Kuba – rajska wyspa olimpijskiego boksu

Kuba – rajska wyspa olimpijskiego boksu

20 sierpnia 2016 roku, Rio de Janeiro. W obiekcie Riocentro trwa przedostatni dzień bokserskiego turnieju olimpijskiego. W czerwonym narożniku do ringu wchodzi Arlen Lopez – aktualny mistrz świata amatorów w wadze średniej. Jego rywalem jest dwudziestoletni Uzbek, Bektemir Melikuziev. Pojedynek nie toczy się wyłącznie o złoto – może też przechylić szalę zwycięstwa w bokserskiej klasyfikacji medalowej, w której Kuba i Uzbekistan idą łeb w łeb.

Kubańczyk nie daje szans młodszemu rywalowi, pewnie wygrywając pojedynek na punkty i stając się trzecim reprezentantem kraju, który na brazylijskich igrzyskach został mistrzem olimpijskim. I chociaż koniec końców to Uzbekistan zajął pierwsze miejsce w medalowej klasyfikacji, różnica pomiędzy tymi państwami jest zasadnicza. Dla Uzbekistanu tak znakomity występ to rzecz incydentalna. Zaś Kuba począwszy od lat siedemdziesiątych w bokserskiej klasyfikacji medalowej na igrzyskach zaledwie raz znalazła się poza najlepszą trójką. Miało to miejsce w Pekinie, gdzie kraj zajął dziesiąte miejsce. Lecz dodajmy, że w zestawieniu najpierw liczy się kolor medali, a później ich liczba. W tej drugiej bokserzy z rajskiej wyspy zdystansowali konkurencję, zdobywając osiem krążków – po cztery srebrne i brązowe. Drudzy pod tym względem Chińczycy – którzy wygrali w klasyfikacji – mogli pochwalić się czterema medalami ogólnie, ale dwa z nich były złote.

A przecież mówimy o biednym państwie, od końca lat pięćdziesiątych zarządzanym przez komunistyczną dyktaturę. Tamtejsi bokserzy mogą pomarzyć o nowych, lśniących salach treningowych, dostępie do najlepszych odżywek i suplementów czy niekiedy nawet tak podstawowych rzeczach jak rękawice bokserskie.

Mimo takich warunków Kubańczycy wyboksowali na wszystkich igrzyskach aż siedemdziesiąt trzy medale, z czego trzydzieści cztery złote. Jaka jest przyczyna tego, że ze stosunkowo niewielki, liczący sobie jedenaście milionów ludzi kraj wychował tylu mistrzów akurat w boksie?

Pięści walczące z imperializmem

Kuba zaczęła odnosić sukcesy w boksie olimpijskim od igrzysk w Meksyku w 1968 roku, kiedy to zdobyła dwa srebrne krążki. Jednak nie znaczy to, że wcześniej kraj był białą plamą na pięściarskiej mapie świata. Przeciwnie, boks na wyspie był obecny już na początku XX wieku. W 1910 roku chilijski bokser John Budinich założył na Kubie pierwszą akademię bokserską. Atrakcyjne położenie oraz emigranci, którzy licznie przybywali na wyspę sprawiały, że walki były tam często organizowane.

Pięściarstwo trafiło na podatny grunt, stając się jedną z ulubionych rozrywek niezamożnego społeczeństwa. Boks robił się popularny, co w połączeniu z tarciami poszczególnych grup etnicznych na tle rasowym według ówczesnego rządu stanowiło niebezpieczną mieszankę. Zatem sztuka walki stała się zakazana i na prawie dekadę musiała zejść do półświatka. Co nie przeszkodziło jej w rozwoju – okładanie się po twarzy za pieniądze wciąż było kuszącą formą zarobku dla wielu ludzi z nizin społecznych.

Jednak dalej mowa tu o boksie zawodowym, w którym zresztą Kuba mogła pochwalić się kilkoma mistrzami świata. Ale w 1959 roku do władzy doszedł Fidel Castro, którego ideą było stworzenie z wyspy prawdziwie socjalistycznej utopii. Sport obracający potężnymi kwotami, idealny do hazardu oraz – nie ma co ukrywać – przyciągający szemrane środowisko musiał zostać zniszczony. A przynajmniej w takiej formie.

Bo Castro był wielkim fanem boksu. Sam podziwiał Laszlo Pappa – trzykrotnego mistrza olimpijskiego z Węgier (który – o ironio – walczył z władzami swojego kraju o prawo przejścia na zawodowstwo). Zatem sport pozostał, jednak wyłącznie w formie amatorskiej. A co z zawodowcami? Oni mieli wybór – dostosować się i walczyć ku chwale Kuby lub wyjechać z kraju.

Zmienili szyld i pojechali dalej? Nie do końca

Wielu z nich zostało – na szczęście dla swojego kraju oraz boksu amatorskiego. Ale sama zmiana plakietki z zawodowca na amatora nic by nie dała. Boks amatorski i zawodowy mają podobne zasady, lecz po bliższym zapoznaniu się wychodzi na to, że obie odmiany to zupełnie inna bajka. Jeżeli mielibyśmy poszukać luźnego porównania do najpopularniejszej piłki nożnej – to trochę tak, jakby zestawiać ze sobą futbol tradycyjny i futsal.

W boksie amatorskim występuje – w zależności od omawianego okresu – od trzech do pięciu rund. Ponadto, sędziowie przyznają punkty na bieżąco za każdy celny cios, a zawodnicy jeszcze do niedawna walczyli w kaskach ochronnych – w przypadku igrzysk, te wśród seniorów zniknęły dopiero w Rio de Janeiro. Jednak kaski dalej są wykorzystywane na przykład w pojedynkach juniorskich. To wszystko powoduje, że walki są dynamiczne, ale bardziej liczy się technika. Boks zawodowy kładzie o wiele większy nacisk na wytrzymałość i siłę ciosu.

O różnicach pomiędzy obiema odmianami pięściarstwa przekonał się chociażby Mateusz Masternak. Polski zawodowiec, który zdobył tytuł mistrza Europy, postanowił spełnić swoje marzenia o medalu olimpijskim i wystartować w Tokio, zatem powrócił do boksu amatorskiego. Ale w swojej trzeciej walce, stoczonej podczas turnieju w Bułgarii doznał porażki. Wprawdzie koniec końców był bliski wyjazdu na igrzyska, a zrezygnował z tego pomysłu między innymi ze względu na brak pewności czy impreza się odbędzie, ale w wywiadach podkreślał że boks amatorski i zawodowy to wręcz dwie różne dyscypliny sportu.

Castro zdawał sobie sprawę, że nic nie zapewni Kubie takiej reklamy, jak sukcesy sportowe. Zatem Kubańczycy na początku lat sześćdziesiątych sprowadzili cały zastęp bokserskich ekspertów ze Związku Radzieckiego, NRD czy Bułgarii. Mieli oni za zadanie skonstruować wydajny system, zdolny produkować bokserskich mistrzów na ogromną skalę. Takich jak Teofilo Stevenson – trzykrotny mistrz olimpijski, który był szkolony przez Andreja Czerwonenkę.

Źródło talentów

I taką strukturę udało się stworzyć, a jest ona oparta na kilku filarach. Po pierwsze – masowość sportu. Dzieci już we wczesnych latach szkolnych są zachęcane do aktywności fizycznej, ale nie tylko boksu. Na Kubie bardzo popularny jest również baseball. Duży nacisk kładzie się też na lekkoatletykę, w której kraj również może pochwalić się wieloma wybitnymi zawodnikami – na czele z Javierem Sotomayorem, rekordzistą świata w skoku wzwyż.

W szkołach do akcji wkraczają trenerzy bokserscy. Tych jest około pięciuset, a pracują w ponad stu osiemdziesięciu klubach rozsianych po całym kraju. W pierwszej fazie jeżdżą oni po szkołach w swoich regionach i przyglądają się młodzieży. Jeżeli któreś z dzieci wyróżnia się warunkami fizycznymi czy też dobrą sylwetką podczas zajęć bokserskich, trener spotyka się z rodzicami i stara się przekonać ich, by oddali syna pod jego opiekę. Jeżeli ci się na to zgodzą, dziecko zmienia szkołę na taką, która kładzie większy nacisk na sport i często wyprowadza się z domu rodzinnego.

Już na tym etapie rozpoczyna się prawdziwe szkolenie. Młodzi adepci pięściarstwa trenują nawet sześć razy w ciągu tygodnia. Tak napięty terminarz sprawia, że trener czy inni zawodnicy wręcz zastępują im rodzinę. Ale jeżeli ktoś nie zostanie wypatrzony przez trenerów, dalej ma możliwość treningów bokserskich – kluby są darmowe i otwarte dla wszystkich. Dzięki temu liczba pięściarzy na wyspie oscyluje wokół dwudziestu tysięcy – to gigantyczne źródło talentów, z którego Kuba czerpie pełnymi garściami.

Spartańskie warunki

Jak łatwo policzyć, w kraju jest dwadzieścia tysięcy bokserów oraz prawie dwieście klubów, więc średnio na jeden ośrodek treningowy przypada około stu zawodników. Zatem sparingpartnerów na zajęciach nie brakuje, a w przypadku największych klubów już samo wygranie rywalizacji o miejsce na zawody jest dużym sukcesem. Ale w jaki sposób zapewnić tak licznej grupie odpowiednie warunki do treningu?

W pierwszych latach socjalizmu rzeczywiście poczynione zostały pokaźne inwestycje. Lecz szybko okazało się, że gospodarka „jedynego słusznego systemu” zaczyna niedomagać – zwłaszcza przy sankcjach wprowadzonych przez Stany Zjednoczone, które wcześniej były głównym importerem towarów wyprodukowanych na wyspie. Na rozwój infrastruktury po prostu brakowało funduszy, a z czasem sytuacja nie uległa poprawie.

Jednak bieda oraz pasja do boksu zmuszają mieszkańców wyspy do improwizacji. Kiedy brakuje rękawic, adepci trenują z samymi bandażami na rękach. Worki treningowe? Jeżeli są, to zwykle stare i postrzępione. W razie ich braku można zastąpić ten element wyposażenia na przykład starymi materacami. Opony, sznurki do praktyki walki z przeciwnikiem w odpowiednim dystansie, elastyczne gumy przemysłowe – wykorzystać można wszystko to, co jest akurat pod ręką.

Ringi często są budowane w plenerze, a ochronę przed deszczem stanowią zardzewiałe, blaszane konstrukcje. Tak też wygląda jedna z najstarszych i najbardziej utytułowanych szkół bokserskich w kraju – Rafael Trejo Gimnasio al Aire Libre. Trener Nardo Mestre Flores jest uważany za jednego z najlepszych fachowców w kraju, a samo miejsce jest tak popularne, że przyciąga turystów, wśród których są nawet sławy Hollywood – trenował tam między innymi Idris Elba.

Sami nie podpisujemy się pod tym stwierdzeniem, ale nad przypadkiem Kuby cmokać z zachwytu mogą ci, którzy twierdzą, że najwięksi mistrzowie wychowują się w fatalnych warunkach, które kształtują charakter. W piłce nożnej grając na klepiskach, w koszu na betonowych boiskach bez obręczy i tak dalej. Bo w takich okolicznościach rzemiosła uczyli się Teofilo Stevenson i Felix Savon – dwóch z trzech pięściarzy, którzy zdobyli trzy olimpijskie złota na trzech igrzyskach. Wraz z Laszlo Pappem to jedyni zawodnicy, którzy mogą pochwalić się podobnym osiągnięciem. Zatem w trójce bokserów wśród których można by rozstrzygnąć spór o to, który z nich był najwybitniejszym amatorem, znajduje się dwóch Kubańczyków. A przecież za nimi jest szereg podwójnych mistrzów olimpijskich z rajskiej wyspy, takich jak Guillermo Rigondeaux, Robeisy Ramirez czy Hector Vinent.

Filozofia boksu

Gdyby zapytać przeciętnego kibica o to, co najbardziej liczy się w boksie, zapewne odpowiedź brzmiałaby – siła ciosu, która prowadzi do nokautów. Oczywiście, nokauty są efektowne – głównie w boksie zawodowym – ale nie bez kozery ten sport jest nazywany szermierką na pięści. Dla boksera podstawowym elementem jest to, by samemu nie dać się trafić. Stąd kubańska szkoła boksu ogromną wagę przywiązuje do balansu ciała, pracy nóg czy odpowiedniej postawy. Dobrze zadany cios ma być zwieńczeniem dzieła – ostatnim elementem za którym stoi szereg innych czynników wykonywanych na świetnym poziomie.

Sami zawodnicy mają o co walczyć. Oficjalną wersją kolportowaną przez państwo jest to, że bokserzy przede wszystkim biją się ku chwale kraju. Ale najlepsi pięściarze otrzymują liczne benefity z racji godnego reprezentowania Kuby. Medaliści olimpijscy mogą zarabiać nawet trzysta dolarów miesięcznie. To w przeliczeniu na złotówki wciąż wydaje się niewiele, ale pamiętajmy, że mówmy o kraju w którym ludzie żyją w zupełnie innych warunkach finansowych. Średnia pensja na Kubie waha się – w zależności od danych – w granicach od piętnastu do czterdziestu dolarów. Więc czołowy bokser w miesiąc jest w stanie zarobić tyle, ile przeciętny obywatel w ciągu roku. A dodatkowo może liczyć na inne przywileje, takie jak samochód czy własne mieszkanie.

Poza tym, system jest tak skonstruowany, że po zakończeniu kariery amatorskiej – a według przepisów AIBA bokser może walczyć maksymalnie do 40. roku życia – kubańscy pięściarze mają niemalże zagwarantowany udział w strukturach szkolenia. Zostają w zawodzie, głównie jako trenerzy szkolący następne pokolenia mistrzów. Chociażby Hector Vinent, który nigdy nie przeszedł na zawodowstwo, jest trenerem we wspomnianej Rafael Trejo Gimnasio.

Kierunek północ

Lecz w przypadku tak dużych przywilejów mówimy o samym wierzchołku góry, maksymalnie kilkunastu bokserach którzy mogą pojechać na igrzyska. Kilkunastu spośród tysięcy, uprawiających ten sport. Ponadto, choć amatorscy mistrzowie na wyspie żyją we względnie dobrych warunkach, to zdają sobie sprawę ze swoich umiejętności. Wiedzą, że w porównaniu do zarobków w boksie zawodowym ich pensje są śmieszne, a sytuacja życiowa – choć dobra jak na kubańskie realia – nie może równać się z życiem w bardziej rozwiniętym kraju. A z wybrzeży Hawany na horyzoncie kusi znajdujący się sto siedemdziesiąt kilometrów dalej Key West. To najbardziej wysunięty na południe kontynentalny punkt USA – mekki zawodowego boksu.

Wielu kubańskich mistrzów wybiera emigrację. Tak postąpili Guillermo Rigondeaux, Odlanier Solis (mistrz wagi ciężkiej z Aten), Yuriorkis Gamboa (mistrz w wadze muszej z tych samych igrzysk) czy Erislandy Lara. Perspektywa lepszego życia jest kusząca, nawet jeżeli talent w wyniku radykalnej zmiany warunków bytowych nie zostaje do końca wykorzystywany. A to częsty problem kubańskich bokserów, którzy po wyjeździe z kraju zatracają się w urokach życia.

I to właśnie emigracja jest największym problemem kubańskiego boksu amatorskiego. Kuba zmaga się z tą kwestią od lat, chociaż dodajmy, że nie wszyscy ich zawodnicy zdecydowali się na poszukiwanie lepszego życia zagranicą. Ci, którzy pozostali, cieszą się dużym szacunkiem wśród mieszkańców wyspy. Oraz oczywiście aprobatą władz. Do naczelnych przykładów należy dwóch największych pięściarzy – Felix Savon oraz Teofilo Stevenson. Ten pierwszy odmówił lukratywnego kontraktu na walkę z Mikiem Tysonem. Drugi, kiedy otrzymał propozycję pojedynku z samym Muhammadem Alim, pytał retorycznie: – Co znaczy jeden milion dolarów w porównaniu do miłości ośmiu milionów Kubańczyków?

Z kolei w wywiadzie dla “The Tribune” z 2003 roku mówił: – Nie potrzebowałem pieniędzy ponieważ zniszczyłyby mi życie. Dla zawodowych bokserów pieniądze to pułapka. Zarabiasz dużo pieniędzy, ale jak dużo znamy z historii przypadków bokserów, którzy zmarli w biedzie?

Spoglądając na wiele bokserskich karier, miał trochę racji. Ale jak na ironię, wierność systemowi nie uchroniła go od podobnego losu. Pod koniec życia on sam również żył w nędzy, pogrążony w alkoholowym nałogu.

Jak będzie w Tokio?

Kubę w Tokio reprezentować będzie siedmiu bokserów. Nie jest to najliczniejsza reprezentacja, jaką kraj wysłał na igrzyska – podczas poprzednich igrzysk składała się z dziesięciu zawodników. Ale liczy się jakość, a tej Kubańczykom jak zwykle nie brakuje.

Wspomniany we wstępie Arlen Lopez będzie bronił tytułu mistrza olimpijskiego. Podobnie jak jego kolega Julio Cesar La Cruz, który ma coś do udowodnienia. Zawodnik cztery razy z rzędu zdobywał tytuł mistrza świata, jednak w 2019 roku w Jekaterynburgu zajął zaledwie trzecie miejsce. Z kolei Roniel Iglesias to brązowy medalista olimpijski z Pekinu oraz mistrz z Londynu. Następnie przeniósł się do wagi półśredniej, w której ostatnimi czasy zaczął osiągać sukcesy.

Dwudziestopięcioletni Andy Cruz jest podwójnym mistrzem świata – wygrał też 105 ze 113 stoczonych pojedynków w karierze. W wadze koguciej Lazaro Alvarez – podobnie do La Cruza – okupuje podium światowego czempionatu już od pięciu ostatnich edycji. Yosvany Veitía to z kolei mistrz świata z 2017 roku z Hamburga. Ostatni Dainier Pero ma dwadzieścia jeden lat i jest uważany za młody prospekt – w 2019 roku zdobył złoty medal podczas igrzysk panamerykańskich. Zatem w siedmioosobowym składzie znajduje się sześciu bokserów, którzy zdobywali mistrzostwo świata, plus jeden mega talent.

A mogłoby być jeszcze lepiej. Liderem kadry mógł być Robeisy Ramirez. Dwudziestosiedmiolatek jest podwójnym złotym medalistą olimpijskim w kategorii muszej i koguciej. Wydawało się, że ma wszystko aby dołączyć do wielkiej trójcy bokserów, którzy przywozili trzy medale z trzech igrzyska. A kto wie – może nawet ich przebić. Ale wybrał – a jakże – emigrację. W 2018 roku uciekł z obozu kadry w Meksyku. Kubańskie Ministerstwo Sportu szybko wydało oświadczenie, w którym nazwało zawodnika zdrajcą odwracającym się plecami do własnego kraju.

Jak dalej potoczyły się jego losy? Cóż, w debiucie na zawodowych ringach przegrał z mało znanym Adanem Gonzalesem. Po raz kolejny okazało się, że boks amatorski i zawodowy to dwie różne dyscypliny sportu. Lecz kiedy zmienił trenera i zaczął dostosowywać swój styl do innej koncepcji walki, wygrał kolejnych siedem pojedynków – w tym rewanż z Gonzalesem.

Ostatni pojedynek stoczył 22 maja tego roku. A na przełomie lipca i sierpnia będzie mógł śledzić popisy kolegów z byłej kadry walczących na turnieju olimpijskim. Czy będzie żałował widząc sukcesy Kubańczyków na igrzyskach? To bardzo możliwe. Tak jak to, że żal przeminie i role się odwrócą, kiedy on sam zdobędzie upragnione mistrzostwo świata na zawodowym ringu.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez