Małachowski: Sport schodzi na drugi plan. Najważniejsze, żebyśmy byli zdrowi

Małachowski: Sport schodzi na drugi plan. Najważniejsze, żebyśmy byli zdrowi

– Sport nie jest teraz najważniejszą rzeczą. Dziś najważniejsze jest to, żeby świat i ludzie zrozumieli, że trzeba zachować kwarantannę, siedzieć w domu, nie spotykać się z ludźmi, nie chodzić na grille i nie bawić się na mieście – mówi zawodnik Grupy Sportowej ORLEN Piotr Małachowski. Z dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim porozmawialiśmy nie tylko o koronawirusie. Pojawił się m.in. wątek odkładanego po raz wtóry zakończenia kariery, mówiliśmy o tym, dlaczego igrzyska nie mogą się odbyć bez kibiców, a także o… przedszkolu, które nasz dyskobol chciałby wybudować. 

SEBASTIAN WARZECHA: Jesteś zadowolony? Kilka dni wcześniej nawoływałeś do przełożenia igrzysk i okazało się, że chyba ktoś w MKOl cię słucha – igrzyska faktycznie zostały przełożone.

PIOTR MAŁACHOWSKI: Oczywiście, że jestem z tego zadowolony. Każdy z nas będzie miał dzięki temu bardziej komfortowe przygotowania i równe warunki do treningu. Bo teraz co? Siłownię mam w domu, na dworze, ale nie mogę robić dużych ciężarów, bo jest zimno. To jest tylko trening zastępczy.

Rzutów nie oddajesz w ogóle?

Nie, nie mam możliwości. A żeby rzucać daleko na igrzyskach, to trzeba… rzucać. Ja tego teraz nie robię.

Jeszcze kilka dni przed decyzją MKOl mówiło się, że skończysz karierę niezależnie od niej. Gdy już jednak igrzyska przełożono, zdecydowałeś się ją kontynuować. Co cię przekonało?

Jestem pozytywnie nastawiony psychicznie, treningi wyglądały naprawdę fajnie. Chcę spełnić swoje marzenia, pojechać na igrzyska i powalczyć o medal.

Ale to już na pewno będzie ostatni rok?

Tak. Mam nadzieję, że ten koronawirus odpuści i igrzyska faktycznie odbędą się w tym 2021. Jestem nastawiony na pracę i walkę. I tyle. Na pewno trochę pokrzyżowało to moje plany, bo miałem zakończyć karierę, wziąć ślub, przeprowadzić się do nowego domu… Trzeba to teraz odłożyć na 2021. No, może nie ślub i przeprowadzkę, ale igrzyska i zakończenie kariery już tak.

Często mówiło się o tym, że po zakończeniu kariery planujesz otworzyć przedszkole. To wciąż aktualne?

To wszystko zostaje przełożone. Doszło tam zresztą nieco więcej prywatnych komplikacji. Szukamy też terenu do tego, żeby coś tam wybudować. Faktycznie mieliśmy to zrobić, ale sporo rzeczy się pokrzyżowało, przez co wszystko zaczynamy tak naprawdę od początku. Czeka mnie jeszcze rok ze sportem, więc mamy czas na to, by znaleźć dobre miejsce i zapewnić dzieciakom świetny rozwój.

A walki w klatce, o których swego czasu było głośno?

Powiem tak: nie chciałbym obrażać takich zawodników jak Juras, Janek Błachowicz czy Asia Jędrzejczyk albo Karolina Kowalkiewicz. To są zawodowcy. A gdzie ja do walk w klatce? Chyba że mówimy o FAME MMA, to jestem za. Do tego się nadaję, tam ludzie walczą sobie przecież dla zabawy. Ale normalne walki, jakieś KSW? Nie no, ja jestem dyskobolem, a nie zawodnikiem MMA.

Zostawmy przyszłość, wróćmy do teraźniejszości. Jak właściwie żyje ci się teraz w domu, praktycznie bez wychodzenia? Bo akurat ty – jako sportowiec – jesteś pewnie przyzwyczajony, że tu trening, tu mityng, tu kolejny wyjazd…

No jak? No, normalnie się żyje! Wiadomo, że nie jest łatwo. Mam syna Henryka, który ma sześć lat i cały czas słyszę „tato to, tato tamto”. Bez przerwy trzeba mu wymyślać jakieś zabawy. Nie jest to dla mnie prosta rzecz, ale muszę się tego wszystkiego nauczyć i już. Nie panikuję. Cieszę się, że wszyscy są zdrowi. Najbliżsi, sąsiedzi, znajomi. Nikogo z nich jeszcze ten koronawirus nie dopadł. A takie rzeczy jak gotowanie czy sprzątanie? Życie. Trzeba to robić i tyle. Nie ma dla mnie większego problemu, żeby wstać o siódmej rano z synem, zrobić mu śniadanie, pobawić się czy odrobić lekcje.

Czyli cieszysz się, że jesteś w domu?

Wiadomo, że od strony sportowej nie jestem zadowolony. Ale jest taka sytuacja, trzeba podejść do tego normalnie, zadbać o zdrowie najbliższych, wziąć się w garść i robić swoje. Nie jest tak, że siadamy teraz i martwimy się o to, że jestem zamknięty w domu. Kurczę no, to jest życie. Trzeba siedzieć w środku, więc się siedzi, dba o najbliższych i siebie.

A w wolnych chwilach co? Jakieś filmy czy książki? Widziałem, że układałeś kostkę Rubika.

Układałem. Nauczyłem się jakieś 20 lat temu. Teraz chciałem się nauczyć robić to nieco szybciej, bo na razie układam amatorsko. Ale nie wyszło. Nie jestem w tej dziedzinie jakimś „mózgiem”, ale potrafię ją ułożyć. A jeśli chodzi o inne rzeczy? Wiadomo, że jak syn pójdzie wieczorem spać, to oglądamy film, czytamy książkę czy po prostu siedzimy i rozmawiamy. Bo do tej pory często wyjeżdżałem i tego czasu na rozmowę nie było zbyt wiele. Życie się toczy normalnie. Sporo jest tego nadrabiania – rozmów, wspominek, wszystkiego.

Wspomniałeś wcześniej o tych ćwiczeniach w ogrodzie. Jak one wyglądają? Co tak naprawdę możesz zrobić?

Żeby zobaczyć, jak to wygląda, polecam zajrzeć na stronę Reutersa. Tam są zdjęcia i filmiki, które robiła Ola Szmigiel. A jak trenuję? Robię rwanie, przysiad, martwy ciąg. Tyle. Staram się robić wszystko to, co powinienem. Ale jest jakieś 5-6 stopni, wieje wiatr, więc nie podchodzę do dużych ciężarów, żeby po prostu nie nabawić się kontuzji.

Spodziewasz się, że w tym roku porzucasz jeszcze na jakichś zawodach?

Nie wiem. Zobaczymy, kiedy ruszy ten sezon i czy w ogóle. Trudno powiedzieć. Tak naprawdę na razie nie ma też daty rozegrania igrzysk, konkretnego miesiąca. Powiem tak: robię sto procent tego, co mogę i co jest dla mnie bezpieczne. Czas pokaże, co z tego będzie.

W tym sezonie mają się odbyć mistrzostwa Europy. Jeśli zostaną przełożone, za rok skumulują się trzy imprezy – właśnie mistrzostwa Europy, mistrzostwa świata i igrzyska olimpijskie. Pracowity i trudny sezon się szykuje.

No tak, trudny. Ale trudny dla wszystkich. Inna sprawa, że dziś sport nie jest najważniejszą rzeczą. Dziś najważniejsze jest to, żeby świat i ludzie zrozumieli, że trzeba zachować kwarantannę, siedzieć w domu, nie spotykać się z ludźmi, nie chodzić na grille i nie bawić się na mieście. Mamy zmniejszyć straty z powodu koronawirusa.

Powiem tak: jak wszystko wróci do normy, sportowcy też wrócą. Przez kilka miesięcy czy przez rok nie stanie się nic wielkiego. Każdy trenuje i przygotowuje się do zawodów w zaciszu domowym. Nie na sto procent, bo nie ma takiej możliwości, ale coś robi. Dla mnie dziś rozmowa o sporcie – czy będzie, czy nie będzie – schodzi na drugi plan. Nie mamy w życiu nic ważniejszego i cenniejszego niż zdrowie. To, czy ja wystartuję w zawodach, jest mniej istotne. Wiadomo, że straci na tym wszystkim sport, straci kultura, straci biznes, większe i mniejsze firmy, ale najważniejsze jest, żebyśmy byli zdrowi. I żeby ten koronawirus nie zabijał tylu ludzi na świecie.

Z drugiej strony sport się staje chyba takim wyznacznikiem. W Chinach bardzo szybko zaczęto organizować mniejsze imprezy, gdy sytuacja z wirusem się uspokoiła.

Dla mnie to jest bez sensu. Każdy z nas wie, jak ten wirus się rozprzestrzenia, ale nikt nie wie, czy ktoś jest nosicielem i czy kogoś nie zarażamy. Gdyby ktoś mi dzisiaj zaoferował kupę kasy, powiedziałbym: „nie, dziękuję, nie chcę startować w żadnym mityngu”. Bo wrócę potem do Polski i może zarażę jedną osobę, ona zarazi kolejne dwie, potem cztery i tak dalej. Skończyłoby się tragedią. Organizacja zawodów teraz to głupi pomysł.

Swoją drogą byłeś w Wuhan na wojskowych igrzyskach olimpijskich na jakieś półtora miesiąca przed tym, jak to wszystko się zaczęło.

Byłem. I potem się zastanawiałem nad tym i nad swoim bezpieczeństwem. Mam nadzieję, że nie złapałem tego wirusa i wszystko jest okej.

Ale moment niepokoju był?

Był, oczywiście. Jednak patrzyłem na siebie, czy mam gorączkę, co się ze mną dzieje i tak dalej. Nic takiego nie widziałem. Podchodziłem do tego z dystansem.

Rozmawiamy o zdrowiu, ale to nie tylko kwestie związane z koronawirusem. W krótkim wideo dla TVP mówiłeś, że skoro igrzyska przełożono, a startów nie ma, poddasz się zabiegowi czyszczenia kolana.

Tak, muszę wyczyścić to kolano. W przyszłym tygodniu mam ustaloną wizytę. Zobaczymy, co z tego będzie.

Co ci konkretnie dolega?

Będę miał dopiero robione badania: rezonans czy USG. Wtedy będę mógł powiedzieć. Dziś nie chcę ani siebie, ani kogoś wprowadzić w błąd.

Igrzyska przełożono, więc przekłada się też cały cykl treningowy. Jak to przygotowanie do olimpiady będzie wyglądać w takiej sytuacji?

To jest gdybanie, a ja tego nie lubię. Jak będzie konkretna data, to każdy z nas będzie mieć świadomość tego, co musi zrobić. Na razie wiemy jedno – że 2021 rok. A nie zrobią tego w styczniu czy w lutym, to byłoby bez sensu. Na pewno jeśli już, odbędą się te igrzyska gdzieś na przełomie czerwca z lipcem, czy lipca z sierpniem.

Mówi się o opcji z kwietniem i majem.

Zobaczymy. Jeżeli będzie taka sytuacja, trzeba się będzie dostosować. Nie będziemy teraz siedzieć i zastanawiać się co, jak i po co. Jeżeli ustalą konkretny termin, trzeba będzie przysiąść z trenerami oraz PZLA i ustalić plan działania. Wtedy wszystko będziemy wiedzieć. Teraz możemy zrobić plan na maj, czerwiec, lipiec czy styczeń. Ale igrzyska to niewiadoma. Lepiej podejść do tego z dystansem i czekać na to, jaką datę wybiorą.

Jesteś cały czas w kontakcie z trenerem Kanterem?

Tak. Gerda nie ma w Polsce, ale jestem z nim w kontakcie. Normalnie funkcjonujemy, dzwonimy i rozmawiamy ze sobą codziennie. Jest okej. Na razie plan mamy taki, że robimy, co się da, żeby było przygotowane ciało. Jak minie kwarantanna, wyjdziemy na ten zwykły trening.

Wspomniałeś o medalu na igrzyskach, czyli wciąż wierzysz w swoje szanse, tak? Nie chcę tu wypominać wieku, ale często sam mówisz, że swoje lata masz.

Oczywiście, że swoje lata mam i jestem tego świadom. Ale wiem też, że to kwestia głowy, odpowiedniego podejścia i tego, jak się człowiek czuje. Wiesz, jeżeli wszyscy będą mi mówić: „jesteś stary”, to będzie problem. Jasne, nie jestem pierwszej młodości, wiele rzeczy mi doskwiera, dochodzi też problem z dynamiką… Powtórzę jednak: to jest kwestia głowy.

Jeżeli będę pochodzić do tego w taki sposób, że będą narzekać na wiek i nic nie robić, to nic też nie wyjdzie. Ja jestem dobrze nastawiony, chce mi się trenować, mam do tego chęć, motywację i czuję się dobrze. Więc trzeba trenować. Jeżeli przejdzie mi ochota na sport i ten sport będzie mnie nudzić, męczyć, sprawiać ból czy problem, to powiem „okej, dziękuję”. I już.

Po mistrzostwach świata w Dosze i ty, i Gerd Kanter, też wspominaliście o tej głowie. Ale wtedy była mowa, że nie wyszło, bo pokonała cię ambicja.

Tam chciałem rzucić po prostu za daleko. Byłem dobrze przygotowany, tydzień wcześniej rzuciłem prawie 68 metrów. Już w pierwszej próbie chciałem wygrać eliminacje. To był mój największy błąd. Chciałem udowodnić światu, że mam nowego trenera i „patrzcie, jaki jest dobry”. Teraz już wiem, czego nie robić i nad czym pracować. Zresztą współpracuję też z profesorem Blecharzem.

Profesor Blecharz pomagał już chyba połowie polskich sportowców.

No tak. Bo to fajny facet, który ma dużo ciekawych pomysłów. A skoro mamy mądrego człowieka, to warto skorzystać z jego podpowiedzi.

Gerd Kanter przy okazji mistrzostw świata mówił też – a i ty teraz o tym wspomniałeś – że już brakuje ci nieco dynamiki, siły. Więc w tym przypadku jeszcze ważniejsza staje się chyba sama technika?

Jasne, że tak. W moim sporcie technika jest najważniejsza. Choć wiele aspektów składa się na wynik. Głowa, zdrowie, treningi, które wcześniej się odbyło – bo każdy z nas wie na zawodach, w jakiej jest dyspozycji. Dużo tego. Wiem, nad czym mam pracować. Co zmienić, co ulepszyć, czego było za mało, a czego za dużo.

Mówiliśmy o medalach, ale jeszcze bym to skonkretyzował. Cały czas myślisz, wierzysz i masz na celowniku to olimpijskie złoto?

Oczywiście. To jest sport, wszystko może się wydarzyć. Nie ma co podchodzić do tego tak, że na pewno się nie uda. Szansa jest zawsze. Dopóki się nie poddajesz, to możesz zdobyć ten upragniony złoty medal. Możesz mieć dzień konia, może mieć go ktoś inny. Nagle stwierdzisz, że „wow, byłem tak dobrze przygotowany, ale zawodnik, który nie powinien zdobyć medalu, skończył wyżej”. Taki właśnie jest sport. Jakby było wiadomo od początku, że dziś najlepszy będzie Daniel Stahl, Gerd Kanter czy ja, to można by nie organizować zawodów, tylko wysłać nam medale pocztą.

Brzmiało to wszystko trochę, jakbyś opisywał konkurs w Rio de Janeiro, gdzie Christoph Harting zupełnie niespodziewanie zgarnął złoto. Zresztą pokonując właśnie ciebie.

Na przykład. Jak widać może się coś takiego zdarzyć. To jest życie, to jest sport. W danym momencie wygrywa najlepszy. Staram się podchodzić do życia realistycznie. Nie ma co się nad tym wszystkim zastanawiać, trzeba robić swoje. Igrzyska w Rio już minęły. Może w Tokio to ja będę miał taki dzień konia, jak Christoph Harting w Rio, i wygram złoto? Nie wiadomo. To jest właśnie piękne w sporcie, że nie można w ciemno założyć, kto w danym momencie wygra.

Może akurat odpowiednio powieje wiatr…

Możliwe. Warunki też się liczą. Trzeba się dostosować do sytuacji, po prostu.

Wspomniałem igrzyska w Rio również dlatego, że nie wiadomo, jak długo potrwa ta cała sytuacja z koronawirusem. I pewnie, gdyby nie było innej opcji, to będzie rozważana organizacja tych w Tokio, ale bez kibiców. Co byłoby całkowitym przeciwieństwem wszystkich, które miałeś okazję przeżyć. Uważasz, że taka impreza bez fanów miałaby rację bytu?

Nie no, gdzie tam! Bez kibiców?! To jest bez sensu! Muszą być kibice. Jak mam wyjść na stadion i rzucać przy pustych trybunach… Po prostu nie. Ja kocham startować, gdy są ci fani i nas dopingują. To jest najważniejsza rzecz. Startu bez kibiców po prostu nie potrafię sobie wyobrazić.

Ceremonia otwarcia też by chyba dziwnie wyglądała, co?

Na pewno. Ale wiesz, pamiętajmy, że to nie tylko kibice. Startują przecież zawodnicy, którzy też się zarażają. Na igrzyskach ma być spokojnie, ten wirus ma być opanowany i wszystko powinno być tam okej. To nie jest tak, że wystartujemy bez publiczności i będzie dobrze. Bo co, bo my jesteśmy herosami? Nas koronawirus nie bierze? Nie jesteśmy. Kurczę, możemy po igrzyskach wrócić do domu i pozarażać innych. Nie wyobrażam sobie, żeby była taka sytuacja, że nadal będzie zagrożenie, a igrzyska się odbędą.

Skoro rozmawiamy o pomysłach, to co sądzisz o tym, żeby igrzyska równocześnie były mistrzostwami świata, choćby w lekkiej atletyce? Tak, jak to było w przeszłości. Dwa tytuły za jedne zawody.

Nie no, bez sensu! Nie ma takiej opcji!

Bardzo zdecydowanie.

No nie, nie, nie. To przyznajmy od razu też Europejczykom medale za mistrzostwa Europy. I już w ogóle będzie prościej.

Z drugiej strony kalendarz nie jest z gumy.

Nie, ale nie no… Co potem? Robilibyśmy co cztery lata mistrzostwa Europy i świata? Wtedy sport by zupełnie upadł. I tak tej lekkiej atletyki jest u nas mało. Bo nie mamy dobrej ligi. Choć ostatnio coraz lepiej wyglądają zawody, to muszę przyznać. To byłoby słabe jeśli chodzi o marketing, reklamę lekkiej atletyki na świecie.

Mówisz jednak, że te zawody w Polsce są coraz popularniejsze, więc ten marketing chyba nie jest aż tak zły.

No tak, memoriały Kamili Skolimowskiej czy Janusza Kusocińskiego są świetne. Dużo jest mityngów w mniejszych miastach. Jest Radom, jest Białystok, gdzie parę tysięcy ludzi przychodzi na skok o tyczce. Są też zawody na fontannach w Warszawie. Faktycznie, jest tego więcej i coraz lepiej się dzieje. Trzeba pilnować tego, żeby ten sport się rozrastał. Musimy rozwijać te imprezy, robić wielkie show. Wiadomo, że jak nie będziemy się starać – czy w Polsce, czy na świecie – to będzie to się kończyło tak, że w Diamentowej Lidze będzie coraz mniej konkurencji, imprezy będą miały mniejszy prestiż, a niektóre po prostu znikną. Przecież rzut dyskiem wykreślili z programu Diamentowej Ligi. Cierpi na tym konkurencja, ale w sporcie zaczęło chodzić o pieniądze, nie wyniki. Po prostu.

Ale też chyba nie bez powodu – skoro o tych polskich imprezach mowa – planowałeś zakończenie kariery na Memoriale Kamili Skolimowskiej?

Dokładnie. To świetna impreza, najlepsza w Polsce. Więc pożegnać się z taką publicznością, jaka tam jest, to super sprawa.

Czyli za rok, jak tylko będzie opcja, to właśnie tam?

Oczywiście.

A co gdyby to wszystko ułożyło się inaczej i igrzyska się jednak nie odbyły? Zgodnie z planem koniec kariery, na spokojnie, czy byłoby ci trochę żal?

Nie wiem. Czas pokaże, jak to będzie. Ludzie zmieniają swoje decyzje, tak jak ja zmieniłem po mistrzostwach świata w Katarze, gdy chciałem kończyć karierę. A stwierdziłem, że skoro niedawno rozpocząłem współpracę z nowym trenerem i sporo było innych czynników, to jeszcze potrenuję. Wszystko może się zmienić. Nie potrafię dziś na to odpowiedzieć. Mam jedynie nadzieję, że igrzyska odbędą się w 2021 roku i będzie super.

Ostatnia sprawa. Jesteś wojskowym. Jak to wygląda w obecnej sytuacji? Cały czas jesteś pod telefonem i gdyby cię wezwali, to tylko zakładasz mundur i się stawiasz?

Jeżeli będzie taka sytuacja, że zostaniemy wezwani do swoich macierzystych jednostek, to oczywiście. Ubieram się i tyle. Mam jednak nadzieję, że do takiej sytuacji nie dojdzie, że ludzie zrozumieją, że trzeba siedzieć na tyłkach w domu i nie wychodzić, i że ten koronawirus zostanie opanowany. Jeżeli jednak byłaby taka potrzeba, to pojadę.

Wygląda to słabo, gdy wy, sportowcy, którzy musicie się przygotowywać i trenować, siedzicie w domu, a są ludzie, którzy potrafią w tym samym czasie wyjść sobie na jakieś imprezki czy grille, co?

Oczywiście. To jest bardzo słabe. Mogę tylko ocenić, że to ludzie bardzo nieodpowiedzialni. Obstawiam jednak, że takie osoby nie wezmą tego do siebie. Ludzie którzy wychodzą, nadal będą wychodzić i się bawić. Kto wie, może jak ten koronawirus będzie u kogoś im bliskiego, to zrozumieją, że to problem?

ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez