Mamy to! Iga Świątek z życiowym osiągnięciem w US Open

Mamy to! Iga Świątek z życiowym osiągnięciem w US Open

Nigdy wcześniej nie doszła w Nowym Jorku do IV rundy. W tym roku już w drugim meczu wydawało się, że odpadnie. Przezwyciężyła jednak wtedy poważny kryzys i awansowała dalej. Dziś, w meczu z Anett Kontaveit, pokazała zupełnie inny, lepszy tenis. Ale że rywalka nie odpuszczała, to Idze Świątek potrzebne były trzy sety do awansu. Co jednak istotne – ten awans osiągnęła. I to w świetnym stylu.

Iga w turniejach wielkoszlemowych jest niesamowicie równa. To jedyna(!) zawodniczka, która w tym sezonie doszła do IV rundy w każdej z czterech największych imprez w świecie tenisa. Polka ustabilizowała się już na poziomie, na którym grają największe tenisistki świata, zresztą ranking WTA doskonale to oddaje, bo w jej ósmej aktualnie pozycji na świecie nie ma żadnego przekłamania. Świątek po prostu zdolna jest walczyć, rywalizować i ograć każdą przeciwniczkę. Widać to na korcie. Owszem, miewa słabsze momenty, jak w II rundzie w meczu z Fioną Ferro, ale też potrafi zagrać tak doskonale, jak dziś przeciwko Anett Kontaveit w kluczowych momentach.

Z Estonką ostatni raz spotkała się na Roland Garros. Wygrała wtedy w dwóch setach – 7:6, 6:0. Z tamtego wyniku nie za dużo można było jednak wyciągać przed dzisiejszym spotkaniem. Wtedy grały na mączce, najlepszej dla Igi nawierzchni – we Francji broniła przecież tytułu – a dla Kontaveit raczej średniej. Owszem, Anett na każdym korcie radzi sobie nieźle, ale zdecydowanie najlepiej gra, kiedy pod stopami ma twardą powierzchnią. Taką jak na przykład w Nowym Jorku. Iga zresztą dwukrotnie się o tym już przekonała – Kontaveit odprawiała ją w Cincinnati 2019 (choć wtedy Polka była na początku swojej drogi, musiała nawet przechodzić przez kwalifikacje do turnieju głównego) oraz na Australian Open 2020, po niezwykle zaciętym meczu.

Dlatego przed dzisiejszym pojedynkiem, można było czuć mały niepokój.

Już pierwszy set pokazał jednak, że na kort wyszła inna Iga, niż dwa dni temu. Przede wszystkim – bardziej skoncentrowana, pewna swego i dążąca od początku do założonego sobie celu. Ten zresztą szybko zaczął się przybliżać, bo Polka w czwartym gemie przełamała Estonkę. W tamtym okresie imponowała skutecznością i dokładnością swoich zagrań – piłki odgrywała głęboko, przy linii i często agresywnie, sprawiając tym spore problemy rywalce, grającej zdecydowanie bardziej pasywnie i popełniając błędy. Tyle że Kontaveit z czasem też zyskiwała na pewności siebie i zaczęła wygrywać punkty nawet przy podaniu Świątek. Potem Iga podniosła jednak poprzeczkę jeszcze wyżej i od stanu 3:3 wygrała trzy kolejne gemy, a wraz z nimi całego seta.

Ten drugi należał już jednak do Kontaveit, choć jego losy przez wiele gemów przechodziły właściwie z rąk do rąk – obie kilkukrotnie się bowiem przełamywały. Kontaveit widocznie poprawiła się wtedy na returnie – starała się grać szybciej, próbując już pierwszym odbiciem piłki w wymianie wygrać punkt lub przynajmniej zmusić Świątek do gry w defensywie. A że serwis Polki w tym samym okresie nieco się pogorszył, to dawało to rezultaty. Iga równocześnie wydawała się sfrustrowana, dobre zagrania ze strony rywalki zdołały wybić ją nieco z rytmu, pojawiły się oznaki nerwowości, choćby w postaci pokrzykiwań w stronę własnego boksu. Owszem, takie okrzyki często potrafią odmienić grę zawodniczki. Nie w tym przypadku jednak – drugiego seta ostatecznie zgarnęła Kontaveit.

Niepokoiła nas ta ostatnia partia, po tym, co zobaczyliśmy w końcówce poprzedniej. Jak się okazało – niepotrzebnie. Iga podczas przerwy zdołała się uspokoić i od początku seta to ona dyktowała warunki na korcie, grając zdecydowanie bardziej ofensywnie i szybko przełamując Kontaveit. Tej straty Estonka już nie odrobiła, choć trzeba przyznać, że próbowała. W końcówce meczu obie weszły na naprawdę znakomity poziom, walcząc o każdy punkt, jakby miał być ostatnim. Przy stanie 3:2 dla Świątek, Kontaveit miała zresztą dwa break pointy, ale nie potrafiła ich wykorzystać. Potem Iga nie dała jej już szans na odrobienie strat, a sama w dziewiątym gemie seta przełamała rywalkę przy piątej piłce meczowej.

I awansowała dalej. A co czeka tam na nią? Belinda Bencić. Szwajcarka jest ostatnio w znakomitej dyspozycji. Po zdobyciu złotego medalu igrzysk olimpijskich (gdzie wywalczyła też srebro w deblu) doszła do ćwierćfinału imprezy w Cincinnati (Iga przegrała tam już w swoim pierwszym meczu), a na US Open na razie nie oddała rywalkom seta, choć w III rundzie grała z dobrze się prezentującą Jessicą Pegulą, reprezentantką gospodarzy. Bencić ewidentnie jest w gazie, ale to też rywalka, która raczej nie gra mocnymi piłkami, a gdy trafia na tenisistkę, która potrafi takimi operować, ma problemy, choć potrafi im zaradzić świetnym wyszkoleniem technicznym. Z pewnością nie jest jednak – nawet w obecnej formie – poza zasięgiem Igi Świątek.

Byle była to taka Iga jak w meczu z Anett Kontaveit.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez