LeBron dalej goni ducha, ale nie tylko w sporcie

LeBron dalej goni ducha, ale nie tylko w sporcie

Nie mogło być inaczej. Kolejne mistrzostwo, które zagościło w dorobku LeBrona Jamesa, przywołało doskonale znaną dyskusję: kto jest najlepszym koszykarzem wszech czasów? Sam zawodnik przybrał właśnie ciekawą taktykę, odcinając się od dywagacji. Kwestia tego, czy wreszcie prześcignął Michaela Jordana, może zdawać się jednak tracić na znaczeniu, bo obaj zawodnicy już dawno zaatakowali inne dziedziny życia, niż sport. 

Choć urodził się w rozbitej rodzinie, której nieobca była bieda, może już nie pamiętać, jak to jest nie być sławnym. Sportowe media zawiesiły na nim oko, kiedy chodził do szkoły średniej. Od tego momentu jego kariera pędziła jak lokomotywa. Te porównania do największych, oczekiwania, olbrzymia presja, ciągną się za nim zatem od prawie dwudziestu lat.

Pytania, które po wielkim sukcesie Los Angeles Lakers, znowu wypłynęły na powierzchnię, nie mogły LeBrona niczym zaskoczyć. Miejsce na szczycie historycznej hierarchii przepowiadano mu przecież, zanim jeszcze trafił do NBA, a w czasie kariery stopniowo się po niej wspinał. Wreszcie, w 2016 roku, po tym, jak doprowadził Cleveland Cavaliers do mistrzostwa, pojawiły się nieśmiałe głosy: czy oglądamy najlepszego koszykarza w historii?

Głód

Teraz, po tym jak w weekend zdobył mistrzostwo z Los Angeles Lakers, są, naturalnie, jeszcze liczniejsze. Docierają również do samego zainteresowanego, który tuż po ceremonii powiedział: – Nie unikniemy debat. Możecie o tym gadać, ja też będę to robił wraz z moimi ludźmi, w zaciszu domowym. Ale niczego wam nie powiem. Wiecie, jak bardzo kocham Michaela Jordana, noszę “23” na plecach ze względu na niego.

Te słowa nieco kłócą się z tym, co sam ogłosił cztery lata temu na łamach “Sports Illustrated”. – Moją motywacją jest ten duch, którego gonię. Duch, który grał w Chicago.

Skąd ta rozbieżność? Możemy spekulować. LeBron uznał, że lepiej skupić się na grze, bo nie słowa, a wygrywanie kolejnych mistrzostw doprowadzi go na szczyt? Może zdaje sobie sprawę, że jest bliski tytułu najlepszego wszech czasów? I – z jego strony – nie ma co bawić się w żadne zaczepki, żadne opinie (choć w międzyczasie zdarzyło mu się takie wystosowywać, choćby w programie “More Than Athlete”, w którym powiedział, że tytuł z Cavaliers sprawił, że poczuł się jak najlepszy gracz wszech czasów)? A może zwyczajnie z tego wszystkiego wyrósł?

Na ostatnie pytanie trudno odpowiedzieć twierdząco, bo co innego może motywować multimilionera, wielokrotnego mistrza NBA i zdobywcę statuetek MVP, niż pościg za mianem najlepszego reprezentanta swojej dyscypliny w historii? Choć z perspektywy osoby patrzącej na sprawę z dystansu może się to wydawać nieco niezrozumiałe – najwybitniejszym sportowcom faktycznie zależy na tego typu określeniach.

Weźmy za przykład niedawne wypowiedzi Novaka Djokovica, który w niedzielę przegrał finał Roland Garros z Rafaelem Nadalem. 33-letni serbski tenisista, zapytany, czy nie sądzi, że na prześcignięcie Hiszpana i Rogera Federera w liczbie wielkoszlemowych tytułów, nie jest już przypadkiem za późno, odparł: – Gdybym myślał, że jest za późno, zakończyłbym karierę w tym momencie.

Trudno przypuszczać, żeby LeBron nie podzielał podobnej motywacji, tego “głodu” w kolekcjonowaniu tytułów i, właśnie, wspinaniu się w historycznych zestawieniach. Według wielu została mu już tylko jedna przeszkoda do przeskoczenia – właśnie Michael Jordan. Choćby w tegorocznym rankingu ESPN, które zabawiło się w tworzenie listy najlepszych koszykarzy wszech czasów, skrzydłowy ustąpił wyłącznie byłemu zawodnikowi Chicago Bulls. A było to jeszcze przed tym, jak zdobył tytuł z Lakers.

O zdanie pytamy Krzysztofa Sendeckiego, komentatora koszykówki w Sportklubie: – Wydaje mi się, że ta rywalizacja zawsze będzie. To, co mówi LeBron, jako człowiek coraz starszy, zajmujący się masą rzeczy poza sportem, to jedna rzecz, ale jako koszykarz ciągle tego Jordana będzie gdzieś goni. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek sam powiedział w mediach: tak, jestem lepszy od Jordana. Może Kobe Bryant był swego czasu takim bezczelnym, młodym gościem, który mógł powiedzieć: jestem najlepszy. James jest trochę innym człowiekiem – on tego nie powie, a jak dokładnie myśli, nie wiemy. Ale mimo tego, że może sugerować, aby debatami zajęli się inni, wciąż wydaje się nastawiany na rywalizację z Jordanem i jego rekordami. Na końcu LeBron jest na pewno absolutnie wielki i nikomu już nie musi niczego udowadniać.

Duch

Ktokolwiek, kto będzie chciał go gonić, czy mówimy o LeBronie, czy jakimkolwiek innym koszykarzu, który występuje obecnie albo pojawi się w przyszłości, zmierzy się z tym samym problemem. Duch, czyli Michael Jordan, ma za sobą karierę, do której naprawdę trudno nawiązać. Rzecz w tym, że jest niemal perfekcyjna.

Od kiedy wszedł na szczyt – w 1991 roku – praktycznie z niego nie schodził. W sezonach, które rozegrał potem w pełni (czyli odejmując okres 1993-1995) zgarniał pełną pulę. Sześć wizyt w finałach NBA i sześć mistrzostw. To kosmos – bo mówimy o rywalizacji z ludźmi, którzy podzielają twoje ambicje i zrobią wszystko, abyś wreszcie się potknął, zszedł z tronu choćby na jeden rok. Jordan tego po prostu nie robił.

Dodajmy do tego dziesięć tytułów najlepszego strzelca ligi, pięć statuetek MVP (niektórzy uważają, że mogło być spokojnie więcej, ale dziennikarzom znudziło się przyznawanie ich temu samemu człowiekowi) czy współtworzenie legendarnego Dream Teamu i wyjdzie nam praktycznie idealna przygoda z pomarańczową piłką. Wyraźnie podzielona na segmenty – piorunujące wejście do ligi, czas indywidualnych popisów i odbijania się od bardziej doświadczonych zespołów oraz sześcioletnie królowanie.

– Od początku lat dziewięćdziesiątych faktycznie wszystko wychodziło mu bezbłędnie – mówi nam Krzysztof Sendecki. – W finałach zawsze był numerem jeden, a karierę – nie licząc dwóch lat w Wizards – skończył kultowym, zwycięskim rzutem przeciwko Utah Jazz. Do tego trafił na czasy, które się już nie powtórzą. Kiedy upadała komuna, a koszykówka rozrastała się na cały świat i był na nią wielki “boom”. Dzisiaj czegoś takiego już nie będzie. Mimo tego, że LeBron jest wielki, ta oglądalność w telewizji ostatnio nie zachwycała, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. To trochę, biorąc przykład z naszego podwórka, jak w przypadku skoków narciarskich. Czegokolwiek nie zrobiłby Kamil Stoch, druga “Małyszomania” się nie powtórzy.

I z tym też trudno się nie zgodzić. Dokonania, historia, otoczka wokół Michaela Jordana są jedyne w swoim rodzaju. Mierzenie się z nimi może przypominać walkę z wiatrakami.

Król

Do Los Angeles Lakers trafił w 2018 roku, jako 33-letni trzykrotny mistrz NBA, człowiek, który wygrał wszystko, co było do wygrania. Nie musiał dalej próbować, dalej oczekiwać od siebie i wszystkich wokół wybitności. Albo przynajmniej – mógł zmniejszyć swoje ambicje.

Nic takiego nie miało miejsca. Podpisał 4-letni kontrakt, na, bagatela, 154 milionów dolarów. A w klubie, pośród jego kibiców, dało się wyczuć diametralną zmianę nastrojów. Zespół, który na przestrzeni poprzednich trzech sezonów wygrał tylko 78 meczów, miał ponownie zawędrować na szczyt. Bo nagle na jego czele stanął LeBron.

Mówimy o dwóch innych, dalekich od siebie światach, ale warto przytoczyć kultowe słowa polskiego siatkarza Pawła Papke: “kto ma Wlazłego, ten ma złoto”. Coś podobnego można poniekąd powiedzieć o Jamesie. Bo koszykarz udowodnił, że – sam w sobie – jest receptą na sukces. W ciągu dwóch lat wyciągnął dołującą organizację z rynsztoka i zrobił z niej mistrzów NBA.

Jeśli tylko zdarzyłoby się to raz albo dwa razy, ale to trzeci klub, z którym zdobył tytuł… Choć oczywiście nie można zapominać, że LeBron dostał też do ręki odpowiedni oręż. Władze klubu dołożyły wszelkich starań, aby ich lider miał w zespole zawodników, którym nie brakuje talentu i którzy pójdą za nim w ogień. Najważniejszym z nich stał się oczywiście Anthony Davis.

– Wszystko w Lakers zostało znakomicie poukładane – zauważa Sendecki. – Bez Davisa pewnie nie byłoby tego sukcesu. Byli też inni bohaterowie: Dwight Howard zmądrzał, dorósł do innej roli w zespole, podobnie zresztą jak Rajon Rondo, który w finałach był momentami absolutnie fenomenalny. Natomiast oczywiście koniec końców LeBron pokazał, że jest liderem tej drużyny. Ostatnimi dwoma meczami zamknął dyskusję, kto zasługuje na miano MVP. Tak, ściągnięcie LeBrona stanowi przepis na sukces oraz przepis na dojście do finałów – bo nie zapominajmy, że przez ostatnią dekadę prawie zawsze się w nich znajdował.

W tym przerósł nie tylko Jordana, ale i niemal wszystkich zawodników w historii. W finałach NBA częściej od LeBrona (10 razy) byli tylko Bill Russell (12 razy) oraz Sam Jones (11 razy), którzy największe sukcesy święcili w latach sześćdziesiątych.

Jakkolwiek na sprawę nie spojrzeć – Lebron już teraz ma w ręce mocne argumenty. A sęk w tym, że… paliwa w baku mu nie brakuje. Nie można powiedzieć, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy skrzydłowy Lakers wyglądał wolno czy brakowało mu dynamiczności. Kompletnie nie dało się dostrzec, że oglądamy w akcji gracza, który w grudniu skończy 36 lat. Zanotował kolejny fantastyczny sezon.

Warto zatem postawić pytanie: jak długo będzie jeszcze w stanie pociągnąć na takim poziomie? I kolejne: kiedy zakończy karierę? Spekuluje się, że będzie chciał grać przynajmniej do 2024 roku, bo wtedy… w drafcie NBA może zostać wybrany jego syn, Bronny James. Z naciskiem na “może”, bo choć mówi się o nim, że posiada talent na miarę NBA, nie znajduje się w czołówce talentów swojego rocznika (31. miejsce w zestawieniu licealistów 247sports i 24. w ESPN).

Ojciec i syn razem na parkiecie – to oczywiście byłaby tak wspaniała historia, że trudno jej nie kibicować. O talencie młodego Jamesa co prawda trudno nam się wypowiadać, ale starszy z rodu nie daje żadnych pretekstów, aby wieszczyć jego koniec.

Sendecki: – Martwię się tylko, żeby LeBrona nie dopadło to, co Kobego pod koniec kariery, czyli kontuzje. Na razie jest absolutnym cyborgiem. Myślę jednak, że LeBron – podobnie zresztą jak Jordan – może spokojnie grać jako czterdziestolatek i skończyć karierę w podeszłym, jak na koszykarza, wieku. Pytanie, czy sam będzie tego chciał. Jeśli za rok znowu zdobędzie mistrzostwo, to pewnie będzie chciał wygrać je trzy razy z rzędu. A potem może cztery. Albo się to wszystko posypie? Mamy więc sporo niewiadomych.

Więcej niż koszykarze

Minęły już lata, od kiedy Michael Jordan został pierwszym sportowcem miliarderem. Wiadomość o finansowym sukcesie byłej gwiazdy Bulls pojawiła się w 2014 roku. Jeszcze wcześniej został większościowym właścicielem klubu NBA Charlotte Hornets (wtedy Charlotte Bobcats). Były koszykarz nie daje zatem o sobie zapomnieć. Kariera sportowa już za nim, ale teraz realizuje się na innych płaszczyznach.

LeBron może pójść w jego ślady. Albo, inaczej, już poszedł. Ograniczenie go tylko do roli sportowca byłoby nietaktowne. To człowiek, który – za własne pieniądze – otworzył szkołę dla dzieci pochodzących z trudnych środowisk. Jest też właścicielem SpringHill Entertaiment – firmy produkującej programy telewizyjne oraz spółki medialnej Uninterrupted. Na dodatek nie boi się używać swojego głosu, mówiąc głośno o sprawach społecznych i politycznych.

O jego podejściu w książce “LeBron S.A.” pisał dziennikarz ESPN Brian Windhorst: – Im starszy jest LeBron, tym bardziej wyrafinowane stają się jego przedsięwzięcia biznesowe, a ambicje na przyszłość ma coraz większe. Carter (Maverick Carter, współpracownik LeBrona – przyp-red) powiedział mi kiedyś, że LeBron traktuje lata kariery koszykarskiej tylko jako niewielki wycinek czasu, w którym zamierza wywierać wpływ na świat.

Koszykarz Los Angeles Lakers może pograć jeszcze parę lat. Może zdobywać kolejne mistrzostwa i – kto wie – faktycznie w oczach większości fanów i ekspertów dogonić Michaela Jordana. Kto jednak wie, czy po tym, jak odłoży buty na kołku, nie będzie o nim równie głośno, jak jest teraz?

Przychyla się ku temu Krzysztof Sendecki: – Myślę, że różni się od swoich wielkich poprzedników, Jordana oraz Kobego. Wiemy, że Jordan jest genialnym biznesmenem, który po skończeniu kariery w odpowiedni sposób wykorzystał swoje pieniądze, stając się miliarderem. Teraz co prawda zaangażował się nieco w walkę z rasizmem, ale generalnie był zawsze daleki od polityki. Podobnie było z Kobem. O LeBronie nie możemy tego powiedzieć. Jest zaangażowany społecznie, charytatywnie i mocno opowiada się za jedną ze stron w polityce. Zwróćmy też uwagę na jego wsparcie dla akcji Black Lives Matter w ostatnich miesiącach. Po skończeniu kariery raczej nie będzie tylko biznesmenem mnożącym swój majątek.

Do biznesu LeBron też ma jednak niemałą smykałkę. I zapewne odpowiedni charakter. O tym, jak oszczędny jest to człowiek, opowiadał w swojej książce Brian Windhorst: – Były kolega z Cavs, Iman Shumpert, wspominał, że bardzo go denerwowało, kiedy dźwigając ciężary na siłowni, słuchali muzyki z telefonu LeBrona i streaming co chwilę był przerywany reklamami. James nie chciał płacić abonamentu miesięcznego, żeby móc korzystać z usługi bez reklam. Z drugiej strony Shumpert przyznał, że gdyby miał powierzyć któremuś z kolegów z drużyny zarządzanie swoimi pieniędzmi, wybrałby właśnie LeBrona.

Szacuje się, że LeBron co rok zarabia nieco poniżej stu milionów dolarów. Miliarderem jeszcze nie jest, ale znajduje się na najlepszej drodze, aby nim zostać. Wszystko za sprawą nie tylko gry w koszykówkę, ale inwestycji, a także – jeszcze przez nas niewspomnianych – kontraktów reklamowych. Koszykarz ma choćby podpisaną dożywotnią umowę z Nike, która przynosi mu co dwanaście miesięcy około trzydziestu milionów.

Można byłoby powiedzieć – rywalizacja między LeBronem a Jordanem toczy się na niejednym polu. Koszykarsko znajdują się coraz bliżej siebie, ba, na dobrą sprawę, w tej dyskusji można spokojnie opowiedzieć się za jedną ze stron. Skończyły się czasy, kiedy uważanie LeBrona za najlepszego w historii, było kontrowersyjną opinią. Ale tak, oni już dawno wykroczyli poza sam sport. Zbudowali swoje imperia. Przeszli drogę, którą zapewne w przyszłości będą podążać kolejne gwiazdy tej, a także innych dyscyplin.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Greg
Greg
9 dni temu

LeBron przegral chyba 5 czy 6 razy w finalach, jest wielki ale to go dyskwalifikuje z wyscigu o GOAT z Jordanem

Seaman
Seaman
9 dni temu
Odpowiedz  Greg

Hehe zawsze jakiś Janusz się znajdzie. Porównania są o tyle nieuniknione, co bezsensowne. Jeden i drugi jest wielki i tyle w temacie.

Piotrek
Piotrek
6 dni temu
Odpowiedz  Greg

LeBron 4 razy więcej w Finałach niż Jordan czyli Twoim tępym tokiem rozumowania LeBron > Jordan
i zaiste tak jest.
LeBron wszechstronniejszy – top topów sezonów zasadniczych, play-offs, finałów.

Darek
Darek
8 dni temu

Jordanowi moze tylko buty wiazac. Uciekl z Cavs, bo nie potrafil pociagnac druzyny. Przeciw Dallas w 2011 sie skompromitowal, nie dal nic druzynie a wtedy na papierze Heat byli chyba najlepsza druzyna w historii. A liczba przegranych finalow to gwozdz do trumny.

Piotrek
Piotrek
6 dni temu
Odpowiedz  Darek

LeBron największy Król w historii.
LeBron ponad Jordanem.

Piotrek
Piotrek
6 dni temu
Odpowiedz  Darek

Jesteś śmieciem, który łże.

Bananek
Bananek
5 dni temu

Za Jordana koszykówka to był sport dla mężczyzn. Za LeBrona to sport dla cnotliwych niewiast.
73 letniemu tacie pokazałem kto to jest LeBron James…Pierwsze co zauważył, to fakt, że LeBron biegnie na kosz w linii prostej, a obrońcy przed nim uciekają. Ma się to nijak do czasów kiedy Jordana blokowały 3 osoby, w tym 2 łokciem w bebechy, a ten rzucał i tak kosza.

Aktualności

Kalendarz imprez