Mały kraj, wielki biegacz. Kirani James, czyli olimpijska duma Grenady

Mały kraj, wielki biegacz. Kirani James, czyli olimpijska duma Grenady

Odpowiada za wszystkie medale, jakie zdobył jego kraj na igrzyskach olimpijskich, a pierwszy z nich wybiegał jeszcze jako nastolatek. Stał się też swego rodzaju symbolem, bo trenować lekką atletykę zaczął w jednym z najgorszych momentów w historii Grenady. W Tokio chciałby zawalczyć o swój trzeci krążek igrzysk, choć nie będzie mu łatwo – w ostatnich latach sporo się u niego działo, na czele z poważną chorobą. Ale Kirani James się nie poddaje. Po prostu robi swoje, tak jak przez całą dotychczasową karierę. Ten typ już tak ma. 

Maluczcy

344 kilometry kwadratowe. O kilkanaście więcej od Krakowa, ale już dużo mniej niż liczy sobie Warszawa. Tak duża – choć to chyba złe słowo – jest Grenada. Żaden mniejszy kraj nie ma na koncie medalu olimpijskiego z letnich – bo mniejszy Liechtenstein zdobył kilka na zimowych – igrzysk olimpijskich.

A Grenada ma dwa.

Przy okazji igrzysk w Rio de Janeiro, skąd karaibski kraj wrócił z jednym, srebrnym krążkiem, dziennikarze postanowili zrobić dwie klasyfikacje: medali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców oraz medali w przeliczeniu na powierzchnię kraju. W obu to właśnie Grenada triumfowała. Bo mieszkańców też ma niewielu. Niespełna 110 tysięcy. Mniej więcej tyle mają Chorzów, Tarnów czy Włocławek. Gdyby Grenada była polskim miastem, zajmowałaby miejsce w czwartej dziesiątce najludniejszych.

Aczkolwiek w tej klasyfikacji Grenadyjczycy – historycznie rzecz biorąc – nie są najmniej liczną nacją, która ma medal z letnich igrzysk olimpijskich. Tu wyróżniają się mieszkańcy Bermudów. To właśnie Bermudy mogłyby też być najmniejszym państwem, które zdobyło medal (brązowy w 1976 roku), gdyby nie fakt, że nie są niepodległe, a pozostają terytorium zależnym Wielkiej Brytanii. Dlatego Grenada oficjalnie pozostaje rekordzistą w tej kategorii.

Jest też przez to, oczywiście, najmniejszym krajem, który zdobył więcej niż jeden krążek letnich igrzysk oraz najmniejszym, który ma na swoim koncie złoto – w obu tych kategoriach już bez żadnych “ale”. Ich olimpijski dorobek zasługa jednego człowieka, który o kolejny krążek zawalczy też zapewne w Tokio. Zwie się Kirani James i już gdy miał czternaście lat uznano go za genialnego czterystumetrowca.

Igrzyska

Miał niespełna 20 lat, gdy pojechał do Londynu, by powalczyć o olimpijski medal. Na ceremonii otwarcia niósł flagę swojego kraju. Na bieżni był wielkim faworytem. Ledwie rok wcześniej – ustanawiając przy tym życiówkę – zdobył złoto na mistrzostwach świata w Daegu. Nikt nie dokonał tego w młodszym wieku. Grenadyjczyk zepsuł tym samym powrót LaShawnowi Merrittowi, mistrzowi olimpijskiemu z Pekinu, którego wcześniej zdyskwalifikowano na 21 miesięcy z powodu dopingowych zarzutów.

W Londynie to też właśnie ta dwójka miała między sobą rozstrzygać kwestię złota. Ale tak się nie stało. Amerykanin już w pierwszej rundzie wypadł z powodu kontuzji, nawet nie ukończył swojego biegu. A Kirani bez problemu doszedł do finału, po drodze sprawiając, że było o nim coraz głośniej. Szerokim echem rozszedł się po świecie na przykład jego gest z półfinału, który zresztą gładko wygrał.

Zamiast świętować awans do swojego pierwszego finału olimpijskiego, podszedł wtedy do Oscara Pistoriusa – wówczas jeszcze jednego z najbardziej popularnych sportowców świata – i wymienił się z nim numerami startowymi. – Chylę przed nim czoła. Postrzegam go jak innego sportowca, rywala, ale też inną osobę. To ktoś, kogo szczerze podziwiam i szanuję – mówił, gdy dziennikarze zapytali go o ten gest.

To właśnie wtedy Jamesa nagle odkryto dla szerszej publiczności nie tylko jako biegacza, ale i jako człowieka. Szeroko analizowano jego drogą do igrzysk. Krótką, naturalnie, bo przecież wciąż był tylko nastolatkiem. Ale bardzo ciekawą.

Huragan

Urodził się w Saint George’s, stolicy kraju, bo tam był jedyny szpital. Ale pochodzi z Gouyave, małego rybackiej miejscowości. Na wyspie często mówi się, że to „miasto, które nigdy nie śpi”. O każdej porze dnia i nocy świecą się tam światła, gra muzyka, ktoś się bawi. Jest plaża, jest port, są wielokolorowe budynki. Wesołe miejsce, ale też takie, które – w teorii – nie powinno wychować dwukrotnego medalisty olimpijskiego.

A jednak, Kirani wywodzi się właśnie z niego. Może pomogło mu to, że równocześnie pochodzi ze sportowej rodziny. Dorani, jego ojciec, grał w koszykówkę dla narodowej kadry. Gary, jeden z dwóch starszych braci, miał za to smykałkę do wielu sportów. Na wyspie mówiło się, że może był nawet bardziej utalentowany od Kiraniego, ale jego młodszy brat potrafił postawić wszystko na jedną konkretną dyscyplinę. I dlatego odniósł sukces.

Choć bywało, że wcześniej grał w kosza. I też sobie radził. Dopiero po czasie Albert Joseph, jego pierwszy faktyczny trener, przekonał go, że najlepiej będzie spisywać się na bieżni. – Panuje przekonanie, że na bieżni najlepsi są Jamajczycy czy mieszkańcy Trynidadu. Zorientowałem się jednak, że fakt, że pochodzę z małej wyspy, nie oznacza, że nie jestem w stanie rywalizować na ich poziomie, a w końcu stać się najlepszym biegaczem świata. Zmieniło się moje nastawienie, zacząłem na poważnie traktować lekką atletykę – wspominał.

Dodawał też, że pomogła mu jeszcze jedna osoba – Alleyne Francique. To pierwszy wielki biegacz z Grenady, dwukrotny złoty medalista halowych mistrzostw świata. Mało brakowało, by to on jako pierwszy dał swojej ojczyźnie olimpijski medal. W 2004 roku w Atenach zajął jednak czwarte miejsce. Ale pokazał, że nawet wywodząc się z tak małej nacji, można osiągać wielkie sukcesy.

Kirani to widział. Paradoks polega jednak na tym, że na poważnie lekką atletykę zaczął trenować niedługo po tym, jak w Grenadę uderzył huragan Ivan. Żywioł zniszczył – lekko licząc – 90 procent budynków na wyspie. Kompletnie rozwalił też jedyny stadion z profesjonalną lekkoatletyczną bieżnią. Szacowano, że zniszczenia dwuipółkrotnie przekroczyły roczne PKB kraju. W dodatku rząd, by temu zaradzić, zapożyczył się u prywatnych podmiotów, co do dziś sprawia, że kraj – przed huraganem jeden z najszybciej rozwijających się w regionie Karaibów – ma gospodarcze problemy.

Grenadyjczycy walczyli jednak o swoje. I Kirani też zaczął. – Od każdego dostawałem mnóstwo wsparcia, gdy trenowałem. Jestem z małego miejsca, wiele osób mnie zna. Myślałem sobie, że nie mogę ich zawieść. To dawało mi inspirację – mówił. Szybko pokazał, że faktycznie zawodzić nie będzie. Już jako czternastolatek, ledwie kilkanaście miesięcy po rozpoczęciu treningów, wygrał złoto na CARIFTA (Karaibska Organizacja Wolnego Handlu) Games. W kategorii do lat 17.

Dwa lata później, na tej samej imprezie, wybiegał życiówkę. 45,45 sekund – nowy rekord imprezy. Stary miał sześć lat i był autorstwa… Usaina Bolta. – Pobicie jego wyniku było moim celem, gdy dorastałem. Do tego dwa pierwsze miejsca przypadły Grenadyjczykom. To był bardzo specjalny moment, nie tylko dla mnie, ale dla całej Grenady – wspominał Kirani.

Potem, w 2009 roku, dołożył do tego też dwa złota młodzieżowych mistrzostw świata – na 400 i 200 metrów. Na tym pierwszym dystansie wygrał, ustanawiając przy okazji nowy rekord imprezy (zjechał nim z 46,10 na 45,24!), ale… był niezadowolony. Bo chciał pobić rekord świata w tej kategorii wiekowej. Miał więc wielki talent, ogromne możliwości i rozpierała go ambicja. Nic dziwnego, że szybko zgłosili się do niego Amerykanie.

Przez Stany i Koreę

W szczytowym momencie kilkanaście college’ów z USA walczyło o sprowadzenie go do siebie. Dla całego otoczenia Kiraniego też zresztą jasne było, że jeśli chce się stać najszybszy na świecie, to nie ma lepszej drogi. Trenerzy spotykali się z Jamesem i jego rodzicami, a ci zadawali im pytania i analizowali wszelkie dostępne opcje. Nie było pośpiechu. Oczywiste zdawało się, że zainteresowanie nie wygaśnie, a co najwyżej przybierze na sile.

Trenerzy ze Stanów obserwowali za to treningi Kiraniego, mieli również okazję porozmawiać z jego dotychczasowym szkoleniowcem, dowiadywali się coraz więcej o swoim – taką mieli nadzieję – przyszłym zawodniku. Nikt z nich nie zrezygnował z prób jego „pozyskania”. Było dokładnie tak, jak przewidywało to otoczenie biegacza – wszystko, co widzieli Amerykanie, sprawiało tylko, że jeszcze bardziej chcieli mieć Grenadyjczyka w barwach swojej ekipy.

Ten w końcu wybrał – Uniwersytet Alabamy. Tam trafił pod skrzydła Harveya Glance’a, który odtąd miał szlifować jego talent. Glance sam zresztą był znakomitym biegaczem – niegdyś wyrównywał rekord świata na 100 metrów, a w sztafecie 4×100 zostawał mistrzem olimpijskim. Indywidualnie nigdy mu się to jednak nie udało. W osobie Jamesa dostał jednak diament, który wymagał tylko lekkich szlifów. Zresztą pewne niedoskonałości pozostały, bo Glance uznał, że tak będzie lepiej.

Chodzi tu o technikę biegu – lewa stopa Jamesa po prostu mocno ucieka na zewnątrz. To, jak wyjaśniał sam Grenadyjczyk, cecha rodzinna, ze strony ojca. – Od razu to dostrzegłem, wystarczyło, że do mnie podszedł. Zastanowiłem się nad tym problemem. Uznałem, że nie będę próbować tego zmieniać. Patrzyłem na wyniki i szedłem za najważniejszą zasadą swojej filozofii: jeśli nie ma złamania, nie warto próbować czegoś robić – wspominał Glance, a Kirani się z nim zgadzał. Bo jeśli biegał świetnie, to po co podejmować niepotrzebne ryzyko?

Ten duet szybko więc odnalazł wspólny język. W ramach swojej współpracy niemal natychmiast zaczęli odnosić znakomite wyniki. Ukoronowaniem jej pierwszego etapu było złoto Kiraniego wywalczone na mistrzostwach świata w koreańskim Daegu. Wszyscy podkreślali wówczas, że ten gość może zostać kolejnym Usainem Boltem. A on? Powtarzał, że nie chce się nim stać. Bo komfortowo czuje się, będąc po prostu sobą.

Gdy pokonał Merritta, wracającego na bieżnię mistrza, też przyjął to ze spokojem. Jakby to była codzienność. Pogratulował rywalom, dopiero potem ruszył się cieszyć. – Ostatecznie próbuję po prostu reprezentować dobrze swój kraj. Chcę, by inni czuli się dumni dzięki temu, co robię. Mój bieg? Był satysfakcjonujący. Cieszę się, że wygrałem – mówił. A Merritt powtarzał, że obaj jeszcze się spotkają. Miał rację, choć na igrzyskach w Londynie – jak już wiecie – do tego nie doszło.

Student

Przed startem w Londynie sporo było niepokoju o formę Grenadyjczyka. O ile długo jego trener mógł powtarzać, że Kirani nie przegrywa biegów, w których startuje, o tyle halowe mistrzostwa świata z 2012 roku pokazały, że rywale potrafią jednak być groźni. James nie zdobył wtedy medalu, a eksperci zwracali uwagę na to, że… przed startem trzykrotnie ziewał. Mówiono, że być może ma za dużo na głowie. Po złocie z Daegu często wracał na rodzinną wyspę, miał tam pewne zobowiązania. Do tego studiował i to w pełnym wymiarze czasowym.

Dlatego po sezonie halowym długo nie startował. Jego pierwotny kalendarz zakładał, że do rywalizacji wróci początkiem maja. Tak się jednak nie stało, bo wtedy miał egzaminy. Ostatni z nich musiał zaliczyć 16 maja. – W przeciwieństwie do większości sportowców, Kirani chodzi na studia w pełnym wymiarze. Chcemy, żeby znakomite wyniki osiągał nie tylko na bieżni, ale też na studiach. Podchodzimy do tego spokojnie, nie gonimy za pieniędzmi – mówił wówczas jego agent. On sam zresztą też powtarzał, że nie chce rezygnować z ani jednego treningu, ale nie chce też odpuszczać studiów. Więc trzeba było to wszystko ze sobą godzić.

Udawało się całkiem dobrze. Zresztą przez siedem lat, choć od pewnego momentu – po zmianie statusu wizowego – Kirani miał  już na studiach nieco więcej luzu. Dopiero jednak w 2017 roku mógł powiedzieć, że jest już po studiach. To wtedy otrzymał dyplom, ukończył kierunek biznesowy. Po drodze kursy z biznesu, prawa, ekonomii, angielskiego czy matematyki. Wszystkie zaliczył. – Niektórzy mówią, że bycie studentem-sportowcem jest trudne, ale jeszcze trudniejsze jest bycie studentem i profesjonalnym sportowcem równocześnie – mówił.

Jemu się udało, a im bliżej końca, tym tak naprawdę było łatwiej. W 2012 roku faktycznie jednak mógł czuć tym zmęczenie. I obawiano się, jak to wpłynie na jego przygotowania do igrzysk, na których miał przecież biec w roli faworyta. Wpadkę w Stambule tłumaczono jeszcze tym, że przy swoim wzroście – 191 centymetrów – średnio radzi sobie na węższej i krótszej bieżni, nie może w pełni skorzystać ze swojej naturalnej szybkości.

Opcjonalnej porażki w Londynie w ten sposób już nie dałoby się wytłumaczyć. Na szczęście okazało się, że kilka miesięcy pomiędzy ostatnim egzaminem, a wyjazdem do Wielkiej Brytanii, w zupełności wystarczy na zbudowani wielkiej formy.

Złoto

Kirani dotarł więc w Londynie do finału, a tam po prostu zmiótł konkurencję. Jego czas? 43,94. Stał się tym samym pierwszym gościem spoza Ameryki, który w biegu o olimpijskie medale zszedł poniżej 44 sekund. I pierwszym od 1980 roku mistrzem olimpijskim, który nie reprezentował USA. Amerykanów zresztą w ogóle nie było w finale.

Scenariusz po złocie znów był ten sam. Najpierw gratulacje dla rywali, zbijane piątki, a potem bieg w stronę kibiców z flagami Grenady, uściski i radość. – To złoto było historycznym momentem dla mnie, ale i mojego kraju. Chciałem się tu dobrze zaprezentować, godnie reprezentować kraj. Tyle. Myślę, że takie podejście zrzuciło ze mnie nieco presji. Wspaniale było rywalizować, biegnąc w narodowych barwach. Zawsze będę to mile wspominać – mówił. A potem poszedł zadzwonić do matki. Nie mógł jej jednak w ogóle zrozumieć, było za głośno. Nie w Londynie, na Grenadzie.

Po jego złocie cały kraj wyszedł bowiem na ulice. Jego matka również. Telefon przekazywała komukolwiek, kto chciał krzyknąć Kiraniemu, że jest z niego dumny. Wszyscy na wyspie wiedzieli, że Grenada zapisała się w olimpijskiej historii, właśnie za sprawą Jamesa. Nie było mowy o tym, by ominąć świętowanie. Wiedzieli o tym nawet rządzący, którzy niemal natychmiast ogłosili, że reszta dnia jest wolna. Dali mieszkańcom dodatkowe wakacje. Zresztą – gdyby nie one, to ci pewnie i tak by nie pracowali.

Widać to było choćby po tym, ilu fanów zjawiło się przy kilku ustawionych na Grenadzie telebimach, gdzie można było obserwować finałowy bieg. Czterdzieści kilka sekund emocji. Wiedzieli, że tylko tyle ich czeka. A i tak zgromadzili się tłumnie. I nie żałowali. Na oficjalne ceremonie musieli jednak trochę poczekać – Kirani miał swoje zobowiązania i po igrzyskach nie mógł wybrać się prosto do ojczyzny. Dopiero 1 września, w dniu swoich 20. urodzin, wrócił do kraju. Zorganizowano wtedy wielką motocyklową paradę z udziałem wszystkich grenadyjskich olimpijczyków z Londynu.

Następnego dnia odpalono za to „Program Motywacyjny dla Młodzieży”, który zainaugurowano w Gouyave. Musiało mu się to spodobać. Skąd wiemy? Choćby z jego wypowiedzi. – Gdy jestem na wyspie, cały czas jest głośno, a ludzie pukają do moich drzwi o szóstej rano. Ale uwielbiam to, cieszę się tym. Bo wiem, że to moi ludzie i moją rolą jest sprawić, by byli ze mnie dumni. Dopóki to robię, będę szczęśliwy – powtarzał.

Jego rodacy zresztą starali się zrobić wszystko, by działało to w dwie strony. I by Kirani miał nadal motywację, żeby ich uszczęśliwiać. Jego imieniem nazwano stadion, który dopiero miał powstać. Dostał też nagrody pieniężne i rzeczowe, podobnie jak jego rodzice. Ulicę swego imienia miał już wcześniej, po złocie z Daegu. Dzień jego urodzin stał się za to na wyspie „Kirani James Day”.

Jemu pozostało tylko jedno – nie zwalniać tempa. A może nawet przyśpieszyć.

Goniąc Johnsona

Po złocie z Londynu wszyscy powtarzali jedno – Kirani musi obrać sobie teraz za cel rekord świata. A ten nienaruszony był od 1999 roku, gdy 43,18 wybiegał wielki Michael Johnson. James już jednak, jak wiecie, rekordy pobijał, choć w młodszych kategoriach wiekowych. Więc potrafił to robić. I teoretycznie mógłby powiedzieć: tak, jasne, chcę pobić ten wynik. To jednak nie ten typ osoby.

Oczywiście, Johnson był wielką postacią naszego sportu. Każdy chce wejść na taki poziom, na jakim biegał on. Ale ja jestem skupiony na bieganiu najszybciej, jak tylko jestem w stanie. Nie chcę być Michaelem Johnsonem, bo jeśli próbowałbym to osiągnąć, za każdym razem, gdy mi się nie uda, czułbym się rozczarowany i był rozczarowaniem dla innych – mówił.

To zresztą jego cecha charakterystyczna – gość jest niesamowicie skromny, ale i nieporuszony. Co by się nie działo, zachowuje się dokładnie tak samo. Gdy kiedyś w uniwersyteckich mistrzostwach niespodziewanie przegrał, bo przewrócił go rywal, ani przez chwilę nie narzekał. Na nikogo nie zrzucał winy, powtarzał, że to przypadek i nic z tym faktem nie zrobi. Stało się, tyle. Podobnie było po wpadce w Stambule albo nieudanych mistrzostwach świata w Moskwie, gdy nie obronił tytułu.

Bieg w Moskwie był najgorszym w mojej karierze. Byłem tam dopiero siódmy, a więc wypadłem gorzej niż na halowych MŚ rok wcześniej, bo tam skończyłem szósty. Zawsze podchodziłem do tego jednak tak, że pewnego dnia musi przytrafić mi się zły bieg. Akurat tak się złożyło, że wypadł w dniu najważniejszego startu w roku. Muszę na to po prostu patrzyć jak na zły bieg, wyciągnąć z tego wnioski i pójść dalej – opowiadał dziennikarzom.

Nie traktował jednak Moskwy jako motywacji, nie pałał chęcią rewanżu. Po prostu trenował – dokładnie tak, jak to robił wcześniej. Nie zmieniał swojego podejścia, nie namawiał go też do tego trener, który widział, że ma pod swoimi skrzydłami przede wszystkim wielkiego profesjonalistę. – Łatwo byłoby mu się rozproszyć. W Gouyave jest jak w Las Vegas, ale to równocześnie małe miasto. Są frytki, jest zabawa, mnóstwo nocnego życia. Światła nigdy nie gasną. A on pozostał skupiony. Jest oddany temu, co robi i chce zrealizować swoje marzenia – mówił Glance.

Co mnie trzyma przy ziemi? Rodzina i obecność dobrych ludzi. W domu mam wspaniałych przyjaciół, podobnie na uniwersytecie. Nie traktują mnie jak kogoś innego, dzięki temu mi pomagają. Myślę, że to i reprezentowanie swojego kraju, pozwala mi nie odlecieć – powtarzał. Na uniwersytecie opowiadano zwłaszcza o jednej sytuacji. Gdy jego reprezentanci w sztafecie 4×400 zdobyli srebro na krajowych mistrzostwach, Kirani był główną postacią ekipy. To dzięki niemu udało się zająć drugie miejsce. Z kolei Joel Lynch był rezerwowym.

Joel kilka miesięcy wcześniej stracił niemal wszystko w tornadzie, które zniszczyło jego dom. Po tym, jak zdobyliśmy srebrne medale, Kirani podszedł do mnie, gdy wsiadaliśmy do autobusu i powiedział: „Trenerze, daj mój medal Joelowi”. Zatkało mnie. Nikomu nic nie powiedziałem, dopiero, gdy rozdawałem medale. Joel niechętnie go przyjmował, ale gdy zawiesiłem mu go na szyi, cały autobus oszalał. To właśnie Kirani. Stawia wszystkich przed własnymi potrzebami – mówił Glance.

Na igrzyskach w Rio James chciał jednak mieć wszystkich za sobą. A może i przy okazji pobić rekord Johnsona. O ile w latach 2013-2015 szło mu średnio (choć na mistrzostwach świata w 2015 wrócił na podium, zgarniając brąz), o tyle w 2016 rok wszedł znakomicie. Przed igrzyskami wygrał każdy bieg, w którym wystartował. Na nich najlepszy był swoim biegu eliminacyjnym oraz w półfinale. Nic dziwnego, że fani nastawiali się na możliwość pobicia najlepszego wyniku w historii.

I ten faktycznie padł. Tyle że nie pobił go Kirani.

Grenadyjczyk zgarnął srebrny medal, po walce z Merrittem na ostatnich metrach. Pierwszy przybiegł jednak Wayde Van Niekerk, który przebiegł fantastyczne okrążenie. Tym bardziej, że startował z ósmego, najbardziej skrajnego toru. Nie miał nikogo przed sobą, za nikim nie mógł podążać wzrokiem. Po prostu musiał biec – najszybciej, jak tylko był w stanie. Okazało się, że jego forma pozwoliła mu nie tylko na zgarnięcie złota, ale też pobicie rekordu świata – nowy wynosi od tamtego czasu 43,03 s.

Wayde był niesamowity. Jego finisz był bardzo mocny, biegł szybciej niż ktokolwiek w historii. Nigdy nie byłem w takim biegu, nic nie mogłem zrobić. Moja strategia polegała na tym, by nie dać mu odskoczyć zbyt daleko. Wiedziałem, że na finiszu jest bardzo szybki i że trudno będzie go złapać. Za sobą miałem za to LaShawna. Chciałem mieć pewność, że się przesadnie nie zbliży – opowiadał Kirani, który może i nie obronił tytułu z Londynu, ale cała Grenada znów była z niego dumna.

Nikt nie mógł wtedy przewidzieć, że kolejne lata będą dla niego głównie walką z własnym organizmem.

Choroba

Był taki bieg na Drake Relays w 2017 roku, gdy Kirani James poczuł, że coś jest nie tak. To był jego drugi start w sezonie. W finale jednak nie był w stanie pobiec na swoim poziomie. Zmierzono mu 46,21 s. To był jego najgorszy czas… od niemal dekady.

W czasie rozgrzewki i w trakcie biegu czułem się dobrze. Myślałem, że może to wina początku sezonu. Po starcie jednak dużo czasu zajęło mi dojście do siebie. Zorientowałem się, że to coś nietypowego. Po sprawdzeniu symptomów i zrobieniu badań krwi, okazało się, że coś jest nie tak z moją tarczycą – mówił. „Coś” okazało się być chorobą Gravesa, lekarze wkrótce ją bowiem zdiagnozowali. Oznaczało to, że jego tarczyca jest po prostu nadaktywna.

Problem polegał na tym, że ta choroba zwykle charakteryzuje się tym, że dotknięci nią chudną, maleje ich masa mięśniowa, szybko się męczą i gorzej znoszą jakikolwiek wysiłek. James wspominał, że najgorzej było wtedy, gdy po prostu nie czuł się sobą. Jego organizm działał nagle zupełnie inaczej, niż Grenadyjczyk był przyzwyczajony. Istniało ryzyko, że może to być nawet koniec jego kariery. Ale i on, i trener nie zamierzali się poddać.

Ten drugi skontaktował się z Gail Devers, legendą lekkiej atletyki, trzykrotną mistrzynią olimpijską. Ona jeszcze w college’u dowiedziała się, że cierpi na dokładnie tę samą chorobę. Opowiedziała im o swoich doświadczeniach. Jak traciła na wadze, jak męczyła się ze wszystkim, co robiła. Przez trzy lata była odstawiona na boczny tor, nie biegała. Potem jednak wróciła, już poddana odpowiedniemu leczeniu. I zdobyła złoto w biegu na 100 metrów na igrzyskach w Barcelonie, a kolejne dwa dołożyła cztery lata później, w Atlancie.

Sama ta wiedza, że ona to miała – zresztą prawdopodobnie w gorszej formie niż ja – ale wróciła i została mistrzynią olimpijską, niesamowicie mi pomagała. Jeśli ona była w stanie wrócić, znaczyło to, że musieliśmy przestrzegać naszego planu. Leczenie tak naprawdę polegało na tym, że trzeba było zabić moją tarczycę, by zredukować poziom produkcji hormonów z nadprogramowego do zera. Potem stabilizuje się to za pomocą leków – mówił Kirani dziennikarzom. Leki zresztą będzie musiał brać już zawsze.

Faktycznie jednak – leczenie się powiodło. James do rywalizacji wrócił po czternastu miesiącach. Na Racers Grand Prix w jamajskim Kingston wygrał swój bieg. Czas? 44,35. Doskonały jak na to, przez co przeszedł. – Wspaniale jest być z powrotem. Cieszę się, że miałem możliwość wrócić. Jestem wdzięczny, że mogę startować i że mogłem zaprezentować się fanom. Na ostatnich 50 metrach czułem, że tłum zaczyna mnie dopingować. Widzieli, że stanie się coś specjalnego pomiędzy mną, a rywalami – mówił. Doping mu pomógł. O centymetry pokonał Freda Kerleya z USA. Ale potem nie startował zbyt wiele. Nie miał w tamtym sezonie żadnej imprezy mistrzowskiej, z trenerem uznali, że lepiej nie przeciążać organizmu.

W 2019 roku obrał sobie już cel: mistrzostwa świata. Gdy wracał do regularnego biegania powtarzał, że części rywali po prostu nie zna, bo trochę go nie było. Jego start w mistrzostwach też jednak nie był do końca pewny. Choroba już co prawda nie atakowała, ale w maju stracił matkę. To mocno na niego wpłynęło. Do tego pojawiły się drobne urazy na treningach. Dlatego na bieżnię wrócił – po ponad 13 miesiącach nieobecności – dopiero we wrześniu. Zaliczył jeden start przed mistrzostwami świata, a potem pojechał do Kataru.

Zapewne dziewięciu na dziesięciu sportowców po tym wszystkim nie weszłoby nawet do finału. Ale on był tym dziesiątym. Wygrał swój bieg eliminacyjny. W półfinale był drugi. Znów walczył o medal. Nie zdobył go – zajął piąte miejsce – ale nie to było najważniejsze. – Jestem usatysfakcjonowany swoim występem. Oczywiście, chciałbym być na podium, ale jeśli ktoś spojrzy na to, co działo się u mnie w ostatnich 13 miesiącach, to zrozumie, że sama obecność w finale jest dla mnie jak medal – mówił.

Trudno się z nim nie zgodzić.

Hat-trick?

Najpierw było więc 14 miesięcy przerwy z powodu choroby. Potem 13 miesięcy z innych przyczyn. A teraz? Na liczniku znów ma dobrze ponad rok bez startów. Ostatni to właśnie październikowe mistrzostwa świata. W 2020 roku ani razu nie pojawił się na żadnym z mityngów. Pandemia i przełożenie najważniejszych imprez, sprawiły, że fani nie mogli go oglądać.

Czy to wpłynie na moje szanse na medal? Nie sądzę. Tak po prostu się stało. To niczyja wina, nic, co moglibyśmy kontrolować. Musimy przyjąć to do wiadomości i spróbować zrobić wszystko, co w naszej mocy, by się przygotować. Pozostaje nam zaakceptować decyzję o przełożeniu igrzysk. Ona oznacza, że pandemia traktowana jest bardzo poważnie. Jestem pewien, że gdyby była szansa zorganizować je w tym roku, to spróbowano by z niej skorzystać. Bezpieczeństwo jest jednak najważniejsze – mówił.

Przez cały ten czas trenował. Powtarzał, że czuje się dobrze, nie ma żadnych problemów. No, przynajmniej kilka miesięcy temu, gdy ostatni raz było słychać od niego wieści. Bo medialnie raczej się nie udziela, unika niepotrzebnego rozgłosu. Robi swoje. A jak dobrze pójdzie, to w Tokio zawalczy o trzeci medal. Choćby brązowy, on też będzie przecież wielkim sukcesem.

A jeśli się uda, to Grenada znów będzie dzięki niemu dumna. Jeszcze bardziej niż do tej pory.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez