“Machałek” idzie va banque

“Machałek” idzie va banque

Kurczę, to są moje ostatnie dwa sezony, chcę dać z siebie maksa. Już na pierwszym treningu Gerd Kanter tak przeciągnął mnie i Roberta… Aż żartowaliśmy: “Aha, jak to był lekki trening, to my nie chcemy poznać tego ciężkiego” – mówi Piotr Małachowski z Grupy Sportowej ORLEN, który szykuje się na swoje ostatnie igrzyska. Wierzy, że wywrócenie kariery do góry nogami w wieku 36 lat da mu szansę, aby w Tokio włączyć się do walki o upragnione złoto. Czy dwukrotny wicemistrz olimpijski w końcu złapie króliczka?

To mogłaby być iście filomowa historia. Chłopak z malutkiego, zapomnianego przez świat Bieżunia, przenosi się do Warszawy. Jest mu ciężko, bo wcześniej synonimem dużego miasta był dla niego co najwyżej okoliczny Ciechanów, chociaż to tam połknął lekkoatletycznego bakcyla. Ma talent.

Chociaż życie go nie rozpieszcza. Został zawodowym żołnierzem, ale żeby dorobić trochę grosza, pracuje po nocach jako bramkarzy w dyskotece. Kawał chłopa, ale nawet taka robota robi na nim wrażenie – już na jednej z pierwszych imprez widzi zbirów z bronią. Jednak w sporcie świetne wyniki przychodzą dość szybko. W wieku 25 lat zostaje wicemistrzem olimpijskim i jedną z najbardziej rozpoznawalnych lekkoatletycznych twarzy w kraju. Wszyscy wieszczą mu złoto, ale życie to nie koncert życzeń. Później przychodzi drugie srebro, trochę gorzkie, bo złoto, tak pewne, zostało stracone w ostatniej chwili. Później łatka wiecznie drugiego, wicemistrza, Pana Srebrnego. Nasz bohater robi się coraz starszy, w zasadzie chciałby już rzucić sport, bo upomina się o to też zmaltretowane treningiem ciało, ale jednak nie, chce spróbować raz jeszcze. I wygrywa złoty medal, na swoich ostatnich igrzyskach. Chłopak z Bieżunia.

Tyle że prawdziwe życie to nie bajka, nie podrapie cię po jajkach.

I Piotr Małachowski coś o tym wie. Po igrzyskach w Rio de Janeiro ciężko było mu wrócić do poziomu podium, który wcześniej był dla niego niemalże standardem. M.in. przez problemy zdrowotne w 2017 r. zajął piąte miejsce na mistrzostwach świata w Londynie. Rok później podczas mistrzostw Europy w Berlinie było jednak znacznie gorzej, bo odpadł już w eliminacjach nie zaliczając żadnej próby. Po zawalonych rzutach celowo wychodził z koła, bo nawet nie było co mierzyć. Potem stanął przed dziennikarzami i ku zdziwieniu przedstawicieli mediów przyznał, że przegrał ze stresem. On, 35-letni wówczas dwukrotny wicemistrz olimpijski otwarcie przyznał, że spalił się w najważniejszej imprezie sezonu. Koniec kariery miał niemalże wymalowany na twarzy.

Postanowił jednak dać sobie jeszcze jedną szansę. Po 2018 r., który był dla niego najgorszym sezonem od lat, w końcu ustabilizował formę i co ważne, przepracował też okres przygotowawczy bez większych perypetii zdrowotnych. Tegoroczny sezon zaczął już od szóstego miejsca w zawodach Diamentowej Ligi w Doha z niezłym wynikiem 64,45. Później przyszły miejsca na podium na mityngach w Polsce, Niemczech i Finlandii oraz czwarta lokata w Rabacie. W Maroku populary “Machałek” machnął 66,58, najdalej w tym sezonie.

Poza tym, co warte podkreślenia, było to jedno z jego najlepszych otwarć sezonu letniego w ostatnim czasie. Patrząc na okres do czerwca, Małachowski po raz ostatni dalej rzucił w sezonie olimpijskim w 2016 r. Chociaż on sam nie popada w zachwyt.

