Marcin Krukowski: Na igrzyskach wszyscy powinni mieć równe szanse

Marcin Krukowski: Na igrzyskach wszyscy powinni mieć równe szanse

Marcin Krukowski przez dłuższy czas przebywał w Turcji nawet po tym, jak inni nasi lekkoatleci, wrócili samolotami do kraju. W porozumieniu z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki uznał bowiem, że tak będzie najlepiej. Opowiada nam skąd taka decyzja, jak wyglądał przedłużony pobyt w Belek i dlaczego nagle, bez wcześniejszej zapowiedzi, odesłano go do Polski. Pojawia się też, oczywiście, wątek igrzysk i przygotowań do nich, a nawet… Dragon Balla. 

SEBASTIAN WARZECHA: W ośrodku w Belek byliście skoszarowani? Zamknięci? Jak to wyglądało?

MARCIN KRUKOWSKI: Ośrodek był zamknięty w tym sensie, że ktoś musiał być mieszkańcem tego hotelu, żeby wejść na jego teren. Generalnie ludzi było bardzo mało. Jak siedzieliśmy na posiłkach, to na całej stołówce było może ze dwadzieścia osób. W pewnym sensie była to jakaś izolacja. Bo naprawdę, by być blisko drugiego człowieka na treningu, trzeba się było postarać. Ośrodek jest duży, więc jak się wszyscy rozproszyli – a było łącznie może ze czterdzieści osób – wszyscy są od siebie daleko.

Były ekipy z różnych krajów, tak?

Tak, strzelcy z Turcji, do tego też lekkoatleci z Litwy i Ukrainy.

Moglibyście bezproblemowo opuścić ośrodek czy były zalecenia, żeby tego nie robić?

Nie był zamknięty tak, że trzeba by było mieć pozwolenie, żeby wyjść do sklepu. Ale niczego nam nie brakowało, więc go nie opuszczaliśmy. Wychodziliśmy na trening i posiłki, a poza tym siedzieliśmy w pokojach.

Ile z tego, co działo się czy to w Turcji, czy w Polsce, do was docierało?

Social media niestety pracują w taki, a nie inny sposób. Trudno wyciągnąć informacje prawdziwe, a fake newsów jest od groma. Staraliśmy się nie martwić… Choć nie, to złe słowo, bo wiadomo, że się martwiliśmy. Staraliśmy się nie siedzieć i nie przeglądać cały czas tych statystyk, bo w pewnym momencie stawało się to już dołujące. Znajomi mówili nam o tym, co dzieje się w kraju. Do tego na Instagramie jest jeden profil chłopaka, który przekazuje rzetelne informacje. Więc te podstawowe informacje mieliśmy. A jeżeli chodzi o wiadomości z Turcji, to był tam turecki lekkoatleta z fizjoterapeutą. Ich pytaliśmy o to, jak to wygląda. Zawsze można było też pójść do menadżera przy recepcji i o coś podpytać. Mówili, że jest spokojnie. Chociaż w naszym hotelu zamknęli sauny, bo powiedzieli, że to jest miejsce zagrożenia.

No tak, mała przestrzeń, ludzie blisko siebie, a do tego wirus podobno dość dobrze radzi sobie w wilgoci.

Z drugiej strony jest tam około stu stopni. Za długo ten wirus pewnie by nie pożył. Ale wiadomo, że wchodzi się tam, dotyka rzeczy, a wszyscy faktycznie są na małej przestrzeni.

Właśnie, wspomniałeś o dotykaniu. Podobno dyrekcja dość dobrze zabezpieczyła ośrodek? Żele antybakteryjne, dezynfekcja i tego typu rzeczy były na porządku dziennym.

Tak, codziennie po 23 dezynfekowano cały ośrodek. Były zalecenia, żeby nie ruszać się wtedy z pokoju, bo rozpylają coś, czy pryskają. W każdym razie cały czas widać było obsługę, która chodziła, czyściła klamki czy przyciski w windach. Praktycznie wszędzie, nawet na siłowni i bieżniach, rozstawione były też żele do rąk. Dbali o to. Wiadomo, że zawsze jest jakaś szansa zarażenia się. Myślę jednak, że tam ograniczona była do minimum, jeżeli człowiek naprawdę się do tego stosował.

Jasne jest, że na siłowni, gdy dotyka się ciężarów, nie chodzi się dezynfekować rąk po każdej serii. Jeśli jednak trzyma się łapy z dala od twarzy i przed oraz po treningu robi się to odkażanie, to powinno wystarczyć. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Udaje ci się trzymać te ręce z dala od twarzy? Bo tu w grę wchodzi odruch, sam miałem z tym problem.

Wiesz co, w tym momencie mam już schizę na tym punkcie. Jak chcę się podrapać, to nosem drapię się o bark, albo biorę ręcznik i robię to nim. Więc tak, trzymam je z dala. Ale przez pierwszych parę dni łapy faktycznie uruchamiały się jako pierwsze, gdy chciało się choćby podrapać po oku.

Jak wyglądał ten moment, gdy decydowaliście o pozostaniu w Turcji? Wielu sportowców ściągano do kraju samolotami z całego świata, wy woleliście zostać w ośrodku.

Podjęliśmy tę decyzję wspólnie. To nie było tak, że my się uparliśmy. Sytuację przeanalizowały sztab medyczny związku i sztab szkoleniowy. Oni wszyscy uznali, że jest tam dość bezpiecznie i większym zagrożeniem byłoby ściągnięcie nas samolotem do kraju, niż nasze pozostanie tu. Mieliśmy mieć przedłużony obóz do 18 kwietnia. Taką podjęto decyzję, żebyśmy spróbowali tu przeczekać ten największy boom i wrócić w bezpieczniejszych warunkach.

Byliście w stałym kontakcie z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki?

Tak, codziennie zdawaliśmy raporty. Nasz fizjoterapeuta był też na łączach z doktorem Jarosławem Krzywańskim. Wszystko było monitorowane.

Władze samego ośrodka bezproblemowo zgodziły się wtedy, żeby on był otwarty?

Tak. My od razu wystąpiliśmy o to, żebyśmy mogli zostać. Ten ośrodek ma też inne hotele, ale chcieliśmy pozostać w tym, bo nie musieliśmy wsiadać do żadnego autobusu. Tam jest tak, że jak mieszkałem na czwartym piętrze, to zjeżdżałem windą na parter, robiłem pięć kroków i byłem na stadionie. Chcieliśmy więć zostać konkretnie tam. Oni się na to zgodzili. Pewnie też dlatego, że inne kraje nie miały już możliwości przylotu, więc miejsce się zwolniło. Jeszcze w piątek mówili, że nie planują zamykać ośrodka.

W sobotę jednak dostaliście informację, że macie wracać do kraju.

Tak, niestety. Czeka nas teraz dwutygodniowa kwarantanna. Wszyscy będziemy w jednym miejscu, na dużej działce, gdzie będziemy mogli poruszać się w odizolowaniu.  

Skąd ta decyzja?

Nie wiadomo. Podjął ją ośrodek. Stwierdzili, że tak będzie dla nas bezpieczniej, bo bali się, że ktoś z obsługi hotelowej przyniesie coś do środka.

Co teraz?

Wiemy tyle, że czeka na nas kwarantanna, nic więcej. No, jeszcze to, że na tej działce będę mógł zrobić praktycznie wszystko, oprócz klasycznej siłowni na gryfie. Ale znajdą się za to inne ciężkie rzeczy do noszenia.

Odnosiłeś wrażenie, będąc w Belek, że Turcy dość lekceważąco podchodzili do tego wszystkiego? Długo grała u nich choćby liga piłkarska i to z kibicami.

Też mnie to martwiło, czy oni są tacy spokojni, bo mają to pod kontrolą, czy też olewają. Kilka dni temu, jak byliśmy na kawie, widzieliśmy, że trwa jakieś duże posiedzenie ministra zdrowia Turcji z całym rządem. Tak nam to wytłumaczyli, że nad czymś wtedy debatowali. Mieliśmy po prostu nadzieję, że wiedzą co robią i to nie jest tak, że wszyscy są zakażeni i nie wykonują badań, a wręcz przeciwnie. Choć jak tam jest, to chyba nie wie nikt.

Najtrudniejszym aspektem przedłużonego pobytu w Turcji było chyba to, że w Polsce została twoja rodzina?

Dokładnie. Niczego mi tam nie brakowało, właśnie oprócz tego kontaktu z rodziną. Rozmawialiśmy i widzieliśmy się przez Internet, ale wiadomo, że to nie jest to samo. Przedłużył nam się ten pobyt tam i to faktycznie było najtrudniejsze. Człowiek w takiej sytuacji też się stresuje, że jak ktoś się zarazi, to jest kawał drogi od Polski. Jest to trochę przygnębiające. Ale co zrobić. Ja mam żonę i dziecko, mój ojciec, który też był w Turcji, ma jeszcze dwójkę dzieci i żonę w Serocku pod Warszawą. Klaudia, która była tam z nami, miała w Polsce męża. Teraz zresztą też jeszcze poczekamy, aż się z nimi zobaczymy, bo kolejne dwa tygodnie spędzimy na tej kwarantannie.

Byliście tam grupką kilku osób…

Tak, pięciu.

…jak udawało wam się zachowywać dobrą atmosferę? Bo faktycznie, sytuacja mogła momentami być trudna. Zresztą, jak mówisz, czeka was kwarantanna, więc pewnie o wiele łatwiej nie będzie.

Przygnębiało to szczególnie wieczorem. Bo w ciągu dnia to wiesz: budzisz się, śniadanie, trening, przerwa, obiad, drzemka, jakaś kawa przed drugim treningiem, trening, kolacja i dopiero wtedy się siada, zaczyna rozmawiać o czymś innym. Nie mieliśmy na to jednak wpływu. Staraliśmy się zachowywać bezpieczeństwo, namawialiśmy też nasze rodziny, żeby nie wychylały się z domów. Trzeba było zachować pozytywne myślenie. Oglądaliśmy filmy, czytaliśmy książki. Każdy próbował sobie jakoś zorganizować czas, żeby nie było chwili na myślenie o tym wszystkim.

Czyli Netflix był w tej sytuacji bardzo pożądany?

Tak. Ja zacząłem – bo nigdy nie oglądałem, a mnie wszyscy namawiali – Dragon Balla.

Klasyka.

Dokładnie, w końcu musiałem zacząć.

I jak daleko już jesteś?

W okolicach 40. odcinka. Lecimy z tym od początku.

To jest pół mojego dzieciństwa. Co kilka miesięcy mnie kusi, żeby obejrzeć od początku.

Mnie to każdy wręcz opieprzał, jak gadaliśmy o jakichś bajkach, że tego nie widziałem. Śmiali się, wytykali palcami. Stwierdziłem w końcu, że to będzie dobry moment, żeby to obejrzeć. (śmiech) Wiadomo, że w domu nie miałbym na to czasu. Bo dużo zajęć, małe dziecko biega, trzeba pilnować. Nie można się wyłożyć na kanapie i oglądać dziesięciu odcinków. Na obozie mogę sobie za to obejrzeć trzy odcinki po obiedzie, a cztery przed snem.

Szczególnie, że są krótkie.

Dokładnie, niecałe 20 minut na jeden. Pewnie będę je też oglądał na kwarantannie.

Szkoda w sumie, że nie widziałeś tego jako dzieciak. Wyłapałbyś sporo podtekstów, których nie dostrzegałeś wtedy, to zawsze ciekawe doświadczenie, uwierz mi.

Tak, tak! Wiem o tym, bo oglądam to z kolegą, który widział to właśnie, jak był dzieciakiem. I on sam zauważa takie rzeczy.

Wspomniałeś wcześniej kilkukrotnie o treningach. Tak naprawdę to był główny argument za pozostaniem w Turcji, prawda? Że warunki, temperatura, wszystko dobrze przygotowane. No i przede wszystkim mieliście gdzie trenować.

Wszyscy lekkoatleci, z którymi mam kontakt, pisali mi wtedy, że „mam szczęście, że jestem w Turcji i pozwolili mi tam zostać, bo to najlepsza opcja”. Zgadzam się z tym. To jest jeden z najlepszych ośrodków na świecie. Niczego tam nie brakuje. A nawet jak znajdziesz coś, czego brakuje, to zgłaszasz i po dwóch dniach już jest. Nie było na co narzekać. Jedyny minus to ta wspomniana rozłąka z rodziną.

Lekkoatleci w Polsce w tym czasie albo robili trening zastępczy – bo mało kto w tej chwili może sobie pozwolić na pełny trening – albo siedzą na kwarantannie w domu. A to już chyba w ogóle dramat.

Najlepiej mają pewnie kulomioci. Bo ta kula nie lata tak daleko. Nie potrzebujesz stumetrowego boiska, żeby pchać. Trochę betonu, jakieś pole i można robić trening. Wiadomo jednak, że jest to trudne. Praktycznie sport w tym momencie jest sparaliżowany. Ciekaw jestem, czy otworzą ośrodki dla najlepszych sportowców.

Sebastian Chmara w WeszłoFM mówił, że pewnie będą coś takiego rozważać, jeśli sytuacja się nie zmieni. I chyba wydaje się to logicznym rozwiązaniem. Takie skoszarowanie sportowców czy to w Spale, czy gdziekolwiek.

Tak, wiadomo. Tylko powstaje problem tego typu, że żeby ściągnąć tam sportowców musi tam też być kuchnia. A wiadomo, że w ośrodku pracują ludzie, którzy wracają do domów. To też jest jakieś niebezpieczeństwo. Myślę jednak, że jeśli sytuacja zostanie jakoś opanowana, to ośrodki powinny zostać otwarte, przy zachowaniu dodatkowych środków bezpieczeństwa. Nie wiadomo, czy igrzyska będą przesunięte, więc warto być gotowym, bo założyć tego przesunięcia z góry po prostu nie można. Obecnie nic nie wiemy, choć sam uważam, że zostaną przesunięte. Ale może się okazać, że za miesiąc to wszystko ucichnie, a oni powiedzą „dobra, robimy”. W takiej sytuacji dużym ciosem dla sportowców byłoby, gdyby przez półtora miesiąca nie trenowali. Trzeba być jak najlepiej przygotowanym w tych trudnych warunkach.

Chmara: Spodziewałbym się przełożenia igrzysk olimpijskich

Gdyby nie to zamieszanie z koronawirusem, to, co robisz teraz, byłoby twoim przygotowaniem pod pierwsze starty w sezonie. Wiemy już jednak, że te zostały odwołane.

Mój trening jest nieco zmodyfikowany. Tak naprawdę dopóki nie ma decyzji o przełożeniu igrzysk, to cały czas jesteśmy na etapie budowania siły, do tego dochodzi sporo rzutów. To ciężki trening, na maksa idą ciężary, a objętość rzutowa też musi być duża, żeby ta robota się zgadzała. Jak wspomniałeś, nie mam już pierwszych startów, więc przynajmniej o miesiąc muszę ten okres wydłużyć. Jeżeli igrzyska się odbędą, wystarczy lekka modyfikacja i w dwa tygodnie będę w formie.

Na razie liczy się nie to, jak daleko lata ten oszczep, ale jak daleko będzie latał za kilka miesięcy?

Dokładnie tak. Teraz robię na przykład dużo rzutów z marszu. Mocnych rzutów, ale nie z rozbiegu czy z truchtu lub z paru kroków.

Jak podchodzisz do tych odwołanych zawodów? Bo wiem, że są lekkoatleci – choćby Piotr Lisek – którzy uwielbiają się przygotowywać poprzez starty. Jak jest z tobą, nie zabraknie tych startów?

Osobiście nie znam chyba oszczepnika, który lubiłby dużo startować. U nas te ruchy są niesamowicie szarpane. Jeżeli jedziesz na zawody i nie jesteś przygotowany, by rzucać z całej siły, to jest duża szansa, że wrócisz z kontuzją. Wiadomo, że wyniki mogą iść do góry ze startu na start, ale trzeba być naprawdę gotowym, bo można sobie zrobić krzywdę. Dlatego ja nie startuję na zimowym pucharze. Boję się, że jeżeli po takiej ciężkiej pracy pojadę nie do końca gotowy i będę szarpać, to coś sobie po prostu urwę.

Powiedziałeś, że spodziewasz się przełożenia igrzysk. MKOl dąży do podtrzymania pierwotnego terminu, chociaż ostatnio dał też sobie cztery tygodnie na podjęcie ostatecznej decyzji. Nie wygląda ci to trochę na zaklinanie rzeczywistości?

Trochę tak. Nie wiem, czy to kwestia tego, że wydali na to tak potężne pieniądze, że teraz odwlekają decyzję jak najdłużej i szukają wyjścia? Nie wyobrażam sobie… Albo inaczej: ja sobie wyobrażam te igrzyska. Byłoby to jednak trochę samolubne, mówić teraz – gdy jako jeden z niewielu mogę trenować w miarę normalnie – że powinny się odbyć. Powinno być po prostu tak, jak pozwoli na to sytuacja. Jeżeli za dwa tygodnie znalazłaby się szczepionka i za miesiąc sytuacja na świecie byłaby dobra, myślę, że nadal powinny być przesunięte, ale niewiele. Jeżeli sytuacja będzie taka, że cały czas będzie syf – w tym roku powinny zostać odwołane.

Mówi się o tym, że w Japonii sytuacja się polepsza.

Tak, ale to wszystko będzie trochę nieuczciwe. Po drodze nie będzie przecież wielu startów, gdzie ludzie mogą robić minima. Pojadą ci, którzy zrobili je rok wcześniej albo osoby wzięte z rankingu. A co z resztą? Bo jest ranking, są punkty, ale te punkty są nic nie warte, jeśli będzie tylko parę startów i to z marszu, żeby się gdzieś poszarpać przed igrzyskami. W lekkiej atletyce i tak jest dobrze, z tego rankingu jakoś faktycznie można wyciągnąć te osoby. Ale na przykład w zapasach? Jak tam jest parę turniejów, gdzie można zdobyć kwalifikację. Co, jeśli te turnieje się nie odbędą? Z każdego kraju wezmą po trzy osoby? Nie ma przecież takiej opcji.

Z rankingami jest też ten kłopot, że sportowcy mogą wracać po kontuzji i po prostu ich w nich nie będzie.

Na pewno jest to krzywdzące dla wielu osób. W lekkiej atletyce nie jest tak źle, ale w innych sportach, w których turnieje powinny być już przeprowadzone dawno, jest gorzej. Ktoś mógł być przygotowany na odwołany turniej, a za miesiąc – jeśli wtedy by się takie kwalifikacje odbyły – będzie w gorszej formie. Wiadomo, że pokrzywdzonych będzie cała masa.

Opcjonalne przełożenie na przyszły rok może z kolei skrzywdzić na przykład tych sportowców, którzy chcieli skończyć w Tokio karierę i przygotowywali się do ostatnich igrzysk.

O ile wiem Piotrek Małachowski chciał tak skończyć karierę, ale sam nawołuje do przełożenia igrzysk. Jak więc widać, to chyba jednak lepsza opcja.

Ty sam jesteś w o tyle komfortowej sytuacji, że minimum już masz.

Dokładnie. Dlatego właśnie jakbym powiedział, że chcę, by igrzyska się odbyły w terminie, to byłoby nieco egoistyczne z mojej strony. Czy będą w terminie, czy też przełożone – po prostu chcę być na to przygotowany. Nie chcę za to obejmować tu stanowiska, że moim zdaniem powinny lub nie powinny się odbyć w terminie.

Czy ktokolwiek konsultuje jakkolwiek takie decyzje ze sportowcami? Jakoś pytają? Robią ankiety? Przecież to wy będziecie tam startować i narażać własne zdrowie.

Wiesz, to jest największa impreza sportowa na świecie. Wydali na to – ostatnio tak czytałem – 30 miliardów dolarów. Przy takich pieniądzach zdanie sportowców schodzi na dalszy plan. Oni chcą po prostu wyjść z tego na plus. Niestety tak jest. Wiadomo, że w tym wszystkich chodzi o pieniądze.

Ale istnieje też ryzyko, że najlepsi sportowcy sobie odpuszczą [już po przeprowadzeniu rozmowy Kanada oficjalnie ogłosiła, że jeśli igrzyska odbędą się w terminie, nie wyśle tam swoich sportowców – przyp. red.], jeśli istnieć będzie zagrożenie dla ich zdrowia.

Jest taka szansa, faktycznie. Weźmy pod uwagę też to, że nawet jeśli w Japonii będzie spokój, to kilka tysięcy ludzi z całego świata i tak musi się zjechać w jedno miejsce. Jeżeli tam już będzie czysto, to jak zagwarantować, że i tak będzie bezpiecznie? Co, wszystkim zrobią badania i zarażonych nie wpuszczą? Tego nie rozumiem. To będzie największy problem.

Mówisz o samych zawodnikach, a na razie założenia są raczej takie, że igrzyska odbędą się z kibicami.

To już w ogóle inna sprawa. Bo tak, ja miałem na myśli sportowców plus sztaby. Z kibicami nie wyobrażam sobie, że mogłyby się odbyć w terminie.

Choć faktycznie, były też takie pomysły – aczkolwiek nie tyle z samego MKOl, co wygłaszane przez ekspertów – by zorganizować te igrzyska właśnie bez kibiców. Miałeś okazję przeżyć już igrzyska w Rio. Myślisz, że bez fanów przypominałoby to jeszcze olimpiadę?

Byłyby to zupełnie inne igrzyska, to na pewno. Choć zawsze jest to jednak jakiś pomysł, żeby rozegrać je bez publiki. Nie powiem, że to dobre, ale na pewno byłoby to na plus w kontekście zadbania o zdrowie sportowców. Na takie zawody zjeżdżają się przecież osoby z całego świata. Cała rzesza ludzi.

Myślisz, że rywalizacja na igrzyskach – przez te problemy z treningami i kwalifikacjami – może stać się w wielu dyscyplinach loterią?

Na pewno odbędzie się to wszystko na słabszym poziomie. Nie dajmy się jednak zwariować. Jeżeli kwarantanna potrwa dwa tygodnie, to nie wpłynie to na tę rywalizację aż tak źle. Dwa tygodnie luźniejszego treningu i ruszania się w domu da się przeżyć. Najgorzej będzie, jeśli sytuacja się nie zmieni i potrwa to wszystko ponad miesiąc.

Mówimy tu o polskich sportowcach, a przecież są miejsca, gdzie koronawirus dotarł później i pewnie później będzie szczyt zachorowań.

Tak. Wiadomo, że poziom sportowy na pewno będzie dużo niższy, jeżeli igrzyska odbędą się w terminie. Pewnie medale zdobędzie trochę osób, którym normalnie by się to nie udało. A pokrzywdzeni mogą być ci, którzy w normalnych okolicznościach mieliby na to największe szanse.

Jakie – zanim rozpoczęło się to wszystko – miałeś cele na ten sezon?

Złamać barierę 90 metrów i zdobyć medal na igrzyskach.

Myślisz, że w tej sytuacji nadal jest to możliwe?

Myślę, że tak. Na razie moje przygotowania nie są aż tak zakłócone. Zależy, jak rozwinie się ta sytuacja. Jeżeli po dwóch tygodniach kwarantanny okaże się, że nigdzie nie mogę wyjechać, a ośrodki są zamknięte na kolejny miesiąc, to te szanse zmaleją. Mówię tu o rzuceniu 90 metrów. Bo kiedy się odbędą igrzyska – nie wiadomo. Wszyscy mają jednak podobne warunki przygotowań. Każdy będzie w jakimś stopniu dotknięty tym syfem i spowodowaną przez niego kwarantanną.

Możliwe, że całkiem inaczej wyglądać będzie cała klasyfikacja medalowa.

Jak wspomniałeś – to będzie loteria. Nie da się tego ukryć. My mamy teoretyczną możliwość otwarcia COS-u. Jeśli by się udało to zrobić, to mielibyśmy szanse. Ale są kraje, które nie mają do treningów takich miejsc jak na przykład Spała. Tam jest jeszcze gorzej. Jeżeli ich sportowcy nie będą mogli wyjechać, a w kraju nie będą mieli gdzie trenować, to dla nich to tragedia.

Jeśli zapadłaby decyzja o przełożeniu igrzysk o kilka miesięcy czy na następny rok – bo anulowania raczej nikt sobie nie wyobraża…

No nie, to nie wchodzi w grę.

…to jak szybko MKOl powinien ogłosić takie przełożenie, żeby to było fair wobec sportowców?

Żeby było fair? Jak najszybciej.

Czyli nawet już teraz?

Tak, nawet już. Rozumiem, że oni czekają i liczą na to, że w cudowny sposób się to wszystko uspokoi. Ale jeśli chcą być fair wobec sportowców i mają przesłanki ku temu, by myśleć, że igrzyska nie odbędą się w terminie, to powinni już dać taki komunikat. A nawet jeśli nie są do końca pewni, mogliby zadecydować, że je przekładają.

Nie wyobrażam sobie, że na miesiąc przed igrzyskami oni powiedzą: „jednak nie robimy”. Choć to i tak byłoby lepsze, niż gdyby powiedzieli miesiąc wcześniej, że igrzyska się odbędą. To już w ogóle byłaby masakra. Bo wiesz, jak przełożą, to zawsze możesz wrócić do cięższego treningu, przeczekać, odpocząć. To nie tragedia. Ale jeśli trenujesz z przeświadczeniem, że się nie odbędą, a oni nagle powiedzieliby, że igrzyska będą, to już byłaby tragedia.

Jest trochę rozłam wśród sportowców – Piotr Małachowski, jak wspomniałeś, mówił, że nie powinny się odbyć, a na przykład Wojciech Nowicki w naszym radiu stwierdził, że chciałby, by się odbyły.

Uważam, że to powinno być uzasadnione wyłącznie kwestiami zdrowotnymi i bezpieczeństwem zawodników. Żeby nie robić tego na siłę. Wiadomo, że ja mogę być na to przygotowany. Jednak jeśli ktoś przez półtora miesiąca nie ma jak trenować, bo na przykład zamknęli mu basen, to już ma spory problem. Pływacy inaczej się przecież nie przygotują. I to byłoby słabe. Na igrzyskach wszyscy powinni mieć równe szanse.

Nie wspomnieliśmy jeszcze o tym, że taki brak treningów przed imprezą, może się potem odbić urazami.

Tak. Nie wiem, jak w innych sportach, bo na przykład to pływanie chyba nie jest tak szarpaną konkurencją, żeby tam coś urwać. Ale jak ktoś na przykład skacze wzwyż albo uprawia trójskok czy rzuca oszczepem i nie miał z tym długo styczności, po czym nagle musi dojść do maksymalnych obciążeń, to jest to po prostu bardzo niezdrowe.

ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez