Krzysztof Chmielewski dał nam trochę radości. Czy zaskoczy też w olimpijskim finale?

Krzysztof Chmielewski dał nam trochę radości. Czy zaskoczy też w olimpijskim finale?

Polski sport bywa przewrotny. Jeszcze do niedawna najwięcej negatywnych emocji kłębiło się w środowisku naszego pływania, po głośnej aferze, wywołanej tym, że paru zawodników na igrzyskach nie wystartowało, choć miało. Minęło jednak kilka dni, impreza w Tokio ruszyła i to właśnie pływak zwrócił naszą uwagę. Ba, jego występ był jednym z trzech naprawdę pozytywnych akcentów czwartego dnia IO, jeśli chodzi o poczynania Polaków. Krzysztof Chmielewski ma 17 lat i jutro popłynie w olimpijskim finale na 200 metrów delfinem.

Hubert Hurkacz? Porażka i to z nisko notowanym przeciwnikiem. Szpadzistki? Nie były nawet bliskie medalu, choć uchodziły za jedne z faworytek. Koszykarze 3×3? Nie zdołali pokonać Belgii i wyjść z grupy. Maja Włoszczowska? Pożegnała się z igrzyskami z klasą, ale bez medalu. Nie ma co ukrywać – wtorek nie był udanym dniem dla sportu w kraju nad Wisłą. Dobrych wiadomości trafiła do nas garstka. Przede wszystkim – o brązowy medal igrzysk walczyła Aleksandra Kowalczuk, a piąte miejsce w konkurencji K-1 zajęła kajakarka Klaudia Zwolińska. Ale na to, co zrobił Chmielewski, też warto rzucić okiem.

Jak to w pływaniu?

Kim jest ten chłopak? Chmielewski szerszej publiczności pokazał się już podczas mistrzostw Europy w Budapeszcie. Zajął rewelacyjne trzecie miejsce w eliminacjach w wyścigu na 200 metrów stylem motylkowym (z czasem 1:55.46). Wydawało się wówczas, że awans do finału jest w jego zasięgu. Ale niestety, nie powtórzył równie szybkiego wyścigu i po półfinałach wypadł z rywalizacji. Co jak na tak młodego zawodnika i tak było zrozumiałe. W każdym razie – Polak zadebiutował na wielkiej imprezie, pobił rekord życiowy, pozostawił po sobie świetne wrażenie. Mógł też czekać na igrzyska olimpijskie, bo minimum na nie wypełnił jeszcze podczas mistrzostw Polski (wystarczyło 1:56.28).

Zanim jednak zameldował się na kontroli bagażowej, wsiadł do samolotu, a potem znalazł się w centrum zamieszania na obozie w Takasaki, pojawił się na imprezie młodzieżowej. Z lipcowych mistrzostw Europy juniorów wrócił ze złotym medalem zdobytym na swoim koronnym dystansie. Srebro trafiło zaś w ręce… jego brata bliźniaka, Michała Chmielewskiego. Tak, mamy nie jednego, ale dwóch asów. W Rzymie Krzysztof był szybszy od niego o osiemdziesiąt setnych (1:56.29 a 1:57.09). No i właśnie, zapewne w dobrym humorze przygotowywał się do imprezy w Tokio.

Jaki mógł postawić sobie cel? Awans do półfinału? Jak najbardziej wydawał się możliwy. Jego trener, Grzegorz Olędzki, sam potwierdził, że o taki rezultat chcieli powalczyć. Aby znaleźć się w finale, Krzysiek potrzebował jednak pokonać wielu zawodników, z którymi przegrywał jeszcze dwa miesiące temu podczas ME (albo i wygrywał, jeśli mowa o eliminacjach). I faktycznie to zrobił. O ile w eliminacjach zanotował (dopiero?) trzynasty czas, tak w swoim półfinale zajął piąte miejsce w naprawdę szybkim wyścigu. Awansował tym samym do finału z siódmym czasem.

Właśnie, wspomnieliśmy o szybkim wyścigu. Dlaczego szybkim? Bo brał w nim udział Kristof Milak. Węgierski megatalent. Lokomotywa. Superman. Moglibyśmy wymieniać dalej, bo oglądając tego pływaka trudno nie rozpływać się w zachwytach. Mowa o rekordziście świata, który dwa lata temu, jako 19-latek, pobił wynik Michaela Phelpsa z igrzysk w Pekinie. Od tego czasu utrzymuje kapitalną formę. Wyścigi wygrywa z przewagą nawet kilku sekund. Dzisiaj w nocy był o ponad dwie i pół sekundy lepszy od drugiego Leonardo de Deusa oraz ponad trzy od Chmielewskiego.

Zadajmy sobie zatem ważne pytanie – czego możemy spodziewać się po finale?

Medal jest na pewno nierealny?

Triumfatora już znamy. Uwierzcie nam, jeśli w grę nie wejdzie żadna kontuzja, Kristof Milak zostanie mistrzem olimpijskim. Przewagi, jakie ten gość osiąga na czterech długościach basenu, zdarzają się w równie krótkich wyścigach naprawdę rzadko. Jedyni pływacy, którzy mogą z nim rywalizować, ścigają się tylko na 50 (nieolimpijski dystans) oraz 100 metrów delfinem, a nie 200. Mówimy o Caelebie Dresselu oraz Kyle’u Chalmersie. Finał na setkę zapowiada się zatem pasjonująco, ale ten temat zostawmy na bok.

I zastanówmy się, kto jutro uzupełni podium. W teorii – wszystko jest tu możliwe. Oprócz Milaka (1:52.22) tylko jeden pływak w półfinałach zszedł poniżej granicy minuty oraz 55 sekund. To wspomniany de Deus (bardzo filigranowy pływak, mierzy zaledwie 173 cm). Brazylijczyk wykręcił jednak 1:54.97, czyli wynik o “zaledwie” 32 setne lepszy od Polaka. Nie jest to przepaść, nie da się ukryć. Gorzej będzie, jeśli popatrzymy na życiówki i to, że inny z finalistów i niegdyś wielki rywal Michaela Phelpsa, Chad Le Clos, w przeszłości popłynął 1:52.96.

Nie ma co jednak sugerować się dawnymi wynikami. Szczególnie, że pływanie kocha nastoletnich medalistów i często takich kreuje. Gdyby Krzysztof Chmielewski nie tylko świetnie popłynął w finale na 200 metrów delfinem, ale i zdobył medal, mówilibyśmy o sensacji. Ale przecież nie pierwszej sensacji. Jedną już sprawił 18-letni Tunezyjczyk Ahmed Hafnaoui, który został mistrzem olimpijskim na dystansie 400 metrów stylem dowolnym.

Krzysztof Chmielewski sprawił zatem nam już trochę radości. A teraz w finale może zostać połknięty przez rywali. Ale nie musi. Niech płynie, niech potraktuje wielki finał jak bezstresową przygodę. W końcu przed nim i tak igrzyska w Paryżu, Los Angeles, a jeśli dobrze pójdzie, to i Brisbane. Czasem dobrze być 17-latkiem.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Waffen77
Waffen77
1 miesiąc temu

He he…8.

Aktualności

Kalendarz imprez