Nie patrzę na takie statystyki, naprawdę mało mnie one interesują. Bo co to statystyki? Statystyczne Dacres, Gudzius, Weisshaidinger czy Stahlem też zajmują określone miejsca

– ironizuje trochę w rozmowie z Weszło.

“My ledwo żyliśmy, a on dalej, dalej, dalej”

Małachowski od końca ubiegłego roku trenuje pod skrzydłami Gerda Kantera, estońskiej legendy rzutu dyskiem, faceta, który zgarnął mu sprzed nosa złoty medal olimpijski w Pekinie w 2008 r. W polskiej lekkiej atletyce zmiany trenerów nie są niczym szczególnym wśród czołowych zawodników, ale ta była jednak wyjątkowa.

Dyskobol odciął bowiem pępowinę, która łączyła go z poprzednim szkoleniowcem Witoldem Suskim aż 21 lat. Często mówi się, że trenerzy są dla swoich podopiecznych jak ojcowie, ale w tym układzie to była w pewnym sensie prawda. Małachowski stracił ojca mając 15 lat i szkoleniowiec w niektórych aspektach naprawdę wypełniał mu tę wyrwę.

Suski, który był szkoleniowcem w ciechanowickim klubie, sportowo wychował także Tomasza Majewskiego. Kulomiot i dyskobol są więc przyjaciółmi jeszcze z czasów, kiedy nie mieli nic i nikt ich nie znał. Tak Małachowski wspominał tamte lata w wywiadzie, który przeprowadziliśmy z nim przed ubiegłorocznymi mistrzostwami Europy w Berlinie:

Kiedy zaczynaliśmy, niektórzy śmiali się z nas mówiąc, że Tomek nie potrafił chodzić, a ja biegać. Warunki treningowe też nie były jakieś wyjątkowe. Siłownia była tak mała, że kiedy jedni ćwiczyli, drudzy musieli wyjść. Nie było łatwo, ale to wszystko miało jednak klimat. Ja tamtych czasów nie zamieniłbym na nic, bo dziś ludzie przychodzą na trening, każdy robi swoje i do widzenia. My żyliśmy razem. Z Tomkiem znamy się 20 lat. Niby wtedy nie mieliśmy nic, ale mieliśmy swoją przyjaźń. Chociaż czasami były ciężkie chwile, nawet takie, że obaj chcieliśmy rezygnować ze sportu. Śmialiśmy się z Tomkiem, że czasami na obiad zostawało nam na dwóch kilka złotych. Któregoś razu myśleliśmy co wybrać i padło na arbuza. Obaj pochodzimy jednak z wiosek, nasze rodziny uwierzyły w nas, zainwestowały, a my nie chcieliśmy ich zawieść, dlatego robiliśmy swoje.

To wraz z Suskim Małachowski doszedł do swoich największych sukcesów: dwóch srebrnych medali olimpijskich, mistrzostwa świata, dwóch tytułów mistrza Europy oraz kapitalnego rekordu Polski z Hengelo. W 2013 r. “Machałek” rzucił tam pamiętne 71,84 m, co do dziś pozostaje także piątym najlepszych wynikiem w historii dyscypliny. Dalej rzucali wyłącznie najwięksi, tacy jak rekordzista świata Jurgen Schult, Virgilijus Alekna czy wspomniany już Gerd Kanter.

Ale wieloletnia współpraca z trenerem dobiegła końca. Szkoleniowiec bolesną nowinę usłyszał po mistrzostwach w Berlinie. Piotr Małachowski i Robert Urbanek decyzję o odejściu podjęli z kolei po pożegnalnych zawodach Kantera w Tallinie. Mistrz olimpijski z Pekinu ponoć już wcześniej wysyłał obu Polakom sygnał, że gdyby chcieli przed Tokio zmienić trenera, chętnie w to wejdzie. Witold Suski, u którego szybko rozdzwoniły się telefony od dziennikarzy, nawet nie próbował kryć żalu. Liczył, że w 2020 r. w Japonii obaj zakończą swoje kariery. Mistrz i uczeń.

Małachowski czuł jednak, że bez nowych bodźców treningowych nie będzie miał tam czego szukać. Dlatego zaryzykował. I dziś bardzo chwali sobie już półroczną współpracę z Kanterem.

– Nasze treningi rozpoczął od zupełnie innej strony. Jedną z pierwszych rzeczy było pytanie, czy mam w ogóle buty do rzucania, bo wiedział, że źle radzę sobie na śliskich kołach. Nie było? Okej, to robimy buty. Dopytywał, jak zdrowie, jak wyniki badań krwi, moczu, wszystkiego. Zaczynaliśmy od takich rzeczy, a nie od tego, ile teraz rzucam czy wyciskam na siłowni – mówi nam wicemistrz olimpijski, chociaż przyznaje, że przy samej technice rzutu kombinować nie zamierzali. Skupili się za to na innych elementach: – Dłuższa rozgrzewka, więcej biegania, skakania, stretchingu, stabilizacji, większa dbałość o poprawność wykonywanych ruchów.

Trening u nowego szefa to niezły wycisk. Małachowski przyznaje, że kiedy Kanter sam jeszcze startował, w życiu nie myślał, że rywal z Estonii może pracować aż tak ciężko. – Myśleliśmy, że trochę sobie porzuca, parę razy w tygodniu pójdzie na siłownię i ma formę. Dlatego kiedy nawiązaliśmy z nim współpracę, bardziej spodziewaliśmy się zabawy w trening. Kiedy przyjechaliśmy na pierwsze zgrupowanie byłem przekonany, że zaczniemy od luźnego treningu, piłek lekarskich i innych pierdół. Tym bardziej że to była akurat niedziela. A on tak przeciągnął mnie i Roberta… Mówiliśmy do siebie: “Aha, jak to był lekki trening, to my nie chcemy poznać tego ciężkiego”. My ledwo żyliśmy, a on, że dalej, dalej, dalej – opowiada 36-latek.

Zdarza się, że 40-letni Kanter bierze też czynny udział w zajęciach. Na Instagramie, gdzie często relacjonuje treningi, można zobaczyć chociażby jak wciąż wyciska na ławeczce ponad 200 kilo. To jednak tylko dodatek, bo najważniejsi są dla niego dwaj biało-czerwoni. Małachowski przyznaje, że dopiero przy Kanterze otworzył oczy na pewne niuanse treningowe, które wcześniej były pomijane.

Dyskobol pytany o to, czy ciężko jest być posłusznym wobec gościa, z którym przez lata rywalizowało się na rzutni, mówi krótko:

Traktuję go jako mojego trenera i funkcjonujemy według zasad ustalonych przez niego. A poza treningiem jesteśmy normalnymi kumplami.

Nie było złota, nie było fajrantu

Prawdziwą weryfikacją metod treningowych Estończyka będzie jednak najważniejsza impreza tego sezonu, czyli mistrzostwa świata w Katarze. Gdyby Małachowski zdobył w Doha swój czwarty krążek mistrzostw globu, byłby to wymarzony scenariusz, chociaż sam zawodnik stawia sprawę jasno – interesują go przede wszystkim igrzyska w Tokio. To tam chce powalczyć o skalp, którego mu brakuje. Dlatego poszedł va banque zmieniając trenera.

Gdyby ta niezwykle trudna misja zakończyła się powodzeniem, w końcu odpruta zostałaby od niego łatka wiecznego wicemistrza. Łatka trochę krzywdząca, bo przecież wielu dałoby się pokroić za dwa srebrne medale olimpijskie. Poza tym powinniśmy bardziej doceniać polskie medale w lekkiej atletyce, ponieważ w ostatnich latach mimo wszystko nie było ich za wiele (Pekin – dwa, Londyn – dwa, Rio – trzy, wszystkie w konkurencjach rzutowych).

Chociaż on sam po prostu się z tego śmieje. Dla żartu często lubi wspominać okoliczności, jak to zyskał ksywkę “Srebrny”. – Wróciłem akurat z zawodów i udałem się nad jezioro do mojego przyjaciela z Głogowa. Spotkaliśmy się tam z jego kolegą, ale facet nie mógł zapamiętać mojego imienia. Cały czas powtarzał: „To jak ty masz na imię?”, więc przypominałem, że Piotrek. A on w końcu mówi: „Dobra, skoro byłeś drugi na mistrzostwach, to będziesz Srebrny”. Może to jakieś przekleństwo? – mówił na Weszło.

Chociaż bez wątpienia ma z igrzyskami rachunki do wyrównania. W 2008 r. w Pekinie najpierw wygrał eliminacje, a potem w finale po rzucie na 67,82 był na prowadzeniu po trzech kolejkach. Niestety, w czwartej dokładnie o metr przerzucił go Kanter, a Polak nie zdołał już odpowiedzieć. – To już historia, chociaż to tam zaczęła się moja prawdziwa przygoda ze sportem. Oczywiście chciałbym mieć stamtąd złoty medal, ale Gerd był lepszy. Dziś podchodzimy do tego z dystansem. Czasami wspominamy tamten konkurs, ale na pewno nie na zasadzie, że Gerd żartuje ze mnie, bo przegrałem – mówi dyskobol.

Igrzyska w Londynie to zupełnie inna historia. Marzenia o medalu stanęły pod wielkim znakiem zapytania już kilka tygodni wcześniej, kiedy Małachowski doznał kontuzji bicepsa. Do Wielkiej Brytanii pojechał więc z naderwanym mięśniem. W finale na Stadionie Olimpijskim w Londynie w najlepszym rzucie uzyskał 67,19 i ostatecznie dało mu to piąte miejsce. Złoto zgarnął jego wielki rywal Niemiec Robert Harting (68,27), srebro przypadło Irańczykowi Hadadiemu, a brąz staremu znajomemu Kanterowi.

Trzy lata temu w Rio de Janeiro już prawie złapał króliczka. W zasadzie już trzymał go za uszy, ale niestety, ten w ostatniej chwili wymknął się.

Małachowski dominował przez większość część konkursu. Kiedy on w pierwszych trzech kolejkach walił dyskiem grubo poza granicę 67 m, pozostali nawet nie zbliżyli się do tej odległości. Jeszcze po pięciu seriach to do niego należały trzy najlepsze wyniki. Niestety, w ostatniej kolejce niespodziewanie rzutem na odległość 68,37 przerzucił go Christoph Harting, brat Roberta, który wtedy akurat przepadł w eliminacjach.

Druga część konkursu była nieco słabsza w wykonaniu reprezentanta Polski, który wszystko co miał najlepszego, dał w tych pierwszych trzech próbach. Jak później tłumaczył, w końcówce nie mógł odpowiedzieć na kapitalną próbę Niemca, ponieważ czuł się już fizycznie wykończony, łapały go skurcze. Po wszystkim jednak nie dramatyzował. Pod skorupką wprawdzie aż się gotowało, że przegrał złoto w takich okolicznościach, ale po zawodach zachował się z klasą i po prostu pogratulował zwycięzcy.

Prawda jest taka, że Harting oddał wtedy rzut życia. Wystarczy wspomnieć, że do dziś złoto z Rio jest jego jedynym medalem imprezy mistrzowskiej. Jest mistrzem olimpijskim, chociaż nigdy nie stanął na podium mistrzostw świata czy Europy. A Małachowski?

No cóż, ja chcę mieć ten złoty medal, dlatego kibice, przyjaciel, ale i ci, którzy mnie nie lubią, będą musieli męczyć się ze mną aż do Tokio 

– mówił wtedy na gorąco przed kamerami TVP Sport.

Nigdy nie ukrywał, że gdyby wtedy w Brazylii został mistrzem olimpijskim, niedługo później prawdopodobnie zakończyłby karierę i cieszył się życiem sportowego emeryta. Stało się jednak inaczej, dlatego czas na fajrant i ciepłe kapcie przyjdzie dopiero po Tokio.

PKN ORLEN jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz wielu najważniejszych mityngów w kraju.

 

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez