Marek Furjan: możemy być pewni, że Iga nie odleci

Marek Furjan: możemy być pewni, że Iga nie odleci

To jego głos mogliście usłyszeć podczas transmisji finału kobiecego Roland Garros. Marek Furjan wraz z Tomaszem Wiktorowskim komentował wielki sukces Igi Świątek na antenie Eurosportu. W rozmowie z nami analizuje grę polskiej tenisistki, zwraca też uwagę na to, że wcale nie miała łatwej drogi do finału. I podkreśla, że o Polkę nie ma co się bać – ostatnie tygodnie nie zawrócą jej w głowie. 

WOJCIECH PIELA: Wierzysz już w to, co się stało? Czy musiałeś prosić kogoś, żeby cię uszczypnął? To jest historia, której nie przewidział chyba nikt.

MAREK FURJAN: Nie, nikt tego nie przewidział i nikt nikogo nie szczypał, ale widziałem łzy. W oczach Tomka Wiktorowskiego i reszty kolegów z redakcji. Nie miałem lusterka i w swoje nie zajrzałem, ale wiem, że tam też coś się znalazło. Już we wszystko wierzę, bo to się wydarzyło i poszło w świat. Cieszę się ogromnie, bo poza samym triumfem Igi, który jest niepodważalny, warto podkreślić, jak wielka to sprawa dla polskiego tenisa. Mam nadzieję, że docenimy nie tylko ją, ale szereg innych osób, które są związane z kortami od lat.

Jak wielki jest według ciebie wymiar tego sukcesu? Bo, tak, Iga wygrywa Roland Garrosa, ale trzeba przyznać, że drabinka ułożyła się po jej myśli. Pokonała oczywiście Halep czy właśnie Kenin, ale w półfinale i ćwierćfinale trafiła na niżej notowane rywalki. Niektórzy też mówią, że brak tych tysięcy kibiców na trybunach mógł Idze nieco pomóc. Jak patrzysz na te wszystkie czynniki?

Staram się zachować obiektywizm. Oczywiście jest sporo racji w tym, że ten turniej był pod wieloma względami specyficzny. W zasadzie garstka kibiców na trybunach, bo tysiąc osób mogło znaleźć się na całym obiekcie. Biorąc pod uwagę eliminacje i wszystkie mecze: przez korty przewinęło się łącznie kilkanaście tysięcy. A w ubiegłym roku było to ponad pięćset tysięcy. Tyle że… kogo to interesuje? To jest problem Igi Świątek? Simona Halep, biorąc jeszcze pod uwagę warunki, które panowały w Paryżu, musiała przecież uchodzić za jedną z faworytek do tytułu. A została po prostu zmiażdżona. To był udany rewanż za 4. rundę French Open w ubiegłym roku, kiedy to Polka nie miała nic do powiedzenia.

Trzeba też odróżnić tenis od innych dyscyplin. Tutaj rankingi nie grają. W finale Iga pokonała dziewczynę, która w tym roku w turniejach wielkoszlemowych miała bilans 16-1 – wygrała Australian Open i zaszła do 4. rundy US Open. [Przed finałem French Open] przegrała zatem jeden mecz w najważniejszych turniejach. Paradoksalnie najbardziej obawiałem się meczów w ćwierćfinale i półfinale, kiedy Iga uchodziła za zdecydowaną faworytkę. Każdy, kto śledzi tenis, wiedział, że jest lepszą zawodniczką od Martiny Trevisan i Nadii Podoroskiej. Tylko jak to dźwignąć mentalnie? To była nowa dla niej sytuacja, ale jej podołała. Za dużo się w kobiecym tenisie działo w ostatnich latach, aby mocno sugerować się pozycjami w rankingu WTA. U panów sytuacja jest diametralnie inna, tam mamy bardzo stabilną sytuację od kilkunastu lat.

A w czym cię Iga Świątek zaskoczyła najbardziej, jeśli chodzi o kwestie bardziej tenisowe, niż mentalne? Bo trzeba przyznać, że wachlarz jej zagrań był bardzo szeroki. Rywalki próbowały różnymi sposobami ją pokonać, ale Iga zawsze znajdowała sposób.

Nie ma jednego elementu, który wprawiłby mnie w zachwyt i byłby zaskakujący w kontrze do tego, co widziałem do tej pory. Miałem okazję, pracując jako spiker przy reprezentacji Polski, oglądać z bliska – na dobrą sprawę – pierwsze poważne mecze Igi w kadrze oraz obserwować jej treningi. Widziałem, jak ambitna jest to dziewczyna. Trenerzy musieli czasami mówić: Iga, spokojnie, do tej piłki na treningu już nie musisz biec, wyluzuj. Ona była zawsze, z tego, co mówi środowisko, bardzo zawzięta.

Tenisowo? Porusza się lepiej niż 98% tenisistek na świecie. Jest bardzo silna, może tego na pierwszy rzut oka nie widać, bo ma 176 cm wzrostu, ale piłki posyła z wielką mocą. To nie są rekordy serwisowe, mówię raczej o grze z głębi kortu. Serwisy były zresztą też jej mocnym punktem w tym turnieju. Mało która zawodniczka dysponuje tak szerokim wachlarzem umiejętności i zagrań. Wrócę jednak do tej głowy, bo nie da się grać dobrze, jeśli nie jesteś do tego przygotowany mentalnie. A ona była na to wszystko gotowa i na ogół w tym turnieju podejmowała dobre decyzje, co w tenisie jest niezmiernie ważne.

Jak świat zareaguje na triumf Igi Świątek? Bo podejrzewam, że tak samo, jak dla nas, tak samo dla zagranicznych mediów, wygrana młodej zawodniczki z Polski jest wielkim zaskoczeniem. Polka wzięła windę na szczyt i teraz nie będzie mogła się już nigdzie schować, bo to ona znajduje się na świeczniku.

Jak najbardziej się ze wszystkim zgadzam. Jej kariera zawodowa faktycznie przypomina podróż windą. Ale taką bez zatrzymywania się na drugim piętrze, bo ktoś wychodzi wynieść pomidory, tylko od razu wcisnęła guzik na dziewiąte. Ona w profesjonalnym tenisie znalazła się dwa lata temu, tuż po wygraniu juniorskiego Wimbledonu. I jasne, mówiło się o niej jako o potencjalnej kandydatce do pójścia w ślady najlepszych. Iga musiała przedrzeć się przez turnieje ITF, które są bardzo męczące, pulę nagród rozdziela się na wszystkie uczestniczki i myślisz tylko o tym, żeby szybko zdobyć punkty do rankingu. Grała jednak w nich tylko przez moment i w ogóle o tym nie pamiętamy, bardzo szybko wskoczyła na poziom WTA.

Jest jedna rzecz, której nie docenialiśmy u Agnieszki Radwańskiej. Nie wygrała Szlema, ale dokonała bardzo trudnej rzeczy. Przez dziesięć lat gościła w pierwszej dziesiątce światowego rankingu, wygrywając turnieje, pokonując faworytki, dochodząc do głównych faz kolejnych imprez. Była bardzo stabilna i tego też Idze życzymy. Żeby nie tylko się przywitała z czołówką, ale została w niej na dłużej. Teraz wiele się zmieni, bo jako 17. zawodniczka w zestawieniu będzie mogła lepiej zaplanować swoje starty. Tu pojedzie, tu zagra, tu odpuści. Wszędzie będzie rozstawiona. Trzeba zadbać o zamknięcie jednego etapu, nacieszenie się tym sukcesem. Ale znając Igę – długo na kanapie w domu nie wytrzyma, będzie chciała jak najszybciej wrócić na kort.

Iga to taka postać, która może wzbudzać wielkie zainteresowanie kibiców i sponsorów. Nie tylko ze względu na jej sukcesy sportowe, ale też osobowość. Widzimy choćby w wypowiedziach, których udziela na gorąco po meczach, że jest wręcz speszona. Sama nie wie, co się dzieje, ten jej uśmiech jest wręcz niewinny. Wydaje się zatem, że Iga po tym sukcesie “nie odleci”.

Tak, możemy być tego pewni. Nie kupi nagle dziesięciu Ferrari i nie będzie kręciła bączków na rondzie w centrum Warszawy. Zresztą chyba nie ma prawa jazdy. Do tego Iga, w tej całej swojej niewinności, jest “jakaś”. Nie możemy powiedzieć, że jest nijaka, że nie ma sportowego wigoru, ciekawej otoczki wokół siebie. W jej reakcjach znajdziemy bardzo wiele naturalności. W półfinale wzięła piłkę, przystawiła ją do ucha, jak piłkarz po strzeleniu bramki i zaprosiła kibiców, którzy byli na trybunach, aby trochę jej podopingowali. Zatem ona dobrze czuje się w tej roli. Kiedy Kenin poszła w finale na przerwę medyczną – Iga serwowała, publiczność krzyczała “ole!”, ona zaczęła się uśmiechać, trochę ja podkręcać.

Po prostu świetnie się aklimatyzowała na tym tenisowym szczeblu. To oczywiście ciągnie za sobą konsekwencje, zainteresowanie kibiców i sponsorów. Trochę przypomina mi Naomi Osakę. Nieco wycofaną, skromną zawodniczkę. Myślę, że jeśli Iga spotka Rafę Nadala czy Novaka Djokovica podczas sesji zdjęciowej, to będzie po prostu zarumieniona, mimo tego, że przecież jest mistrzynią wielkoszlemową. Igą należy się więc chwalić, to jest naprawdę fajna, odświeżająca postać w polskim sporcie. Choć czytałem wywiad z jednym panem, który się zajmuje marketingiem, i on powiedział, że niestety to trudne do wymowy nazwisko może ją hamować, jeśli chodzi o popularność na świecie.

Myślę, że może być jak z Błaszczykowskim, który w Niemczech jest bardziej znany jako Kuba.

Dokładnie, samo “Iga” brzmi dobrze. To już jest zadanie dla specjalistów z rejonu marketingowego czy pijarowego. Ja bez względu na to, czy będziemy się posługiwać “Świątek”, “Iga”, albo jakąś ksywką, cieszę się z jej sukcesu i pięknych chwil dla dyscypliny.

ROZMAWIAŁ WOJCIECH PIELA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez