Lekcja życia, lekcja sportu. O Polakach, którzy podbijali Stany

Lekcja życia, lekcja sportu. O Polakach, którzy podbijali Stany

Zazwyczaj zaczyna się podobnie. Mamy zdolnego sportowca, którego talent dostrzega odpowiedni człowiek. Potem ma miejsce kilka rozmów, kilka telefonów i nagle na stół pada propozycja. Propozycja, która piorunujące wrażenie robiła już lata temu i bądźmy szczerzy, robi do dzisiaj. Mowa o wyjeździe na studia do Stanów Zjednoczonych, gdzie młody zawodnik stanie przed szansą łączenia nauki z karierą sportową.

Co dalej? Cóż, do odważnych świat należy. A tej cechy nie zabrakło m.in koszykarzom Maciejowi Zielińskiemu i  Michałowi Ignerskiemu oraz pływakom Marcinowi Cieślakowi i Pawłowi Wernerowi. Absolwenci amerykańskich uczelni wspominają w rozmowie z nami swoje przygody zza oceanu.

Kontakt

– Przede mną w Providence grał Jacek Duda. Poniekąd pomógł mi się tam dostać, bo tamtejsi trenerzy sporo się go o mnie pytali – mówi Maciej Zieliński. – Potem przylecieli do Polski, kiedy brałem udział w meczach młodzieżowej kadry. I widocznie zrobiłem na nich wrażenie, bo stamtąd sprawy potoczyły się już szybko.

Polski koszykarz na uczelnię Providence trafił w 1992 roku, w wieku 21 lat. To przypadek niespotykany, bo w tamtym czasie był już dwukrotnym seniorskim mistrzem Polski w barwach Śląska Wrocław. A na dodatek o swoim wyjeździe… nie poinformował władz klubu. – Opuściłem kraj już po upadku komuny, ale Śląsk wciąż był klubem wojskowym. Nie wiem, jak by się to potoczyło, gdybym przyszedł z taką sprawą do gabinetu. Wyraziliby zgodę na mój wyjazd, a może wysłali na poligon? Ciężko stwierdzić. Dla mnie to była olbrzymia szansa, bo mogłem w Stanach nie tylko grać w koszykówkę, ale też skończyć studia. W Polsce byłem dwa razy wyrzucany z AWF-u, bo opuszczałem za dużo zajęć.

Nie mówimy jednak o pełnej “dezercji”. Tuż po zameldowaniu się w Ameryce polski koszykarz napisał list zaadresowany do PZKosza, w którym zapewnił, że po skończeniu studiów będzie ponownie grał dla Śląska oraz reprezentacji Polski. – Wszystko zostało dogadane, obyło się bez żadnych perturbacji – zaznacza Zieliński.

Nie był pierwszym, nie był ostatnim. Siedem lat później na tę samą ścieżkę kariery zdecydował się inny utalentowany koszykarz, późniejszy wielokrotny reprezentant Polski, Michał Ignerski. – Miałem możliwość pozostania w Polsce, podpisania całkiem niezłego kontraktu. Marzenie o życiu w Stanach jednak od zawsze gdzieś siedziało mi w głowie. Do tego doszła sugestia mojego taty, który koszykówce poświęcił całe życie. Powiedział, że fajnie byłoby, gdybym mógł się realizować sportowo, ale też skończyć studia.

– Ludzie dzwonili, ale mój angielski stał na takim poziomie, że komunikacja była mocno ograniczona – kontynuuje Ignerski. – Pomagał mi Ryszard Pietruszak, trener młodzieżowej kadry, który miał okazję być kilka razy w Stanach. To on zdecydował, że najlepszym wyborem będzie dla mnie Oklahoma i “Junior College” z niższym, policealnym nauczaniem. Tak, żebym zaaklimatyzował się, zdał wszystkie egzaminy, a następnie przeniósł do pierwszej dywizji NCAA. Do tego mówił, że to centralne południe Stanów: ludzie są trochę inni, życie jest spowolnione. Cóż, wybory wtedy opierały się na czuciu i poniekąd stereotypach.

Stany Zjednoczone są nie tylko kolebką koszykówki, ale i pływania. Najlepsi amerykańscy przedstawiciele tej dyscypliny tuż po skończeniu szkoły średniej zazwyczaj decydują się na czteroletnie studia. Tego kroku nie pominęli Michael Phelps oraz drugi najbardziej utytułowany (pod względem liczby medali igrzysk) pływak w historii – Ryan Lochte, który jest absolwentem Florida University. Podobnie zresztą jak Caeleb Dressel – najwybitniejszy przedstawiciel młodego pokolenia, również studiujący niegdyś na Florydzie.

W tych samych uczelnianych barwach mogliśmy oglądać również Polaków, w tym Marcina Cieślaka – medalistę mistrzostw Europy na krótkim basenie z 2019 roku oraz olimpijczyka z Londynu. – Pomysł na studia w Stanach pojawił się, kiedy miałem 15 lat. Całe liceum wiedziałem więc, że muszę się dobrze uczyć angielskiego. Kontrolowałem też wymogi, które muszę spełnić, aby przejść rekrutację. Skontaktowałem się z Bartkiem Kizierowskim, który znał wielu ludzi w Ameryce, on połączył mnie z kilkoma trenerami. Zacząłem z nimi rozmawiać, zrobiłem trochę researchu online i po pewnym czasie postawiłem na Florydę.

Rok później dołączył do niego Paweł Werner, późniejszy olimpijczyk z Rio De Janeiro. – Zwróciłem na siebie uwagę na juniorskich mistrzostwach świata w 2011 roku, kiedy zdobyłem srebrne dwa medale. Dotarło do mnie jedenaście ofert, wybrałem tę z Uniwersytetu Florydy. W 2012 roku udałem się tam już jako zadeklarowany student. Nie odbyłem wcześniej żadnej rozpoznawczej wizyty. Są opcje, w których uczelnie oferują weekendowe zapoznanie się z kampusem, ale ja nie za bardzo miałem na to czas. Byłem w roku maturalnym, a do tego przygotowywałem się do igrzysk olimpijskich.

Pierwsze kroki

– Pamiętam to, jak dzisiaj. Żegnałem się z rodziną w Warszawie, przechodziłem przez bramki na lotnisku i tłumaczyłem sobie: wylatuję, nie będzie mnie tu cztery miesiące, nie będę nikogo widział. Na dobrą sprawę kompletnie nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale wiara rodziców, wiara w samego siebie, nie dały mi się zatrzymać. Wiedziałem, że jak będzie źle, to zawsze mogę wrócić. Nie zamykam żadnej furtki – mówi Ignerski, ale takie myśli towarzyszyły zapewne im wszystkim.

Jak może czuć się nastoletni człowiek, który nagle ląduje na drugim krańcu świata, z dala od rodziny, przyjaciół i wszystkiego, co mu bliskie? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Trzeba po prostu to przeżyć na własnej skórze.

Ignerski: – Wysiadłem po dwudziestu kilku godzinach podróży. Odebrali mnie z lotniska, zawieźli do akademika. Od razu poszedłem spać. Rano otworzyłem oczy i okazało się, że wylądowałem w jakieś rdzennej indiańskiej szkole. Niewielkiej i dość bogatej uczelni umiejscowionej w małym miasteczku. Byłem w szoku. Mieszkałem w męskim akademiku, w którym były wymieszane wszystkie narodowości świata… miałem kolegę z Litwy, Chin, Brazylii, do tego pełno Indian i Afroamerykanów.

Werner: – Na pierwsze trzy dni na kampusie przygarnął mnie kapitan drużyny uniwersyteckiej, który nawet oddał mi swoje łóżko. To było naprawdę miłe i zaskakujące. Gość, który mnie kompletnie nie znał, bez wahania przyjął mnie do swojego, jakby nie patrzeć, domu. Już wtedy wiedziałem, że nie dadzą mi tu “utonąć”.

Cieślak: – Miałem poczucie, może nie lęku, ale kompletnej nowości. Nagle spotykasz czterdzieści nowych osób, z którymi będziesz pływał, trenował i widywał się każdego dnia. Pochodzą z całego świata, a łączy ich jedno: miłość do sportu. Pamiętam, że początki były bardzo intensywne. Duże wrażenie zrobił na mnie kampus, prosiłem moich nowych znajomych, żeby mnie po nim oprowadzali.

Gdyby polecieli do Stanów wyłącznie dla sportu, pewnie obyłoby się bez konieczności szlifowania angielskiego. Znajdziemy przykłady wielu profesjonalnych zawodników, którzy mieszkali w obcym kraju, znając co najwyżej podstawy miejscowego języka. Oni jednak nie mogli sobie na to pozwolić. Musieli nie tylko trenować czy zaliczać wpisy w dzienniku obecności, ale po prostu żyć.

– No uczyłem się w Polsce, ale ten mój angielski był dramatyczny (śmiech). Powiedzmy, że… zapewniałem swoimi wypowiedziami sporo radości nowym kolegom – mówi Zieliński. Po pewnym czasie koszykarz wysławiał się już całkiem sprawnie, a do tego dysponował charakterystycznym akcentem, zaczerpniętym wprost z szatni. – Przez pierwsze dwa lata w Providence w zespole było razem ze mną z dwóch, trzech białych zawodników, a resztę stanowili Afroamerykanie. Siłą rzeczy uczyłem się mówić, tak jak oni mówią. I nawet nie wiedziałem, że tak wyszło, bo skąd? Dopiero po pewnym czasie zwracano mi uwagę, jak specyficznie gadam. Miałem parę śmiesznych sytuacji.

Język początkowo stanowił problem również dla Ignerskiego, który uczył się go w liceum. Inaczej wyglądało to u Cieślaka, ale i jemu przystosowanie zajęło trochę czasu: – W liceum przygotowywałem się do różnych egzaminów z angielskiego. Miałem choćby zajęcia z native speakerami i szczerze, podczas różnych juniorskich zawodów międzynarodowych, dogadywałem się bez problemu. Ale faktycznie, jak lądujesz w nowym środowisku, to wszystko wskakuje za zupełnie nowy poziom. Wtóruje mu Werner: – Musiałem się nieco przestawić, zacząć bardziej myśleć po angielsku, zamiast tłumaczyć sobie w głowie słowa na polski.

Gdy zapytamy przeciętnego fana sportu o “NCAA”, od razu skojarzy ten skrót z koszykówką. Nieprzypadkowo. Większości profesjonalnych amerykańskich koszykarzy nie ominęła akademicka przygoda. Ale o ile kilkadziesiąt lat temu przyszli zawodnicy NBA jeszcze kończyli studia, teraz traktują je wyłącznie jako przystanek. Bardziej przygotowują się do profesjonalnej kariery, niż błyszczą punktualnością na wykładach. – Ryan Randle, z którym grałem w Śląsku zaraz po powrocie ze Stanów, wspominał, że do szkoły to praktycznie nie chodził (śmiech). Takie przypadki się oczywiście zdarzały. Kwestia, na jaką uczelnię trafisz – mówi Michał Ignerski.

Ignerski (po lewej) i Randle (po prawej) już po studiach, w barwach Śląska Wrocław

Polscy studenci nie mogli pozwolić sobie jednak na żadną labę. – Mieliśmy trening rano, przed zajęciami. Jeśli je z jakiegoś powodu opuszczałeś, to dało się nadrobić, nikt nie miał pretensji. Jednak zdecydowanie pamiętano o nauce. Jak twoja średnia ocen spadała poniżej normy, to nie mogłeś grać w meczach – zaznacza Zieliński. – Wiadomo, że jak jechaliśmy na zawody, to dawano nam możliwość zaliczania egzaminów we wcześniejszym albo późniejszym terminie. To samo z wysyłaniem prac i referatów. Ale żadne większe ustępstwa nie miały miejsca. Ja zresztą uczyłem się zawsze bardzo dobrze, w Stanach się to nie zmieniło – podkreśla Werner.

Nie chcesz się uczyć, to się nie ucz, najwyżej się pożegnamy – mówimy o niepisanej zasadzie, która przyświeca relacji studentów z wykładowcami. Uniwersyteccy trenerzy patrzą jednak również na swój interes. Jeśli ich zawodnik zawala szkołę, to automatycznie wypada też z grupy sportowej. O  ciekawych metodach zaobserwowanych w Mississipi State opowiada Michał Ignerski: – Trenerzy mieli ludzi, którzy chodzili wyrywkowo od klasy do klasy i sprawdzali, co sportowcy robią na zajęcia. Śpią? Nie są skupieni? A może się spóźniają na zajęcia lub je opuszczają? Jak się u nas to zdarzało któryś raz, to spotykaliśmy się z trenerem od przygotowania fizycznego o czwartej, piątej nad ranem. I mieliśmy prawdziwy zajazd. Wybijali nam głupie pomysły z głowy niczym w wojsku! Mnie najgorsze ćwiczenia na szczęście omijały, musiałem się co najwyżej przebiec kilka razy, ale niektórzy koledzy faktycznie przechodzili przez katorgę. I powiem brzydko: wymiotowali dalej, niż widzieli (śmiech).

Bariery

Żyjemy w czasach, w których dystans nie stanowi żadnej przeszkody. Wysyłanie wiadomości za pośrednictwem choćby facebooka zajmuje nam kilka sekund, a zadzwonić możemy do każdego miejsca na ziemi, bez strachu przed przerażającą opłatą. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych czy nawet na początku XXI wieku, cała komunikacja między krajami opierała się jednak na wysyłaniu listów pocztą. – Moja rodzina dostawała je tydzień, dwa tygodnie później. Tak się wymieniało informacjami… Pierwszy rok był więc strasznie ciężki – wspomina Ignerski. – Na drugim roku dowiedziałem się, że w Nowym Jorku istnieją specjalne karty do dzwonienia. Wcześniej 5-minutowy telefon kosztował mnie 5 dolarów, a tam za 5 dolarów mogłem rozmawiać godzinę. To był przełom. Od tego momentu złapałem oddech.

Nieco inaczej sprawa przedstawiała się u Zielińskiego. – Mieszkałem z żoną oraz synem Michałem poza kampusem. Trzeba było nazbierać na samochód, bo bez niego dziwnie na człowieka patrzą. Kupiliśmy więc starego Oldmobile’a, który się cały czas rozpadał, ale miał ten amerykański urok. Czy występowały problemy z aklimatyzacją? Jasne. To też były inne czasy, trudno było się skontaktować z kimś z Polski. Telefon do kraju kosztował majątek, więc zostały paczki i listy. Inny świat.

Inny świat, ale właśnie: jaki? Mówi się, że w Stanach (a w szczególności Teksasie) wszystko jest większe. Dokładnie takiego wrażenia nie mógł pozbyć się Paweł Werner: – Przez pierwsze kilka tygodni wszystko wydawało mi się olbrzymie. Samochody, budynki, obiekty treningowe, porcje jedzenia. Pamiętam, że jak po raz pierwszy poszedłem do restauracji, to nie mogłem skończyć swojego zamówienia: wypakowanej po brzegi kanapki. Nieco w stylu Subwaya, ale takiej w Europie raczej nie zjemy.

– W oczy rzucał się brak bariery wiekowej. Nawet starsze osoby zwracały się do ciebie w niezwykle przyjacielski sposób, witając się w stylu: hej, co słychać – mówi dalej Werner. – To było dla mnie zaskakujące, bo jednak w Polsce cały czas używamy form grzecznościowych, jak “pan, pani”. Nie chodziło o brak szacunku, relacje międzyludzkie były tam po prostu bardzo luźne.

Trzeba pamiętać, że mówimy o czwartym co do wielkości kraju świata. Zależnie od tego, do jakiego stanu trafisz, mogą cię spotkać różne sytuacje, choćby klimatyczne. – Podczas pierwszych dwóch lat w Oklahomie największym szokiem była pogoda. Wilgotność powietrza dochodziła czasami do 100%. Tornada i burze zdarzały się na porządku dziennym. Niejednokrotnie wieczorem siedzieliśmy przed telewizorem i tylko czekaliśmy, aż włączy się syrena. Wtedy całym akademikiem biegliśmy do schronu. A czasami nie biegliśmy i wiatr, który przychodził, potrafił nam wybijać szyby w oknach – wspomina Ignerski.

Marcin Cieślak pływający w uniwersyteckim czepku

Jeśli chodzi o sam sport, zasadnicza różnica między Stanami a Polską leży w specyfice treningów. Koszykówka, pływanie czy bejsbol albo futbol amerykański. Nieważne, o jakiej dyscyplinie mówimy amerykańskie uczelnie charakteryzują się pieczołowitym przygotowywaniem fizycznym swoich sportowców.

Zieliński: – Kiedy wyjeżdżałem, polska koszykówka była jeszcze bardzo radosna. Nikt nie zwracał większej uwagi na obronę. W Stanach wręcz przeciwnie – defensywa oraz fizyczność uchodziły za podstawę. Początki na siłowni to była dla mnie rzeźnia. I to mimo tego, że byłem w dobrej formie, a nie że nie trenowałem i nagle wpadłem, jak śliwka w kompot. Wydawało mi się, że będzie wszystko okej, a miałem takie zakwasy, że nie mogłem się ruszać.

Werner: – Odniosłem wrażenie, że w Stanach kładzie się znacznie większy nacisk na trening siłowy oraz poza wodą. Nasza drużyna miała trzy treningi w tygodniu na siłowni. A dodatkowo po niektórych treningach na basenie, szliśmy na salę, gdzie odbywaliśmy kolejne zajęcia “lądowe”, skupiające się na rozwijaniu parametrów siłowych. Początkowo byłem mocno przytłoczony, bo przed przylotem do Stanów nie trenowałem regularnie rwania i podrzutu.

Cieślak: – W naszej grupie było z kilkudziesięciu pływaków, wszyscy na wysokim poziomie. Przez to do treningów podchodziło się często jak do zawodów. Koncentrujesz się, przygotowujesz do pływania na nich, bo wiesz, że będzie dużo wyścigów i rywalizacji. To jak kula śnieżna – każdy każdego napędza. Wyniki na treningach bywały naprawdę kosmiczne, często zbliżone do życiówki.

Pamięć

– Każdy chciał się rozwijać jako pływak, ale celowaliśmy też w laury drużynowe. Na moim debiutanckim roku po raz pierwszy od chyba dwudziestu lat udało nam się wygrać konferencję. Od tego zaczęło się pasmo zwycięstw Florydy, bo w kolejnych trzech sezonach również byliśmy najlepsi – wspomina Werner. – W 2013 roku wygraliśmy również sztafetę 4×200 kraulem na mistrzostwach ligi, w której oprócz mnie brał udział Marcin. Cieszyłem się, że mogę przeżywać te chwile z rodakiem.

Zieliński i Ignerski podobnych sukcesów nie odnieśli, ale obaj brali udział w “March Madness”, finałowym turnieju koszykarskiej ligi NCAA. Choć tak daleko, jak Przemek Karnowski – finalista rozgrywek z 2017 roku w barwach Gonzagi, zajść im się nie udało. W głowie nie pozostały im jednak same mecze i kwestie sportowe, a niepowtarzalna atmosfera towarzysząca uczelnianym rozgrywkom: – Podejście było bardzo familijne. Trenerzy, zawodnicy, pracownicy biura – wszyscy są jedną wielką rodziną. Do tego dochodzą studenci, którzy mają w sobie pewnego rodzaju lokalny patriotyzm. I nawet kiedy kończą studia, to kibicami pozostają na całe życie. Istnieją zresztą stowarzyszenia absolwentów, którzy co roku spotykają się na zlotach. Kto chce, ten wpłaca pieniądze na uczelnię. U nas takie przywiązanie czasem ma miejsce, czasem nie.

Maciej Zieliński, Providence 1992-1995: – Stany to koszykarska ziemia obiecana. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że tam absolutnie nie ma litości. Pojedziesz, zdobędziesz stypendium, ale na twoje miejsce czeka trzy tysiące innych graczy. Nie traktują cię na zasadzie: o, super, że jesteś. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, to albo nie będziesz grał, albo nawet wrócisz do domu. Nikt się nie patyczkuje.

Michał Ignerski, Bacone Junior College 1999-2000, Eastern Oklahoma JC 2000-2001, Mississipi State 2001-2003: – Nie wiem, co z perspektywy czasu było lepszym wyborem. Nie miałem oferty, która pozwoliłaby mi zostać w Polsce i grać regularnie w ekipie pokroju Śląska Wrocław. Wyjechałem, zaryzykowałem i nie mogę powiedzieć, że żałuję. Była to szkoła charakteru, która przygotowała mnie na życie. W kolejnych latach żaden owiany niesławą trener w Europie, nawet Andrej Urlep, nie potrafił mnie zajechać na treningach.

Marcin Cieślak, Uniwersytet Florydy 2010-2015: – Jeśli jesteśmy kimś, komu zależy na poszerzaniu horyzontów akademickich, to tak, bez wątpienia warto. W Polsce raczej nie ma alternatyw, które pozwalają na wygodne połączenie sportu z nauką. Ale kiedy bardziej zależy ci na profesjonalnym sporcie i tylko wyłącznie wynikach, to praca z własnym trenerem w Polsce też nie jest złym rozwiązaniem.

Paweł Werner, Uniwersytet Florydy 2012-2016: – Znalazłem się w obcym kraju i musiałem ułożyć sobie życie. To niezwykle cenne doświadczenie, które polecam, polecałem i będę polecać. Otoczka wokół sportu w tym kraju jest czymś niesamowitym.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez