Magdalena Śliwa: igrzyska to dla mnie ogromna luka w karierze

Magdalena Śliwa: igrzyska to dla mnie ogromna luka w karierze

– Podczas kwalifikacji do igrzysk w Atenach trener Niemczyk przekombinował z taktyką i odwróciło się to przeciwko nam. Ewidentnie powiedział, że mamy nie wygrać meczu z Azerbejdżanem, żeby później trafić na Turczynki. Dziewczyny rezerwowe, które włożył do składu, poczuły się jak dziewczyny do przegrywania. Taki był wydźwięk: wy macie zagrać, bo musimy przegrać. Całemu zespołowi opadły skrzydła – wspomina Magdalena Śliwa, dwukrotna siatkarska mistrzyni Europy.
Z rekordzistką pod względem liczby występów w reprezentacji (359) rozmawiamy o szansach drużyny Jacka Nawrockiego na wyjazd do Tokio, współpracy z Andrzejem Niemczykiem oraz żalu, że środowisko siatkarskie – jej zdaniem – tak mało korzysta z doświadczenia pokolenia „Złotek”.     

***

Karierę zakończyła pani w wieku 46 lat. Po tylu latach ciągnie jeszcze czasami pod siatkę?

Jeszcze mi nie przeszło. Kiedy ktoś daje mi piłkę, od razu idę grać. Nawet gdyby teraz ktoś dał mi sprzęt, wyszłabym na boisko, bo kocham to robić. Jest taka fajna grupa na Facebooku, w której ludzie umawiają się na siatkówkę. I chodzę na takie granie. Żartuję, że gdybym szybciej biegała i wyżej skakała, może zapisałabym się jeszcze do kadry.

Chyba byłoby ciężko, bo reprezentacja w końcu zaczęła robić dobre wyniki. Pytanie, czy to wystarczy do awansu na igrzyska olimpijskie w Tokio. Od 2015 r., kiedy drużynę objął Jacek Nawrocki, ciągle słyszeliśmy o budowaniu. Czy po tych czterech latach dom już stoi, czy to wciąż tylko fundamenty?

Myślę, że coś już stoi, pierwsze piętro na pewno jest zbudowane. Na rozegraniu mamy Asię Wołosz, czyli jedną z najlepszych rozgrywających na świecie. Z bardzo dużą przyjemnością patrzę na to, co w ataku robi Malwina Smarzek. Bez wątpienia bardzo pomogła jej gra w lidze włoskiej, gdzie poziom jest bardzo wysoki i to zaprocentowało. Mamy wysoki środek z Agnieszką Kąkolewską i Klaudią Algierską, która zrobiła bardzo duży postęp. To daje nam dziś pierwsze piętro, ale żeby zbudować drugie z pięknymi oknami i solidnym dachem, potrzeba jeszcze dużo pracy. Kadra przede wszystkim musi być jednak już teraz stabilna.

Najpierw wygrana w prestiżowym turnieju w Montreux, potem awans do Final Six Ligi Narodów. Takich wyników nie było od dziewięciu lat. To może być przełomowy rok?

Wierzę, że tak. Wprawdzie część zespołów nie grało podstawowymi składami, ale to nie zmienia faktu, że niektóre reprezentacje nawet w rezerwowym zestawieniu były wciąż mocne. My nie mogliśmy sobie pozwolić na duże rotowanie składem, bo raz, że nie mamy tak wielu dziewczyn na poziomie reprezentacyjnym, a dwa, że ten zespół potrzebował takiego ogrania przed turniejem kwalifikacyjnym do Tokio (2-4 sierpnia we wrocławskiej hali Orbita – przyp. red.)

Zapytam trochę przewrotnie. Co byłoby dla pani większą niespodzianką: olimpijski awans żeńskiej reprezentacji we Wrocławiu, czy brak awansu męskiej podczas turnieju w Gdańsku?

Chyba jednak brak awansu panów.

Malwina Smarzek powiedziała, że nie wyobraża sobie, aby naszej reprezentacji zabrakło w Tokio. Pani też sobie tego nie wyobraża?

Byłam w reprezentacji prawie dwadzieścia lat i mnie się nie udało zagrać na igrzyskach. Nie bez powodu mówi się, że nawet sam turniej olimpijski jest łatwiejszy, niż dostanie się do niego. Na igrzyskach zwykle spotyka się jednak też nieco słabsze zespoły, które są po prostu najlepsze na swoim kontynencie. Eliminacje to z kolei zupełnie coś innego. To będzie naprawdę ciężki turniej kwalifikacyjny, trzeba być w formie i mieć jednocześnie dużo szczęścia. Tajlandia i Portoryko są w naszym zasięgu, natomiast nie ukrywajmy, z Serbią będzie nam bardzo, bardzo trudno. Ale wygrana jest oczywiście możliwa, bo… w sporcie wszystko jest przecież możliwe.

Najwięcej mówi się o meczu z mistrzyniami świata Serbkami, ale zarówno Portoryko jak i Tajlandia są wyżej od nas w rankingu FIVB, to kolejno 13. i 14 miejsce, my jesteśmy na 26. To egzotyka tylko z nazwy. 

To nie będą łatwe mecze, ale tak jak mówię: to drużyny w naszym zasięgu. Dobrze, że mecz z Serbią jest ostatni, terminarz został dobrze ułożony pod naszą drużynę. Niektóre mecze w Lidze Narodów pokazały, że jest potencjał w tej grupie, tylko ona potrzebuje czasu na zgranie się, bo tak naprawdę dopiero w tym roku można powiedzieć, że skład jest stabilny. Chociaż trener ciągle musi szukać dziewczyn zwłaszcza na przyjęciu, bo tutaj mamy największy problem. Atakujących mamy dużo, środkowych też, natomiast na przyjęciu w dalszym ciągu jest ogromna luka pokoleniowa, przez co w naszych klubach większość dziewczyn na tej pozycji to siatkarki z zagranicy. Tak czy inaczej, potencjał wciąż mamy spory. Ale czy wystarczający? Ostatnie sparingi nie wyglądały jednak tak dobrze jak spotkania w Lidze Narodów. Dziewczyny wypadły trochę z rytmu, ale liczę, że na kwalifikacje sprężą się już porządnie i powalczą.

Wspomniała pani, że największym problemem tej drużyny jest przyjęcie, a co jest jej największą siłą?

Malwina Smarzek. Patrząc od strony taktycznej, nasze granie jest wprawdzie bardzo uproszczone, niby zespoły po drugiej stronie siatki wiedziały, że rozegranie pójdzie do niej, ale dziewczyna i tak zrobiła masę punktów w Lidze Narodów. To świadczy o tym, jak jest mocna, chociaż wiadomo, że grałoby się jej łatwiej, gdyby częściej atakowała na poruszonym czy pojedynczym bloku. Smarzek jest wielkim atutem, bo nie ukrywajmy, nasze lewe skrzydło jest trochę niskie. Są tam dziewczyny, które technicznie mogą coś pokombinować, ale to jednak nie jest taka siła ataku, jaką na tej pozycji się spotyka. Dlatego jesteśmy trochę ograniczeni do grania prawym atakiem i środkiem.

Piotr Makowski powiedział przed Final Six, że ta drużyna może dorównać „Złotkom”, a może nawet je przewyższyć. Nie jest trochę tak, że przekleństwem obecnej drużyny jest właśnie pani pokolenie i drużyna Andrzeja Niemczyka? Moim zdaniem porównywanie obu ekip jest totalnie bez sensu. Mam wrażenie, że obecne dziewczyny też już to męczy.

Trochę czasu już upłynęło od tamtej ekipy, nie ma już nawet jednej dziewczyny, która byłaby łącznikiem między tymi drużynami. To zupełnie nowa generacja. Te porównania na pewno męczą już obecne dziewczyny, ale ciągłe wspominanie „Złotek” to tylko dowód na to, jak bardzo znów chcemy doczekać się sukcesu siatkarek.  Zgadzam się, że porównywanie obu drużyn jest pozbawione sensu. Jedyne podobieństwo jakie mi się nasuwa, to coraz większe doświadczenie niektórych dziewczyn. Zespół Andrzeja Niemczyka tworzyły dziewczyny już ograne, ale dołączyły do nich także młode, jak Kasia Skowrońska czy Agata Mróz, które miały po 19-20 lat. Teraz doszły z kolei Magda Stysiak, Martyna Łukasik czy Julia Nowicka. W ten sposób można porównywać te drużyny, ale poza tym nie widzę żadnego wspólnego mianownika.

Jak ocenia pani pracę Jacka Nawrockiego? Kiedy obejmował drużynę, była ona w zasadzie na dnie.

Przede wszystkim obserwując obecną reprezentację mam wrażenie, że w końcu utworzyła się grupa, która się trzyma. Bo wcześniej bywało z tym różnie, do niektórych dziewczyn trzeba było wysyłać specjalne zaproszenia. Dlatego cieszę się, że teraz doczekaliśmy się grupy, która – tak to wygląda – chce być w tej drużynie i nie patrzy na nią wyłącznie pod kątem materialnym.

Nie ukrywam, początkowo jak dla mnie za dużo dziewczyn było w tej reprezentacji. Bo jak spojrzymy, w pewnym momencie praktycznie cała liga jeździła na kadrę. Chociaż z drugiej strony rozumiem, że trener aby budować, najpierw musiał głęboko szukać. Poza tym tak już jest, że czasami „dotyk” innego szkoleniowca może pomóc w rozwoju. Były już przecież dziewczyny, które świetnie grały w klubie, gorzej na kadrze i odwrotnie. Mam jednak nadzieję, że to co zrobił trener zaowocuje i kadra przyniesie nam w końcu trochę radochy. Mówimy dziś o kwalifikacjach olimpijskich, ale niebawem są też mistrzostwa Europy i myślę, że na tej imprezie dziewczyny mogą coś pokazać.

Reprezentacja niemal przez dekadę była pogrążona w kryzysie. Żeńska siatkówka dobrze rozwinęła się jeśli chodzi o kwestie marketingowe, menadżerskie, natomiast nastąpiła niestety luka pokoleniowa. Pani koleżanka z kadry Małgorzata Glinka-Mogentale była ostatnio znacznie mniej dyplomatyczna. W rozmowie z TVP Sport wprost powiedziała, że „wasza praca została wyrzucona do śmieci”, bo w pewnym momencie zabrakło wsparcia związku. Pani też jest tego zdania?

To była ostra opinia, ale powiem tak: spotykamy się z dziewczynami, widzimy co się dzieje, rozmawiamy i boli nas, że środowisko tak mało korzysta z naszego doświadczenia. Wiele z nas ma papiery trenerskie, uprawnienia żeby prowadzić różne drużyny, bo posiadamy wiedzę, ale nikt z tego nie chce skorzystać. To jest przykre, bo cały czas jesteśmy do dyspozycji.

Może to trochę dziwnie zabrzmi w momencie, kiedy kadrze wiedzie się w końcu lepiej, ale widziałaby pani kiedyś którąś ze „Złotek” w roli trenera reprezentacji?

Są kobiety na takich stanowiskach, chociażby w reprezentacji Chin. U nas tego nie ma, ale ja nie mówię już nawet o prowadzeniu reprezentacji, ale po prostu o obecności którejś z dziewczyn przy drużynie w roli doradcy, asystenta. Wiele dziewczyn z mojej drużyny było na swoich pozycjach świetnymi zawodniczkami, a praca z takimi osobami na pewno pomogłaby jeszcze bardziej podciągnąć się obecnym kadrowiczkom.

Kiedy tak się spotykacie w złotym gronie, na co jeszcze lubicie sobie ponarzekać?

Prawda jest taka, że dwa razy z rzędu wygrałyśmy mistrzostwo Europy, a śmietankę spijało pokolenie, które przyszło po nas. Żałujemy trochę, że jeśli chodzi o finanse, organizację, całą tę otoczkę wokół kadry, wszystko ruszyło dopiero po naszych sukcesach. My, paradoksalnie, na własnej skórze odczułyśmy tego chyba najmniej.

Przykład: przed sukcesami jeździłyśmy na kadrę tylko za zwrot kosztów. Dopiero później zostały wywalczone stypendia, a teraz dostaje je szeroka kadra. To były inne czasy, inne traktowanie zawodniczek. Z tą różnicą, że na naszą kadrę od początku każdy chciał przyjeżdżać, a potem bywało z tym różnie.

Dzięki wam po prostu media w końcu nakręciły modę na żeńską siatkówkę. Przed objęciem drużyny przez Andrzeja Niemczyka meczów nie pokazywały nawet za bardzo ani TVP, ani Polsat.

To prawda, ciężko jest znaleźć materiały z naszymi meczami, które grałyśmy nawet na mistrzostwach Europy. A dziś proszę otworzyć dowolną stronę internetową o siatkówce. Wielkie artykuły pisze się o osobach, które tak naprawdę nic w siatkówce jeszcze nie osiągnęły. Zawodniczka, która nie potrafi jeszcze dobrze odbijać piłki, już udziela wywiadów. Taki mamy świat, małe sukcesy są rozdmuchiwane, ale nie wiem, czy to idzie w dobrą stronę. I czy to w ogóle dobrze robi takim zawodniczkom.

Wróćmy jednak do igrzysk olimpijskich. Pani akurat nie miała do nich szczęścia. To największa luka w karierze?

Ogromna. Mocno żałuję, że drużyna, która zdobyła złoto mistrzostw Europy, nie miała okazji zagrać na tej najważniejszej imprezie.

Turniej kwalifikacyjny w Baku, gdzie walczyłyście o bilety do Aten, miał dziwny przebieg. Mówię o hazardowym zagraniu trenera, który celowo chciał przegrać z Azerbejdżanem, aby wpaść później w półfinale na Turczynki. Ostatecznie zakończyło się na obu tych przegranych meczach i awansie Niemek.

Trener niestety przekombinował z taktyką i odwróciło się to przeciwko nam.

To był pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś kazał pani przegrać mecz?

Nie wiem, czy powinnam nawet o tym mówić.

Po piętnastu latach?

Żadna z nas nie była dobrze przygotowana psychicznie do tego spotkania. Trener ewidentnie powiedział, że tego meczu mamy nie wygrać. Dziewczyny rezerwowe, które włożył do składu, poczuły się w tamtym momencie jak dziewczyny do przegrywania. To było bardzo nieeleganckie, bo nawet te dziewczyny z ławki prawdopodobnie poradziłyby sobie w tym meczu. Ale taki był wydźwięk: wy macie zagrać, bo musimy przegrać. Wtedy całemu zespołowi opadły skrzydła, to był mocny cios dla każdej z nas. Sama spotkałam się z taką sytuacją pierwszy i jedyny raz w życiu.

Niemczyk w swojej biografii „Życiowy tie-break” napisał, że drugi raz zrobiłby dokładnie tak samo. Jego zdaniem z takich kombinacji trzeba korzystać, jeśli jest okazja.

Później analizowałam całą sytuację, bo nie ukrywam, że tamta decyzja mocno mnie dotknęła. Skoro on był takim świetnym trenerem, mógł rozegrać to inaczej. Mógł napisać błąd ustawienia w kluczowym momencie, wymyślić cokolwiek, ale nie mówić nam, że musimy przegrać. Sama zostałam później trenerem i nie lubię grać nie fair. Gra powinna być czysta, bez żadnego kombinowania. Ja mam czyste sumienie.

Jak wyglądała drużyna po tamtym przegranym turnieju w Baku? Dla niektórych z was to była ostatnia okazja, żeby zagrać na igrzyskach olimpijskich.

Później wszystko się popsuło. Trener w pewnym momencie zaczął czuć się zbyt pewnie. Doszedł do tego jeszcze jego konflikt z Gośką Glinką (wyrzucenie jej z drużyny w 2006 r. było powodem odejścia trenera – przyp. red.), wcześniej mnie też podziękował za grę w dziwnym momencie. Trener Niemczyk zmienił się mocno na minus, co zakończyło się tym, że zrezygnowano z jego usług. Sam się pogubił.

Do Pekinu drużynie udało się awansować, ale pani już finiszowała z grą w reprezentacji. Jak to się stało, że przez pewien czas była pani nawet asystentką Marco Bonitty?  

Po pierwsze, znałam język włoski, po drugie posiadałam już papiery trenerskie, a po trzecie miałam być łącznikiem między nowym trenerem a kadrą. Współpraca fajnie się układała, ale w pewnym momencie pan Bonitta wziął do sztabu Włocha. Nie wiem, ten człowiek być może poczuł już, że sobie poradzi i zaproponował mi powrót do grania. Zapytał, czy chciałabym wrócić do składu jako zawodniczka. Zgodziłam się, bo zawsze chciałam grać. Wtedy przystałam na tamtą propozycję, ale sprawy niestety nie poszły po mojej myśli. Liczyłam, że pojadę na igrzyska, ale tak się nie stało. Można powiedzieć, że sama się wykolegowałam i nie pojechałam do Pekinu w żadnej roli.

Ciężko było oglądać później koleżanki w telewizji?

Ciężko. Tym bardziej że czasami w reprezentacjach są dziewczyny, których umiejętności nie czynią ich jeszcze kompletnymi zawodniczkami. Dzięki Bogu mają wzrost i są w drużynie, ale czy to są umiejętności? Czasami niektórzy mają po prostu więcej szczęścia i na taką imprezę jak igrzyska jadą.

Igrzyska w Pekinie drużyna zakończyła na dziewiątym miejscu. Tylko punktu zabrakło jej, żeby wejść do ćwierćfinału. To było maksimum tamtej reprezentacji?

Wydaje mi się, że dziewczyny miały szansę ugrać coś więcej. Pamiętajmy jednak, że igrzyska były też krótko po śmierci Agaty Mróz. Poza tym, z trenerem Bonittą też pracowało się bardzo specyficznie. Może gdyby był inny trener, to ta grupa byłaby mocniejsza?

Czasami zastanawia się pani, jakby to było, gdyby Andrzej Niemczyk dotrwał na stanowisku aż do Pekinu?

Nie wiem, bo jednak mocno się zmienił. Jako szkoleniowiec miał naprawdę świetną wiedzę, sama też bardzo dużo przy nim zyskałam. Nawet jako doświadczona zawodniczka odkrywałam siatkówkę na nowo. Z tego byłam super zadowolona, natomiast z tego co było poza boiskiem, już nie.

To była niejednoznaczna postać. W zasadzie ciężko jest włożyć Andrzeja Niemczyka do jednej konkretnej szufladki.

To prawda. Przypominają mi się zgrupowania. Kiedyś pracowało się inaczej niż teraz. Kiedy kończył się sezon, spotykałyśmy się na zgrupowaniu i tą grupą ciągnęłyśmy do samego końca. Między obozami były czasami tylko trzy dni wolnego, rzadziej tydzień – gdzie i tak miałyśmy rozpisane treningi – nie było tak jak teraz, że jedna ma wolne, druga przyjedzie później, a trzecia dołączy jeszcze po turnieju. My cały czas przez okres reprezentacyjny byłyśmy razem.

I trener Niemczyk bardzo mocno u nas zaplusował, bo zdawał sobie sprawę, że rozłąka z rodziną jest ciężka. Pozwolił, aby w pobliżu mogli być nasi mężowie, chłopcy, dzieciaki. Ja sama miałam ze sobą córę. Oczywiście nie było tak, że wszyscy mogli mieszkać w jednym hotelu, ale byli blisko, dzięki czemu my miałyśmy ten komfort psychiczny. Nie wszyscy trenerzy by na coś takiego pozwolili. Trener Niemczyk był człowiekiem, który wiedział, co siedzi w psychice zawodniczek. Kupił nas tym.

Powiedziała pani kiedyś w “Przeglądzie Sportowym”, że Andrzej Niemczyk “potrafił rozpracować kobietę pod względem psychologicznym”. Co to znaczy?

Nie ukrywajmy, on kochał baby i wiedział o nich dużo. Mężczyźni rzadko lub w ogóle nie zwracają uwagi na to, czy kobieta była u fryzjera, czy ładnie się pomalowana itd. A on takie rzeczy zauważał, dlatego kiedy któraś z nas słyszała „ale fajnie dziś wyglądasz”, to od razu czuła się lepiej. To niby drobiazgi, ale ważne.

Pamiętam, jak byłyśmy na zgrupowaniu w Szczyrku. Trener przyznał, że gdyby miał wybierać kogo wziąć do składu, zawodniczkę numer dwanaście czy trzynaście, to wybierze ładniejszą. Zawsze chciał mieć zespół, który dobrze się prezentuje: „Wy dziewczyny macie być wymalowane, bo na boisku trzeba ładnie wyglądać”. Lubił mówić, że Rosjanki musi szlag trafić, że my jesteśmy takie ładne, a one nie. Raz w Szczyrku na zgrupowaniu załatwił nam nawet… darmowe solarium.

To prawda, że nie miał problemu z puszczaniem was na dyskoteki?

Wręcz wyganiał nas, ale my nie byłyśmy też tak bardzo wyrywne na imprezy. Ta grupa była świadoma, nie zdarzyły się nam żadne wpadki. Wszystko było robione z rozsądkiem, bo wiedziałyśmy, że tak jak się prowadzimy, tak później gramy.

Taka transakcja wiązana: macie trochę luzu, ale jak jest trening, to 150 procent.

Oczywiście, na tym polega sport. Opowiem panu jeszcze inną ciekawostkę. Kiedy jeździłyśmy na turnieje, trener Niemczyk mówił czasami:

– Macie włożyć do walizek sukienki i buty na obcasie.

– Trenerze, no bez przesady…

– Macie wyglądać pięknie na bankiecie!   

Chciał, żeby wszyscy patrzyli się na jego drużynę. Pamiętam, jak z klubem byłyśmy na Lidze Mistrzów w Turcji, gdzie on był jeszcze trenerem. Jego zespół przyszedł na bankiet właśnie odpicowany, tak jak on tego oczekiwał. A wszyscy wokół wiadomo: dresiarze. Trener Niemczyk tego wymagał, ale cóż, my w kadrze nie podporządkowałyśmy się ani razu. Trener był za to na nas wkurzony.

Trener kazał też mówić do siebie po imieniu, ale to oczywiście również nie przeszło. Teraz ta bariera gdzieś się zamazuje, dystans między zawodniczkami i szkoleniowcami jest mniejszy, ale wtedy szacunek do trenera musiał być. Owszem, czasami w żartach mówiłyśmy „ej Andrzej” albo „papa”, ale oficjalnie zawsze było „trenerze”.

Słucham co pani mówi i jestem ciekawy, jak pani go zapamiętała, bo Andrzej Niemczyk nie był czarno-biały. Mnóstwo odcieni szarości.

Bez wątpienia bardzo mocno wpłynął na mój rozwój. Miał inne spojrzenie na siatkówkę i tutaj na pewno dużo zyskałam. Mam taką wadę, że najczęściej staram się nie pamiętać, kto za co zalazł mi za skórę, z reguły zostaję głównie z dobrymi rzeczami. Ale na pewno mam do niego uraz za to, że kiedyś zrezygnował ze mnie. To było w 2004 r., miałam wtedy problemy rodzinne. Trener powiedział: „A jedź sobie, będziesz miała spokojną głowę”. I puścił mnie, chociaż na dobrą sprawę nie musiałam całkowicie rezygnować z reprezentacji. Wystarczył mi tydzień wolnego, ale trener miał najwyraźniej zupełnie inny plan. Po roku zostałam jednak dowołana i pojechałam na mistrzostwa Europy w Chorwacji.

W czerwcu minęły trzy lata od jego śmierci na skutek choroby nowotworowej. To przykre, że taka postać musiała na koniec sprzedawać swoje medale, aby móc się leczyć.  

On zawsze mówił, że ma przyjaciół, przyjaciół, przyjaciół… Ale nie wiem, czy on tak naprawdę chciał ich mieć. Mówił, że ma przy sobie wiele bliskich osób, ale później okazywało się, że nikogo przy nim nie było. Nie oszukujmy się, czasami stwarzał sytuacje, że się go po prostu nie lubiło. Jego życie prywatne też na tym cierpiało.

Pamięta pani waszą ostatnią rozmowę?

Spotkałam go na jednym z turniejów, sympatycznie porozmawialiśmy. Później kilka razy chciałam do niego zadzwonić. Byłam ciekawa co u niego, bo nagle zniknął, chociaż wcześniej był regularnie zapraszany jako ekspert do telewizji. W końcu zadzwoniłam, ale telefon nie odpowiadał. Później okazało się, że tak jakbym wyczuła, bo to było tydzień przed jego śmiercią. Nie udało nam się porozmawiać ostatni raz, tak jak chciałam.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez