Jóźwik i Haratyk rozpoczęli sezon, ale gwiazdą dnia był Duplantis

Jóźwik i Haratyk rozpoczęli sezon, ale gwiazdą dnia był Duplantis

Sporo dziś działo się w świecie lekkiej atletyki. Dwa mityngi we Francji, impreza w Barcelonie, Spale, Toruniu… Niemal wszędzie wydarzyło się zresztą coś wartego uwagi, zwłaszcza z naszej perspektywy. Choć ozdobą dnia był akurat konkurs tyczkarzy, gdzie Polaków zabrakło. Zostawimy go sobie jednak na koniec. A zaczniemy od naszych reprezentantów. 

Start!

Sezon halowy tak naprawdę dopiero się rozkręca. Widać to zwłaszcza po tym, że wielu sportowców albo dopiero zaliczało pierwsze starty, albo jeszcze ich w ogóle nie ma na koncie. Dziś, właściwie w całej Europie, rok 2021 w lekkiej atletyce inaugurowali Polacy. Zaczęło się od Spały, gdzie najważniejszym punktem dnia był start Michała Haratyka w konkursie pchnięcia kulą.

Nasz czołowy kulomiot pokazał się z dobrej strony. Jego 21,21 m oczywiście nie jest odległością przesadnie imponującą wobec wyczynów najgroźniejszych rywali – na czele z Ryanem Crouserem – ale w skali europejskiej to już całkiem niezły wyczyn. W tym roku, jak na razie, drugi na europejskich listach. Słabiej pchał w Barcelonie Konrad Bukowiecki, który osiągnął 20,46 m, co nie dało mu jeszcze minimum na Halowe Mistrzostwa Europy.

Wracali do rywalizacji też średniodystansowcy, na czele z Marcinem Lewandowskim, który biegał już wcześniej w tym sezonie, ale na 3000 metrów. Dziś wystartował w Metz, gdzie bieg na swoim koronnym dystansie, 1500 metrów, ukończył na czwartym miejscu. Polak za dużo  do najlepszych stracił w pierwszej części dystansu, ale ze swojego wyniku – 3:39.06 – może być zadowolony. To piąty w tej chwili rezultat na świecie. Nieźle pobiegł też Michał Rozmys (3:39.48), a zdecydowanie pozytywnie zaskoczyła forma Joanny Jóźwik. Nasza czołowa biegaczka na osiemset metrów od kilku lat męczyła się z kolejnymi urazami. Pierwszy start w 2021 roku musi jednak zaliczyć do udanych – w swoim biegu we Francji zajęła trzecie miejsce, wypełniła minimum na HME i pokazała, że nadal może liczyć się w stawce. Choć w międzyczasie wyrastać zaczęło jej nowe pokolenie rywalek.

Młodzież daje radę

Warto podkreślić, że i w Polsce mamy grono utalentowanych lekkoatletów i lekkoatletek. Część z nich też się dziś prezentowała. Świetne rezultaty w biegu na 60 metrów przez płotki (niższe, dostosowane do juniorów) notuje Jakub Szymański, który w tym sezonie ma na razie sześć najlepszych wyników na świecie w swojej kategorii wiekowej. Kornelia Lesiewicz pobiła za to swój rekord życiowy i rekord Polski juniorek na 300 metrów (od dziś wynosi on 37.33). Wiadomo, to nietypowy dystans, ale pokonała w biegu m.in. Patrycję Wyciszkiewicz-Zawadzką z Grupy Sportowej ORLEN, a to już coś. Za tydzień Lesiewicz ma debiutować na 400 metrach pod dachem. Warto będzie zwrócić na ten bieg uwagę.

Dodajmy do tego Annę Matuszewicz, która w skoku w dal osiągnęła 6,20 m i pobiła życiówkę o 15 centymetrów (najlepszy wynik polskiej juniorki w hali od 19 lat!). Dodajmy rekord życiowy w skoku wzwyż w wykonaniu Wiktorii Miąso. Jej 185 centymetrów to najlepszy wynik w Polsce w tym sezonie, ex aequo z Kamilą Lićwinko z Grupy Sportowej ORLEN. Dodajmy dobry wynik Krzysztofa Różnickiego na 400 metrów, czy też świetny bieg Macieja Wyderki na 600 metrów (drugi najlepszy w historii występów polskich juniorów na tym dystansie, lepszy jest tylko… Różnicki). Dodajmy na koniec Mateusza Kołodziejskiego i jego rekord życiowy w skoku wzwyż – 2.21 – równocześnie będący najlepszym w tym sezonie wynikiem na świecie wśród juniorów.

Wszystkie te osoby nie mają jeszcze nawet 20 lat. A na koniec, dla kontrastu, napiszmy o wyniku Anety Lemiesz – biegaczki starszej od dodanego do siebie wieku dowolnych dwóch osób przywołanych w poprzednich dwóch akapitach. Ona wykręciła dziś rekord świata na 400 metrów w kategorii weteranek (+40).

Wysokie loty 

Mimo takich wyników Polaków najciekawsze rzeczy działy się jednak wieczorem, gdy rozpoczęły się konkursy tyczkarzy i tyczkarek we francuskim Rouen. Aż czterech zawodników skoczyło tam 5,93 m i atakowało poprzeczkę zawieszoną o 10 centymetrów wyżej. Byli to Armand Duplantis, Renaud Lavillenie (do dziś liderujący na listach światowych), Sam Kendricks i… Christopher Nilsen, który był największą niespodzianką dnia.

22-letni Nilsen do życiówki (5,95 m) co prawda nie doskoczył, ale stylem, w jakim dziś rywalizował (do 6,03 wszystkie wysokości zaliczał w pierwszych próbach), udowodnił, że za chwilę może stać się kolejnym pretendentem do medalu olimpijskiego w Tokio. To zresztą kolejny dowód na to, jak rośnie poziom światowej tyczki u mężczyzn. Od początku 2019 roku już dziesięciu tyczkarzy przeskoczyło co najmniej 5,90 m. Czterech osiągnęło sześć metrów, a przewodził im bijący rekordy Armand Duplantis. Jeśli ten trend się nie zmieni, możliwe, że w Tokio sześć metrów nie tylko nie da złota, ale nawet medalu. A to byłoby coś niesamowitego.

Dziś “szóstka” akurat zapewniła Szwedowi zwycięstwo. Jako jedyny skoczył 6,03 m, a potem atakował własny rekord świata. Okazało się jednak, że jeszcze nie jest w formie na to, by go pobić. Podkreślamy: jeszcze. Bo ten gość to petarda. Gdy tylko wszystko zgra, wystrzeli. Co do tego nie mamy najmniejszych wątpliwości i ani trochę nas nie zdziwi, jeśli jeszcze tej zimy poprawi rekord świata. Kto wie, może znów zrobi to w Toruniu? W zeszłym sezonie to tam po raz pierwszy stał się rekordzistą świata. W tym sezonie w mieście Kopernika odbędą się Halowe Mistrzostwa Europy. Pod dachem lepszej okazji do pobicia najlepszego w historii wyniku nie będzie.

Duplantis z pewnością to wie. I liczymy, że ten rekord faktycznie właśnie tam poprawi. Jak już ma się dziać, to niech dzieje się w Polsce.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez