Kwarantanna, złe jedzenie i treningi. Co słychać przed Australian Open?

Kwarantanna, złe jedzenie i treningi. Co słychać przed Australian Open?

Wiele było w tym temacie wątpliwości, wiele też sprzecznych informacji. Ostatecznie udało się doprowadzić do organizacji Australian Open. Jeden z czterech największych tenisowych turniejów świata rozpocznie się 8 lutego i potrwa przez dwa tygodnie. Choć w mediach, gdy już pojawia się temat tenisa, mówi się ostatnio nie o nim, a raczej wszystkim, co dzieje się przed jego startem – kończącą się kwarantanną, narzekaniami zawodników i oburzeniem australijskiego społeczeństwa.

Z problemami

Jeszcze pod koniec roku nie było wiadomo, czy uda się zorganizować Australian Open. Władze stanu Victoria – w którym leży Melbourne – miały bowiem wiele zastrzeżeń co do turnieju. Przede wszystkim jednak za nic w świecie nie chciały odpuścić obowiązkowej, dwutygodniowej kwarantanny dla wszystkich przylatujących do kraju. A to stwarzało problemy. Ostatecznie udało się uzgodnić kompromis.

Przemodelowano więc cały tenisowy kalendarz, kwalifikacje do turnieju zorganizowano kilka tygodni wcześniej poza Australią, a w samej Australii dodano kolejne imprezy tuż przed AO. Zagwarantowano też wszystkim przybywającym osobom miejsca w hotelach, katering i wszelkie potrzebne im do funkcjonowania udogodnienia. Do tego dodajmy też odpowiednie zabezpieczenia sanitarne, na czele z przeprowadzanymi regularnie testami.

Wszystko po to, by impreza mogła się odbyć, choć mieszkańcy Australii nie są do niej do końca przekonani. To zresztą nie może dziwić. Stan Victoria, przy początkowej fali pandemii koronawirusa, był jednym z najbardziej poszkodowanych w kraju. Wprowadzono więc naprawdę twardy lockdown. Wiele biznesów zostało zamkniętych, wiele osób trzymanych z konieczności poza dotychczasowym miejscem zamieszkania, zakazano też przylotów do kraju i zamykano granice poszczególnych krajów.

Turniej – tym bardziej przy okazji kwarantanny – pochłania duże sumy pieniędzy. Do tego w całym kraju panuje przekonanie, że jego mieszkańcy wiele poświęcili, by ustabilizować sytuację związaną z wirusem (aktualnie niemal nie notuje się nowych przypadków), a niektórzy od kilku miesięcy nie są nawet w stanie wrócić do Australii.

Dlaczego więc zdecydowano się na organizację Australian Open mimo wszystkich tych obostrzeń? – Gdyby Australian Open nie odbyło się w Melbourne, przeniesiono by je gdzie indziej. Odbyłoby się wtedy w Japonii, Chinach albo Singapurze. Prawdziwym ryzykiem byłoby to, że mogłoby do nas nie wrócić – mówił Dan Andrews, premier stanu Victoria, któremu od razu jednak wytknięto, że trudno w jego słowa uwierzyć, gdy inne turnieje w azjatyckich państwach zostały przecież odwołane.

Więc odpowiedzi tak naprawdę nie było. Australian Open po prostu postanowiono zorganizować w ścisłym reżimie sanitarnym. I na razie… jakoś to wychodzi. Choć na koncie organizatorów (ale też zawodników i zawodniczek) pojawiło się już nieco wpadek.

Pozytywni

– Kiedy wsiadaliśmy do samolotu to nie mieliśmy informacji, że jeden przypadek pozytywny grozi wszystkim twardą kwarantanną. Było potem trochę nerwowego oczekiwania na wyniki z samolotu, ale ja akurat miałem szczęście – mówi nam Hubert Hurkacz, który przebywa na zwykłej kwarantannie. Szczęście miał, bo nie trafił na twardą. Czym się różnią? Cóż, ta pierwsza zakładała, że po tygodniu można wychodzić – w ustalonych wcześniej zespołach – na korty, po dwie godziny dziennie. Do tego siłownia, dojazdy i posiłek – łącznie pięć wspaniałych godzin poza hotelowym pokojem.

– Moment wyjścia na kort i trening na zewnątrz na pewno jest najprzyjemniejszą częścią dnia, czekam na niego. Poza tym poświęcam czas na trening stabilizacyjny w pokoju i te ćwiczenia, które można zrobić na ograniczonej przestrzeni. Mam też rower stacjonarny w pokoju. No a reszta normalnie – czytam, oglądam trochę TV, dużo rozmawiam ze znajomymi i rodziną. Złe jedzenie w hotelu? Możemy zamówić inne z restauracji – mówi Hurkacz.

Zawodnicy (ponad 70 osób), którzy trafili na twardą kwarantannę, mogą usunąć sobie pierwsze zdanie z jego wypowiedzi. Przez całe dwa tygodnie nie mogą bowiem wyjść na kort. Sęk w tym, że by zostać objętym tą wersją kwarantanny nie trzeba było mieć nawet pozytywnego wyniku testu. Wystarczyło lecieć do Australii samolotem, w którym ktoś taki otrzymał. Samolotem, w którym wszystkich usadzono tak, by zachowywać w miarę bezpieczny dystans. I, jak powiedział Hubert, wiele osób nie wiedziało, że tak może się to skończyć.

– Większość tenisistów chyba była świadoma tego, co się będzie działo, jak tu przyjedziemy – mówił z kolei Piotr Sierzputowski, trener Igi Świątek w audycji „Tenisklub” na WeszłoFM. – Oczywiście, sytuacja z tą podróżą była lekkim niedopowiedzeniem. Myślę też jednak, że to był błąd zawodników, że się nie dowiedzieli. […] Wydaje mi się, że to też jest bardziej obawa ludzi o to, że tego wirusa można roznieść. Poniekąd słuszna, bo okazało się, że zawodniczka po siedmiu dniach kwarantanny – na szczęście twardej – dostała pozytywny wynik i trafiła do centrum medycznego, bo miała objawy. Uważam, że podjęto słuszną decyzję z zamykaniem tych osób na twardą kwarantannę. Z drugiej strony organizacja turnieju to pewna obietnica, trzeba jej dotrzymać, gdy jest się organizatorem. Jeśli nie byli gotowi tego zrobić, to po co taki turniej organizować?

Tak to właśnie wygląda. Dla każdego argumentu da się przedstawić kontrargument. Trochę jak z pięknymi i brzydkimi minami w „Ferdydurke” (ze wszystkich literackich nawiązań, akurat to na pewno znacie, prawda?). Choć przypadek Pauli Babosy – o którym wspomniał Sierzputowski – pokazuje jednak, że była to prawdopodobnie dobra decyzja. To właśnie ona otrzymała pozytywny wynik testu siedem dni po tym, jak wylądowała w Melbourne. I ledwie dzień po podnoszonych coraz głośniej i odważniej opiniach, że twarda kwarantanna mogłaby być skrócona.

Cóż, nie została. I owszem, to niedoinformowanie w tej sprawie jest pewną wpadką organizatorów, których jednak niektórzy bronią. Artem Sitak, nowozelandzki tenisista, na Instagramie na przykład mówił, że już miesiąc wcześniej mówiono o tym wszystkim.

– Organizatorzy miesiąc temu uczulali nas, że jeśli ktoś z podróżujących otrzyma pozytywny wynik testu na koronawirusa, miejscowe organy służby zdrowia zdecydują, czy poddać kwarantannie wszystkich uczestników lotu czy tylko część z nich. Znając ścisłe restrykcje australijskiego rządu związane z koronawirusem, po tym spotkaniu wiedziałem, że jeśli ktoś na pokładzie mojego samolotu będzie miał wynik pozytywny, czeka mnie dwutygodniowa kwarantanna. Byłem przygotowany na takie ryzyko – opowiadał.

Nie zmienia to jednak faktu, że niektórzy widzą to inaczej – część zawodników ma po prostu lepsze warunki, mówią.

Uprzywilejowani?

Gdyby tylko się postarać, pewnie dałoby się stworzyć łańcuch zawodników, patrzących na innych z zazdrością. Zacząłby się zapewne od osób, które na Australian Open w ogóle nie mogły pojechać – na przykład Andy’ego Murraya czy Joao Sousy, wyeliminowanych przez pozytywne wyniki testów jeszcze przed wylotem do Melbourne. Potem byliby ludzie w twardej kwarantannie, widzący, że inni mogą wyjść na korty.

Bo to, wbrew pozorom, faktyczny problem. Dwa tygodnie siedzenia w zamkniętym pokoju (za wyjście z niego jest nawet 20 tysięcy dolarów australijskich kary) może zniweczyć jakiekolwiek plany związane ze startem, nawet jeśli się trenuje. A że osoby, które w tych pokojach siedzą, faktycznie trenują – to widział każdy, kto obserwuje choć jedną z nich w social mediach. Odbijanie piłek o materace, podstawowe ćwiczenia siłowe, rozciąganie. Robią, co mogą. Ale niekoniecznie da to efekt na korcie.

Staram się pozostać pozytywna dla mojego stanu mentalnego. Pierwszych kilka dni było bardzo trudnych. Czułam, że moje szanse na dobry występ na Australian Open są bardzo małe, a to trudno zaakceptować. Zwłaszcza, gdy widzi się, że inni mogą trenować, przygotować się i poprawiać przed startem. Gdy mamy dwutygodniowe wakacje, to po nich czuję się, jakbym nigdy wcześniej nie grała w tenisa. Proces powrotu do formy chwilę trwa, na pewno będziemy potrzebować więcej czasu, niż go dostaniemy – mówiła Belinda Bencic, jedna z tenisistek zamkniętych na dwa tygodnie w pokoju. Choć równocześnie podkreślała, że środki ostrożności rozumie i popiera.

W jej wypowiedzi kryje się jednak cały klucz tego problemu – jedni zawodnicy trenują, drudzy nie. Różnica na korcie może być naprawdę widoczna. A do tego dochodzi jeszcze coś, czego obawia się z kolei Wiktoria Azarenka (która przyznała się, że przez pierwsze godziny po otrzymaniu informacji o twardej kwarantannie, po prostu płakała) – ryzyko kontuzji. Skoro nie można trenować na korcie, to się po prostu zwiększa. Zwiększyć też się może wycieńczenie, jeśli w kość dadzą australijskie upały. W konsekwencji możliwe jest, że na turnieju dostaniemy falę kreczów i wycofań.

– Myślę, że upały mogą mieć duży wpływ. Tym bardziej, że jesteśmy w kwarantannie. Na razie tylko jeden dzień z tych dwunastu na razie był bardzo gorący, temperatura sięgała wtedy 38 stopni. Ostatnio mieliśmy deszcz, graliśmy przy zamkniętym dachu. Było przez to co prawda duszno na korcie, ale wiadomo, że zawodnicy nie będą w stanie się przygotować, jeśli pogoda zmieni się z dnia na dzień. Z drugiej strony przepracowana będzie już na pewno różnica czasu, więc to jeden problem mniej. Aczkolwiek teraz jest specyficznie. Przez pierwszy tydzień było tak 17-20 stopni, a to nie taka australijska pogoda, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni – mówi Sierzputowski.

Choć to wszystko to, oczywiście, tylko przypuszczenia.

Tak naprawdę nikt bowiem nie wie, co się wydarzy, to eksperyment na żywym organizmie. Dosłownie. Organizatorzy i tak starają się zrobić wszystko, by osobom przebywającym w twardej kwarantannie jakoś pomóc. Dostarczono im sprzęt do ćwiczeń, a do tego dla zawodniczek zorganizowano dodatkowy turniej – Quarantine Cup. W nim będą mogły wystąpić Azarenka, Sofia Kenin czy Angelique Kerber, by choć trochę pomóc sobie w powrocie do dyspozycji po przymusowym dwutygodniowym zamknięciu.

Na pewno już czytając szczegółowe procedury obowiązkowej kwarantanny dla każdego uczestnika Australian Open czuło się ciarki na plecach – mówił „Przeglądowi Sportowemu” Kamil Majchrzak, który też przebywa w Australii. – Z góry było wiadomo, że będzie ciężko, ale też wszyscy mieli mieć takie same warunki do przygotowań. […] Na pewno dla grupy z tych kilku pechowych samolotów nie jest to normalna sytuacja, chociaż wcześniej wydawało się, że np. po sześciu czy siedmiu negatywnych wynikach testów na koronawirusa będą mogli jednak wyjść z pokoju. Ale władze lokalne nie chcą ustąpić w tej sprawie, więc jest to sytuacja naprawdę nie do pozazdroszczenia. Odbije się w znacznym stopniu na ich formie, ale też na kondycji fizycznej i psychicznej.

Zawodniczki na twardej kwarantannie mogą więc tylko z zazdrością patrzeć na te, które wychodzą na korty. A te z kolei mogą zazdrościć tenisistom i tenisistkom przebywającym aktualnie w Adelajdzie. Tam bowiem swoją kwarantannę odbywają największe gwiazdy – na czele z Sereną Williams, Novakiem Djokoviciem czy Rafaelem Nadalem – które potem wezmą udział w pokazowym turnieju. Czego można im zazdrościć? Większych pokoi, lepszych warunków, szerokich balkonów, na których można poćwiczyć, czy po prostu wyjść na moment na zewnątrz. Choćby tego. W kwarantannie to już dużo zmienia.

Taka jest natura biznesu – mówił Craig Tiley, szef Tennis Australia. – Mam wrażenie, że postrzega się to jako preferencyjne traktowanie. To jednak najlepsi gracze na świecie. Wyznaję zasadę, że jeśli jesteś na szczycie, jesteś mistrzem wielkoszlemowym, to dostajesz lepsze warunki. Niektórzy niepotrzebnie piszą o tym w social mediach. Jeśli masz jakąś skargę – przyjdź do mnie. Nie wychodź z nią do mediów społecznościowych. Co próbujesz w ten sposób osiągnąć? To nie rozwiąże żadnego problemu.

Zgadzał się z nim zresztą Piotr Sierzputowski. – Uważam to za dość normalne, dlatego nie podoba mi się ta dyskusja, czy ktoś w Adelajdzie ma lepiej, czy gorzej niż w Melbourne. Poza nielicznymi wyjątkami, osobami, które są tam w roli sparingpartnerów, toaktualnie najlepsi zawodnicy na świecie, którzy zapracowali na to, żeby mieć troszkę wygodniej. Prawda jest taka, że sport na najwyższym poziomie to biznes jak każdy inny. Jeżeli ktoś dochodzi wysoko, to wiadomo, że jest inaczej traktowany. Nam teraz [po wygranej Świątek w Roland Garros – przyp. red.] też dużo łatwiej i szybciej jest dotrzeć do osób, do których musimy dotrzeć – mówił.

Oburzenie

Tiley nie bez powodu wspominał w swojej wypowiedzi o social mediach – za ich pośrednictwem do mediów tradycyjnych dotarło wiele narzekań ze strony zawodników. Mówiono, że jedzenie w hotelu jest beznadziejne (zresztą faktycznie, na zdjęciach nie wyglądało zbyt apetycznie). Z drugiej strony jednak każdy zawodnik dostaje też dziennie voucher na sto dolarów i może sobie zamówić z okolicznych restauracji, co tylko chce. Benoit Paire wybrał na przykład… McDonald’s. I nie narzekał (choć Francuzi ogółem są wyluzowani – Gael Monfils organizował długie streamy ze swoich gamingowych sesji). Kontrowersje budziła też – co już ustaliliśmy – przymusowa twarda kwarantanna. Ale największe zamieszanie wywołały chyba dwie sprawy.

Pierwsza? Julia Putincewa i… myszy. Kazachska tenisistka ogółem ma talent do dramatyzowania, ale w tym przypadku w sumie trudno odmówić jej racji. W pokoju, w którym mieszkała, zauważyła biegające myszy. Przeniesiono ją więc do innego, a do poprzedniego wezwano specjalistę. Ten powiedział, że gryzonie ktoś najprawdopodobniej dokarmia i po prostu trzeba przestać to robić. W tym czasie Putincewa natknęła się na mysz w swoim nowym lokum. Lub nawet myszy, bo podobno było ich więcej. I szeroko relacjonowała te spotkania w social mediach.

Druga sprawa? Dziewczyna Bernarda Tomica, czyli… reprezentanta gospodarzy. O ich związku (i całej karierze Berniego) pisaliśmy sporo w tym miejscu, ale w wielkim skrócie: są ze sobą od niedawna, ona to gwiazda australijskiej wersji „Love Island”, która aktualnie poszła w stronę filmów dla dorosłych. Oburzenie wywołała, narzekając na hotelowe warunki, wśród których wymieniła między innymi to, że musi „sama myć sobie włosy, a nigdy dotąd tego nie robiła”. Serio.

Narzekali i inni. Alize Cornet czy Roberto Bautista Agut szybko za to przepraszali. Hiszpan przyznał, że nie wiedział, iż jego słowa są w jakikolwiek sposób rejestrowane, a wypowiadał je w prywatnej rozmowie. Francuska tenisistka z kolei przeprosiła wszystkich, pisząc, że „po waszych wiadomościach zrozumiałam, przez jak duże poświęcenie przechodzi ludność Australii”. Bo zresztą o to tu chodzi – miejscowych najbardziej zdenerwowało to, że sprowadzeni do Melbourne na specjalnych zasadach ludzie, którzy za udział w turnieju wezmą jeszcze sporo kasy, tak wylewnie narzekają w social mediach. To też zauważył Craig Tiley – że nikomu nie przynosi to pożytku.

Podobnie jak nie przyniosła go lista Novaka Djokovicia, która wyciekła do mediów, a na której Serb apelował między innymi o to, by zawodnikom zezwolić na zamieszkanie w wynajętych domach, a nie hotelu. Zgody, oczywiście, nie było, a w Nole uderzył Nick Kyrgios, który od dawna prowadzi z nim swoją małą wojenkę.

Choć, oczywiście, to nie tak, że wszyscy szli tylko w tę stronę. Weźmy Rafę Nadala. – Jest mi bardzo przykro z powodu ich wszystkich, ale kiedy tu przyjechaliśmy, to wiedzieliśmy, że środki będą surowe, ponieważ Australia świetnie sobie radzi z pandemią. To normalne, że narzekamy. Jednak z drugiej strony widać, ile osób umiera na całym świecie. Widzimy, jak wielu ludzi traci ojca, mamę, bez możliwości pożegnania. To jest prawdziwe życie. Tak właśnie dzieje się w moim kraju. Moi bliscy cierpią z powodu tej sytuacji. To inna sytuacja niż zwykle, dla wszystkich jest o wiele bardziej smutna. Ale przynajmniej jesteśmy tutaj i będziemy mieli szansę zagrać. Świat cierpi, więc nie możemy narzekać. Czuję, że jesteśmy uprzywilejowanymi ludźmi, którzy mają szansę dalej wykonywać swoją pracę – mówił Hiszpan w rozmowie z CNN.

Podobnie wypowiadała się też na przykład Wiktoria Azarenka – która za pośrednictwem swoich social mediów zaapelowała, by przez kwarantannę przechodzić ze zrozumieniem sytuacji miejscowych oraz organizatorów. I z czasem chyba wszyscy wzięli sobie jej słowa do serca. Bo sytuacja się uspokoiła.

Co dalej?

Już w najbliższych godzinach zwolnione z kwarantanny będą pierwsze osoby – w tym między innymi Iga Świątek. Polka zresztą – podobnie jak Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak – miała, dodajmy, szczęście. Do Melbourne przyleciała samolotem, na pokładzie którego nie było nikogo zakażonego, mogła więc normalnie trenować. W dodatku miała sparingpartnerkę z samej góry rankingu – Elinę Switolinę – co sprawiło, że warunki dostała naprawdę niezłe.

– Myślę, że nie ma co narzekać na warunki – mówił Sierzputowski. – Oczywiście, wiele zależy od tego, na jakich kortach się trenuje, bo każdy kort ma swoją siłownię, a te są podzielone na dwie części: kardio i ciężary, których w większości wypadków nie można zmieniać. My mamy to szczęście, że trenujemy z Eliną, która jest piąta na świecie, a z kobiet obecnych w Melbourne jest drugą najwyżej rozstawioną, więc dostajemy najlepsze korty. Niemal zawsze jesteśmy na największych stadionach. Mamy duży komfort. Nawet ci, którzy mają ciut mniejszy i tak nie narzekają, tak myślę. Coś kosztem czegoś. My mamy te siłownie komfortowe, są wewnątrz, ale oni z drugiej strony w siłowniach na zewnątrz mogą zaczerpnąć świeżego powietrza, którego w pokojach brakuje.

Hubert Hurkacz, choć warunki ma może nieco gorsze, też nie narzeka. – Rozumiem, że po wysiłku, jaki Australijczycy włożyli w walkę z koronawirusem, teraz bardzo restrykcyjnie pilnują obostrzeń. Dla nas na pewno nie jest to łatwe, ale to nie jest łatwa sytuacja dla nikogo. My jesteśmy tu po to żeby grać w tenisa i zaraz będziemy to mogli robić normalnie i z publicznością na trybunach, więc trzeba się przemęczyć. Po prawie tygodniu przerwy od tenisa człowiek był trochę zardzewiały. Siedząc w pokoju brakuje świeżego powietrza, wyjścia na spacer i normalnego treningu. Na szczęście dość szybko wraca się do lepszej dyspozycji – mówił.

I oni, i Kamil Majchrzak, szykują się już do nadchodzących turniejów. Australian Open, co oczywiste, ale też tych, które tę imprezę poprzedzą. Co ważne, jak zauważył Hurkacz, w ich trakcie na trybunach zasiądzie publiczność. A to dla zawodników wielki plus. Możliwy właśnie dzięki obostrzeniom, jakie stosuje się w Australii. Przewiduje się, że korty zapełnią się co najmniej w połowie. – Wspaniale będzie znowu mieć publikę. Naprawdę na to czekam – mówiła Azarenka.

Turnieje, które mają przygotować wszystkich do Australian Open, rozpoczną się już w najbliższych dniach. A potem czekają nas pierwsze w tym roku wielkoszlemowe emocje. Co istotne – z udziałem Polaków, na których występy bardzo czekamy. Bo po tym co zrobiła Iga Świątek na Roland Garros i po wygranym przez Huberta Hurkacza turnieju w Delray Beach, nadzieje możemy mieć całkiem duże.

I oby choć w części się spełniły.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez