“Mamy medala! Polacy, mamy medala!”

“Mamy medala! Polacy, mamy medala!”

Paweł Zagumny na harleyu, szczęśliwe buty Daniela Plińskiego, błogie leczenie kaca na lotnisku, przez które omal nie uciekł im samolot, kibice zatrzymujący się na środku drogi, dyplomatyczny zgrzyt z powodu odwołania wizyty u prezydenta.

Mistrzostwo Europy polskich siatkarzy, które obchodzi swoje 10-lecie, to nie tylko turecki parkiet, szalejący duet Gruszka-Kurek i pamiętna wygrana w finale z Francją. To także kolorowe kulisy, które warto przypomnieć przed startującym już dziś kolejnym Euro.  

***

– No to skoro się tak pcha, no to dobrze, już dajcie spokój. Chodzi, prosi, błaga, pozwólcie mu mówić. Bartosz Kurek! – zapowiedział prowadzący imprezę na warszawskim Placu Defilad. 

– Pomyślałem, że nie będę dziękować, bo chłopaki zrobili to już znakomicie. Spełnię tylko jedno swoje marzenie, bo naprawdę zawsze o tym marzyłem… Pomożecie? Jak się bawicieeeeee????!!!! – krzyknął nasz przyjmujący niczym gwiazda rocka, a wielotysięczny tłum aż ryknął. 

Występ reprezentacji Polski na tamtych mistrzostwach Europy w Turcji też był jak gruby koncert rockowy. Wszystko dzięki kapeli, w której dinozaury rocka mieszały się z młodymi wilkami zaskakującymi nieznanym dotąd brzmieniem. Drużyna Daniela Castellaniego grała jak z nut pokonując w drodze po złoto wszystkich przeciwników. Chociaż zdarzyły im się zarówno krótkie efektowne solówki po 3:0, jak i długie zwycięskie ballady kończone po 3:2.

I pomyśleć, że kadra leciała nad Bosfor bez trzech frontmanów, czyli atakującego Mariusza Wlazłego oraz przyjmujących Michała Winiarskiego i Sebastiana Świderskiego. Pierwszy leczył zniszczone kolano i był już na wojennej ścieżce z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej mając już dość problemów organizacyjnych w kadrze, drugi zmagał się z kontuzją barku, a trzeci zerwał ścięgno Achillesa podczas sparingu z Bułgarią w Bełchatowie. 

Największym ciosem dla kadry była jednak kontuzja “Świdra”, bo doszło do niej już na ostatniej prostej przed mistrzostwami Europy. Jak opowiadał później sam zawodnik, po feralnym upadku ścięgno wisiało dosłownie na jednej niteczce. Niezbędna była operacja, przez co 32-latek poważnie zastanawiał się nawet nad zakończeniem kariery. Kiedy kilka tygodni później biało-czerwoni będą lać w finale w Izmirze Francuzów, on będzie leżał w domu trzymając w górze zoperowaną nogę. Gdy Paweł Zagumny wskoczy na podium w koszulce z jego numerem 13, gracz Maceraty będzie kompletnie zaskoczony, że kumpel pamiętał o nim w takim momencie. 

Ponieważ mistrzostwa odbywały się w Turcji, można więc powiedzieć, że reprezentacja leciała tam trochę goła jak święty turecki. Niby w przeoranym składzie wciąż było pięciu wicemistrzów świata z 2006 r., ale o mistrzostwie Europy nikt nawet nie marzył. Niektórzy zawodnicy przyznawali wprawdzie, że braliby w ciemno jakikolwiek medal, ale dla wielu kibiców nawet to było czymś zbyt odległym. Z drugiej jednak strony, drużyna miała sporo szczęścia w losowaniu, bo trafiła do grupy z Francją, Niemcami i Turcją, a na horyzoncie pojawiała się całkiem sprzyjająca ścieżka do strefy medalowej.  

***

Plaga kontuzji wymusiła więc poważne roszady w drużynie. Przede wszystkim trzeba było wytypować nowego atakującego. Padło na Piotra Gruszkę, który został przesunięty na tę pozycję z przyjęcia. Owszem, “Grucha” w przeszłości grał już na tej pozycji, ale i tak wyglądało to trochę na ruch rozpaczy, bo po pierwsze 32-latek słabo zaprezentował się na poprzedzającym Euro memoriale Huberta Wagnera, a po drugie… Castellani przez chwilę zastanawiał się, czy w ogóle brać go do kadry na mistrzostwa. 

– Piotrek został ostatecznie przesunięty do ataku i pojechał. Trzeba było sobie jakoś radzić. Jechaliśmy do Turcji z Michałem Bąkiewiczem: szacunek dla niego, bo był super przyjmującym i zagrywającym, ale to był gość, który z perspektywy rozgrywającego zawsze był ostatnim wyborem. Dobrze się ułożyło, że bardzo dobry turniej zaliczył młodziutki wtedy jeszcze Bartek Kurek – opowiadał mi Daniel Pliński, który pamiętał też ciekawą historię z tamtego czasu. 

Krótko przed turniejem z kadry wypadł zmaltretowany kontuzjami Łukasz Kadziewicz, a w jego miejsce wskoczył młodziutki Piotr Nowakowski. – “Kadziu” kupił sobie przed mistrzostwami nawet nowe, lśniące butyJak się okazało, nie podpasowały mu. Dał za nie chyba około 300 zł, więc mówię mu, że odkupię je taniej, a w żartach dodałem, że zdobędę w nich jeszcze mistrzostwo Europy. Palnąłem tak tym bardziej, że z Łukaszem zawsze lubiliśmy żartować. I faktycznie zdobyliśmy to mistrzostwo. Ale ja ogólnie dużo rzeczy mówię, przepowiadam, aż czasami coś trafię. Raz na milion.  

Fazę grupową Polacy przeszli suchą stopą, pokonując po 3:1 Francję i Niemców oraz 3:0 Turcję. Każdy z tych meczów miał swój ciężar gatunkowy. Francja zawsze była dla nas niewygodnym rywalem, Turcy to gospodarze, a Niemców prowadził doskonale znany Raul Lozano. Polacy w oficjalnych wypowiedziach zapewniali oczywiście, że spotkanie z tymi ostatnimi będzie jak każde inne, ale po latach przyznawali, że w grupie było ciśnienie, żeby ograć dawnego szefa. Także sam Daniel Castellani uczulał zawodników, że Lozano doskonale ich zna i będzie próbował to wykorzystać. Polacy codzienne mijali się z byłym trenerem na stołówce, dlatego nie zabrakło zarówno miłych pogawędek, jak i delikatnych uszczypliwości z obu stron. Chociaż niezdrowych emocji w tym nie było.  

– Nie ma co ukrywać, to będzie wyjątkowy mecz i dla mnie, i dla Polaków. Zobaczyć moich byłych podopiecznych po drugiej stronie siatki… to bardzo dziwne uczucie. Jakbym grał przeciw własnej ojczyźnie. Kiedyś tak się czułem, prowadząc Polskę w meczach z Argentyną – mówił Lozano przed turniejem w rozmowie z “Super Expressem”. A pytany o burzliwe rozstanie z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej odpowiedział, że “ma z Polski zbyt wiele fajnych wspomnień, żeby psuć to sobie takimi pyskówkami”.  

Turecki turniej ułożył się dość dziwnie i szczęśliwe dla biało-czerwonych. Kiedy w drugiej rundzie dostali do zestawu Greków, Słowaków i mistrzów Europy Hiszpanów, w drugiej części drabinki między sobą wycinali się najwięksi, czyli Serbowie, Włosi, Rosjanie i Bułgarzy. Chociaż nam i tak szło zaskakująco ciężko, ponieważ z Hiszpanią i Słowacją skończyło się dreszczowcami po 3:2 i tylko beznadziejnych Greków zbiliśmy bez straty seta. 

Drużyna jednak rosła z meczu na mecz. Piotr Gruszka, chociaż w inauguracyjnym spotkaniu z Francją zagrał piach i został szybko zmieniony przez Kubę Jarosza, teraz atakował już jak nakręcony. Atak ze skrzydła trzymał mało znany jeszcze wówczas rywalom Bartosz Kurek, a Paweł Zagumny jak zwykle wyprowadzał w buraki blok przeciwnika. Chociaż w drużynie nie brakowało charakterków i graczy, którzy mogli być rozgoryczeni krótkim czasem spędzonym na parkiecie, to atmosfera była jednak zdrowa. – Każdy wiedział od czego jest, co ma robić na boisku. Byłem drugim rozgrywającym, ale znalazłem swoje miejsce, wchodziłem głównie na zagrywkę. Jak nie zawsze mogłem pomagać w meczu, to pomagałem na treningu, bo na takich turniejach jest niesamowicie ważne, jak zgrana jest grupa. Czasami kilku gości chce odpocząć, bo było bardzo ciężko w meczu, a że trening trzeba odbyć, to ci inni muszą to pociągnąć – opowiadał Paweł Woicki. 

– Z każdym następnym zwycięstwem szliśmy wieczorem do pokoju i mieliśmy w głowie: „Ten mecz trzeba wygrać, bo jak nie, to trafimy w półfinale na Ruskich”. Woleliśmy grać już z Bułgarami, niż z nimi, a każda porażka zsuwała nas o miejsce niżej w grupie. I m.in. dzięki wygranej z Hiszpanią trafiliśmy na Bułgarów. Pamiętam, że jak awansowali do półfinału, to specjalnie przyjechali z irokezami na głowach. Śmiesznie wyglądali… – wspominał w rozmowie z Weszło Daniel Pliński. 

***

Bułgarzy najwyraźniej za dużo czasu spędzili przed lustrem, bo dostali od Polaków po głowach 0:3. Postawili się tylko w drugim secie, który kończył się na przewagi. Nieoczekiwanie przed naszą drużyną pojawiła się więc szansa na złoto. Mistrzostwa Europy były dla nas zaczarowane przez 26 lat, bo tyle upłynęło od ostatniego medalu kadry na tej imprezie. Wielu zawodników nie było wtedy jeszcze na świecie. 

Drugi mecz półfinałowy, w którym Francja grała w Rosją, nasi zawodnicy oglądali w telewizji. Kibicowali tym pierwszym. Biało-czerwoni przy stanie 2:0 dla Trójkolorowych już mieli rozchodzić się po pokojach, ale potem Sborna wrzuciła wyższy bieg i doprowadziła do tie-breaka. – Na szczęście Francuzi go wygrali. Może też trochę dzięki nam, bo mocno chuchaliśmy w ten telewizor. Chociaż wiedzieliśmy, że tak grająca Francja z Rouzierem, Antigą i Samicą w składzie i tak będzie piekielnie mocna – wspominali nasi. 

Przed finałem teoretycznie więcej argumentów przemawiało za reprezentacją Polski. Wygrany mecz w grupie i sierpniowe zwycięstwo 3:0 w Gdyni w eliminacjach do mistrzostw świata, bardzo długie spotkanie Trójkolorowych z Rosją przy krótkim Polaków z Bułgarami, dłuższy czas na regenerację. Francuzi postawili jednak bardzo trudne warunki. Polacy, chociaż wygrali premierowego seta, musieli jednak bronić piłki na partię. Drużynie udało się wyjść z opresji m.in. dzięki świetnej grze Michała Bąkiewicza i Piotra Gruszki. Drugiego seta żołnierze Castellaniego wygrali na większym spokoju 25:21 i było już 2:0, ale później przyszła zapaść: przegrana do 16 i na tablicy wyników zrobiło się już tylko 2:1. Mecz zaczął wymykać się spod kontroli. Argentyński trener widząc jak rozkręcili się Francuzi, w pewnym momencie spisał seta na straty, dał odpocząć Kurkowi i Bąkiewiczowi. Czuł, że wszystko rozstrzygnąć musi czwarta partia.  

W niej gra była bardzo wyrównana, toczyła się praktycznie punkt za punkt. W końcówce biało-czerwoni objęli prowadzenie 22:20, ale Francuzi zdołali wyrównać. Wtedy Daniel Castellani wziął czas, chwilę porozmawiał z zawodnikami, przedstawił swój plan na ostatnie akcje. Horror trwał jednak dalej, bo zrobiło się 24:24. Końcówka seta należała za to do naszych. Przy stanie 25:24 decydujący punkt zdobył Piotr Gruszka, później wybrany na MVP całego turnieju.

To, co przez tyle lat było niemożliwe, stało się faktem. Mimo kontuzji i bardzo odmłodzonego składu, Polska została po raz pierwszy w historii mistrzem Europy. Po ostatnim punkcie był już tylko szał radości na parkiecie. 

 

– Co takiego szczególnego miał w sobie nasz zespół? Przyczyny widzę różne: od dobrej gry, sprzyjającego układu meczów przez dyspozycję rywali aż po szczęście. Wszystkiego po trochu. Była to też zbilansowana drużyna, mieszanka starych wyjadaczy z młodymi. My z Piotrkiem Gruszką i Danielem Plińskim byliśmy najbardziej doświadczeni, kontrolowaliśmy i porządkowaliśmy grę. Młodsi wnieśli świeżą krew, ale też, mimo swego wieku, byli już dobrymi zawodnikami – analizował w swojej biografii “Życie to mecz” Paweł Zagumny.

I dodał: – Na sukces w Izmirze wpłynęła też eksplozja talentu Bartosza Kurka, który wtedy wypłynął. Można śmiało powiedzieć, że to on trzymał nasz atak. Ważnym ogniwem był Gruszka, który został przesunięty do ataku. W Turcji rozegrał turniej swojego życia. No i wreszcie Castellani. On też jako trener miał udział w tym sukcesie. Całkiem inna osobowość niż Lozano, a ta jego inność pozwalała na superkontakt z zawodnikami.

***

Co było na parkiecie, wie każdy kibic siatki. A co działo się, kiedy nie było już kamer? Co tu dużo pisać, po oficjalnej kolacji z przedstawicielami europejskiej federacji, na ostatnim piętrze hotelu w Izmirze była dość gruba impreza, a oprócz naszych mistrzów wzięli w niej też udział niektórzy Francuzi. Sztab szkoleniowy wiedział, że w takich okolicznościach trzeba drużynę spuścić ze smyczy, dlatego padła tylko prośba, żeby zawodnicy porządnie wyglądali na lotnisku i mogli się wysłowić przed kamerą. Ale niewiele brakowało, a kadra lądująca na Okęciu byłaby niekompletna.   

– Prawie spóźniliśmy się na samolot. Ja, „Igła” i „Guma” byliśmy już na lotnisku, gdzie delikatnie się leczyliśmy, czas płynął nam tak błogo, gadaliśmy, a tu nagle samolot już startuje. Na szczęście Pawełek (Woicki – red.) nas szukał i znalazł – doskonale pamiętał swojego wybawcę Pliński. 

Powitanie na Okęciu było nawet gorętsze niż trzy lata wcześniej po powrocie ze srebrnych mistrzostw świata w Japonii. Być może dlatego, że… po prostu we wrześniu było cieplej niż w grudniu, przez co więcej kibiców pofatygowało się na lotnisko. Później drużyna śpiewając “Mamy medala! Polacy mamy medala” przejechała odkrytym autobusem przez Warszawę. Na szczęście żaden z graczy nie wywinął takiego numeru, jaki później przytrafił się Sergio Ramosowi, który tak świętował, że upuścił Puchar Króla z rąk, a ten wpadł pod koła autobusu. Polacy znacznie lepiej strzegli swojego trofeum. 

Niektórzy kierowcy widząc ten kolorowy autobus trąbili, wysiadali ze swoich samochodów i stawali na pasach zieleni oddzielających jezdnie. Byli też tacy, którzy machali siatkarzom stojąc na dachu budynków. Na czele konwoju jechały m.in. motocykle i Paweł Zagumny, postrzegany jako jeden z najspokojniejszych graczy w tamtej drużynie, ku zdziwieniu kolegów wskoczył na harleya. Później przyszedł czas na fetę pod Pałacem Kultury i Nauki oraz obowiązkowe spotkania z politykami.     

No właśnie, polityka. Początkowo świeżo upieczeni mistrzowie Europy mieli spotkać się zarówno z premierem Donaldem Tuskiem, jak i prezydentem Lechem Kaczyńskim. Doszło jednak do nieoczekiwanego zgrzytu dyplomatycznego na linii Polski Związek Piłki Siatkowej – Ministerstwo Sportu i Turystyki – Kancelaria Prezydenta.  

Plan był taki, że siatkarze dzień po finale, a więc w poniedziałek, odbiorą w Pałacu Prezydenckim odznaczenia państwowe. Wszystko miało odbyć się o 19.30, ale do wizyty nie doszło. Jak przekonywali współpracownicy prezydenta, termin został odwołany przez PZPS i jak pisali w specjalnym oświadczeniu, “w związku z tym, odznaczenia zostaną wręczone siatkarzom w nowym, dogodnym dla obu stron terminie”. Jak tłumaczył ówczesny minister sportu Mirosław Drzewiecki, wizytę odwołano ze względu na opóźnienie lotu ze Stambułu do Warszawy oraz “zmęczenie siatkarzy”. Pracownicy kancelarii przyjęli tę informację z wielkim zdumieniem, ale uznali, że sprawę trzeba jakoś rozwiązać. Poproszono więc premiera, aby dzień później, podczas śniadanka, to on wręczył mistrzom odznaczenia. 

Prezydent we wtorek już nie mógł przyjąć biało-czerwonych na deserze. W kalendarzu miał wpisane, że musi go zjeść z prezydentem Austrii. 

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl 


Aktualności

Kalendarz imprez