Lisek z brązowym medalem w skoku o tyczce. Duplantis poza zasięgiem konkurencji

Lisek z brązowym medalem w skoku o tyczce. Duplantis poza zasięgiem konkurencji

Sporo sobie obiecywaliśmy po dzisiejszym występie Piotra Liska w konkursie skoku o tyczce mężczyzn. Wprawdzie konkurencja była duża. Zakładaliśmy, że aby zdobyć srebrny medal, zawodnik Grupy Sportowej ORLEN będzie musiał skakać tak wysoko, jak w tym sezonie jeszcze tego nie robił. Ale przecież mówimy o  Lisku, naszym halowym mistrzu Europy z Belgradu sprzed czterech lat. Trzykrotnym medaliście mistrzostw świata na stadionie, dwukrotnym medaliście światowego czempionatu w hali. Przecież mistrzostwa odbywają się w Toruniu. Wychodząc nieco naprzeciw ostatnim wynikom naszego zawodnika w porównaniu do reszty stawki, liczyliśmy na kolejny krążek rodaka. Zwłaszcza, że Renaud Lavillenie – jeden z faworytów do podium – w ostatniej chwili wycofał się z powodu kontuzji.

Wczorajsze eliminacje nie odkryły przed nami żadnych kart. Obrońca tytułu halowego mistrza Europy – Paweł Wojciechowski – przepadł zatrzymując się na wysokości 5,35, która skutkowała rozczarowującym, ostatnim miejscem.  Coś niedobrego dzieje się ostatnimi czasy z tym zawodnikiem, sam mówi że problem zaczął tkwić w jego psychice i podejściu. Ale ze słabszej dyspozycji jednego z naszych rodaków, skorzystał drugi. Robert Sobera z ostatniego miejsca zakwalifikował się do finału, tak więc dziś mieliśmy dwóch reprezentantów. A czołówka – w tym Lisek – po prostu je odhaczyła. Zatem mogliśmy się tylko domyślać, że jeżeli Lisek chce zdobyć srebrny medal, będzie musiał skakać powyżej 5,80.

Ale 5,80 wystarczyło już do wskoczenia na podium

Spośród najpoważniejszych rywali Polaka, najgroźniejszy wydawał się Menn Vloon. Jednak Holender okazał się największym rozczarowaniem finałowego konkursu, poddając się już na wysokości o dziesięć centymetrów niższej. Biorąc pod uwagę fakt, że w tym sezonie w hali potrafił skakać nawet 5,96, Vloon z pewnością nie będzie miło wspominał niedzielnego wieczoru w mieście pierników. Tymczasem do walki o medale włączył się… Lavillenie. Nie, kontuzjowany Renaud nagle nie doznał cudownego ozdrowienia. Chodzi o jego brata – Valentina – który pokonał wysokość 5,80 już w pierwszej próbie. Tym samym wyrównał swój życiowy rekord w hali.

Lisek został przyparty do muru. Ale zawodnik Grupy Sportowej ORLEN nie z takiej opresji potrafił wychodzić obronną ręką. Nawet jeżeli Piotrek nie znajduje się obecnie w najwyższej formie, jednego nigdy nie można mu odmówić – to jest ogromny walczak. Polak pokonał 5,80 w trzeciej próbie, i wtedy stało się pewne – mamy medal w skoku o tyczce. Pozostawała tylko kwestia, czy będzie to srebrny, czy brązowy krążek? O tym miała zdecydować wysokość 5,85.

Tej nie udało się pokonać ani Polakowi, ani Francuzowi. A jako że Lavillenie przeskoczył 5,80 w pierwszej próbie, a Lisek w trzeciej, srebrny medal padł łupem Francuza. Zatem wyniki konkursu poniekąd pogodziły nasze oczekiwania, oraz obecne możliwości Liska. Spróbujmy spojrzeć z nieco chłodniejszej perspektywy, chociaż to trudne będąc na świeżo po konkursie. Lisek w tym sezonie skakał maksymalnie 5,80. I właśnie taką wysokość pokonał. Oczywiście, niespodziewanie wyskoczył Valentin Lavillenie. I chociaż szkoda, że zdobył srebro kosztem Polaka, to z drugiej strony w tym – stojącym na dość przeciętnym poziomie konkursie – na naszych oczach napisała się fajna historia. Gość, który zawsze był w cieniu starszego brata – wielkiego mistrza tyczki. Nikt nie stawiał na jego sukces podczas halowych mistrzostw Europy w Toruniu. Tymczasem Valentin świetnie się zaprezentował i godnie „zastąpił” kontuzjowanego Renauda. Brat musi w tym momencie pękać z dumy.

Duplantis skakał w innej lidze

A dlaczego cały czas piszemy, że zawodnik Grupy Sportowej ORLEN mógł walczyć o srebro? Powód jest oczywisty. Nazywa się Armand Duplantis. Zaczyna brakować określeń na to, co pokazuje ten gość. „5,80, gra o medale? Okej, to ja sobie skoczę i zawołajcie mnie jak podniesiecie poprzeczkę”, zdawał się mówić reszcie stawki, kiedy przeskakiwał poprzeczkę. Polak i Francuz walczą o pokonanie wysokości 5,85? Tak, oni walczą. Bo Duplantis odbębnił ją w pierwszej próbie z kilkunastocentymetrowym zapasem i spokojnie sobie czekał na rozwój wydarzeń. A kiedy reszta stawki odpadła, Szwed rozpoczął swoje standardowe show. Czyli zabawy z wysokościami poprzeczki przekraczającymi sześć metrów.

Na pierwszy ogień poprzeczka została ustanowiona na 6,05. Duplantis rozprawił się z nią bez większych problemów w drugiej próbie. Ale wszyscy czekaliśmy na stały punkt programu artystycznego fenomenalnego Szweda – atak na halowy rekord świata. Tak więc poprzeczka poszybowała na wysokość 6,19. I podczas drugiego podejścia był dosłownie o włos od ustanowienia nowego rekordu! Szkoda, miło byłoby kolejny raz zobaczyć, że rekord świata został pobity w Polsce. Co najlepsze, podczas halowych mistrzostw Europy za pobicie rekordu świata nie ma żadnych gratyfikacji finansowych. Zatem Duplantis mógłby zachować takie fajerwerki na przykład na dobrze opłacony mityng lekkoatletyczny. Ale nie, on robi takie rzeczy „for fun”. Bo wie, że jest mocny, i chce sprawić radość sobie oraz kibicom. I jak tu nie lubić tego gościa?

Zatem konkurs – choć ogólnie nie stał na najwyższym poziomie – dostarczył naprawdę fajnych emocji. Duplantis zrobił show, młodszy z braci Lavillenie napisał fajną, osobistą historię, a Lisek dołożył kolejny medal do kolekcji. Może trochę szkoda, że nie pokonał Francuza, ale nie bądźmy nazbyt krytyczni – brązowy medal dalej nas cieszy.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez