Luis Scola. Ostatnie tango w Tokio?

Luis Scola. Ostatnie tango w Tokio?

Jego rówieśnicy już dawno zamienili bezrękawniki na garnitury, wyjazdy na domowe zacisze, a boiskowe pyskówki na niechciane kłótnie z dojrzewającymi dziećmi. On się gdzieś zagubił, czy też nie wypadł z trasy, pomimo kolejnych ostrych zakrętów. Wciąż stawia taneczne kroki, robi jeden lub dwa obroty, a potem wrzuca piłkę do kosza. Mistrz olimpijski z Aten – Luis Scola – w marcu tego roku skończy 40 lat, ale nic sobie z tego nie robi. Na co dzień broni barw mocnego europejskiego klubu, a w Tokio zamierza powalczyć z Argentyną o kolejny medal.

Kojarzono go z długich, zwisających do ramion czarnych włosów, które towarzyszyły mu przez niemal całą karierę. Po wypadnięciu z karuzeli zwanej NBA, początkowo postawił na popularnego w ostatnich latach “samuraja”. Kitka z tyłu, boki wygolone – do tego nieco zaniedbana broda. W ubiegłym roku przeszedł za to kolejną metamorfozę. Pozbył się zarostu, a włosy ściął na krótko, bo podobno przeszkadzało mu postępujące siwienie. Kiedy ujrzałeś go w akcji kilka miesięcy temu, mogłeś przeżyć niemałe zaskoczenie. Ale pewnie poprzedziła je krótka chwila konsternacji. Gdzie się podział tamten kudłaty dryblas, bo nie mogę go znaleźć?

Ależ on sobie z nimi pogrywał. Był jak profesor, który cofnął się o kilkadziesiąt lat, lądując nagle w szkole licealnej. Cała gra oparta na podstawach. Mocne, zdecydowane ruchy w kierunku kosza, umiejętne korzystanie z przewag fizycznych. To wszystko przyprawione wybitną techniką i niezłym rzutem za trzy. Luis Scola robił podczas wrześniowych mistrzostw świata co chciał, nie przejmując się mocno nabitym licznikiem. Co prawda nie był najstarszym graczem w stawce, bo o kilkanaście dni wyprzedził go, również urodzony w 1980 roku, Alex Garcia z Brazylii. On również grał nieźle, ale nie jak jeden z najlepszych zawodników imprezy.

Wśród kandydatów do sięgnięcia po złoty medal wymieniano Stany Zjednoczone, Serbię i Grecję. Potem pojawiała się Australia, Francja i może nieco z szacunku, Hiszpania. Bo przecież Gasol i spółka to już jednak nie ten zespół, co kiedyś. To samo mówiło się zresztą o Argentynie. Chociaż w gruncie rzeczy, o niej się akurat nie mówiło.

A jednak przez mistrzostwa przeszli jak burza. Pierwszej porażki Argentyńczycy doznali dopiero w finale, właśnie z Hiszpanią. Do tego czasu grali jak z nut, prezentując nowoczesną i bardzo ofensywną koszykówkę. Doskonale przekonali się o tym reprezentanci Polski, którzy z ekipą z Ameryki Południowej doznali najbardziej dotkliwej porażki w turnieju. W kluczowym momencie ekipie Scoli zabrakło jednak, co nieco ironiczne (bo przez lata nosili metkę starych wyjadaczy), doświadczenia.

Mimo niemal czterdziestki na karku, nie chciał słuchać żadnych sugestii. Jak kończyć to w chwale, ale misja nie została wykonana. Ostatnie tango zamierza zatańczyć najwcześniej w Tokio. – Co mnie napędza? Nic specjalnego, jestem koszykarzem, to moja praca, wszystko przychodzi dla mnie naturalnie. Stawiam sobie zadania i cele, a kolejnym będą następne igrzyska – mówił cytowany przez La Nacion.

Drabinka

Koszykówka była pasją jego ojca. Ten kariery nie zrobił, ale i tak postawił bardzo znaczący krok, wyłamując się z narodowego trendu. Argentyna szaleje na punkcie piłki nożnej i każdy inny sport od zawsze był tam traktowany jako mało istotna ciekawostka. Starszy z rodu Scoli nie zrzekł się jednak swojej pasji, a potem zaraził nią syna. W czasach kiedy Diego Maradona znajdował się w szczycie swojej formy i uchodził w ojczyźnie za niemal mityczną postać, oni zapewne jako jedyni w sąsiedztwie chętniej spoglądali w kierunku pomarańczowej piłki.

Z biegiem czasu koszykówka zaczęła wyrastać jako prawdziwa alternatywa dla sportu narodowego. Wszystko za sprawą kablówki, która w 1992 roku sprawiła, że Argentyńczycy zyskali łatwy dostęp do meczów NBA. Dynamiczne i widowiskowe zagrania Michaela Jordana i Charlesa Barkleya znalazły uznanie w oczach kraju, który wcześniej myślał tylko o zielonej murawie. Tymczasem pewien ambitny chłopiec miał już dwanaście lat, rósł jak na drożdżach i powoli przyzwyczajał się do sytuacji w której, gdzie nie grał, tam dominował.

Był za wysoki i zbyt utalentowany dla swoich rówieśników. Zanim się obejrzał, trafił do profesjonalnego klubu. Potem dostał pierwsze powołanie do młodzieżowej reprezentacji kraju. I tak schodek po schodku, wspinał się – a może skakał – po kolejnych szczeblach kariery. – To nie była kwestia tego, czy będę kiedyś grał w koszykówkę za pieniądze. To akurat było pewne. Przewijały się u mnie inne pytania: jak daleko mogę zajść, czy będę grał w Europie, czy będę grał w NBA? – mówił w Theplayerstribune.

Jako siedemnastolatek otrzymał propozycję kontraktu w hiszpańskim Saski Baskonia i długo się nie zastanawiając poleciał podbijać świat. Władzom klubu od początku imponował jego talent, ale postanowili się nie spieszyć. Najpierw przyszło wypożyczenie. W 1998 roku trafił do Gijón Baloncesto, któremu pomógł wywalczyć awans do ekstraklasy. Po sezonie kluby doszły do porozumienia w sprawie kolejnego wypożyczenia. Nastoletni podkoszowy spędził drugi z rzędu sezon na północy Hiszpanii, tym razem w najwyższej klasie rozgrywek.

W Baskonii zadebiutował w 2000 roku jako całkiem ograny młodzieniec. Było to widać na parkiecie, gdzie szybko zaczął rozdawać karty. Już w pierwszym sezonie w europejskich rozgrywkach notował niezłe 8,7 pkt. i 4,4 zbiórki na mecz, w kolejnym był już najlepszym strzelcem zespołu. Stary Kontynent opuścił jako utytułowany i niemal spełniony zawodnik: MVP ligi z 2005 i 2007 roku, mistrz Hiszpanii z 2002 roku i trzykrotny zdobywca Pucharu Hiszpanii (2002, 2004, 2006). Zabrakło tylko triumfu w Eurolidze. Jego kolejnym przystankiem stało się Houston Rockets, z którymi w 2007 roku podpisał trzyletni kontrakt.

Złota generacja

Nie bali się nikogo, nawet nieuchwytnych gigantów. W końcu dwa lata wcześniej już ich obalili, choć celniejsze byłoby określenie: wbili pierwszy sztylet. To właśnie za sprawą Argentyny Amerykanie przegrali jedyny mecz w grupie. Po tamtej porażce wielki faworyt zza oceanu nie był już sobą. Wciąż imponował słynnymi nazwiskami, ale widocznie krwawił, a w ćwierćfinale padł od ciosów Jugosławii. Ostateczny cios zadali mu Hiszpanie, spychając na dopiero szóste miejsce w kwalifikacji końcowej. Igrzyska w Atenach stanowiły dla Stanów Zjednoczonych doskonałą okazję do odkupienia win za nieudane mistrzostwa globu.

Na Argentynie nie robiło to jednak wrażenia. Owszem, nie bali się nikogo, a to dlatego że posiadali w talii wszelkie argumenty. Asem był Manu Ginobili, prawdopodobnie największy koszykarski talent w historii Ameryki Południowej. Królem Andres Nocioni, który trafiał zawsze wtedy, kiedy wynik wisiał na włosku. Dam było wiele – objawiały się w postaci przewijających się na trybunach argentyńskich fanek. Za waleta robił Francisco Oberto, albo Walter Herrmann, a dżoker mógł być tylko jeden. Scola zaczynał mecze na ławce rezerwowych, ale kiedy wchodził na parkiet, zawsze dyktował własne warunki.

Po dotkliwej i niespodziewanej porażce w przedolimpijskim sprawdzianie, Amerykanie postanowili znacznie odmłodzić swoje szeregi. Powołania otrzymali chociażby młodziutcy LeBron James, Dwyane Wade i Amare Stoudemire. Do reprezentowania barw narodowych udało namówić się również Allena Iversona oraz Tima Duncana, dla których była to pierwsza styczność z dorosłą reprezentacją. Do tego za sterami zespołu stał Larry Brown, mistrz NBA z tego samego roku, który uchodził za jednego z największych fachowców w lidze. Jak się okazało, wszystko to na nic.

Początek nie należał jednak do najłatwiejszych W drugim spotkaniu turnieju Argentyna przegrała 76:87 z Hiszpanią, a potem doznała porażki z rąk Włoch. Wszystkie problemy odpłynęły wraz z rozpoczęciem fazy pucharowej. Jako pierwsza z rąk przyszłego mistrza olimpijskiego padła Grecja, a potem los, może nieco przedwcześnie, skrzyżował go z Amerykanami. – Nie tylko myśleliśmy, że mamy szansę aby z nimi wygrać, ale przysięgam – wiem że brzmi to dziwnie ponad dekadę później – wiedzieliśmy że ich pokonamy – wspominał Scola w Theplayerstribune.

Zapomniany przez czas

Jego kariera w NBA spowolniła w okolicach 2013 roku. Po tym jak trafił do Indiany Pacers, przeszedł z roli podstawowego podkoszowego do etatowego rezerwowego. Co prawda wciąż bez większych problemów robił to co umie najlepiej, czyli ogrywał rywali tyłem do kosza, nabijając kolejne punkty dla swojej drużyny. Był jednak o krok wolniejszy w defensywie, niż kilka lat temu, a do tego kierunek w którym szło NBA, niezbyt mu odpowiadał. Kluby coraz częściej stawiały na mobilnych i rzucających zza łuku skrzydłowych, a sztuka manewrów podkoszowych powoli odchodziła do lamusa.

Wraz z końcem kariery za oceanem byłego MVP ligi hiszpańskiej, w gabinetach najlepszych europejskich zespołów błyskawicznie podniosło się ciśnienie. Scola postanowił jednak, że po latach występów na najwyższym poziomie, przyszedł czas pobawić się koszykówką, a przy okazji sporo zarobić. Idąc tropem niezliczonych amerykańskich kolegów, podpisał kontrakt w Chinach. Kariera w Państwie Środka, choć wyśmiewana przez niektórych, ma swoje niewątpliwe plusy. Po pierwsze, spore zainteresowanie i frekwencja na trybunach oraz status gwiazdy dla każdego wyróżniającego się zawodnika, szczególnie z zagranicy. Po drugie, niezbyt wymagający poziom gry. Po trzecie, co oczywiste, okazałe zarobki.

W Chinach zdążył się zadomowić, a koszykarski świat o nim zapomnieć. Dlatego kiedy pojawił się na mistrzostwach świata 2019 (notabene właśnie w Chinach) wzbudził spore zainteresowanie pośród zachodnich kibiców.  Wielu z nich nie zdawało sobie sprawy, że ten gość jeszcze gra. I to na takim poziomie. Imponujące statystyki – 17.9 punktów, 8.1 zbiórek i 1.8 asyst na mecz, zapewniły mu miejsce w pierwszej piątce turnieju, a tuż po jego ostatnim meczu, zaczęły odzywać się telefony. Numer agenta koszykarza wykręcili chociażby przedstawiciele Realu Madryt, ale ostatecznie walkę o usługi doświadczonego podkoszowego wygrała Olimpia Milano.

Jego nowy pracodawca to nie tylko czołowy włoski zespół, ale przede wszystkim uczestnik Euroligi. Najbliższe kilka miesięcy spędzi więc w doborowym towarzystwie, ale to nic w porównaniu do wyzwania jakie czeka go w Tokio. Ostatnio w kluczowym momencie zaplątały im się nogi, teraz nie ma mowy o pomyłkach. Luis Scola rusza w swoje prawdopodobnie ostatnie tango. Prawdopodobnie, bo jeśli nie jesteś zmęczony, to czemu masz schodzić z parkietu?

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl

 

 


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez