M jak Maria – koniec serialu. Szarapowa pożegnała się z tenisem

M jak Maria – koniec serialu. Szarapowa pożegnała się z tenisem

To już jest koniec. Nie będzie kolejnego medalu olimpijskiego, kolejnego zwycięstwa w Wielkim Szlemie i kolejnych spektakularnych wygranych. Maria Szarapowa, tenisistka niejednoznaczna, właśnie ogłosiła zakończenie kariery. Jedni ją kochali, inni – szczerze nie znosili. Wszyscy jednak doceniali jej wyniki. Do dziś jest jedną z ledwie dziesięciu zawodniczek w historii, które wygrały wszystkie turnieje wielkoszlemowe. – Żegnaj tenisie. Nie wiem, jak to powiedzieć, zostawiam jedyne życie, jakie znam – mówi.

O tym, jak wielką karierę zrobiła Szarapowa świadczą jednak nie tylko wyniki i statystyki. Rosjanka miała w sobie to coś, co pozwoliło jej się przebić do masowej świadomości. Nawet dziś, choć od jej największych sukcesów minęło wiele lat, ba, od ostatniego wielkoszlemowego finału zdążyło upłynąć już pięć, kibice o niej pamiętają. Gdyby w „Familiadzie”, czy podobnym programie padło pytanie „Wymień znaną tenisistkę, która wygrała co najmniej jeden turniej wielkoszlemowy”, najprawdopodobniej nazwisko Szarapowej znalazłoby się w ścisłej czołówce.

M jak Masza

Urodziła się w Niaganiu na Syberii, w 1987 roku. To, że akurat tam, było dziełem przypadku. Albo raczej – wypadku. Jurij Szarapow i jego żona Jelena mieszkali w Homlu, na terenie dzisiejszej Białorusi. Kiedy w kwietniu 1986 roku doszło do katastrofy w położonej niespełna 200 kilometrów stamtąd elektrowni jądrowej w Czarnobylu, pan Szarapow doszedł do wniosku, że trzeba brać nogi za pas. Jako zapobiegliwy człowiek uznał, że aby było naprawdę bezpiecznie, powinno być daleko. Rzucił więc okiem na mapę Związku Radzieckiego i doszedł do wniosku, że syberyjski Niagań, 3100 kilometrów na północny wschód, będzie jak znalazł. Niemal równo rok później na świat przyszła Masza.

Po trzech latach rodzina przeniosła się po raz kolejny, tym razem w miejsce znacznie bardziej przyjazne do życia niż Niagań – 3500 kilometrów na południe, do słonecznego Soczi. Tam czteroletnia Maria dostała pierwszą rakietę tenisową. Nawiasem mówiąc, nie od byle kogo, tylko od Aleksandra Kafielnikowa, który był bliskim przyjacielem jej ojca. Jeśli kojarzycie nazwisko, macie rację – mowa tu o ojcu Jewgienija Kafielnikowa, późniejszego mistrza Roland Garros i Australian Open oraz numeru 1 na świecie.

M jak Martina

Rakieta spełniła swoje zadanie: zaszczepiła w Szarapowej miłość do tenisa. Zaczęło się od odbijania piłek w parku z ojcem, potem zajął się nią doświadczony trener Jurij Jutkin, który szybko zdał sobie sprawę, że trafił mu się diament do oszlifowania.

Dwa lata później Masza była już w Moskwie. Tam, na dużym, zawodowym turnieju, zorganizowano zajęcia dla grupki najmłodszych adeptów tenisa z udziałem największej gwiazdy imprezy – Martiny Navratilovej. Ta była pod ogromnym wrażeniem młodziutkiej blondynki. Na tyle dużym, że wzięła jej ojca na stronę i powiedziała, że dziewczynkę trzeba jak najszybciej oddać w ręce profesjonalnych trenerów, którzy zrobią z niej gwiazdę światowego tenisa. Zasugerowała akademię Nicka Bollettieriego na Florydzie. Szarapow do pomysłu się zapalił, pożyczył pieniądze i kilka miesięcy później zameldował się z córką w Stanach Zjednoczonych. W kieszeni miał 700 dolarów, a po angielsku znał jedno słowo: „tennis”.

M jak marzenie

Mimo mizernych środków, braku planu i znajomości języka, marzenie o zawodowej karierze udało się zrealizować. W największej mierze dzięki upartości ojca i talentowi córki. Przez pierwszy rok Jurij Szarapow podejmował się różnych prac, byle tylko zarobić na utrzymanie rodziny. Regularnie także pukał do bram IMG Academy, próbując przekonać najlepszych trenerów na świecie, że ma dla nich talent, na jaki czekali. Oczywiście, wierzymy w zdolność perswazji pana Szarapowa, ale o ostatecznym sukcesie misji zdecydował jednak głównie talent Marii. Kiedy miała osiem lat, IMG zdecydowało, że będzie pokrywać pełne koszty jej pobytu w akademii (35 tysięcy dolarów rocznie). Kilkanaście miesięcy później na stole pana Szarapowa znalazł się także kontrakt sponsorski od Nike.

Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Szarapowa miała 13 lat kiedy wygrała prestiżowy turniej Eddie Herr do lat 16. W dniu 14. urodzin zadebiutowała w cyklu WTA, wygrywając pierwszy mecz. W wieku 14 lat i 9 miesięcy została najmłodszą finalistką juniorskiego Australian Open. Nikt już nie miał wątpliwości, że narodziła się wielka gwiazda. Gwiazda, która chwilę potem zadebiutowała w dorosłym Wielkim Szlemie, na Wimbledonie dotarła do IV rundy, eliminując po drodze 11. na świecie Jelenę Dokić. Do końca roku, jako 16-latka, miała na koncie już dwa tytuły rangi WTA. A potem przyszedł rok 2004.

M jak mistrzyni

Wiosną po raz pierwszy wskoczyła do pierwszej dwudziestki rankingu oraz do pierwszego wielkoszlemowego ćwierćfinału, na Roland Garros. Wielkie rzeczy miały jednak dopiero przyjść. 17-letnia Szarapowa do Wimbledonu przystąpiła jako świeżo upieczona mistrzyni turnieju DFS Classic oraz 13. rozstawiona. W ćwierćfinale pokonała Ai Sugiyamę, w półfinale rozstawioną z piątką Lindsay Davenport. W meczu o tytuł sensacyjnie ograła murowaną faworytkę Serenę Williams, zostając trzecią najmłodszą mistrzynią Wimbledonu w historii. To zwycięstwo zostało przez „Washington Post” określone jako „najbardziej zdumiewająca niespodzianka, jaką pamiętamy”.

Była w genialnej formie i w normalnych warunkach byłaby jedną z głównych faworytek turnieju olimpijskiego w Atenach, rozgrywanego raptem kilka tygodni po Wimbledonie. Problem w tym, że do Grecji… w ogóle nie poleciała. Czemu? Cóż, o awansie na igrzyska decydował ranking WTA opublikowany po Roland Garros. Szarapowa była w nim notowana na 15. miejscu. Jakim cudem to mogło nie dać miejsca w turnieju olimpijskim? Cóż, mogło. Przepisy mówią, że z jednego kraju w singlu mogą zagrać maksymalnie cztery zawodniczki. W połowie 2004 roku Anastazja Myszkina, Jelena Dementiewa i Swietłana Kuzniecowa zajmowały kolejno miejsca trzecie, czwarte i piąte, a kilka pozycji niżej była Nadia Pietrowa. Dla notowanej tuż za nimi Szarapowej w Atenach zwyczajnie zabrakło miejsca, a jej starsze koleżanki po fachu mocno zawiodły, do strefy medalowej przebiła się tylko Anastazja Myszkina, która jednak w meczu o brąz przegrała z mającą polskie korzenie Alicią Molik.

M jak miejsce numer 1

Kolejne lata były dla Szarapowej jazdą kolejką górską, to w górę, to w dół. W 2005 zaliczyła trzy wielkoszlemowe półfinały, rok później wygrała US Open. W 2008 zgarnęła kolejny tytuł, triumfując w Australii. W międzyczasie wskoczyła na pierwsze miejsce w rankingu. Najpierw wprawdzie tylko na tydzień, potem na półtora miesiąca. W sumie w pięciu podejściach spędziła na tronie 21 tygodni. Po raz ostatni była tam w połowie 2012 roku, po zwycięstwie w Roland Garros.

Ten triumf był zresztą ważny także z innego powodu. Szarapowa została 10. w historii i raptem drugą aktywną zawodniczką, która mogła się pochwalić zwycięstwami we wszystkich turniejach wielkoszlemowych. Drugą jest oczywiście Serena Williams.

M jak medal

Igrzyska w Atenach Szarapowej uciekły z powodu zbyt niskiego miejsca w rankingu. Cztery lata później na liście WTA w chwili zamykania list do turnieju olimpijskiego była druga. Problem w tym, że zanim najlepsze zawodniczki świata poleciały walczyć o medale w Pekinie, Szarapową dopadła poważna kontuzja ramienia. Z jej powodu musiała zrezygnować z US Open, turnieju Masters i właśnie igrzysk olimpijskich. Koleżanki z reprezentacji Rosji zadbały jednak o to, żeby jej nieobecność nie wpłynęła negatywnie na wyniki. Jelena Dementiewa zdobyła złoto, w finale pokonując Dinarę Safinę. Jakby tego było mało, brąz zgarnęła Wiera Zwonariewa, lepsza w finale pocieszenia od zawodniczki gospodarzy, Li Na.

Co nie udało się w Atenach i Pekinie, wreszcie powiodło się w Londynie. Na tych samych kortach, na których weszła w wielki świat tenisa w wieku 17 lat, tym razem spełniła marzenie o olimpijskim medalu. W beczce miodu była jednak łyżka dziegciu, bo finał z Sereną Williams był kompletnie jednostronny, a wszystko skończyło się wstydliwym 0:6, 1:6.

Więcej olimpijskich prób nie było. W 2016 roku Szarapowa była notowana w trzeciej dziesiątce rankingu, ale wcale nie zbyt niska pozycja na liście WTA spowodowała jej nieobecność w Rio. Spowodowało ją coś znacznie gorszego…

M jak Meldonium

Szarapowa zmagała się z kontuzją przedramienia i z jej powodu musiała anulować kilka zaplanowanych występów, ale wciąż myślała o starcie na igrzyskach w Rio de Janeiro. Aż do dnia, w którym wszystko runęło. Wtedy właśnie ogłoszono, że jedna z ikon białego sportu została podczas Australian Open (gdzie osiągnęła ćwierćfinał) przyłapana na stosowaniu dopingu.

Rosjanka stosowała Meldonium, czyli lek przepisywany przez lekarzy pacjentom cierpiącym na choroby układu krążenia. W przypadku sportowców działa on tak, że pozwala się szybciej regenerować. Co ciekawe, Szarapowa stosowała go całkiem legalnie przez wiele lat. Światowa Agencja Antydopingowa wpisała go na listę zabronionych środków dopiero 1 stycznia 2016 roku. Sportowcy zostali o tym poinformowani. Wszystko wskazuje na to, że Szarapowa maile od WADA i WTA w tej sprawie albo przegapiła, albo zignorowała. Skutki były opłakane. Z miejsca została zawieszona na dwa lata, straciła milionowe kontrakty sponsorskie, a budowany przez lata wizerunek runął jak domek z kart. Była liderka próbowała się tłumaczyć, że nie wiedziała o zmianach na liście zakazanych środków, a poza tym brała Meldonium właśnie na kłopoty z krążeniem. Karę dwóch lat ostatecznie skrócono do 15 miesięcy i Rosjanka wróciła na korty w kwietniu 2017 roku, korzystając z dzikich kart od organizatorów turniejów w Stuttgarcie, Madrycie i Rzymie.

Wielkie sukcesy były jednak już tylko pieśnią przeszłości. W kolejnych dziewięciu wielkoszlemowych startach tylko raz osiągnęła ćwierćfinał, znacznie częściej odpadała zdecydowanie przedwcześnie. Jak choćby w dwóch ostatnich podejściach na Wimbledonie, gdzie żegnała się z turniejem już w pierwszej rundzie. Tak samo było w styczniowym Australian Open. Tam grająca z dziką kartą Rosjanka już w pierwszym meczu przegrała z Donną Vekić (tą samą, która w trzeciej rundzie uległa Idze Świątek). Po kilku tygodniach na łamach Vanity Fair ogłosiła, że więcej na kort nie wyjdzie.

To dla mnie coś nowego, więc proszę, wybaczcie mi. Mówię żegnaj tenisowi. Zaczynając nowy rozdział życia chcę powiedzieć coś tym wszystkim, którzy marzą o osiągnięciu doskonałości w czymś. Pamiętajcie, że będziecie mieli wątpliwości, a ludzie będą was osądzać. Upadniecie setki razy, a świat będzie to obserwował. Zaakceptujcie to. Ufajcie sobie. A ja obiecuję, że zwyciężycie – napisała.

Dziś już wiadomo, że kolejnego olimpijskiego podejścia nie będzie, podobnie, jak kolejnych chwil wielkoszlemowej chwały, albo kolejnego powrotu na szczyt. Będą tylko piękne wspomnienia po wspaniałej karierze, naznaczonej jednak cieniem dopingu.

JAN CIOSEK

Fot.: Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Tomasz Płókarz
Tomasz Płókarz
1 rok temu

Wiera Zwonariowa, redaktorze Ciosku, a nie Zwonariewa.

Henri Draw
Henri Draw
1 rok temu
Odpowiedz  Tomasz Płókarz

Tomaszu Plukarz to rzeczywiscie wazne

Aktualności

Kalendarz imprez