Lićwinko: Nie odchodzę jako sportowiec spełniony, ale jako sportowiec szczęśliwy

Lićwinko: Nie odchodzę jako sportowiec spełniony, ale jako sportowiec szczęśliwy

12 września 2021 roku, stadion imienia Opolskich Olimpijczyków. Miejsce dla niej symboliczne. Właśnie tutaj osiem lat temu ustanowiła rekord Polski w skoku wzwyż na otwartym obiekcie. Skoczyła wtedy 1.99. W niedzielę nikt nie liczył na podobny wynik, ale też nie o niego chodziło. Najważniejsze było pożegnanie. Bo kiedy przez ostatnie lata nad Wisłą mówiło się o kobiecym skoku wzwyż, to myślało przede wszystkim o Kamili Lićwinko. I chociaż jej kariera nie była idealna, to ostatecznie Polka kończy skakanie z podniesioną głową, bo tych dobrych momentów było znacznie więcej, niż rozczarowań.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Na wstępie zaznaczmy, że ten tekst nie będzie wyłącznie peanem pochwalnym Lićwinko. Oczywiście, była – wybaczcie, sami jeszcze nie możemy przywyknąć do czasu przeszłego – bardzo dobrą zawodniczką. Przez lata znajdowała się w światowej czołówce skoku wzwyż. Zdobywała medale mistrzostw świata. Zarówno w hali, gdzie w 2014 roku wywalczyła złoto w Sopocie czy też brąz w Portland dwa lata później, jak i na stadionie. W 2017 roku w Londynie stanęła na najniższym stopniu podium.

Jednak sama zawodniczka przez ładnych kilka lat nie mogła dołączyć do światowej czołówki. Kiedy w 2007 roku podczas młodzieżowych mistrzostw Europy w Debreczynie zajęła czwarte miejsce, fani lekkoatletyki w Polsce mogli mieć nadzieję, że w końcu doczekaliśmy się godnej następczyni Artura Partyki. Nasz wybitny skoczek wzwyż, jeden z najlepszych lekkoatletów lat dziewięćdziesiątych w kraju, który w 2002 roku zakończył karierę, pozostawił po sobie pustkę w tej konkurencji. Debreczyn stanowił światełko w tunelu dla skoku wzwyż.

Rzecz w tym, że choć Lićwinko poczyniła widoczny progres i zaczęła skakać ponad 190 centymetrów, to do liderek w tej dyscyplinie wciąż sporo jej brakowało. Pomimo już ugruntowanej pozycji w kraju, Polka popadła w przeciętność. Do tego doszła kontuzja stopy, która wyeliminowała ją z całego sezonu 2011 na stadionie. Wtedy zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN doszła do wniosku, że czas na zmiany. Kamila Stepaniuk – bo tak brzmiało jej poprzednie nazwisko – po dziesięciu latach współpracy z Januszem Kuczyńskim postanowiła związać się z innym szkoleniowcem.

Trener i mąż

– W 2012 roku zaczęłam pracować z Michałem. Rok od naszej współpracy zaczęły się ogromne sukcesy. Wskoczyłam do światowej czołówki w której utrzymałam się aż do tego roku – oczywiście, z przerwą na urlop macierzyński. To był przełom w mojej karierze. Wtedy padł rekord Polski, zostałam mistrzynią uniwersjady i… żoną Michała – wspomina Lićwinko.

Michał Lićwinko w historii Kamili jest postacią kluczową. To pod jego skrzydłami Polka uwolniła pełnię potencjału. Następne lata to pasmo sukcesów, które wymieniliśmy powyżej. To rekord kraju na stadionie, wynoszący 1.99. Rekord Polski bez podziału na miejsce rozgrywania zawodów – 2.02. Ale również zwycięstwo w Uniwersjadzie w 2013 roku. A przecież miała wtedy już dwadzieścia siedem lat i nic nie zapowiadało jej progresu. Zaznaczmy, że jej poprzedni trener – Janusz Kuczyński – nie był złym szkoleniowcem. Ich problem można zawrzeć w stwierdzeniu, że coś się po prostu wypaliło. Dzięki Michałowi zawodniczka odżyła. Nie chodziło tylko o metody treningowe, ale o samo podejście do wykonywanego zawodu. Ona wtedy odzyskała radość ze skakania.

Na pracę nowego szkoleniowca zwraca uwagę również Artur Partyka: – Kariera Kamili miała dwa oblicza. Pierwsze do momentu gdy ćwiczyła z innym trenerem [Januszem Kuczyńskim – dop. red.]. Drugie, kiedy zaczęła trenować z obecnym mężem – Michałem. On dobrze dobrał środki treningowe dla Kamili, dzięki czemu ona pchnęła rekord Polski ponad granicę dwóch metrów w hali – dokładnie 2.02 w Toruniu w 2015. Jako jedyna Polka pokonała wysokość dwóch metrów i udowodniła, że to nie był przypadek. Dwa metry skoczyła sześciokrotnie. Cały czas podkreślam, że wielkie brawa należą się również Michałowi, który znalazł na Kamilę sposób. Nie tylko życiowy, ale odkrył ją również pod względem treningowym.

I być może tu należy doszukiwać się sukcesów tak owocnej współpracy. Państwo Lićwinko są stosunkowo rzadkim przykładem, kiedy to partner życiowy jest również szkoleniowcem sportowca. Przy tego rodzaju relacji, daleko wykraczającej poza czysto zawodową, nie ma mowy o braku zaufania jednej strony do drugiej. Obydwoje zawsze działali na wspólny rachunek – od trzech lat stanowią rodzinę wraz z trzyletnią córeczką, Hanią.

– Ważne jest to, że darzymy się wzajemnym zaufaniem. Wiem, że wszystko co on planuje, robi dla mojego dobra, abym mogła osiągać jak najlepsze wyniki sportowe. Mam świadomość, że zawsze mogę na niego liczyć – mówiła nam Polka przed igrzyskami, kiedy opisywaliśmy przykłady związków trenerów z zawodnikami.

Niespełniona, ale szczęśliwa

Ostatni oficjalny skok w karierze oddała podczas Opolskiego Festiwalu Skoków. Choć na początku planowała, że pożegna się z publicznością nieco wcześniej – podczas finału Diamentowej Ligi w Zurychu – to stwierdziła, że jej kariera nie może spiąć się lepszą klamrą, niż podczas opolskiego konkursu.

Lićwinko: – Janusz Trzepizur, organizator Opolskiego Festiwalu Skoków skontaktował się z Michałem i zapytał, czy nie chciałabym wystartować. Pomyśleliśmy z mężem, że tam wszystko się zaczęło – padł rekord Polski i moja kariera nabrała tempa. Zatem dlaczego tam ma się nie skończyć? Cieszę się z takiego obrotu spraw.

Zatem odchodzi jako rekordzistka Polski i medalistka wielu imprez rangi międzynarodowej. Ale medalu na najważniejszej imprezie – igrzyskach olimpijskich – nie zdobyła, choć miała na to sporą szansę. W szczególności pięć lat temu, podczas igrzysk w Rio de Janeiro. Może do Brazylii nie jechała jako murowana faworytka do medalu, ale z pewnością jako jedna z solidnych kandydatek. Dwa miesiące wcześniej wyrównała własny rekord kraju na stadionie – 1.99. To był czwarty najlepszy wynik sezonu 2016 na świecie. Powtórzenie go w Rio de Janeiro dawałoby złoto. Zaliczenie próby na 1.97 przy drugim podejściu przyniosłoby miejsce na podium. Niestety, Polka zatrzymała się na wysokości 1.93 i ostatecznie zajęła dziewiąte miejsce.

Drugą i zarazem ostatnią próbą wywalczenia medalu olimpijskiego były tegoroczne igrzyska w Tokio. Lecz tamtejszy konkurs stał na bardzo wysokim poziomie. Z wynikiem 2.04 zwyciężyła Marija Łasickiene – ta sama, z którą Kamila dzieliła najwyższy stopień podium podczas halowych mistrzostw świata w 2014 roku. Druga Nicola McDermott skokiem na 2.02 pobiła rekord Oceanii. Z kolei brązowa medalistka Jarosława Mahuczich pokonała poprzeczkę zawieszoną na dwóch metrach. Dokonała zatem czegoś, co udawało się osiągnąć Lićwinko w hali, ale nigdy nie na stadionie.

– Na pewno nie jestem spełnionym sportowcem. Nie mówię tylko o medalu olimpijskim, ale też o tym, że nie skoczyłam dwóch metrów na stadionie – kilka razy brakowało tej wisienki na torcie. Ale mimo wszystko jestem szczęśliwa. To były dwadzieścia dwa lata fajnej kariery. Medale mistrzostw świata, mistrzostw Europy, rekord Polski. Zwycięstwa w prestiżowych zawodach, takich jak Diamentowa Liga. Zatem nie odchodzę jako sportowiec spełniony, ale jako sportowiec szczęśliwy – mówi nam zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN.

Taka ocena również świadczy o ambicjach, jakie Lićwinko miała w trakcie swoich startów. I choć sama zaczyna podsumowanie od porażek, to Artur Partyka kieruje swoją uwagę bardziej w stronę pozytywów: – Kamila była bardzo skuteczna. Jest brązową medalistką mistrzostw świata na stadionie i dwukrotną medalistką halowych mistrzostw świata. Do tego dochodzi brąz na mistrzostwach Europy 2015, mistrzostwo na Uniwersjadzie. Zostawiła trwały ślad w historii, startowała na wszystkich najważniejszych imprezach. Szkoda, że już nie zobaczymy Kamilki na zawodach na najwyższym poziomie. Zresztą, komentując finał Diamentowej Ligi w którym brała udział wspominałem z nostalgią, że ona nawet w tym roku wygrała jeden z mityngów tej serii. Przez sześć-siedem lat była w światowej czołówce, co też nie jest takie proste.

A my przychylamy się do opinii naszego eksperta. Bo choć sama zawodniczka nie ocenia swojej kariery wyłącznie pozytywnie, to jednak tych radosnych chwil było znacznie więcej niż rozczarowań.

 Skok Kamili Lićwinko (wtedy jeszcze Stepaniuk) na stadionowy rekord Polski. 

Do Choroszczy? Na kawę!

Bez regularnych treningów oraz świeżo po sezonie Kamila ma więcej czasu dla siebie oraz rodziny. Nie spieszy się z powrotem do regularnych ćwiczeń. Uwierzcie, że po tylu latach codziennych treningów pójście o godzinie dziesiątej rano na zakupy zamiast na siłownię może uchodzić za formę relaksu. Była już zawodniczka chce odpocząć, korzystać z wolnych chwil. Tym bardziej, że ma czas dla siebie wtedy, kiedy mała Hania jest w przedszkolu. Później oczywiście poświęca go córeczce.

Zapytana o to, czy ma zamiar pozostać przy sporcie w formie na przykład trenerki czy ekspertki telewizyjnej odpowiada, że nie garnie się do tego rodzaju aktywności. Zaznacza również, że ma na siebie pomysł, a leniuchowanie nie będzie trwać wiecznie.

– Mam jedno marzenie, które zawsze chciałam spełnić, ale nie mogłam się temu poświęcić będąc zawodowym sportowcem. To otworzenie własnej kawiarni. Na razie idę w tym kierunku, znalazłam już odpowiednie miejsce. Teraz czekamy miesiąc żeby pewne sprawy się poukładały, jeżeli chodzi o Michała i ruszamy. Myślę, że za kilka miesięcy będę mogła was zaprosić na kawę – zdradziła nam Lićwinko.

Kawiarnia będzie znajdować się w Choroszczy – miejscowości pod Białymstokiem, w której Lićwinko mieszka. Zatem przyjmujemy zaproszenie i trzymamy kciuki za to, by za jakiś czas najsłynniejszym miejscem w mieście nie był szpital psychiatryczny, lecz lokal emerytowanej już sportsmenki.

A gdybyśmy spotkali w środku Kamilę, zapewne nieco dłużej porozmawialibyśmy o kwestii, która nieco nas frapuje…

Kto może zastąpić Lićwnko?

Niestety, ale na ten moment Polka nie ma godnych następczyń. Jakkolwiek jej dominacja na krajowym podwórku świadczyła o klasie samej zawodniczki, tak martwi fakt, że jej młodsze koleżanki wyraźnie odstają poziomem. Dość powiedzieć, że wśród Polek piętnaście najlepszych skoków w tym sezonie oddała właśnie Lićwinko. Następna na liście znajduje się Wiktoria Miąso z wynikiem 1.87 oraz Adrianna Sułek, której rekord w skoku wzwyż wynosi 1.86. Przy czym ta druga to wieloboistka. Zatem z kandydatek, które mogłyby reprezentować Polskę na zawodach rangi międzynarodowej mamy tylko Wiktorię.

Nasza mistrzyni zdaje się jednak z optymizmem patrzeć w przyszłość polskiego skoku wzwyż: – Mam nadzieję, że Wiktoria zajmie moje miejsce i przejmie pałeczkę – jej symboliczne przekazanie było w Opolu. Bardzo fajnie skakała – pokonała 186 centymetrów, miała niezłe próby na 190. Jest ambitna, liczę na to, że uda jej się wysoko skakać i będzie komu kibicować na imprezach rangi międzynarodowej.

Jednak Artur Partyka spogląda na kwestię potencjalnych następczyń nieco chłodniejszym okiem: – Nie wiem, co będzie dalej. Oby nie było tak, jak ze skokiem o tyczce kobiet, gdzie Monika Pyrek i Anna Rogowska zakończyły kariery i w tej konkurencji zrobiła się dziura. Myślę, że będziemy musieli poczekać dwa-trzy sezony na zawodniczkę, która pobije granicę 1.90. Ale akurat w skoku wzwyż zdarzają się sytuacje, że nagle się ktoś pojawia. Ciężko jest zastąpić najlepszych, którzy kończą kariery. Zatem będziemy musieli uzbroić się w cierpliwość.

Wiktoria Miąso. Fot. Newspix

Sami skłaniamy się bardziej ku opinii Partyki. Lecz bynajmniej nie jest tak, że skreślamy Wiktorię – wręcz przeciwnie. Po prostu dajmy jej czas na rozwój swoich umiejętności. Ma dopiero dziewiętnaście lat i porównując jej wyniki z rezultatami Kamili, gdy ta była w jej wieku, widać potencjał na zawodniczkę o podobnym poziomie. Miąso notuje też porównywalne wyniki. W tym roku podczas młodzieżowych mistrzostw Europy w Tallinie zajęła piąte miejsce, skacząc 1.85. W 2007 roku w Debreczynie Kamila była czwarta, skacząc o jeden centymetr wyżej. Ale miała wtedy dwadzieścia jeden lat. A dwa lata różnicy to sporo w kategorii młodzieżowców.

Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak liczyć na to, że podobnie jak Kamila Lićwinko kiedyś, Weronika Miąso również wystrzeli i godnie zastąpi swoją rodaczkę. Oraz na to, że pojawi się w światowej czołówce szybciej, niż zrobiła to Kamila.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez