy.

Zgadza się. Kiedy lecieliśmy za granicę, człowiek myślał czy nie wziąć czegoś na handel. U nas nie było kompletnie nic. Można było kupić kilka koszulek i zarobić 500, 700, 1000 złotych. Wszystko schodziło. I człowiek się ubrał lepiej za granicą. To były naprawdę ciężkie czasy.

Trenować też trzeba było ciężko?

To kosztowało wiele zdrowia. Trzeba było trenować, trenować i jeszcze raz trenować, wtedy przychodziły sukcesy. Trzeba być twardym, zatwardziałym, zahartowanym, nie tylko w boksie, także w życiu. Przecież ja ciężko chorowałem. Gdybym wcześniej nie trenował, też bym poszedł do tyłu. Wykaraskałem się, bo wszystko można przełamać z pomocą góry.

Wyszedł u pana bokserski charakter. Życie pana powaliło na deski, pan poczekał na liczenie, a potem się podniósł.

A jakie miałem wyjście? Podnieść rękę i się poddać? No jak? Wstyd…

Do choroby jeszcze dojdziemy, bo to bardzo ważny wątek w pana życiu. Chciałem najpierw spytać o coś innego: pan się urodził tuż po rozpoczęciu wojny. To chyba średni czas na przychodzenie na świat…

Jeszcze we wrześniu. Tak wyszło, nic na to nie poradzę.

Pamięta pan wojnę?

Pamiętam, jak przechodził front. Jechaliśmy furmanką. Rosjanie zabrali nam samochód, zabrali konie, dali w zamian jakieś stare szkapiny, które ledwo co lazły. Chcieli nas w ogóle pozabijać, byli pijani i zamknęli nas do jakiegoś budynku, strzelali po ścianach. Później już było dobrze. Jechało się i jechało, pociągiem towarowym. Po wojnie wszędzie była bieda, wróciliśmy do Polski, ojciec znalazł pracę w Ziębicach.

A potem zaczął pan boksować. Jak to się w ogóle zaczęło?

Rodzice po wojnie wyjechali do Ziębic, na Dolnym Śląsku, ziemie wyzyskane, to znaczy odzyskane, przepraszam. Tam ojciec znalazł pracę. Mój starszy brat trenował boks, dobrze się zapowiadał, ale potem zdechło. Bywa. Drugi i trzeci brat grali w piłkę, ja też jako dzieciak lepiej grałem w piłkę niż boksowałem. Miałem dryg do sportu, lewa noga, prawa, szybki byłem, zwinny. Później raz poszedłem na trening bokserski, miałem 14 lat. Trener kazał boksować z kolegą, który trenował od dwóch lat. Zbiłem go strasznie. Potem szybko poszło. Do Bielska-Białej przyjechałem w 1958 roku. Pierwszą walkę toczyłem z Heniem Niedźwiedzkim. Trochę miałem cykora, bo ja miałem 18-19 lat, a on był stary wyga, medalista olimpijski z Melbourne. Ale wygrałem i już byłem w kadrze narodowej.

I to w kadrze, która była pełna gwiazd, medalistów największych imprez. To trochę tak, jakby dziś dzieciak po kilku latach treningów trafił do Realu Madryt…

Duży skok, to prawda. Szybko poszło, bo dwa lata później pojechałem na olimpiadę do Rzymu i przywiozłem stamtąd medal. W sumie złoto już miałem w kieszeni, ale – niestety – kontuzja mnie wykluczyła.

Pan wygrał ćwierćfinał…

… z obrońcą tytułu, najlepszym na świecie rywalem ze Związku Radzieckiego. Niestety, w końcówce doznałem kontuzji łuku brwiowego i lekarz nie dopuścił mnie do walki o finał, został brązowy medal. Stasio Zalewski, też medalista, mówi do mnie: Marian, nie martw się, za cztery lata w Tokio zrobisz złoto.

Zanim poleciał pan do Tokio, wrócił pan do Bielska-Białej, jako 21-latek z medalem olimpijskim. Co się zmienia w życiu takiego młodego człowieka po tak spektakularnym sukcesie?

Na dobre to nie wychodzi, tak mi się wydaje. Jasne, człowiek się cieszy, ale trzeba pilnować, żeby sodówka nie uderzyła. Ja zawsze byłem skromny, więc mi nie uderzyła, ale proszę mi wierzyć: może uderzyć. Trzeba być charakternym chłopakiem, żeby to wytrzymać, to nie jest takie proste. Sodówka potrafi uderzyć do głowy. Zawsze mówiłem, że wolę się gorzałki napić. Bo po gorzałce człowiek wytrzeźwieje, a po wodzie sodowej to nigdy.

Rzeczywiście tak było, że w Bielsku traktowali pana jak gwiazdę?

Tak było, że ludzie nie pytali się o jedzenie, czy jestem głodny, czy nie, tylko polewali wódkę. I co? Człowiek nie chciał, wspierał się, ale – jak długo można odmawiać? U mnie było tak, że żyłem sam, jadałem na mieście, w restauracjach, stołówkach. A tam – od razu…

Lufa?

No lufa, lufa, lufa. A ilu jest takich, co chcą się próbować, jak wypiją! Napije się ze mną wódki i chce się bić. Ja starałem się ich udobruchać. Inaczej codziennie bym się musiał bić. To nie człowiek się bije, tylko wódka. A jeszcze byłem dla nich zmyłką, bo byłem niski, drobny. Jak jest chłopak wagi ciężkiej, kawał chłopa, to się go boją. Mnie się nie bali, taki miały smyk. Kilku miało przykrą niespodziankę, nie wiedzieli, co się stało.

Dużo razy dochodziło do bijatyk?

Raczej nie, mnie znali w Bielsku-Białej. Tylko po wódce skakali. Ja tylko odchodziłem, nawet nic nie mówiłem. Czasem słyszałem: o, bokser, a się boi. Nie szkodzi. Jakbym chciał, to bym się musiał codziennie bić. Nie musiałbym trenować, wystarczyłyby sparingi w barach.

Aż nagle wydarzyła się ta słynna historia, kiedy pobił pan milicjanta w barze. Powstał o tym nawet film “Bokser” z Danielem Olbrychskim. Jak to dokładnie było?

To było tak, że wchodziłem do restauracji, a on – wychodził. Był wypity i mnie popchnął. Ja na to: przepraszam. A on: co ty, gówniarzu! Ja odchodzę, on za mną i uderzył mnie w twarz. Rozciął mi wargę. Drugi raz już nie trafił. Stało się tak, jak się stało. Ich było trzech. Jeden leży, drugi leży…

Pan nie wiedział, że to milicjant?

A skąd! W cywilu był, wypity. On miał jakieś 30 lat, mówili o nim, że fajny facet. Ale nie było szans, żeby się potem jakoś dogadać. Oni nie chcieli, żebym ja z nim rozmawiał, żebyśmy poszli na ugodę. Skończyło się tak, że jego wyrzucili z pracy, a mi dali 8,5 miesiąca wyroku.

Medalista olimpijski poszedł do więzienia za uderzenie pijanego milicjanta w cywilu?

Nic mu nie zrobiłem. Głowy nie urwałem. Zrobili ze mnie chuligana.

Od razu pana zatrzymali?

Nie, na drugi dzień przyszedł znajomy, mówiąc, że mam iść na milicję, zeznać. Do domu już nie wróciłem. Dali mi miesiąc sankcji, trzymali do rozprawy. Wszyscy mi mówili, że zaraz wyjdę, że się rozejdzie po kościach. Dostałem rok wyroku. Aż mi się nogi ugięły. No, za co?

Czuł się pan oszukany?

Nigdy nie czułem się tak pokrzywdzony, jak wtedy. Zaraz zabrali mnie do więzienia w Katowicach.

Ciężko było?

Ciężko. Napotkałem na takich, którzy skarżą. Ale tak samo było wszędzie. Niewiele brakowało, a bym się dorobił większego wyroku. W żartach do kogoś powiedziałem: uważaj, bo z butów wyskoczysz. Potem mnie prowokował: ty łobuzie, ty chuliganie. Nic nie było.

Odsiedział pan rok i wyszedł pan na wolność. A kiedy pana zawiesili w prawach zawodnika?

Od razu, na procesie. Powiedzieli, że nie mogę być przykładem dla młodzieży, że jestem chuligan i wlepili mi dożywotnią dyskwalifikację ze sportu. Ze wszystkich dyscyplin, nie tylko z boksu. Może dobrze, że ze wszystkich, bo od razu po więzieniu bym poszedł grać w piłkę i nie byłoby tego wszystkiego.

Nie załamał się pan, kiedy z dnia na dzień pozbawili pana kariery?

Nie wiedziałem, jak to będzie. Niektórzy w więzieniu mi mówili: na pewno cię nie odwiesza. Inni wierzyli, że pozwolą mi znowu boksować. Ja wierzyłem. Kiedy wyszedłem, czułem, że mnie odwieszą, że pojadę na obóz, pobiję chłopaków w mojej wadze i wrócę do kadry.

Ale mijały miesiące, a zawieszenie się nie kończyło. Co pan robił?

Pracowałem, jako ślusarz, pracowałem na warsztacie, było dobrze, byłem wolny, robiłem, co chciałem.

Poza boksowaniem.

No tak. Ale czułem, że mnie odwieszą.

Marian Kasprzyk (z prawej) w pojedynku z Jerzym Kulejem.

Trenował pan?

Od czasu do czasu. Jak mi się chciało, to przychodziłem do klubu się poruszać.

Aż tu nagle przyszło od Feliksa Stamma powołanie do reprezentacji Polski.

Tak. Nagle. Pytam trenera Antka Zygmunta: ale jak powołanie, skoro jestem zawieszony. A on: jak jest powołanie, to jedź. No i pojechałem. Na dzień dobry Stamm kazał mi walczyć z mistrzem Polski, chłopakiem z Gdańska. Raz mnie uderzył po komendzie, drugi raz. Mówię: Józek, co się wygłupiasz?! A on dalej to samo. No to mu raz, drugi i Józka nie ma, jest na urlopie.

A pan po trzech latach bez regularnych treningów?

No tak. Potem następny, z Łodzi, mocny zawodnik. Poleciał na mnie, jak głupi. Byłem szybszy, poszła kontra i po gościu. Gdyby oni do mnie nie podskoczyli, może by było inaczej. Wyszło tak, że wróciłem i znokautowałem dwóch najlepszych. No to mówią: trzeba Mariana odwiesić w tej sytuacji. A jeszcze, kiedy mnie nie było, to Leszek Drogosz postanowił wrócić na ring.

I tuż przed igrzyskami trener zrobił wam eliminacje, który ma jechać do Tokio.

Trener Stamm tak robił. Albo ty, albo on. Z Lesiem boksowałem i ja go zaczarowałem. Zmieniłem nogę na lewą, zrobiłem taką przekładkę, nawet się nie kapnął. Nogi poszły, a ręce nie, taka zmyłka. Trafiłem go bezpośrednim lewym sierpowym.

Co pan sobie wtedy pomyślał? Po więzieniu mógł pan myśleć, że to koniec z boksem. Potem odwieszenie, powrót do kadry i nagle leci pan na igrzyska do Tokio…

No, co ja mogłem pomyśleć? Nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Udało się. Miałem charakter, byłem odporny na stresy. Bez tego w sporcie nie ma czego szukać. Od tego momentu z daleka uciekałem od kłopotów, miałem nauczkę.

Żadnych zadym, żadnych rozrób?

Gdzie! Nawet się nie odzywałem do nikogo, żeby tylko nie było problemów.

Dostał pan ultimatum, że w Tokio musi być medal?

Nie, u mnie nie było czegoś takiego. Jurek Kulej miał takie ultimatum, on walczył o wszystko.

Jak pan pamięta japońskie igrzyska?

Pierwszą walkę toczyłem z Chilijczykiem, mistrzem panamerykańskim, czyli coś jak u nas mistrz Europy. Chile? Kiedyś w piłkę dobrze grali, ale w boksie to raczej nie. Czułem dodatkową presję, bo wygrałem rywalizację z Leszkiem Drogoszem. Wisiało to na mnie. Gdybym przegrał pierwszą walkę, od razu by pytali: czemu ja pojechałem, a nie on. Mówię, jak jest. Bałem się tego. Ludzie by huczeli. Byłem bardzo spięty, ale wygrałem 3:2. Trener Stamm po walce mówi: Marian, gdybyś boksował normalnie, to takiego dziada być przed czasem skończył!

Potem poszło już z górki?

Bardzo ciekawa była sytuacja z drugą walką, jeszcze nigdy tego w mediach nie opowiadałem. Było tak, że kto inny się ważył, a kto inny boksował! Dowiedziałem się przypadkiem. Ja nigdy nie lubiłem oglądać walk moich przyszłych rywali, wolałem boksować po swojemu, a nie kombinować. W Tokio boksowało dwóch czarnoskórych. Trener Stamm mówi: Marian, który wygra, będzie twoim rywalem jutro. No, to popatrzyłem. Wygrał ten wyższy. Następnego dnia idę na ważenie, a tam… inny człowiek. Wcale nie był wysoki, był taki, jak ja! Mówię: panie Stamm, to nie jest mój zawodnik, tamten był wysoki. Nie, Marian, na pewno ci się wydaje. Ale nieprawda, ja zawsze miałem dość celne oko. Przeszedłem jeszcze raz koło niego, rzeczywiście byliśmy takiego samego wzrostu. A kiedy weszliśmy potem do klatki, mówię do trenera: i co, gdzie, jaki wysoki chłopak, półtorej głowy wyższy ode mnie!

Takie numery robili?

No, taki mi zrobili. Ale jesteśmy w ringu i nie ma już czasu na reklamację, nie przejdzie. Ale nic, wygrałem. Potem też wygrałem z Japończykiem, u niego na śmieciach, co wymagało dużej odporności. I z Włochem Bertinim. To była kosa, wszedł się bić, twardy chłopak. No i finał, z Ryśkiem Tamulisem…

Z Ryśkiem? Myślałem, że to był zawodnik ze Związku Radzieckiego…

To był Polak, z Litwy, fajny chłopak, mówił po polsku. No i pierwsza runda walki, ja robię mu zwód, biję prawym sierpowym. Aż mi świeczki stanęły w oczach, ręka poszła, złamałem kciuk. Po pierwszej rundzie mówię o tym do trenera, ale do niego nie dochodzi. To był szalony dzień. Grudzień zdobył złoto, po nim Kulej, potem ja wyszedłem do klatki. Trener Stamm był w ogromnych emocjach, cieszył się, denerwował. Dopiero po drugiej rundzie do niego doszło, że mam złamany palec. Mówię: rękę złamałem. Gdzie?! Złapał mnie za przegub. Nie, nie, kciuk. To co, poddać cię? Nie, jedziemy dalej! Tu dobrze widać relację trenera z zawodnikiem. Krótka piłka: poddać cię? Nie, jedziemy dalej. Dziś trener musiałby rozmawiać, przekonywać, że szkoda poddać, ale z drugiej strony może głupio rozbijać rękę i tak dalej. U nas było krótko: poddać, czy nie. Mówię: ile dam radę, tyle będę boksował. Wygrałem 4:1.

Radość?

Pewnie, cieszyłem się. Ale jak trener Stamm się cieszył! Trzy złote medale jednego dnia. Po wszystkim poszliśmy na drinka, wszyscy razem. Ale grzecznie, nie było pijaństwa. Wypiliśmy po kieliszku, to wszystko.


Kopia medalu i autografu w Alei Gwiazd Sportu w Dziwnowie.

 

Było co świętować: wasza ekipa zdobyła siedem medali, w tym trzy złote. Dziś cała reprezentacja Polski, kilkaset osób, przywozi dziesięć medali…

No, na dziesięciu chłopaków, którzy pojechali do Tokio, siedmiu zdobyło medale. Niech pan pomyśli, jak się musiało czuć tamtych trzech. Taki Piotrek Gutman, waga piórkowa, liczyli na niego bardzo. Ale w pierwszej walce dostał takiego chłopaczka, synek go trafił raz i było po walce.

Taki sport.

No, tak. Niektórzy wyglądają niepozornie. Jak ta walka kilka dni temu. Anglik Joshua i ten Meksykanin, czy Hiszpan. Zobaczyłem tego misia, Boże kochany, przecież to nie ma sensu. Nie ma ani zwodu, ani nic. Ale wszedł w półdystans, zaczął mocno bić. Jak trafił, to było widać. Potem sensacja, deski. Ja cię kręcę, sensacja, bohater narodowy!

Serducho zdecydowało?

Tak, serce. Jaka twardzizna. Trzeba przyznać, ma uderzenie. Fajnie wyszło, wielkie emocje, można stracić nerwy. Nie dowierzałem, co się dzieje. A może ten Joshua był słaby? Było widać, że coś mu nie idzie, jakiś związany był.

Podobno dostał ciężki nokaut na sparingach tuż przed walką. Myśli pan, że to mogło mieć znaczenie?

Mogło mieć, może mu to grało jeszcze, może się bał. To jest uraz, bo w wadze ciężkiej naprawdę mocno biją. Powinien po czymś takim mieć przerwę, ale wszystko było zaplanowane. Widziałem, że coś nie gra. To było widać. Przecież Ruiz raz go na czysto trafił, pozostałe ciosy nie były czyste, a Joshua się przewracał i chodził na czworakach.

Pan cały czas ogląda boks, śledzi, co się dzieje w tym sporcie?

No, oglądam. Może nie zawsze i nie wszystko, ale oglądam. Lubię to. Czasem przyjdę na trening, popatrzeć, jak trenują. Młodzi zawodnicy nie mają dziś zęba. Tacy młodzi, tacy fajni. Ale czegoś brakuje. Chłopak myśli: pójdę do klatki, uderzę raz, drugi i wygram przed czasem. A to tak nie idzie, nie da rady. Głowa ucieka. Trzeba podejść, odejść, a oni tego nie robią. Wchodzę do ringu, mówię: patrzcie na mnie, co robię. I robię trochę ruchów, parę razy, wolno. On patrzy, próbuje powtórzyć i nie potrafi. Nogę odstawi, ale głowa zostaje w miejscu, to mu nic nie daje. Trzeba być sprytnym, a oni nie łapią.

Nie mają smykałki?

Ja chodziłem do przodu, do tyłu, jak w szachach. Półdystans, lewy prosty, prawy, człowiek cały czas był w ruchu. Miałem wszystko opanowane do perfekcji. Trener klubowy Antek Zygmunt mnie nieraz pytał: Marian, jak ty myślisz w ringu? Ja mówię: Antek, ja w ogóle nie myślę, robię to instynktownie. Trzeba mieć ten szósty zmysł, żeby jeszcze dołożyć. Dziś niewielu chłopaków to ma.

Czemu?

Nie wiem. Na pewno trenerzy porobili trochę błędów. Na przykład u nas uczą, żeby nie bić ciosów na dół, bo sędziowie tego nie punktują. Ja mówię: ludzie, o czym wy gadacie?! Może sędziowie nie liczą, ale zawodnik to czuje! Czy oni się w ogóle znają na boksie? Trenerzy kochani, przecież boksowaliście, wiecie, jak to się czuje. Kiedy się uderzy parę razy na dół, to rywalowi ręce opadają i można śmiało ładować na górę. Ruski bije po dole, każdy bije, a nasi nie, bo nie ma punktów za to…

Efekty widać, jak na dłoni. W Tokio było siedem medali, w tym trzy złote, a od Barcelony, od 27 lat bokserzy nie zdobyli ani jednego!

Coś tu nie pasuje. Nie wiem, może jest jakaś fala słabszych chłopaków. Czasem jest urodzaj, potem susza…

Ale przez trzydzieści lat?!

No, trochę za długo. Są nieźli bokserzy, ale brakuje kropki nad i. Lewy prosty, hak, sierp, wszystko umieją. Ale czegoś brakuje. Może ambicji?

A pan próbuje coś podpowiadać tym młodym?

Próbuję, czasem słyszę, że ja to tylko lufę miałem, że tylko potrafiłem mocno uderzyć. A przecież boksowałem z dobrymi zawodnikami, światowej klasy. I wygrywałem na punkty, czyli coś tam potrafiłem. Druga sprawa, że trafić też nie jest łatwo. Przyszła do mnie dziewczyna, zdziwiona, bo mam normalnie głowę, ręce niewysoko. I mówi: ja pana trafię. No, to spróbuj. W życiu nie trafiła! To nie jest taka łatwa sprawa. Jak ja boksowałem, to robiłem mnóstwo zwodów, ruchów. Rywal już tym był zmęczony i tylko czekał, aż mu sypnę.

Ile w pana sukcesach było naturalnego talentu, a ile warsztatu Papy Stamma?

Trener Stamm widział detale. Potrafił z nas wyciągnąć to, co najlepsze. Był twardy, surowy. Dziś patrzę, jak trenują bokserzy. Minuta przerwy po rundzie, a on siada na ławce. Co ty robisz, pytam. Odpoczywam. Niemożliwe… I jeszcze pije wodę. Jak to, na treningu?! Ja przez dwie godziny treningu nie piłem. A potem w ringu co – nagle się napijesz wody?!

Może dziś bokserzy są za mało twardzi?

Przecież nie można zawodnika zagłaskać na śmierć, trzeba dać po tyłku, zahartować go. Bez tego nie będzie sukcesu. Musi być twarda szkoła.

Od lewej: Józef Grudzień, Jerzy Kulej, trener Feliks Stamm, Marian Kasprzyk.

Trener Stamm wymagał?

Oj, ciężki był, potrafił wymęczyć. Zawodnicy się go bali, nikt nie pyskował. Tylko gwizdnął i wystarczyło. Ale wiedzieliśmy, że chce dobrze. Miałem czasem takie obozy, że nie miałem siły, już nie mogłem, byłem przetrenowany. Przychodziłem do trenera: panie Stamm, już nie mogę, zajechany jestem. Chcesz odpocząć? No, dwa dni, może trzy. Dobra, nie przychodź jutro na salę. On wiedział, że trenuję na pełnych obrotach, że już mam dość. Na drugi dzień przychodzę na salę, a on: po coś tu przyszedł, przecież zwolniłem cię. Relacja z trenerem była bardzo dobra.

Właśnie, używa pan formy “panie Stamm”. Nie było mowy, żeby do trenera mówić na “ty”?

O, nie! Kto by śmiał?! Chłopcy byli wychowani. Może nie wykształceni, jak teraz, ale potrafili się zachować. Szacunek był podstawą, bez dwóch zdań. Jurek Kulej mówił: panie Feliksie, ktoś inny: panie trenerze. Ale na “ty” – absolutnie, to nie pasowało.

Minęło wiele lat i ciężko pan zachorował. W zasadzie prawie pan był po drugiej stronie.

Ja byłem po drugiej stronie. Nawet nie mogę powiedzieć, że zachorowałem, bo ja się czułem dobrze. Nic mnie nie bolało. Coś mi zaczęło dokuczać, poszedłem na prześwietlenie. “Coś będziemy robić, chyba operacja będzie” – tyle mi powiedzieli. No, trudno, jak trzeba, to trzeba. Znaleźli mi siedmiocentymetrowego guza w żołądku. W czasie zabiegu usunęli mi cały żołądek, śledzionę, przełyk.

Bardzo poważnie…

Żonie przed zabiegiem powiedzieli, że nie dają żadnej gwarancji, szanse były pół na pół, że stamtąd wyjdę. Ja się o tym dowiedziałem później. Po zabiegu świetnie się czułem, szybko dochodziłem do siebie. Miałem 53 lata i trenowałem karate. Po operacji szybko wróciłem na salę się poruszać. Nie myślałem o chorobie, tylko o treningach.

Karate?

No tak. Pomagałem chłopakom, karatekom. Byli dobrzy, ale to nie było to, mieli bardzo słabe ręce, źle bili, z samej ręki. Ja ich trenowałem po swojemu, dołożyłem trochę techniki i potem, jak bili, to bili, była siła. Medale zdobywali na każdych zawodach. W każdym razie, dość szybko wróciłem do sprawności, robiłem kolejne badania i dzięki Bogu wszystko jest w porządku.

Właśnie: dzięki Bogu. Choroba sprawiła, że wrócił pan do wiary, przed operacją poszedł się pan wyspowiadać. Ile czasu minęło od poprzedniej spowiedzi?

Oj, ze trzydzieści chyba, całe życie! Byłem wierzący, ale wie pan, jak to jest. Tu obóz, tu treningi, tu wyjazdy. Przed walkami się żegnałem, wierzyłem w Boga, ale nie tak, jak teraz, nie będę cyganił… Nie szło mi to jakoś. Teraz jest inaczej. Na przykład po kilku latach zdałem sobie sprawę, że operację miałem 8 grudnia. Przecież to święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i od godziny 12 do 1 niebo jest otwarte. Powiedziałem do żony, zobacz, Krystyna, nie wiedziałem, że to takie święto, to Matka Boska uratowała mi życie. Po 18 latach, też 8 grudnia, miałem zawał serca. Stenta mieli mi wszczepić, przekuwali, przekuwali, ale nie mogli się przebić. Przyszedłem drugi raz, okazało się, że stenta już nie trzeba robić. I też 8 grudnia. Boże kochany, jak tu nie wierzyć?

Zmienił się pan bardzo?

Nie wstydzę się tego, mówię tak, jak jest. Niektórzy mówią: a, gada głupoty. Ale co ja mogę? Nie mogę cyganić, fakt jest faktem. Dziś dziękuję Bogu za chorobę.

Za chorobę?

Tak, nie za zdrowie, tylko za chorobę. Ktoś mówi: coś ty, zwariował, dziękuje się za zdrowie! A ja dziękuję za chorobę, bo to dzięki niej wróciłem do Boga. Człowiek musi dostać trochę po tyłku, żeby zrozumieć, o co w życiu chodzi. Dziś myślę zupełnie inaczej. Dzień zaczynam od odmówienia wszystkich czterech różańców.

Codziennie?

Tak, codziennie. Do Matki Boskiej, do Józefa, do wszystkich świętych, różne litanie. Fajnie mi to idzie. Wcześniej, kiedy odmawiałem dziesiątkę różańca, myślałem: jak to długo trzeba klęczeć, dwadzieścia minut. Teraz dwie godziny i nic nie czuję.

Klęczy pan codziennie po dwie godziny?

Jasne! I fajnie. Mam klęcznik w domu, kolega mi zrobił. Mam też wodę święconą, żegnam się i odmawiam różaniec. Potem idę do kościoła na mszę. Wracam do domu, jem śniadanie i jest fajnie. O 12 wychodzę, spotkam się z kolegą jednym drugim, pogadamy, kawkę wypijemy. I jakoś to idzie.

I nigdy pan nie opuszcza modlitwy?

Kiedy zdarzy się, że nie odmówię różańca, bo coś mi wypadnie, albo nie pójdę do kościoła, jest mi niedobrze. Jeden dzień, drugi i już mnie ten z rogami kusi: a po co masz tam iść. Jak słowo daje, to się czuje. Trzeba mieć charakter, wytrzymać to wszystko. Ja byłem słaby, po operacjach, a dałem radę. Jaka to jest siła! Niektórzy nie zdają sobie sprawy, jaką siłę daje modlitwa. Wie pan, ja dwa razy miałem wszyty esperal. Po dziesięciu miesiącach wypiłem, zaraz wszyłem drugi raz. Po drugim napiłem się po trzech miesiącach, kompletnie nic mi nie było. Potem modliłem się: Matko Boża moja kochana, odrzuć ode mnie gorzałkę, już nie chcę pić. Poprosiłem ją raz i nie piję. Jak to wytłumaczyć? Wcześniej tak się męczyłem, potem poprosiłem i odeszło, jak ręką odjął.

Koledzy nie namawiają?

Namawiają: napij się jednego. Ale nie ma jednego. No jak?! Ja proszę Matkę Boską, żeby odrzuciła ode mnie gorzałkę, a potem z własnej woli mam wypić? Boże kochany, jak miałbym to zrobić?! Przecież to bez sensu. Kogoś innego mogę ocyganić, ale Matkę Boską – nigdy. Tak jest dobrze, jest radocha w sercu.

Duży miał pan problem z alkoholem?

Wypić się wypiło. Dużo kibiców się spotykało, to normalne. Człowiek był miękki, słaby. Jednemu odmówił, drugiemu odmówił, a trzeciemu – już nie. Dziś nie ma tematu. Kiedy mówiłem kolegom, że poprosiłem Matkę Boską, by odrzuciła ode mnie alkohol, patrzyli na mnie, jak na nienormalnego. Nie szkodzi. Jest dobrze. Rok, dwa, pięć, dziesięć, dwadzieścia, a ja dalej taki jestem. To chyba szmyra nie ma w głowie. Bo oni myśleli, że Marian od boksu dostał szmyra…

Za kilka miesięcy kończy pan 80 lat. Czego panu życzyć?

Ja sobie życzę, żebym nigdy nie odszedł od Boga i Matki Boskiej, to dla mnie bardzo ważne. Wie pan, ja przez trzy lata, kiedy zacząłem się modlić na różańcu, bez przerwy płakałem, szlochałem. Codziennie. Czułem, że muszę wyrobić. Nagle poczułem, jakby coś mi stuknęło w serduszku, poczułem, że Duch Święty do mnie przyszedł. Nikt nie musi w to wierzyć, mi z tym dobrze, do złego nikogo nie namawiam.

Może jeszcze panu życzyć, żeby w końcu polski bokser zdobył jakiś medal. W Tokio by wypadało…

Jak pojadą, to zdobędą, na pewno! W sporcie jest różnie, ale 30 lat bez medalu polskiego boksera to zdecydowanie za długo.

A modli się pan o wyniki polskich sportowców?

Ja się modlę za wszystkich, nawet za tych, co tak dużo mówią niedobrych rzeczy. Ja jestem prosty człowiek. Patrzę na tych ludzi, wykształconych, i nie wiem, jak oni myślą. Śmieję się: Boże kochany, jak oni mogą mieć taki śmieszny rozum. Nie chcę nikogo obrażać, ale to dla mnie jest dziwne. Z jednej strony wierzy, z drugiej nie, modli się pod figurą, a diabła ma za skórą. Nie można być dwulicowym. Ludzie nie wiedzą, co tracą. Ale ja czuję, że będzie dobrze!

Fot. newspix.pl, wikipedia


Aktualności

Kalendarz imprez