Majka już bez szans, ale walka o zwycięstwo w Giro będzie pasjonująca

Majka już bez szans, ale walka o zwycięstwo w Giro będzie pasjonująca

Dzisiejszy etap miał być jednym z najważniejszych na trasie tegorocznego Giro. Na kolarzy czekał legendarny już podjazd pod Stelvio. 25 kilometrów, kilkadziesiąt zakrętów, średnie nachylenie niespełna osiem procent. Mordęga, po prostu. A po wjechaniu na szczyt trzeba było jeszcze jak najszybciej zjechać z drugiej strony, przejechać kawałek po płaskim, przez dziewięć kilometrów wspinać się na Torri di Fraele i wreszcie przebyć ostatnie 2000 metrów do mety.

Pewne było jedno: że przetrwają najsilniejsi. Każda, nawet najmniejsza słabość, natychmiast miała być wykorzystana przez Stelvio. Wielu kolarzy poniosło dziś straty. W tym, niestety, Rafał Majka.

Kryzys

Tak naprawdę nieistotne jest to, co działo się przed Stelvio. Ucieczki? Podjazd zlikwidował je szybko. Peleton? Momentalnie się rozsypał. Z przodu jechali tylko ci, którzy mieli zachowane jakiekolwiek siły. Na początku był wśród nich Rafał Majka. Szybko jednak można było dostrzec oznaki tego, że z Polakiem nie jest najlepiej – “Zgred” jechał ciężko, na jego twarzy często gościł grymas, kilkukrotnie już na początku podjazdu musiał łatać powstałe przed nim luki, stając na pedałach i doganiając rywali.

Owszem, w historii kolarstwa zdarzało się, że zawodnicy potrafili przezwyciężać nawet takie kryzysy. Ale to sytuacje wyjątkowe, później przechodzące do legendy. Zwykle jeśli noga nie podaje, to nic z tego nie będzie. Można wypruwać z siebie resztkę sił – co Rafał zresztą robił – ale i tak wreszcie odpadnie się od rywali. I tak zamiast oglądać walkę Majki o podium klasyfikacji generalnej, obserwowaliśmy jak walczy sam ze sobą.

Z czego to wynikało? Nie wiadomo. Wczoraj mówiło się, że miał problemy żołądkowe, możliwe, że dopiero dziś organizm poważniej na nie zareagował. Faktem jest jednak, że najpierw odjechali od niego (i innych rywali) Rohan Dennis, Tao Geoghegan Hart, Jai Hindley i Wilco Kelderman, a potem robili to kolejni kolarze. Jakob Fuglsang, Pello Bilbao, Vincenzo Nibali – wszyscy byli przed Majką, który jechał jakieś trzy, a potem cztery minuty za prowadzącą czwórką złożoną z dwóch kolarzy INEOS i dwóch Sunwebu.

Wraz z Majką jechał między innymi dotychczasowy lider, Joao Almeida, wspaniale walczący o to, by nie stracić zbyt dużo w klasyfikacji generalnej, oraz Patrick Konrad, zespołowy kolega Rafała. Na Stelvio Polak jeszcze jechał z nimi. Potem wszyscy dogonili nawet Nibalego. Wydawało się, że do mety dojadą razem. Ale ostatni podjazd to było już dla dzisiejszego Majki zbyt wiele. Odpadł od swojej grupy, przyjechał 6 minut i 43 sekundy za zwycięzcą etapu. Był 11., co i tak – patrząc na jego walkę z samym sobą – jest wynikiem niezłym. Problem w tym, że w klasyfikacji generalnej spadł na 10. miejsce. A przed etapem mieliśmy nadzieję, że jeśli już się w niej ruszy – to tylko w górę.

Tak się jednak nie stało. Choć nawet mimo porażki Rafała, który wypadł z gry o końcowy sukces (aczkolwiek niewykluczone, że w takiej sytuacji powalczy jeszcze o triumf etapowy w sobotę, na ostatnim z górskich etapów), okazuje się, że dzisiejsze zamieszanie w klasyfikacji generalnej czyni Giro jeszcze bardziej interesującym.

Ciasno

Niemal natychmiast po pokonaniu Stelvio okazało się, że o triumf powalczą dziś Tao Geoghegan Hart i Jai Hindley. Przed etapem obaj byli zresztą wysoko w klasyfikacji generalnej. Tyle że początkowo jakieś 40 sekund za nimi jechał zespołowy kolega drugiego z nich – Wilco Kelderman – który miał przejąć dziś różową koszulkę lidera. Ale nagle, na ostatnim podjeździe, przydarzył mu się całkowity kryzys. Zaczął tracić czas. Z 40 sekund zrobiła się minuta, potem półtora, wreszcie dwie i więcej. W międzyczasie wyprzedzili go nawet Pello Bilbao (który zresztą fenomenalnie pokonal ostatnie kilometry) i Jakob Fuglsang.

Hart i Hindley walczyli więc w pewnym momencie już nie tylko o to, by wygrać etap i nieco zniwelować straty w generalce, ale by pozbyć się ich całkowicie, a może wręcz przejąć koszulkę lidera, czego przed startem etapu opcjonalnie można było oczekiwać po Harcie, ale na pewno nie po Australijczyku. Kelderman walczył z czasem, mógł przyjechać na metę maksymalnie dwie i pół minuty po tej dwójce.

A właściwie po swoim zespołowym koledze – w sprinterskim finiszu to Hindley okazał się lepszy, zgarnął bonifikatę i było jasne, że w klasyfikacji generalnej będzie o trzy sekundy przed Hartem. Przed nimi ostatecznie wylądował Wilco. Miał dwanaście sekund zapasu. Tylko i aż tyle. Jego kryzys pokazuje jednak, że w sobotę – gdy kolarze trzykrotnie przejadą przez Sestriere (ponad 2000 metrów nad poziomem morza), może stracić resztkę przewagi, a nawet jakiekolwiek szanse na dojechanie z różową koszulką do końca wyścigu.

Trzeba jednak pamiętać, że ostatni etap tegorocznego Giro, dzień po górach, jest – krótką, ale jednak – czasówką. A to już zupełnie inna rozgrywka. Jeśli różnice w czołówce nadal będą przed nią minimalne, czeka nas jeden z najbardziej pasjonujących finiszów w historii włoskiego touru. I w tej chwili na to właśnie liczymy.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez