Lady Gaga, trzask w kolanie i radość z życia. Poznajcie Bethanie Mattek-Sands

Lady Gaga, trzask w kolanie i radość z życia. Poznajcie Bethanie Mattek-Sands

Wielu twierdzi, że tenis potrzebuje takich postaci. Wesołych, kolorowych (często dosłownie), świetnie prezentujących się na korcie i lubianych przez wszystkie rywalki czy deblowe partnerki. Bethanie Mattek-Sands karierę zaczynała jeszcze w XX wieku, często zadziwiając, choćby kreacjami. Ponad 20 lat później – mimo wielu kontuzji – walczy o najwyższe cele. Na Roland Garros w deblowym finale wystąpi wraz Igą Świątek. Igę, oczywiście, znamy doskonale. Ale o Bethanie też zdecydowanie warto wiedzieć więcej. Bo to tenisistka jedyna w swoim rodzaju. 

Jak Lady Gaga

Jako pierwsze uwagę od lat przyciągają jej stroje. Ale nie tylko – na prawej ręce ma na przykład kolorowy tatuaż ciągnący się od nadgarstka aż w okolice ramienia. Kiedyś stwierdziła, że prawdopodobnie była pierwszą tenisistką, która tak odważnie prezentowała tatuaże. W liczbie mnogiej, bo ma ich więcej, ten na ręce po prostu jest największy i najłatwiej go dostrzec. Co do strojów – przez lata i tak z tym przyhamowała. Bo w przeszłości zdecydowanie odchodziła od tego, co przyjęto za tenisową normę.

W 2005 roku na US Open grała w… kowbojskim kapeluszu. Dostała zresztą za to grzywnę. Rok później pojechała na Wimbledon – gdzie tradycja nakazuje ubierać się na biało – i występowała w piłkarskim stroju. Miała typowe dla futbolu spodenki, długie getry (zresztą zawsze nosi na korcie skarpetki sięgające kolan), wiszące kolczyki i opaskę na czole. Niedługo potem, znów na US Open, założyła koszulkę z postrzępionymi rękawami. Inne z jej najbardziej pamiętnych kreacji to choćby lamparcie cętki, jaskrawe stroje, ale też farbowane włosy – w trakcie swej kariery miała na głowie zapewne większość ze znanych ludzkości kolorów.

W pewnym momencie zaczęto ją przez to wszystko nazywać „Lady Gagą tenisa”. – Nie wiem, kto powiedział to pierwszym, ale inni podłapali. W 2011 roku Alex Noble, jeden z projektantów Gagi, zaprojektował dla mnie suknię na wimbledoński bal dla zawodników. Kiedy poznałam Alexa, powiedziałam mu po prostu: „Daj mi trochę tego szaleństwa, które dawałeś Lady Gadze, a ja ubiorę to na czerwony dywan”. Miałam z tego mnóstwo zabawy, cieszyłam się, widząc jego proces kreatywny.

Bethanie Mattek-Sands

Bethanie Mattek-Sands w kreacji z balu przed Wimbledonem 2011. Fot. Newspix

Niektórzy nazywali ją też „amerykańską gwiazdą rocka”. Ten pseudonim również jej się podobał. Lubiła – i lubi nadal – wnosić w tenisowy tour nieco oryginalności, unikalnej osobowości. – Zgaduję, że zawsze byłam typem buntowniczki – napisała kiedyś w Athlete’s Voice. – Lubię być nieprzewidywalna. Gdyby każdy był superkolorowy, poszłabym w drugą stronę. Tylko dlatego, że lubię być inna. Moda jest dla mnie źródłem radości. Lubię też projektować, nie tylko ubrania, ale też np. wystrój wnętrz. Wnoszę to wszystko na kort – jestem oryginalna i pozostaję sobą.

Kiedyś zdarzało się nawet, że inne zawodniczki z wyprzedzeniem pytały ją, co ubierze. Były ciekawe, zresztą jak wszyscy. Jakaś kobieta określiła ją przez jej sposób ubierania się „tą szaloną dziewczyną”, choć ona sama nie sądzi, by taka była. Pozytywna? Tak. Zakręcona? Jak najbardziej. Ale do szaleństwa jej daleko. Ba, rozsądek często pokazuje i na korcie, i w swoim podejściu do życia – ale o tym później. Nieźle radzi też sobie w biznesie, we współpracy z kilkoma markami projektowała już własne ubrania. Choć nieco mniej „odjechane” od tych, jakie sama nosiła.

Poza ubraniami i włosami był też makijaż. Choćby dwie kreski – na wzór graczy futbolu amerykańskiego – pod oczami, mające oddawać jej waleczność, charakter wojowniczki. – Zaczęło się od czarnych kresek, niestety ścierały się. Teraz mam swoją własną linię barw wojennych, w różnych kolorach – i zamierzam je zaprezentować na Wimbledonie. To tak jak bym nosiła okulary przeciwsłoneczne – mówiła przed laty. Dziś jednak już się tak nie maluje.

Z czasem bowiem nieco z tym wszystkim przyhamowała. Zmieniła też wówczas swoje nastawienie do tenisa. I to dało efekty w postaci wielkich sukcesów.

Cieszyć się grą, cieszyć się życiem

Jej rocznik urodzenia? 1985. Przyszła na świat w Rochester w Minnesocie, na kort wychodziła już jako pięciolatka. Minęło ledwie dziewięć kolejnych lat i debiutowała w zawodowym tourze. To był rok 1999. Szybko poszło, ale ona sama, gdy wspomina tamte czasy, mówi, że to nie była krótka historia o tym, jak to bezproblemowo została tenisistką. Z jej rodzinnej miejscowości nie tak łatwo było bowiem wybić się do wielkiego świata sportu. Bethanie się jednak udało.

Przez pierwszych kilkanaście lat kariery skupiała się w dużej mierze na singlu. Doszła nawet w pewnym momencie do 30. miejsca w światowym rankingu, ale dopadła ją wtedy kontuzja. Ze zdrowiem problemy miała zresztą od zawsze. Przeszła na przykład dwie operacje biodra. Poza tym długo ciągnęła się za nią kontuzja ramienia, kiedyś złamała stopę, a innym razem musiała przejść operację kolana. Nie ostatnią zresztą, ale do tej drugiej wrócimy później. – Wielu graczy powiedziałoby sobie „dość, nie robię tego, odpuszczam”. Rehabilitacja to najtrudniejsza, zniechęcająca rzecz w całym procesie powrotu na kort. Przy niektórych kontuzjach mówiłam Justinowi [mąż Bethanie – przyp. red.], że nie dam rady tego zrobić, nie jestem na to mentalnie gotowa – mówiła.

Wracała na kort, bo czuła, że wciąż ma coś do udowodnienia. Kontuzje nauczyły ją też dużo lepiej dbać o swoje zdrowie. W pewnym momencie dowiedziała się, że ma alergie pokarmowe, które sprawiają, że jej organizm po prostu gorzej funkcjonuje. To odkrycie wiele zmieniło. Przemodelowała swoją dietę i nagle okazało się, że jest w stanie wytrzymywać większe obciążenia oraz wysiłek związany nierzadko z podwójną liczbą meczów – bo często grała singla i debla w tym samym turnieju.

Zawsze czułam, że mój organizm z czymś walczy. Odkąd przestałam jeść rzeczy, które mi szkodziły, moja skóra się oczyściła, oczy zrobiły się bielsze, zrzuciłam też na wadze. A jem teraz więcej! – opowiadała dziennikarzom. Zaznaczała też, że równocześnie ze zmianą diety, zwróciła dużo większą uwagę na kwestie mentalne, zaczęła przygotowywać się do turniejów i pod tym względem. Bo zrozumiała, że to bardzo ważna część gry w tenisa. Zwłaszcza w okresie, gdy z powodu kolejnych urazów gra się dużo mniej turniejów niż zwykle i trzeba to jakoś przepracować we własnej głowie.

Ostatnie lata były bardzo frustrujące – mówiła na początku 2015 roku. – Moje biodro nie ruszało się tak, jak powinno, a ja nawet nie wiedziałam, co było nie tak. Nauczyłam się grać pomimo tego, ale to naruszyło mój backhand, nie wykonywałam go prawidłowo. Kiedy odnaleźliśmy problem, powiedziałam sobie, że albo zrobię z tym porządek, albo skończę karierę.

Wybrała pierwszą opcję. Sama mówiła po czasie, że wiele razy wspinała się na „swój prywatny Mount Everest”. I zawsze zdobywała szczyt. To ona wygrywała, nie dała się pokonać tej przeklętej górze. Pomagał jej w tym mąż. W dużej mierze dzięki niemu była w stanie pozostać pozytywnie nastawiona do tenisa i własnej kariery. Ważne też było to, o czym czasem mówiła – że w pewnym momencie zmieniła swoje podejście, nauczyła się czerpać radość z gry.

Dorastałam z przekonaniem, że zwycięstwo jest najważniejsze, że jeśli zdobędę trofeum za pierwsze miejsce, ludzie będą mnie bardziej lubić, nawet kochać. Szybko zorientowałam się, że to nieprawda, a te krótkie chwile euforii ulatują. Długo starałam się zmienić ten nawyk. Tenis piętnuje przegranych, tylko zwycięzcy otrzymują platformę do wypowiedzenia się. A przecież przegranych zawsze jest więcej, w każdym tygodniu. Musimy zmienić przekonanie, że przegrana równa się klęsce. Mnie udało się dotrzeć do miejsca, w którym traktuję mecz jako bonus. Ważne jest dla mnie, że grałam, jak chciałam i w takim stylu, w jakim chciałam. Niezależnie od wyniku. Odnalazłam miłość do gry – mówiła.

To zresztą przekłada się na jej codzienność. Bethanie kocha czerpać radość z życia. Jest ekstrawertyczna, otwarta na ludzi i nowe doznania. Zawsze, gdy gdzieś jedzie, stara się odkryć jakieś miejsce – może kawiarnię, restaurację, a może ciekawe muzeum czy punkt widokowy. Cokolwiek, co pozwoli jej i Justinowi (który jeździ z nią niemal wszędzie, pełniąc też funkcję jej menadżera) stwierdzić, że zobaczyli albo spróbowali czegoś nowego. Oboje nie rozumieją zawodników, którzy przemieszczają się z turnieju na turniej bez tej pasji odkrywców, zawsze chodząc w te same miejsca i zadowalając się tym, co już poznali.

Gdy Bethanie nauczyła się nie skupiać na porażkach, jej codzienność – jak mówi – zmieniła się na lepsze. Zamiast zamartwiać się przegraną sprzed dwóch dni, cieszy się możliwością przygotowania do kolejnego turnieju. Albo bryluje w social mediach. Jest bowiem jedną z najbardziej aktywnych w nich tenisistek, codziennie dostarcza fanom nowych wiadomości, często zza kulis. Przy okazji turniejów po każdym meczu wrzuca selfie. Gdy jest w domu, pokazuje choćby swojego ukochanego psa. W trakcie kwarantanny przed Australian Open demonstrowała, jak ćwiczy razem z mężem. I były to ćwiczenia kompletnie niecodzienne. Ludziom się jednak bardzo spodobały.

Mąż jest dla niej ważny, bo gdy negatywność czasem wkradnie się do jej umysłu, on potrafi pomóc jej ją wyrzucić. W wielu trudnych chwilach to jego obecność okazywała się kluczowa. On też wspiera ją w każdej podjętej przez Bethanie decyzji. Kto wie, może gdy po karierze tenisowej Amerykanka zdecyduje się na inną – a mówiła, że bardzo chętnie spróbowałaby np. jazdy na snowboardzie, bo nigdy nie miała okazji – będzie mógł robić to i na jej nowej drodze.

W dwójkę lepiej

Właściwie nigdy nie podjęła tej decyzji wprost. Okoliczności zrobiły to za nią. Od pewnego momentu bowiem – choć nigdy w pełni nie zrezygnowała z singla – Bethanie znacznie bardziej postawiła na grę podwójną. Bo widziała, że ta daje jej sukcesy. Gdy wróciła po kontuzji biodra z 2014 roku, bardzo szybko wygrała dwa turnieje wielkoszlemowe w deblu – Australian Open i Roland Garros. US Open dołożyła w 2016 roku, a w kolejnym sezonie znów wygrała AO i RG. Łącznie ma pięć tytułów w deblu oraz cztery w mikście. A do tego złoto olimpijskie z Rio, wywalczone w grze mieszanej, które bardzo sobie ceni.

Sukcesy osiągała z różnymi partnerkami i partnerami. Na liście tych najważniejszych są u niej Jamie Murray (brat Andy’ego), Mike Bryan, Horia Tecau, Jack Sock czy też Sania Mirza albo Coco Vandeweghe. – Gram z ludźmi, których dobrze znam, z którymi się przyjaźnię. Jestem zrelaksowana, przez większość czasu śmiejemy się w trakcie przerw. Może i zmieniają się osoby, ale jedno jest stałe – wszystkie je uwielbiam – mówiła kiedyś.

Wyróżnić trzeba tu jedną tenisistkę. Jest nią Lucie Safarova. Choć w wielu turniejach Bethanie grała z innymi partnerkami, to z Czeszką stworzyła jedną z najlepszych par deblowych na świecie i to głównie za sprawą tej współpracy wspięła się na pozycję liderki WTA w grze podwójnej. Wszystkie mistrzostwa wielkoszlemowe w deblu zdobyła właśnie z Lucie.

Wspólnie bywały nie do zatrzymania. Jej debel one same ochrzciły mianem „Bucie”, Bethanie zresztą każdą swoją parę jakoś nazywa. Gdy grała z Jamie’em Murrayem było to „Gentleman and the B”, z Igą Świątek z kolei występują pod nazwą “Tek Tek Boom”. Wracając jednak do Safarovej – obie nie mogły lepiej trafić. Dwie otwarte, radosne osoby, które znakomicie grają w tenisa. Dwie osoby, które z miejsca się polubiły i zostały przyjaciółkami. Taki duet po prostu musiał odnieść sukces.

I odniósł.

Bethanie do dziś powtarza, że koniec kariery Lucie – o którym zadecydowała w 2019 roku – był dla niej trudnym momentem. Tym bardziej, że sama przebywała wtedy w domu, akurat leczyła kolejny z urazów. Safarova też zmagała się ze zdrowiem, ona uznała, że lepiej odwiesić rakietę na kołek. Do dziś jednak, gdy ktoś pyta Mattek-Sands o to, czy mogłaby kogoś, z kim grała, porównać do Czeszki, odpowiedź jest jedna.

Nikogo! Powinnam przewiązać Lucie kokardką i postawić w domu obok trofeów, które razem wygrałyśmy. Staram się oddzielać od siebie osoby, z którymi gram debla. Każda współpraca ma przede wszystkim wykazać nasze mocne strony. Więc chcę, żeby moja partnerka grała to, co potrafi najlepiej, nie żeby grała jak Lucie – mówiła. Do tego zachęca więc na przykład Igę Świątek. I daje to dobre efekty.

Po skupieniu się na deblu, Mattek-Sands żałuje właściwie tylko jednego – że nie przyciąga on aż takiej uwagi, jak gra pojedyncza. Bo, zdaniem Amerykanki, zasługuje na to. – Nie lubię porównywać singla z deblem, bo to inny rodzaj gry, inny produkt. Trenuje się inaczej, inaczej się gra. Sądzę, że powinno się je promować jako dwa odmienne rodzaje rozrywki. Chciałabym, żeby debel dostał więcej uwagi. Nie mówię, że powinien mieć jej więcej od singla, czy że jest lepszy od singla, ale jeśli chcemy zainteresować ludzi tenisem, gra podwójna może być rozwiązaniem. Można mieć sporo zabawy grając ze znajomymi, zmieniając partnerów. Da się tak poznać nowe osoby, zawiązać przyjaźnie, socjalizować – mówiła.

To wypowiedź sprzed pandemii, rzecz jasna. Dziś o tak beztroskie poznawanie nowych ludzi byłoby trudniej. Prawda jest jednak taka, że debel i przed pandemią radził sobie pod względem promocji średnio. Ale akurat Mattek-Sands jest jedną z tych osób, które potrafią go dobrze zareklamować. Bo jest postacią wyjątkową, której nie sposób nie polubić. Zawsze kipi z niej pozytywna energia, zawsze daje show.

Całkiem możliwe, że tylko raz w ciągu ostatniej dekady publika widziała ją w innym stanie. Powód ją jednak usprawiedliwiał.

Pomocy!

Leżała na trawie i krzyczała. Wysokim głosem, dla niektórych – wręcz komicznie. Ona jednak nigdy nie była tak daleka od śmiechu. Chwilę wcześniej, jak sama opisywała to kilka lat później, biegła do siatki w meczu II rundy singlowego Wimbledonu i usłyszała głośny trzask w swoim kolanie. Przewróciła się. Spojrzała na nogę, poczuła ból. I zaczęła krzyczeć.

Niech mi ktoś, kurwa, pomoże! Pomocy! Pomocy!

Sorana Cirstea, jej rywalka, ale i jedna z bliższych przyjaciółek, która wówczas grała przeciw niej, natychmiast podbiegła do Amerykanki. Rumunka nie wiedziała jednak, co właściwie ma zrobić. – Przestraszyłam się. Nigdy nie widziałam takiej kontuzji, jej kolano było w złym miejscu. Coś takiego normalnie widujesz tylko w filmach. Próbowałam ją uspokoić, pocieszyć, ale sama panikowałam. Czułam się bezużyteczna. Ona powtarzała tylko „Sorana, pomóż mi, pomóż mi”. Chciałabym móc zrobić więcej. Nie życzyłabym czegoś takiego najgorszemu wrogowi – opowiadała.

Na korcie wkrótce pojawiło się więcej osób. Medycy, mąż Bethanie, trener. Przybiegła też Lucie Safarova, z którą Mattek-Sands miała walczyć o kolejny deblowy tytuł – jedyny z wielkoszlemowych, jakiego brakowało im w kolekcji. Widziała, co się stało, w szatni, gdzie akurat była, oglądała mecz Bethanie na ekranie telewizora. Gdy tylko Mattek-Sands się przewróciła, ona wybiegła z szatni, żeby być przy niej. Publika za to zamarła. Nikt nic nie mówił, wszyscy byli w szoku. A Amerykanka przez jakieś 20 minut po prostu leżała na korcie otoczona ludźmi.

Usłyszałam trzask i pomyślałam sobie: „Czy to ja? Co się dzieje? Czy czuje ból?”. Miałam 50 myśli przebiegających mi przez głowę i wtedy – chwilę po trzasku – poczułam nacisk w kolanie. Spojrzałam na dół i zobaczyłam swoje kolano. Wyglądało źle. Z powodu tego, że zerwało się ścięgno, moja rzepka przemieściła się i znalazła się w okolicach mięśnia czworogłowego. Moje kolano było, wybaczcie język, popieprzone. Wtedy krzyknęłam. Leżałam na trawie, ale przez chwilę nikt się nie ruszył. Pamiętam, że Justin przybiegł niemal od razu, a nogę trzymał mi potem fizjoterapeuta Sorany – opowiadała.

Wkrótce podano jej leki przeciwbólowe, w tym morfinę. Sęk w tym, że ta nie zadziałała. Ból był tak ogromny, że wyliczona dawka okazała się za mała. W głowie miała też myśl, że lekarz może spróbować „naprostować” jej nogę właśnie tam, na korcie. Panicznie się tego bała. Pytała męża, jak źle to wygląda. Ten powiedział jej: „Po prostu nie patrz”. Dopiero gdy odpowiedziała, że już zdążyła to zrobić, przyznał, że jest źle. Mimo to zapytała go… czy zdoła dokończyć mecz, na co Justin tylko się zaśmiał. Wtedy obniżyła wymagania. „Czy będę w stanie zejść z kortu?” spytała.

Nie była.

Leżała więc na nim jeszcze przez jakiś czas. By oderwać swoje myśli, liczyła źdźbła trawy. Szukała najładniejszych. I wiecie co? Podziałało. Aż do momentu, gdy zabrano ją z kortu, by wsadzić do karetki, właśnie tak sobie radziła. Potem był szpital, znieczulenie, operacja. No i znów ta znienawidzona przez nią rehabilitacja. Początkowo nie była w stanie w ogóle zginać nogi. Nie mogła też na niej stawać. Gdy w nocy chciała skorzystać z toalety, musiał ją tam zanosić jej mąż.

Mimo tego niedługo po operacji w sieci pojawiło się wideo, na którym tańczy – na siedząco – z Lucie Safarovą. To ich tradycja, tańczyły bowiem po wspólnych zwycięstwach. Można to więc było potraktować jako swego rodzaju zapowiedź, że Bethanie nie odpuści, choć sama zastanawiała się przez jakiś czas, czy w ogóle zdoła wrócić. Wyznacznikiem postępów w rehabilitacji stał się dla niej… stopień zgięcia nogi. Dzień po dniu zginała ją coraz bardziej, robiąc to z coraz mniejszym bólem i większą łatwością. W międzyczasie postanowiła sobie, że będzie się cieszyć rehabilitacją. I jakimś cudem jej się udało.

Imała się różnych sztuczek. Jedną z nich były rozmowy z kolanem. Duże oparcie, tradycyjnie, stanowił mąż, który zresztą… w międzyczasie sam rozwalił sobie kolano i musiał się rehabilitować. Bethanie w swoim procesie powrotu do zdrowia robiła za to szybkie postępy. Okazało się, że kontuzja, która mogła nawet w teorii skończyć jej karierę, wyeliminowała ją z touru na „tylko” osiem miesięcy, choć lekarze przewidywali, że zabierze jej minimum 15. Wróciła w marcu 2018 roku na turniej w Miami. Przegrała tam z Alize Cornet, ale cieszyła się samym powrotem. Zrobiła live’a na Instagramie i opowiadała, jak wielką sprawiło jej to wszystko radość.

Trudniejszy był powrót na Wimbledon. Zjawiła się tam trzy dni przed turniejem, musiała przygotować się psychicznie na grę na tych kortach. Uroniła kilka łez, gdy przypomniała sobie tamten dzień i do głosu doszły emocje. Ostatecznie pogodziła się jednak z turniejem. I w pierwszym meczu, który rozegrała tam po kontuzji, wraz z Lucie wygrała w dwóch setach. Gołym okiem dało się dostrzec, że się nie bała. Uraz był już za nią.

Więcej łez popłynęło kilka miesięcy później. W finale US Open w mikście grała wraz z Jamie’em Murrayem. Niespodziewanie po drugiej stronie siatki stała para Alicja Rosolska i Nikola Mektić. To był świetny mecz, zakończony w super tie-breaku, w którym obie pary popisywały się najlepszymi zagraniami. Doświadczenie jednak wygrało. Bethanie i Jamie (który zresztą bronił tytułu) zostali mistrzami wielkoszlemowymi, a Amerykanka popłakała się ze szczęścia. Bo przecież jeszcze rok wcześniej nie wiedziała, czy na kort w ogóle wróci.

Tytuł na US Open obroniła rok później, znów z Murrayem. W sezonie 2020 nie dołożyła żadnego. Długo czeka też już na sukces w deblu. Ostatni w turnieju tej rangi osiągnęła jeszcze przed kontuzją. Jeszcze z Lucie.

Szósty tytuł?

Teraz gra z Igą Świątek i wiedzie im się doskonale. A przecież cały ten debel zawiązał się całkowicie przypadkowo, jeszcze w Miami.

Szukałam tam partnerki do gry. Pytałam cztery osoby, ale nie udało się. Brakowało mi czasu i wtedy, gdy zjeżdżałam w dół deblowego rankingu, trafiłam na nazwisko Igi. Udało mi się zdobyć jej numer. Napisałam jej coś w rodzaju: „Wiem, że to ostatnia chwila, ale jeśli chciałabyś zagrać debla w Miami, spróbujmy to zrobić”. Odpisała: „Mamy jakieś 20 minut na zgłoszenie, tak?”. Napisałam jej, że dam jej co najmniej kilka dodatkowych dni na przemyślenie wszystkiego z jej zespołem. Udało się. Spotkałyśmy się, poodbijałyśmy razem piłkę, a potem doszłyśmy do półfinału turnieju. Od początku super się bawiłyśmy – opowiadała Bethanie.

Ten debel to mieszanka charakterów. Iga momentami wydaje się być całkowitym przeciwieństwem Amerykanki. Jest o kilkanaście lat młodsza, bardziej zamknięta w sobie, nieco nieśmiała, na pewno dużo spokojniejsza. Przy wulkanie energii, jakim jest Mattek-Sands, wydaje się jednak bardziej otwierać. Czerpie wielką radość z gry w debla. Mecze z Bethanie pozwalają jej się wyluzować, odprężyć, nabrać nieco dystansu. A przy okazji wiele się od Amerykanki uczy, wzbogacając repertuar własnych zagrań.

Mało kto mógł przewidzieć, że ten debel tak szybko odniesie sukces. Iga co prawda na kortach Rolanda Garrosa już rok temu doszła do półfinału gry podwójnej, ale w tym sezonie wydawało się, że będzie o to znacznie trudniej. Po drodze wraz z Bethanie napotkały parę numer jeden na świecie. Wygrały jednak mecz z nią, broniąc po drodze siedmiu piłek meczowych i wprawiając fanów w ekstazę.

Bethanie Mattek Sands i Iga Świątek

Bethanie Mattek Sands i Iga Świątek. Fot. Newspix

Potem odprawiały kolejne rywalki. Zawsze z uśmiechem, zawsze skoncentrowane, od początku świetnie się rozumiejące. Niesamowite w tej parze jest to, że gdy jedna ma słabszy okres, druga natychmiast wznosi się na wyżyny swoich umiejętności. Bethanie fantastycznie gra przy siatce, Iga genialnie z głębi kortu, ale obie potrafią zamienić się miejscami i nadal wszystko w ich duecie funkcjonuje bardzo dobrze. Nakręcają się wzajemnie, każdy wygrany punkt daje im dodatkową motywację.

I dziś powalczą o wielkoszlemowy tytuł. Dla Bethanie byłby to szósty puchar tej rangi wywalczony w deblu. Dla Igi pierwszy. Po drugiej stronie siatki stanie doświadczona, trudna do ogrania para Krejcikova/Siniakova. Czeszki będą faworytkami, ale Mattek-Sands nie z takimi rywalkami sobie radziła, a że potrafi ogrywać zawodniczki ze ścisłej czołówki również w parze z Igą, już mogliśmy się przekonać.

Nie mielibyśmy nic przeciwko, żeby obie zrobiły to po raz kolejny. Bo debel to może nie singiel, może – ku niezadowoleniu Bethanie – nie ma takiej rozpoznawalności i nie przyciąga tak bardzo uwagi. Ale tytuł mistrzyni wielkoszlemowej obowiązuje i w nim. Dziś mogą nią zostać Iga Świątek i Bethanie Mattek-Sands. Dwie zupełnie różne tenisistki, które stworzyły jedną, znakomicie funkcjonującą parę.

Przekonamy się, czy na miarę zwycięstwa w Roland Garros.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Annn
Annn
1 miesiąc temu

Bardzo dobrze się czytało!

Aktualności

Kalendarz imprez