Mają trzy wielkie talenty, ale i spore problemy. Rzecz o rosyjskim tenisie

Mają trzy wielkie talenty, ale i spore problemy. Rzecz o rosyjskim tenisie

Rosyjski tenis długo leżał w cieniu. Gdyby był książką na półce w bibliotece, osiadłaby na nim pewnie gruba warstwa kurzu. Aż tu nagle – z kilku powodów – wszystko zmieniło się w latach 80. Jeszcze w ZSRR tenisem nagle się zainteresowano, zdmuchnięto kurz i zaczęto tę książkę czytać. Dlaczego? Między innymi dlatego, że sport ten włączono do programu igrzysk olimpijskich. Później przez wiele lat Rosjanie zbierali tego owoce, wraz z kolejnymi sukcesami swych zawodników i zawodniczek. Potem jednak była zapaść, widoczna zwłaszcza w męskim tenisie.

Ten jednak wreszcie odżył. I choć aktualnie w tenisa na świecie się nie gra, to warto wspomnieć o największych rosyjskich talentach. Jest ich trzech, a w każdym z nich ta sama krew – rosyjska. Daniił Miedwiediew, Karen Chaczanow i Andriej Rublow. To oni stanowią o sile męskiego tenisa w kraju naszych sąsiadów. 

Nie taka potęga

Rosjanie, jak powiedziano, długo ignorowali tenis. W Związku Radzieckim na ten sport nie stawiano, bo liczyły się tam przede wszystkim dyscypliny olimpijskie. A tenis zniknął z programu igrzysk w 1924 roku i wrócił dopiero na kilka lat przed upadkiem ZSRR – w 1988. Choć gdyby w nim się znajdował, to i można by się zastanawiać, czy kolejni przywódcy wspieraliby tę dyscyplinę. Postrzegano ją jako „sport dla burżujów”, a więc zdecydowanie nieprzystający do wartości, leżących u podstaw komunizmu (choć z ich realizacją bywało różnie).

Tenis w Rosji długo miał więc pod górkę, ale w końcu podjazd się skończył. Wielkim fanem „białego sportu” okazał się bowiem Borys Jelcyn, pełniący przez osiem lat (1991-1999) obowiązki prezydenta Federacji Rosyjskiej. A wiadomo, jak to w Rosji jest. Jeśli ktoś u władzy coś lubi, prawdopodobnie zaraz pójdą tam i pieniądze. Nie inaczej stało się z tenisem. Za rządów Jelcyna mocno zainwestowano w rozwój dyscypliny. Powstała nowa infrastruktura tam, gdzie jej nie było, a tam, gdzie już była, wyremontowano obiekty. Zaczęto angażować młodzież w grę. Bo przecież skoro grał sam prezydent i można było to zobaczyć w telewizji, to czemu nie mieliby grać obywatele?

Jelcyn zresztą posunął się w tej pasji na tyle daleko, że na Kremlu wydzielił pomieszczenia dla Szamila Tarpiszczewa. Wieloletni kapitan reprezentacji Rosji w Pucharze Davisa przy okazji był jego personalnym trenerem, a potem pełnił sporo funkcji w rządzie. Tak się robi kariery. Trzeba jednak przyznać, że gość się nie obijał. Skoro miał pełne poparcie prezydenta, na tenis w Rosji mocno postawiono. W ciągu kilkunastu lat przybyło ponad dwa tysiące kortów. Z nieco ponad stu turniejów zrobiło się dobrze ponad tysiąc (oczywiście mowa tu o wszelkiego rodzaju imprezach, również małych, organizowanych przez lokalne kluby). Kluby wkrótce były oblegane przez dzieciaki, chcące uczyć się gry w tenisa. To było jednak też efektem tego, że w telewizji widzieli, jaką karierę zrobiła Anna Kurnikowa, znakomita tenisistka, ale i wielka piękność, która dziś kojarzona jest bardziej z urody niż sportowych osiągnięć.

Nie dziwi więc, że najlepszy okres rosyjskiego tenisa zaczął się mniej więcej dekadę po tym, jak ten na powrót stał się dyscypliną olimpijską i jakieś siedem, może osiem lat po objęciu prezydentury przez Jelcyna. Choć pierwszy sygnał przyszedł już wcześniej – w 1996 roku, gdy na Roland Garros najlepszy okazał się Jewgienij Kafielnikow. Trzy lata później do tego sukcesu dołożył on zwycięstwo w Australii. W 2000 roku dołączył do niego Marat Safin, który najlepszy był w US Open. Szczególny był tu jednak rok 2004. To wtedy do głosu doszły zawodniczki z Rosji. Trzy różne tenisistki wygrały wówczas trzy wielkie turnieje – Anastasija Myskina była najlepsza w Paryżu, młodziutka Marija Szarapowa w Londynie, a Swietłana Kuzniecowa w Nowym Jorku. Od tamtego czasu Rosjanie dołożyli jeszcze sześć innych tytułów wielkoszlemowych w singlu.

Sęk w tym, że po tym okresie sukcesów, wszystko na powrót się popsuło. Kiedy kariery skończyli Safin i Kafielnikow, męski tenis w Rosji trzymał jeszcze Nikołaj Dawydienko, a potem Michaił Jużny. Ale to już nie był ten sam poziom. Niby wciąż było dobrze, ale oczekiwano dalszych sukcesów. Kilkukrotnie mówił o tym Karen Chaczanow, powtarzając, że kibice nie zwracają na niego i jego kolegów większej uwagi, bo przyzwyczajeni są do tego, że Rosjanie zajmują miejsca na samym szczycie rankingu. Po prostu mieli niegdyś wyższe standardy, które wyznaczyli wielcy mistrzowie.

Właściwie to żal mi młodych zawodników, których określa się mianem „drugiego Safina” albo „drugiego Kafielnikowa” – mówiła w sierpniu 2019 roku portalowi ubitennis.net rosyjska dziennikarka Marija Nikulaszkina. – Nie ma wątpliwości, że Jewgienij i Marat mieli wspaniałe, pełne sukcesów kariery, których wyników nie może powtórzyć od dawna nikt. Młodym graczom nie pozwala się jednak, by byli sobą. Wiem, że pracują bardzo ciężko, by uzyskać odpowiedni rezultat. Wszyscy się temu poświęcają, mają talent i potencjał.

Kiedy męski tenis w Rosji się załamał, świetnie wciąż grały kobiety. Ale i tam w końcu coś się zepsuło, a sama Marija Szarapowa, dziś już emerytowana – z różnych powodów, również przez dyskwalifikację za niedozwolony doping – nie była w stanie tego pociągnąć. Coraz częściej mówiło się, że poprzedniemu pokoleniu się udało, bo chcieli wyrwać się z biedy. A kolejne tego nie potrzebuje, ma na to inne drogi i możliwości, jakie dał im współczesny świat. Prawda była jednak też taka, że wraz z odejściem Jelcyna od władzy i końcem karier największych gwiazd, zmniejszyło się zainteresowanie. Wśród samych fanów, ale przede wszystkim – na szczeblach władzy.

– Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że rozwój tenisowy danych nacji polega na przekazywaniu wiedzy. Rosjanie mają wielkich mistrzów – Safina czy Kafielnikowa, wśród kobiet choćby Kuzniecową. Ci ludzie dotarli na szczyt, wiedzą jak to robić. A brakuje tej wymiany doświadczeń. Rosjanie mają też turnieje, a – choćby na reprezentację – nie żałują grosza. Powinni znajdować się następcy. Jeżeli do tego są obiekty i specjaliści, to przy prężnie działającym związku teoretycznie dalej powinno to działać. Po inwestycjach coś zostaje, nie zniknęło to wszystko, można z tego korzystać. Ktoś się powinien znaleźć. Nie muszą to być ludzie od razu do najlepszej piątki rankingu, ale niech to będą osoby w najlepszej trzydziestce. U mężczyzn był z tym problem przez wiele lat, a teraz jest tak u kobiet – mówi komentator Eurosportu Marek Furjan.

W Rosji mówi się o problemach od dobrej dekady. Że brakuje pomysłów, że obiekty się starzeją, że kluby nie dostają środków, że nie wspiera się tenisistów. To ostatnie jest zresztą doskonale widoczne choćby po tym, że wiele talentów z Rosji ucieka do Kazachstanu, by reprezentować barwy tego kraju. Zrobił tak choćby Aleksandr Bublik. – Rosja nigdy mi nie pomogła, nic od niej nie dostałem. Kazachstan dał mi wszystko, co najlepsze. Mam wiele rzeczy do poprawy, tego właśnie potrzebowałem – mówił po zmianie reprezentacji. A w Rosji mówiło się, że jeśli ktoś ma się rozwinąć na poziom mistrzostwa wielkoszlemowego, to jedynie, gdyby miał albo niesamowicie wielki talent, albo rodziców, którym nie przeszkadza szastanie kasą.

– Nie wiem, jak wygląda sytuacja Bublika poza tym, że reprezentuje Kazachstan. Co jednak o czymś świadczy – miałem do czynienia z Rublowem, jak przeprowadzałem z nim w Bratysławie. Chłopak przyjechał wtedy na Challengera, a nie dało się z nim przeprowadzić wywiadu, trzeba było pisać do jego menadżera, który sprawdzał, kim właściwie jesteś. Chcę tu podkreślić, że nie wiem, ile tacy ludzie jak Rublow mają tak naprawdę wspólnego z tą całą Rosją, tamtejszym związkiem i ewentualną pomocą z jego strony – dodaje Furjan.

W 2016 roku Marija Szarapowa mówiła, że sukcesy odnoszone w konkretnym okresie nie muszą przekładać się na to, że pojawi się młodsza generacja, walcząca o kolejne trofea. Bo tak to nie działa, a trzeba też pomocy – zarówno finansowej, jak i tej innego rodzaju. Choćby odpowiednich trenerów czy infrastruktury. Z tym… nadal w Rosji jest różnie. Ale talenty pojawiły się kilka lat temu i dziś odnoszą już spore sukcesy.

Trzech muszkieterów

Jak się nazywają – już wiecie. Pora poznać ich bliżej. Nie będziemy tu jednak pisać o największych sukcesach, bo i po co? Te możecie znaleźć choćby klikając w nazwisko każdego z nich na Wikipedii. Wystarczy wam wiedzieć, że każdy ma już na koncie kilka naprawdę dużych. Czemu jednak zawdzięczają to, że je osiągnęli?

Zacznijmy od Chaczanowa, bo on się tu nieco wyróżnia. To gość, który potrafi potężnie i agresywnie uderzać z linii końcowej. Chętnie przejmuje inicjatywę w wymianach i rozrzuca rywali po korcie. Generalnie nie chcielibyście znaleźć się pod ostrzałem jego piłek, bo grozi to albo zadyszką, albo poważną kontuzją, gdyby tak akurat was trafił. Szczególnie groźny jest z forehandu, a backhandowych zagrań kiedy tylko może, to unika. To jego pięta achillesowa. Jeśli rywal potrafi z tego skorzystać, ma sporą szansę na odniesienie sukcesu. Trzeba jednak uważać, bo Karen to inteligentny gość, zarówno poza kortem, jak i na nim. Potrafi świetnie odgrywać piłki sytuacyjne, szybko kalkuluje i dobrze czuje się w budowie dłuższych punktów. O ile to on prowadzi akcję. Gorzej jest, kiedy inicjatywę przejmie przeciwnik, wtedy Rosjanin potrafi się pogubić. Warto też ściągać go do siatki – przy niej nie czuje się najlepiej.

Karena wiele osób porównuje do Marata Safina. Raz, że niesamowicie gra z forehandu. Dwa, że jest dość wysoki. A trzy? Trzy, że potrafi zagrać świetny turniej, by potem przez kilka tygodni szukać formy. Ale czy to porównanie w ogóle jest uprawnione? – Nie lubię porównań jednego tenisisty do drugiego, trochę mnie to męczy. Ale nie widzę w Chaczanowie Safina. Wydaje mi się, że Safin był jednak większym wirtuozem tenisa niż teraz jest Chaczanow. Więcej potrafił, lepiej się oglądało te jego mecze, dawał więcej radochy. W tej chwili nie wpadłbym na takie porównanie. I myślę, że Safin też jeszcze nie byłby zadowolony. Bo to wciąż nie ten kaliber i nie ten rozmiar kapelusza – twierdzi Marek Furjan.

Marat i Juan Martin Del Potro to dwaj zawodnicy, których zawsze oglądałem i cieszyłem się ich grą w trakcie dorastania. Znam Marata dobrze, a mój trener z nim grywał. Kiedy jednak rozmawiamy, nie mówimy zbyt wiele o tenisie, a raczej o życiu ogólnie rzecz biorąc. Marat był niesamowity, ale każdy gracz jest inny, ma swój własny charakter i charyzmę. […] Czy porównuję się do niego lub kogoś innego? Nie. Chcę być sobą. Jestem w stu procentach Karenem – mówił z kolei sam Chaczanow.

Swój cel Rosjanin określa jasno: chciałby zostać najlepszym zawodnikiem na świecie. Pod koniec 2018 roku wydawało się, że jest na dobrej drodze ku temu, by zacząć się do tego przybliżać. W 2019 grał jednak gorzej, spadł w rankingu, ale wciąż utrzymuje się na dość wysokim, siedemnastym miejscu. – Faktycznie, Chaczanow miał delikatny zjazd. Na początku roku wyglądał już co najmniej przyzwoicie, a chyba można nawet powiedzieć, że dobrze. Czy stać go na sukces? Zależy czy mówimy o sukcesie typu mistrzostwo w Szlemie czy o ośmiu latach gry na poziomie najlepszej „20” rankingu. W tym drugim przypadku nie wykluczam, że z Chaczanowem trzeba się tu liczyć – mówi Furjan.

Szanse na wygranie turnieju wielkoszlemowego na pewno trzeba dać Daniiłowi Miedwiediewowi. Wszyscy mamy przecież w pamięci jego niesamowity występ na US Open i finał, w którym omal nie ograł Rafy Nadala, mimo że przegrywał 0:2 w setach. Aktualnie z całej rosyjskiej trójki to on jest kandydatem do odnoszenia największych sukcesów. I to mimo tego, że jego tenis jest… kompletnie niepoukładany.

– To nie jest styl, który cieszy się oko. Zdjęć z jego meczu na pewno nie zamieściłbyś w jakiejś książeczce w stylu „Naucz się grać w tenisa w weekend”. Bo nie miałbyś tam zbyt wielu poprawnych technicznie zagrań. Wygląda to pokracznie. Ale jest to niewiarygodnie skuteczne. To w jaki sposób on potrafi grać, to jest rzecz gigantyczna, której wiele osób, łącznie ze mną, odmawiało tak nieposkładanemu tenisiście. Po poprzednim sezonie widzę jednak, że trzeba się z nim liczyć i nie odmawiam mu możliwości wygrania turnieju wielkoszlemowego – mówi Furjan.

Tę pokraczność stylu Miedwiediewa zauważa wielu – nawet jego rywale. Z drugiej strony każdy z nich podkreśla, że Rosjanin jest niebywale skuteczny i odporny fizycznie. Bo to gość, który gra inaczej niż Chaczanow. On raczej oddaje inicjatywę, czeka na błąd, ale przy tym potrafi niesamowicie dobrze się bronić. Jeśli się z nim gra, trzeba liczyć się z faktem, że wymiany mogą trwać po 30 uderzeń. Albo i dłużej. To taka tenisowa wersja zabawy w kotka i myszkę. – Niesamowicie mądrze dobrał pod siebie sposób gry. Nie ma żadnej wielkiej broni, ale potrafi przeanalizować to, jak grają inni i dobrać styl pod nich – mówił o nim Kei Nishikori.

On gra zupełnie inaczej niż większość zawodników. Nisko, płasko, nie daje ci zbyt wiele kąta, z którego możesz odegrać. Czasem to naprawdę przeszkadza, drażni, zwłaszcza na dłuższym dystansie. Gra naprawdę bardzo dziwnie. Nie mówię tego w negatywnym sensie: on po prostu sprawia, że czujesz się niekomfortowo, gdy grasz przeciwko niemu – dodawał Stefanos Tsitsipas. Sam Daniił się z tym zgadzał i mówił, że po prostu próbuje zmusić rywali, żeby przestrzelili swoje zagrania, grając z kimś, kto odgrywa piłki w kompletnie inny sposób niż reszta.

Kiedy widzę siebie na zdjęciach, pytam: „Co ja tu robię?”. Ale tak właśnie gram i, taką mam nadzieję, część ludzi to lubi. Może to bardziej amatorska technika, nazwijmy to tak – mówił Miedwiediew w wideo nagranym dla ATP. – To mój styl. Opiera się na konsekwencji i nie popełnianiu błędów. Skąd biorę siły? Myślę, że to bardziej kwestia mentalna niż fizyczna. Wypracowuje się to wszystko na treningach. Często ćwiczę w ten sposób, że chłopaki ganiają mnie po całym korcie, a ja próbuję znaleźć sposób na wygranie punktu. Czasem wystarczy, że po prostu nie popełnię błędu – dodawał przy innych okazjach.

Teoretycznie Daniił jest na taki styl gry za wysoki. Ale teoretycznie też nie powinien był w stanie osiągać takich wyników, grając tak brzydko. A on temu wszystkie zaprzecza. Wygrywa z największymi, dochodzi daleko w turniejach, był już nawet numerem cztery w rankingu. W przeciwieństwie do Chaczanowa świetnie operuje backhandem, to wręcz jego najgroźniejsza broń. Forehand też jest groźny, głównie przez to, że – oczywiście – jest ułożony stosunkowo niepoprawnie. Ale zaskakuje dzięki temu wielu rywali. I wygrywa punkty. – Nie mam jednego uderzenia, które byłoby niesamowite. Serwuję nie najgorzej, ale też niezbyt szybko. To po prostu konsekwencja we wszystkim. Taka jest moja taktyka, to ona ma sprawić, że przeciwnik cierpi.

Cierpi czasem i sam Daniił. Bo zaznaczyć tu trzeba jeszcze wątek jego wyskoków. Na US Open prowokował publikę, innym razem spiął się ze Stefanosem Tsitsipasem, którego później nazywał „małym dzieckiem, nie wiedzącym, jak walczyć”. I to mimo że ich rodzice się przyjaźnią. Po kilku miesiącach, gdy go o to zapytano, mówił, że to „całkowicie wina Stefanosa”. John McEnroe, co nie dziwi, lubi w Rosjaninie tę zadziorność. Ale wielu go za nią krytykuje, a Diego Schwartzman po ATP Cup, mówi, że o ile wcześniej uważał Daniiła za przyjaciela, o tyle teraz nie chce mieć z nim nic wspólnego. Sam Miedwiediew przyznaje, że chciałby to zmienić i nie dawać się tak łatwo porwać emocjom. Jeśli uda mu się to opanować, możliwe, że podskoczy na jeszcze wyższy poziom. A wtedy wszyscy powinni się bać.

Tak jak bać powinni się Andrieja Rublowa, który znakomicie wszedł w ten sezon, nawet jeśli na Australian Open nie poszło mu już tak dobrze. Najmłodszy z tej trójki miał w swej karierze kilka chwil, gdy zatrzymywały go kontuzje. Już w zeszłym sezonie dostaliśmy jednak sporo oznak, że jego talent w końcu eksploduje. I wydawało się, że powoli zmierzamy do tej erupcji – teraz jednak, z oczywistego powodu, opóźnionej. Rublow w wielu kwestiach jest podobnym do Miedwiediewa. Też potrafi na korcie powalczyć czy pokazać złość. Nie zawsze w ten dobry sposób. I też lubi to John McEnroe.

Inna kwestia? Budowa ciała. – Oni obaj są dość szczupli. Jak na siłę, którą generują w uderzeniach, nie są obudowani mięśniami. Myślę, że to raczej powinno się zmienić. Bo wystarczy popatrzyć na najlepszych tenisistów, żeby dostrzec, że tam nie ma faceta, który nie jest obudowany. Bo jeśli nie jest, to po jakimś czasie wypada z gry, łatwo o kontuzję. A wydaje się, że w tym względzie fizycznym, trochę tej dwójce wciąż brakuje – mówi Marek Furjan.

Różnią się jednak, gdy chodzi o technikę. Andriej jest tu zdecydowanie lepszy, jego zagrania wyglądają często wręcz podręcznikowo. Do tego Rublow raczej jest usposobiony ofensywnie. Lubi atakować z końcowej linii, przejmować inicjatywę, wygrywać punkty na własnych warunkach. Znakomicie potrafi kontratakować, jednym zagraniem zmieniając losy wymiany. To właśnie ta wspomniana siła w uderzeniu – czasem wręcz zaskakująca, bo mało kto spodziewałby się, że może się nagle ujawnić.

Rublow, tak się wydaje, ma z całej trójki najwięcej atutów. O ile tylko nie zatrzyma go jego organizm i zdrowie. Gra pewnie, potrafi zarówno się bronić, jak i atakować. Trudno wskazać u niego jakieś słabe zagranie. Forehand ma znakomity, z backhandu potrafi skarcić rywala, radzi sobie też przy siatce i dobrze serwuje. To materiał, z którego można ulepić wielkoszlemowego mistrza, a który już potrafił ogrywać choćby Rogera Federera.

– Który z nich może wygrać Wielkiego Szlema? Stawiałbym na Rublowa – mówi Furjan. – On rzucił mi się w oczy tak naprawdę jeszcze zanim na szerokie wody wypłynął Miedwiediew. Podoba mi się jego gra. Ma w sobie też taki ogień, jest zadziorą. Tu jednak pozostają dwie wątpliwości. Pierwsza to zdrowie. Bo jednak styl i Andrieja, i Daniiła jest taki, że jest tam trochę dźwigni i szarpania. Przez to Chaczanow wydaje się zawodnikiem, którego na dłuższym etapie ominą kontuzje. Jemu jednak brakuje tego błysku, który ma Rublow. Boję się też o głowę Andreja. Bo oprócz tego, że jest zadziorny na korcie i ambitny, to bywa też w gorącej wodzie kąpany i wybuchowy. To jest obszar bez którego na pewne miejsca rankingowe się raczej nie ruszy. Inna sprawa, że ma wokół siebie zbudowany naprawdę fajny sztab, który może mu z tym pomóc.

Różne drogi

Podkreślone tu zostało już wcześniej, że tak naprawdę trudno określić, ile ten Andriej Rublow i jego kariera mają wspólnego z Rosją w sensie tamtejszego związku czy trenerów. To o tyle ciekawe, że z całej trójki jest chyba… najbardziej rosyjski. Przynajmniej w sensie tenisowym. Urodził się w Moskwie, jego ojciec był byłym profesjonalnym bokserem, który w tym czasie rozkręcał już biznes restauracyjny. Jego mama, Marina Marenko, to trenerka tenisowa, pracowała między innymi z Anną Kurnikową. To ona uczyła syna podstaw, choć później trenowali go inni ludzie.

Gdy miał dwa lata, zignorował cały pokój zabawek i podszedł do rakiety tenisowej oraz piłki, które leżały w rogu. To wtedy po raz pierwszy zdecydował się chwycić rakietę. Miał mnóstwo zabawek: maskotki zwierzaków, piłkę do gry w futbol, ale jego ulubionymi była właśnie rakieta i piłki tenisowe – wspominała Marenko. Sam Andriej nawet tego nie pamiętał, mówił, że „grał w tenisa od urodzenia”. Możliwości i znajomości jego matki bardzo Rublowowi pomogły. Raz, że szybko mógł się wiele nauczyć, a dwa, że był w stanie trenować na dobrych kortach w komfortowych warunkach.

Szybko rozpoczął też starty w turniejach juniorskich. Po Europie zaczął jeździć już jako trzynastolatek, niedługo potem wyjechał do USA i wygrał turniej w Phoenix. W grudniu 2012 roku triumfował w Orange Bowl, największym turnieju juniorskim na świecie. W 2013 za to zaczął łączyć występy juniorskie z profesjonalnymi. Nie tracił czasu, już w listopadzie tamtego roku wygrał pierwszy turniej – na Florydzie. W Stanach spędzał zresztą dużo czasu. Choć więc siedzibę teoretycznie miał w Moskwie, to w stolicy Rosji bywał dość rzadko. W końcu zdecydował się oficjalnie wyjechać – trafił do Barcelony, gdzie pracował z Fernando Vicente, byłym trenerem Marcela Granollersa.

Trudno było zostawić Rosję, ale wiedziałem, że to niezbędny krok w mojej karierze, by kontynuować mój rozwój – mówił. Sami widzicie – teoretycznie Rosja powinna być potęgą tenisową ze wspaniałą infrastrukturą. Za to jej największe talenty wychowują się zwykle poza granicami, gdzie mają lepsze warunki i trenerów, którzy więcej wnoszą. To nie tylko kwestia Rublowa, tak było też przecież między innymi z Mariją Szarapową. Oraz, jak się zaraz przekonacie, innymi tenisistami. Teraz dodajmy jeszcze, że to właśnie od wyjazdu i treningów w Hiszpanii, zaczął się dla Andrieja wielki skok w jego karierze.

Takiego skoku od razu nie zanotował Chaczanow, ale to głównie dlatego, że wyruszył z Rosji w już wieku 15 lat. Trafił najpierw do Chorwacji, gdzie trenował z Vedranem Marticiem, byłym trenerem Gorana Ivanisevicia, a potem – po krótkim pobycie w Rosji – do Barcelony, gdzie szkolił go Galo Blanco. On też mówił potem, że o ile treningi w Rosji wystarczały do pewnego etapu, zwłaszcza wtedy, kiedy był jeszcze dzieciakiem, o tyle, jeśli chciał wskoczyć na wyższy poziom, musiał z kraju wyjechać. Inna sprawa, że on też do tenisa nie trafił przez starania klubów, a za sprawą rodziców.

Kiedy miałem trzy lata moi rodzice, którzy grali w tenisa dla przyjemności, zdecydowali, że powinienem spróbować grać po przedszkolu. Zacząłem trenować trzy razy w tygodniu. Kiedy miałem osiem lat, zaczęli uczyć mnie indywidualnie, potem brałem lekcje w Spartaku [Moskwa] – wspominał. Swoją drogą dziś, gdy na stronie ATP spojrzycie w aktualne miejsce zamieszkania, zobaczycie, że Karen wpisany ma Dubaj (Rublow jest jedynym z całej trójki, który rezyduje w Rosji – w Moskwie).

Wyjeżdżał też Daniił Miedwiediew, ale zacznijmy od początku. Za rakietę chwycił jako dzieciak, a gdy miał sześć lat, jego ojciec zachęcił go, by spróbował to potraktować nieco poważniej. Początkowo stosunkowo długo trenował w Rosji, ale miał problemy między innymi ze znalezieniem odpowiedniego trenera i miejsca, w którym mógłby komfortowo pracować. Potem pojawił się na Kremlin Cup i Jewgienij Kafielnikow powiedział mu, że skoro taka jest sytuacja, to musi czym prędzej wyjechać. I znów okazało się, że faktycznie – lepiej było poza Rosją.

Daniił trafił do Francji, zresztą z całą rodziną. Tam trenował w akademii i dziś mówi, że wiele zawdzięcza temu, czego się tam nauczył. Aktualnie rezyduje w Monte Carlo, choć to akurat dość normalne, zamieszkuje tam też wielu innych zawodników. Miedwiediewa trenuje Gilles Cervara, który – jak podkreślał sam Rosjanin – był kluczowy w odniesieniu przez niego ubiegłorocznych sukcesów. Eksperci podkreślali z kolei, że gdyby został w Rosji, to zapewne nie byłby dziś w tym miejscu, w którym się znajduje.

– Nie chcę tu używać słowa „przypadek”, bo historia każdego z nich pokazuje, że albo gość był tak zdolny, że szybko go wychwycono, albo wyjeżdżał, żeby trenować czy współpracować z kimś konkretnym. Faktycznie jednak coś w tej Rosji jest nie tak. Bo to było jednak skandaliczne, że jeszcze kilka lat temu pierwszą rakietą Rosji był Tejmuraz Gabaszwili, a potem nawet Andriej Kuzniecow, który długo nie grał nawet w półfinale turnieju ATP – mówi Furjan.

Cała ta trójka jest więc nie tyle produktem rosyjskiej myśli szkoleniowej i tamtejszego systemu, co rozwijała się obok nich. Bo miała rodziców, którzy interesowali się tym sportem i zapewnili im odpowiednie możliwości. Bo mogli trenować w miarę dobrych warunkach na początku, a potem – gdy zaszła taka potrzeba – byli w stanie wyjechać. Bo mieli talent, który zdołał wygrać z trudnościami infrastrukturalnymi czy brakiem odpowiednich trenerów w ojczyźnie. Bo zaopiekowali się nimi odpowiedni ludzie – Rublow na przykład szybko został wychwycony przez zagraniczne agencje menadżerskie, który wzięły go pod swe skrzydła.

Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy trzej na igrzyskach w Tokio mogliby zagrać dla Rosji… gdyby nie to, że tamtejsi sportowcy będą w stanie rywalizować co najwyżej pod neutralną flagą. O ile nic się nie zmieni się w ciągu najbliższego roku, to każdy z tej trójki i tak wystąpi w Japonii, walcząc o medal. Jasne, jeśli go zdobędzie, nie wysłucha hymnu i nie wciągnie się na maszt rosyjskiej flagi. Nie mamy jednak wątpliwości, że i tak będzie fetowany w ojczyźnie. A podejście Rosjan do igrzysk znamy, nawet jeśli – teoretycznie – nie mogą wysłać tam swoich sportowców.

Dla Chaczanowa, Miedwiediewa i Rublowa nie będzie to jednak zupełnie nowa sytuacja. Oni przyzwyczajeni są już do tego, że częściej grają dla siebie. Tak to działa w tenisie. Do tego na swej tenisowej drodze przeszli przez różne kraje. Na igrzyskach ich motywacją będzie głównie zapisanie się w historii tenisa. Bo każdy wierzy, że może powalczyć o medal. Nawet złoty.

Nie ma nowej Szarapowej

A skoro o igrzyskach, to warto zajrzeć do świata kobiecego tenisa. Krótko, bo to tylko mała dygresja. W 2008 roku w Pekinie Rosjanki zgarnęły wszystkie trzy medale w singlu kobiet. Wygrała Jelena Diemientjewa, drugie miejsce zajęła Dinara Safina, a trzecie Wiera Zwonariowa. Ta pierwsza była też srebrna w 2000 roku. Inne srebro przywiozła do kraju Marija Szarapowa z Londynu. Tradycje z igrzysk w ostatnich latach Rosjanki mają więc znakomite. O sukcesach wielkoszlemowych już pisaliśmy. Sęk w tym, że w ich kobiecym tenisie nastąpiło załamanie.

Najwyżej notowaną z Rosjanek jest aktualnie Jekatierina Aleksandrowa, zajmująca 27. miejsce w rankingu WTA. Sęk w tym, że ona ma już 25 lat i raczej nie jest materiałem na wielkoszlemową mistrzynię. Taką mogła się wydawać jeszcze niedawno Darja Kasatkina, która jednak gdzieś po drodze zupełnie się zagubiła i okupuje teraz pozycje na przełomie pierwszej i drugiej setki.

– Powiem szczerze, że jestem bardzo rozczarowany tym, co się z nią dzieje. Wydawało mi się, że to będzie ktoś, kto wniesie do czołówki nieco kolorytu. Taka dziewczyna – zachowując wszelkie propozycje – jak Ashleigh Barty. Ktoś grający inaczej, lżej, sprytniej. Natomiast jak patrzę czasem na jej mecze (choć teraz coraz rzadziej są w ogóle transmitowane), to ona totalnie się pogubiła. A byłem przekonany, że to będzie dziewczyna, która na lata zajmie miejsce w TOP 10. Leciutka, sprytna, grająca z wigorem – mówi Furjan.

Nadzieję budzi też Anastasija Potapowa, młoda, osiemnastoletnia zawodniczka. Choć i u niej pojawiły się już problemy i niektórzy zaczynają się zastanawiać, co też z niej będzie. Wiadomo, trzeba dać jej czas. Ale biorąc pod uwagę, że tak naprawdę jest największą (i, na ten moment, jedyną realną) szansą Rosjan na wielkoszlemowy triumf w singlu kobiet w ciągu najbliższych kilku lat, świadczy to tylko o jednym – że nie jest z tamtejszymi tenisistkami najlepiej.

A to, jeszcze raz, pokazuje nam, że problem ma cały rosyjski tenis. Nawet jeśli dysponuje trzema tak dużymi talentami, jak Miedwiediew, Rublow i Chaczanow.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez