Król: Kszczot to najlepszy zawodnik w historii polskich biegów

Król: Kszczot to najlepszy zawodnik w historii polskich biegów

Dlaczego jednak nie trenuje Joanny Jóźwik? Jakie są granice Patryka Dobka na dystansie ośmiuset metrów? Z jakiego powodu Adam Kszczot opuścił ostatni dzień obozu w Zakopanem i pilnie pojechał do domu? Czy Wioletta Frankiewicz mogła zostać mistrzynią olimpijską? I co Paweł Czapiewski ma wspólnego z… pchłą?

Na te oraz wiele innych pytań odpowiedział nam Zbigniew Król. Legendarny trener biegów średniodystansowych, pod którego skrzydłami sukcesy osiągali tacy zawodnicy, jak Lidia Chojecka, Małgorzata Rydz czy wspomniani Paweł Czapiewski oraz Adam Kszczot. Od kilku miesięcy Król trenuje Patryka Dobka – złotego medalistę halowych mistrzostw Europy.

SZYMON SZCZEPANIK: Jest pan nazywany królem polskich trenerów lekkoatletycznych. Jak pan odbiera ten przydomek?

ZBIGNIEW KRÓL: Przyzwyczaiłem się do tego, że to połączenie ze względu na moje nazwisko. Ale ten przydomek nie ma znaczenia – swoje trzeba robić.

Jakie to uczucie dwukrotnie na przestrzeni dwóch tygodni – pierwszy raz na mistrzostwach Polski, a drugi podczas halowych mistrzostw Europy – utrzeć nosa Adamowi Kszczotowi, który był pana podopiecznym?

Adam Kszczot zapisał piękną zgłoskę w polskiej lekkoatletyce. Mi udało się osiągnąć z nim pięć razy tytuł mistrza Europy, trzy wicemistrzostwa świata, raz mistrzostwo świata. Na pewno dużo mu w tym pomogłem. Uważam, że to najlepszy zawodnik w historii polskich biegów. Przebił Czapiewskiego i innych zawodników, nikt nie miał tylu tytułów co on. Nasza współpraca wyglądała bardzo dobrze, ale w pewnym momencie różne czynniki spowodowały, żeśmy się rozstali i przyszedł nowy zawodnik. Ale ja tego wcale nie traktuję, jako chęć udowodnienia czegokolwiek.

Przypomnijmy, że powodem waszego rozstania była zbyt duża ingerencja Michała Adamczewskiego w trening.

Tak, kwestia była taka, że Adam zaufał innemu trenerowi i miał takie prawo. Chciał coś zmienić w treningu. Wcale mu się nie dziwię. Był trochę zmęczony. Sukcesami też, bo bez przerwy wygrywał. Oprócz tego chciał też osiągnąć coś więcej na igrzyskach. Sposób trenowania, który ja mu narzucałem, też prowadził do kontuzji, których doznawał. Celując cały czas w światowy czub, trening jest na granicy wytrzymałości organizmu. Pod tym względem Adam był kapitalny, jeżeli chodzi o współpracę. On nawet ukrywał przede mną kontuzje. Uważał, że jeżeli powie o urazie, to nie będę go trenował na topowym poziomie, tylko będę ostrożny. A on chciał być najlepszy, i dążył do tego wszelkimi środkami. Mówił wprost „ja i fizjoterapeuci jesteśmy od tego, żebym był zdrowy, a pan masz mnie trenować”. Potem, jak zaczęło być troszkę gorzej, to zaczął ufać ludziom z boku, między innymi Adamczewskiemu – fizjoterapeucie i rugbyście notabene.

Każdy trener ma buławę w kieszeni.

Wie pan, przy takich zawodnikach jak Kszczot czy Fajdek zawsze ktoś z boku chce zaistnieć. Ci ludzie często robią to nie zdając sobie sprawy, że nie mają doświadczenia wieloletnich trenerów. To jak specjaliści pracujący na uczelni. Biomechanik czy fizjolog też patrzy na konkurencję przez pryzmat swojej dyscypliny. A u nas prawda jest taka, że to wszystko trzeba połączyć – psychologię również. Patrząc na trening z jednej strony, fragmentarycznie, można sobie zrobić więcej krzywdy niż pracując z trenerem, który patrzy całościowo.

A propos doświadczenia. Pracuje pan w zawodzie tyle lat, że młodsi czytelnicy pewnie nie kojarzą pana początków.

Pracowałem na uczelni, z wykształcenia jestem hydrogeologiem. I byłem jako zawodnik w kadrze olimpijskiej. Ja już wtedy byłem oczytany, fizjologia wysiłku czy biochemia była mi znana. W związku z czym te reakcje w organizmie dla mnie były czytelne i zdawałem sobie sprawę jakie błędy w treningu popełniamy. Zacząłem sugerować trenerowi Tadeuszowi Gorzechowskiemu – też inżynierowi – pewne zmiany w treningu. On mi zaufał i po tych zmianach większość zawodników zaczęła lepiej biegać, więc namówił mnie żebym przejął kadrę Polski juniorów.

Więc był pan samoukiem.

Jak zacząłem prowadzić juniorów, to wszyscy mi zarzucali, że nie mam wykształcenia trenerskiego. To zrobiłem zaocznie kurs studiów trenerskich na AWF-ie w Poznaniu. To dało mi dobrą podstawę. Tylko że moja wiedza w wielu dziedzinach, wyniesiona z AGH, które ukończyłem, była na troszeczkę wyższym poziomie. Ja nie zakładałem, że będę pracował jako trener. Na uczelni pomagałem przy doktoratach, ale w momencie kiedy chciałem napisać swoją pracę, popadłem w konflikt ze swoim przełożonym. W ten sposób, mając papiery trenera, otrzymałem propozycję z Wisły Kraków. Później wróciłem na uczelnię, jednak cały czas starałem się być na bieżąco z nowinkami treningowymi. Po pierwszych sukcesach w trenerce wielu zawodników do mnie przychodziło.

Jako zawodnik biegał pan na dystansie 3000 metrów z przeszkodami. Miał pan okazję poznać naszego wielkiego mistrza na tym dystansie – tragicznie zmarłego Bronisława Malinowskiego.

Tak, on biegał to co ja. Na jednym ze zgrupowań, bodajże w Bydgoszczy, nawet mieszkałem z nim w pokoju. Byłem z nim zaprzyjaźniony. Jak się dowiedział że prowadzę kadrę juniorów, to udostępnił mi swoje notatki treningowe i to mi pomogło na początku. Z kolei ja byłem asystentem na Politechnice Krakowskiej, więc dla niego byłem kimś ważnym. A ponieważ on nie współpracował z trenerem kadry – bo jego trenerem był inżynier Ryszard Szczepański – to przez samo to był nieco poza drużyną narodową.

Jaki on był prywatnie lub zawodowo?

Strasznie pracowity. Proszę sobie wyobrazić, że on biegał około ośmiu tysięcy kilometrów rocznie. Jemu przed olimpiadą w Moskwie pomógł trener Tadeusz Kępka, do którego pojechał na kilka miesięcy na zgrupowanie do Meksyku. I potem Bronisław wygrał w Moskwie.

Jakim jest pan typem trenera? Bardziej narzuca pan zawodnikowi swój program, stosując jasny podział „ja wydaję polecenia, a ty je wykonujesz”, czy raczej stara się pan dostosować do danego zawodnika?

Ja nigdy nie trenuję zawodnika w grupie, zawsze byłem tego przeciwnikiem. Jak byłem w kadrze i widziałem że jest system grupowy, to on prowadził do tego że jedna osoba biegała, a inni nie. W pewnym momencie miałem taką sytuację, że u mnie w grupie był Paweł Czapiewski, Wiola Frankiewicz i Lidka Chojecka. W efekcie musiałem prowadzić trzy treningi, bo każdy miał inny. Byłem dobrym matematykiem, więc stwarzałem ludziom algorytm. Jaka forma i jednostka treningowa, jak często – obserwowałem jakie są reakcje organizmu na oddziaływanie na nich i utrzymywałem ten rytm. Z Adamem Kszczotem co cztery dni robiliśmy trening siłowy, a z zawodniczką Renatą Pliś co 7-8 dni, bo taka długość regeneracji była jej potrzebna. Ale zawsze staram się współpracować z zawodnikiem.

Biorę pod uwagę spostrzeżenia lekkoatletów, jak jest okres budowy, to daję dużo wolnej ręki. Natomiast w momencie dojścia do głównej imprezy, to ja mam tworzyć formę na dany moment i ja decyduję o wszystkim. Mogę się sugerować pewnymi rzeczami, ale ostro narzucam swoje i zawodnicy na to idą. Nie jest tak łatwo samemu sobie być trenerem, bo bierze się odpowiedzialność za pewne rzeczy.

Skoro mówi pan, że miał większe grupy zawodników, to czy oni nie starali się czasami pana oszukać, podchodząc lżej do treningu?

Dawniej biegałem z nimi, w związku z tym nie mieli możliwości mnie oszukać. Jeśli już, to oszukiwaliby sami siebie. Ja z zawodnikami staram się współpracować na zasadzie szczerego podejścia. Niektórych podopiecznych miałem rozrywkowych. Jak ukrywali różne historie, to szybciutko się sparzyli i kończyli się błyskawicznie. Natomiast jak zawodnik przychodził do mnie i tłumaczył „trenerze, miałem to i to”, albo „nie wyspałem się”…

Pamiętam jak Wojciech Kałdowski  – medalista mistrzostw Europy – na obozie wchodzi mi na trening i nie jest w stanie biegać. No kompletnie leży. Wtedy Małgosia Rydz – wielokrotna finalistka mistrzostw świata i Europy, super zawodniczka, przez wiele lat najlepsza w Polsce – mi mówi, że do Wojtka dziewczyna zadzwoniła, że z nim zrywa. I facet się nie nadawał do treningów, musiałem to uwzględnić. Zawsze uczyłem zawodników, żeby byli szczerzy. Ja ich nie trenuję dla siebie – to oni ćwiczą dla siebie, wykorzystując moje wytyczne. To bez sensu, żeby mnie oszukiwali w czymkolwiek, bo wtedy sami siebie oszukują.

Jakich zawodników lubi pan prowadzić pod względem charakteru? Adam Kszczot często negował pana zdanie, do tego jest bardzo energiczny. Natomiast Patryk Dobek wydaje się bardziej stonowany, bierze wszystko na spokojnie.

Adam też na początku był stonowany. Patryk pracuje ze mną cztery miesiące, a Kszczot pracował wiele lat. Po iluś tam latach część rzeczy go denerwowała. Ja mam wiele wad. Gadulstwo, człowiek się powtarza. Po latach zawodnicy są bardzo zmęczeni, często również psychicznie. Ciężko się regenerują, czasem nie śpią. Przychodzi trener i ma takie same odzywki, takie same nawyki. Jeszcze często z boku ktoś będzie szeptał przeciwko trenerowi, to z czasem narasta u nich bunt. Bo pod ręką jest trener, który nie tylko robi sukcesy, ale też często ich męczy i takie są reakcje.

Więc charaktery zawodników – oraz to jak one działają wewnątrz grupy – nie mają aż takiego znaczenia?

Na pewno mają. Ale ja jestem trenerem, w związku z tym muszę uwzględnić wiele czynników u zawodnika. Jeżeli mi zależy na sukcesie, to muszę być czasem bezwzględny. Na przykład Lidia Chojecka była trzy razy mistrzynią Europy. W kadrze była też Wiola Frankiewicz. One były ze sobą skonfliktowane. Musiałem tak kombinować, żeby jakoś je pogodzić. Każda była inna. Inaczej trenowały, a wyniki miały zbliżone. Czasem nie jest to łatwe, trzeba umiejętnie podziałać.

SPONSOREM STRATEGICZNYM PKOL JEST PKN ORLEN

Trenował pan całą plejadę naszych biegaczy. Adam Kszczot, Paweł Czapiewski, Wioletta Frankiewicz, Lidia Chojecka i wielu innych. Gdyby miał pan zrobić ranking najlepszych zawodników, jakich pan trenował, to kto by się znalazł na szczycie?

To zależy, jak na to spojrzeć. Czy w grę wchodzi skala możliwości, czy skala osiągnięć. Jeżeli skala osiągnięć, to zdecydowanie Kszczot prowadzi – to jest sprawa ewidentna. Natomiast zawodniczka, która była najlepsza i najbardziej wytrenowana, to była Małgorzata Rydz. Ona przez siedem lat, jeżdżąc na imprezy międzynarodowe, ocierała się o medale. Na hali je zdobywała, na mistrzostwach świata wchodziła do finałów. Nie miała problemów w przechodzeniu finałów i eliminacji, a w finale przegrywała z zawodniczkami, które przyjeżdżały z kosmosu. Na przykład w latach dziewięćdziesiątych przyjechały Chinki. Nagle potem zniknęły, czyli ewidentny doping. Rosjanki – doping, Białorusinki – doping. Ona z nimi walczyła jak równa z równą, na olimpiadzie raz była siódma, raz ósma. A tak naprawdę, trudno powiedzieć czy ktokolwiek przed nią nie był na dopingu. To były czasy, kiedy kontrolowano ludzi tylko na imprezie.

A jak kwestia kontroli antydopingowych wygląda obecnie?

Teraz to się zmieniło. Wiola Frankiewicz miała trzydzieści pięć kontroli w roku. Adam Kszczot to samo. Każdy zawodnik zgłasza do WADA, gdzie jest w danym momencie. Byliśmy kiedyś na obozie w Zakopanem. Adam zgłosił, że jest na obozie do trzydziestego lipca. Trzydziestego pierwszego żona do niego dzwoni, że przyjechali kontrolerzy z Niemiec i czekają pod drzwiami. On po prostu się pomylił, że lipiec ma trzydzieści dni, a nie trzydzieści jeden. Podał trzydzieści, później miał do mnie pretensje że ja mu tak podałem, a ja mu powiedziałem, że jesteśmy na obozie do końca lipca. Prosił tych kontrolerów aby poczekali, ale koniec końców musiał wsiadać do  auta i pojechał do domu na kontrolę. Gdyby wtedy były takie kontrole jak teraz, to Małgorzata Rydz byłaby medalistką wielu imprez światowych. A nie była, bo przed nią potrafiło być kilka Chinek i Rosjanek.

Drugi przykład – Wiola Frankiewicz. Miała wtedy najlepszy wynik na świecie w biegu z przeszkodami. Pojechała na mistrzostwa Europy, gdzie do końca walczyła z Alesią Turawą z Białorusi, ale w końcu padła. Jeszcze jakaś Rosjanka ją wyprzedziła i Wiola była trzecia. Nie była mistrzynią Europy. Za chwileczkę się okazało, że Turawa już nie startuje, bo wyszły sprawy dopingowe. Rosjanka za jakiś czas też była na dopingu. Wtedy jeszcze prawo nie działało wstecz. Ona byłaby wtedy mistrzynią Europy. Trzeci a pierwszy – to jest różnica. Wiola miała najlepszy wynik na świecie, a Turowa biegała tak, żeby się nie wychylić za bardzo na mityngach, gdzie nie była kontrolowana. A na głównej imprezie wygrała. Wiola, walcząc o medal w Barcelonie w 2010 roku, też padła – przybiegła piąta. Za chwileczkę się okazało, że jest trzecia, bo już były mocniejsze kontrole. Pierwsze dwie zawodniczki, z którymi walczyła, zostały zdyskwalifikowane. A Wiola padła i ją jeszcze dwie inne minęły, bo już przestała walczyć. Gdyby tamte były czyste, to Wiola by to prawdopodobnie wygrała. Trudno mówić o takich rzeczach, ale na pewno ten sport nie był czysty. On dalej do końca czysty nie jest. Ale kontrole powodują to, że zawodnicy coraz rzadziej sięgają po niedozwolone środki.

Gdyby miał pan stworzyć zawodnika idealnego, wybierając po jednej mocnej stronie od każdego biegacza którego pan prowadził, to jakie by to były cechy i od kogo?

Od Adama Kszczota pracowitość i talent. U Pawła Czapiewskiego byłaby to budowa somatyczna. Wydawałoby się, że Paweł nie miał niczego takiego, czym by przebijał innych zawodników. On nie miał prawa biegać tak dobrze, jak biegał. Ale to chyba jak w myśl tej zasady, że pchła ponad trzydzieści razy przeskakuje samą siebie. Według naukowców to niemożliwe, a ona to robi, bo o tym nie wie. Więc Czapiewski jakoś zawsze kojarzy mi się z tą pchłą.

Skala talentu – Lidka Chojecka, bez dwóch zdań. Super warunki fizyczne miała Wiola Frankiewicz. Nie była utalentowana, ale warunki fizyczne i pracowitość doprowadziły ją do sukcesów, i gdyby nie dopingowiczki, to byłaby mistrzynią Europy, mistrzynią świata, a może nawet i mistrzynią olimpijską. Odporność psychiczna – kto z tych ludzi miał największą? Chyba Małgorzata Rydz. Ona była na tyle odporna, że nie potrzebowała pracy z psychologiem. Adam Kszczot już na przykład potrzebował. Kiedy przychodziły zawody, najbardziej dziękował psychologowi. Zresztą pracującemu tu w AWF-ie, panu profesorowi Janu Blecharzowi.

Zbigniew Król i Adam Kszczot na konferencji prasowej po halowych mistrzostwach Europy w Birmingham. Fot. Newspix

W 2019 roku był pan blisko nawiązania współpracy z Joanną Jóźwik. Sama zawodniczka twierdziła, że była zmuszana przez PZLA do zmiany trenera. Jak ta sytuacja wyglądała z pana perspektywy?

Joanna Jóźwik to jest według mnie największy talent w historii polskich biegów średnich. Jest najszybsza, na papierze ma wszystko. Zresztą potwierdziła to startem olimpijskim, gdzie miałaby medal, gdyby nie to że – jak to ludzie mówią – babochłopy biegały. Z nią była taka sytuacja, że ona była w dołku z pierwszym trenerem, więc się z nim rozstała. I ja to wiem, że ona chciała trenować ze mną. Nawet przyjechała do Zakopanego podczas mojego zgrupowania. Ale rozmowy na temat wspólnego trenowania nie podjęła. Potem zaopiekował się nią trener Jakub Ogonowski.

Kiedy Adam ode mnie odszedł, to w PZLA zaproponowano jej współpracę ze mną. Trener Ogonowski jesienią 2019 roku przyjechał z Asią do Jakuszyc i współpracowaliśmy dwa tygodnie. Ja nawet mu proponowałem, żeby był moim asystentem, czego on nie chciał. Ale przez te dwa tygodnie trenowała ze mną – zresztą podobnie jak i Angelika Cichocka. Ja jej pokazałem jakie błędy robi i co powinna zmieniać w treningu, oczywiście zakładając, że będziemy dalej współpracować. Pod koniec obozu trener Ogonowski stwierdził, że nie będą współpracować, bo taki trening wcześniej czy później ponownie doprowadzi ją do kontuzji.

Asia z własnej inicjatywy poprosiła mnie o spotkanie w Warszawie. Podziękowała mi za dwutygodniowy obóz, stwierdziła że jej to bardzo dużo dało. Powiedziała, że mimo że mi ufa – nawet jej pomogłem trochę w taktycznym rozegraniu biegu w Zurychu, kiedy zdobyła medal – to jednak tyle zawdzięcza trenerowi Ogonowskiemu, że będzie dalej u niego trenowała. Ale też, że razem wyciągną wnioski z obozu w Jakuszycach. I teraz muszę powiedzieć, że trudno znaleźć błędy techniczne w jej bieganiu. A jakby pan zobaczył dwa-trzy lata temu, przed obozem w Jakuszycach, to te kontuzje były związane ze złą techniką biegania.

Po Adamie Kszczocie został pan bez żadnego zawodnika na topowym poziomie. Jakie wtedy miał pan plany co do dalszej pracy?

Była taka sytuacja, że w PZLA nie chcieli mnie stracić. W międzyczasie miałem propozycję pracy w Katarze. Dawali mi duże pieniądze, ale po Adamie byłem tak zmęczony, że odmówiłem. I tam poszedł Tomasz Lewandowski. W zimie zacząłem współpracować z trenerką Anną Sękowską. Miałem też więcej czasu na przygotowanie Marharyty Kachanawy na młodzieżowe mistrzostwa Polski. I ona je wygrała, odjechała dwie sekundy następnej zawodniczce [jako zawodniczka nieposiadająca polskiego obywatelstwa, nie otrzymała medalu – dop. red]. Może być jedną z kandydatek do medalu na młodzieżowych mistrzostwach Europy, jak dostanie obywatelstwo. Także zawodnicy przychodzą sami. Patryk Dobek też przyszedł sam.

Ale ja żadnego zawodnika nie przejmuję bez zgody poprzedniego trenera. Adam Kszczot jak przyszedł do mnie, to już trzy czy cztery miesiące nie pracował ze Stanisławem Jaszczakiem – trenerem, któremu ufał. To była jedyna sytuacja, gdzie nie rozmawiałem z poprzednim trenerem, bo on był bez trenera przez kilka miesięcy.

W przypadku Patryka Dobka postawiłem sprawę jasno. On już cztery lata wcześniej rozstał się z trenerem Krzysztofem Szałachem, który go kiedyś kapitalnie prowadził. Patryk był w finale mistrzostw świata, a odszedł od trenera w nieładny sposób. Powiedziałem, że musi mu iść podziękować, rozmówić się. Potem Szałach przyszedł i pytał się czy to była moja sugestia…  Głupio było się przyznać, ale taka była prawda. I Patryk się zachował znakomicie, mówił że trener był wzruszony tym, że po tylu latach przyszedł mu podziękować za to, co osiągnął wcześniej.

A co w przypadku, jeżeli PZLA narzuca zawodnikowi zmianę trenera? Jakby pan zareagował, gdyby zawodnik podszedł do pana i powiedział „panie trenerze, związek każe mi iść do innego szkoleniowca”?

Do końca związek nie może tego narzucić. Oczywiście, starają się czasem tworzyć sytuacje, że nie będziesz jeździł na obozy kadry, jak nie będziesz trenował z trenerem kadry. Ale to są rzadkie przypadki, najczęściej to są sprawy międzyludzkie. Widzi pan, Jóźwikowej chcieli na siłę narzucić, żeby ze mną trenowała. Ona była związana ze swoim trenerem. Ja jej powiedziałem „jeżeli ci PZLA nie będzie płaciło za obozy, to jaki problem? Poszukaj sponsora, masz trenera któremu ufasz i na pewno osiągniecie to, co chcecie.” I okazało się, że na mistrzostwach zdobyła medal. Nie wiem, ile było w tym udziału związkowego, a ile sponsorskiego. Ale na pewno udział pieniędzy ze sponsoringu był większy niż z PZLA. Nie ma czegoś takiego, że kogoś można zmusić – to są ludzie.

Przejdźmy do pana najnowszego i obecnie najpopularniejszego podopiecznego, czyli Patryka Dobka. Jakie są jego największe atuty, i skąd w ogóle pomysł żeby czterystumetrowiec zaczął biegać dwukrotnie dłuższy dystans?

Na samym początku kariery Patryk Dobek trafił do trenera biegów długich. Na rok przed igrzyskami w Rio był w finale mistrzostw świata w biegu na czterysta metrów przez płotki. Jako osiemnastolatek miał duże predyspozycje szybkościowe. Pobiegł czterysta metrów w czasie 46,20 i trener Józef Lisowski go wziął na olimpiadę do Londynu. Natomiast potem z trenerem Szałachem poszedł w kierunku płotków. Szałach czasem puszczał go na sześćset metrów. I on ten dystans znakomicie biegał, miał nabiegane 1:15,8. Także on biegał czterysta przez płotki z treningu wytrzymałościowego. Następnie, przez ostatnie cztery lata, Patryk Dobek pracował z trenerem Walentynem Bondarenko – wybitnym specjalistą jeżeli chodzi o trening sprinterski. I on zaczął z nim robić trening szybkościowy. Na początku było to znakomite, Patryk poprawił rekord życiowy na czterysta metrów. Ale w ostatnim czasie zaczął gorzej biegać czterysta przez płotki.

Myślę, że to nie jest głupi chłopak. Jego logika była taka: skoro biegał czterysta przez płotki u Szałacha z treningu wytrzymałościowego, ale taki trening u Bondarenki już nie istniał, to pójdzie do Króla. U mnie będzie trenował jak do ośmiuset metrów, dzięki temu wróci do korzeni które miał u Szałacha i może na tym punkcie wróci do czterystu przez płotki. Jak przyszedł do mnie, to tłumaczył mi w ten sposób, że on kiedyś znakomicie biegał sześćset metrów i chciałby spróbować osiemset. Ja go na początku kompletnie nie znałem. To nie jest tak, że ja wiedziałem że będzie tak dobrze biegał osiemset metrów. Ale zacząłem go trenować pod kątem tego dystansu, żeby zrobić mu wytrzymałość do czterystu przez płotki.

Jakimi sposobami przestawia się zawodnika który biega 400 metrów przez płotki na to, żeby biegał 800?

Początki były oczywiście trudne. Najpierw biegał z dziewczynami, na przykład z Weroniką Lizakowską, młodzieżową mistrzynią Polski w biegu na tysiąc pięćset metrów. On z nią nie wytrzymywał biegu ciągłego – z dziewczyną, która rok temu była młodzieżówką. Ale po dwóch tygodniach już był na jej poziomie, a na następnym obozie nie biegał z dziewczynami, bo się okazało że jest od nich lepszy. Jego postępy wytrzymałościowe szły szybko do przodu. Nie dlatego, że ja mu je stworzyłem, tylko organizm sobie przypomniał to, co miał u Szałacha. Gdyby policzyć na procenty udział szkoleniowców w sukcesie Dobka, to uważam że przynajmniej pięćdziesiąt-sześćdziesiąt procent to zasługa Szałacha, dwadzieścia procent Bondarenki, a tylko dwadzieścia-trzydzieści procent mojego ostatniego szlifu.

Taka jest prawda. Czasami mi się zarzuca, że nikogo nie wychowałem. Ale bez tych dwudziestu-trzydziestu procent na końcu Dobek nie byłby tu, gdzie jest. Generalnie ten trening wytrzymałościowy spowodował, że ja zorientowałem się że mogę z nim robić osiemset metrów. W pewnym momencie zacząłem robić z nim trening do czterystu metrów. Na treningach wyglądał rewelacyjnie szybkościowo, miał dyspozycję jak w swoim najlepszym okresie. Byłem przekonany, że Patryk jest w stanie pobiec ten dystans w czasie 46,5. Namówiłem go na start na tym dystansie. Popełniłem błąd w treningu, bo pojechał wyraźnie zmęczony. Co prawda wygrał, ale w czasie 47,6, sekundę gorzej niż powinien. Drugi start – też za słabo. Więc pomyślałem, że zagram va banque i wystawię go na osiemset, bo zraziłem się że nie potrafię go tak szybko przygotować na krótszy dystans.

I pojechał na zawody. Wiem, że tam była konsternacja u wszystkich, że on ma biegać osiemset. Michał Rozmys, jak usłyszał że Dobek biegnie, to też chciał pobiec z nim, bo była szansa, że na końcu tego Dobka ogra. Nagle się okazało, że Dobek dał sobie radę, wygrał to i nabiegał wynik, który mu dał minimum na mistrzostwa Europy. Za tydzień były mistrzostwa Polski które wygrał, no i tak poszło. I tak naprawdę w trzecim starcie na osiemset metrów zrobił medal. Bo pierwszy start to było minimum, drugi to mistrzostwa Polski – tylko dwa biegi, dzień po dniu – a trzeci to halowe mistrzostwa Europy. Oczywiście, tam start dwudniowy, tu start trzydniowy, ale to wciąż jedna impreza.

W takim razie, czy Patryk Dobek będzie dalej biegał osiemset metrów? Pomimo zdobycia złota halowych mistrzostw Europy, on dalej wydaje się nie do końca przekonany.

Mogę panu powiedzieć tajemnicę poliszynela. Prawda jest taka, że już ma minimum do Tokio na czterysta metrów przez płotki. Jak tylko będzie przyzwoicie, to go tam wyślę. Na osiemset metrów nie ma minimum. Na osiemset musi mieć i minimum, i być w pierwsze trójce w Polsce. O to nie będzie łatwo, bo jest Kszczot, jest Michał Rozmys, jest Mateusz Borkowski, jest młody Krzysztof Różnicki – kapitalny zawodnik, który też może wybiegać minimum.

Dodatkowo warunkiem szkolenia Patryka było to, że ja go będę przygotowywał do czterystu metrów przez płotki. Co za tym idzie – on będzie miał zgrupowanie i ja otrzymuję pieniądze z PZLA na przygotowanie go do takiego dystansu. Gdybym ja powiedział, że szkolę go na osiemset metrów, to nie dostałby finansowania, bo miał na tym dystansie zerowe wyniki. PZLA nie może dawać pieniędzy na szkolenie takiego zawodnika. Nasz system działa tak, jak działa, ale według mnie jest dosyć dobry. Żeby ministerstwo sfinansowało system szkolenia, trzeba mieć podstawy. Tymi podstawami są wyniki, ewentualnie miejsce na dużej imprezie.

Ale teraz już ma wynik.

I w tym momencie możemy już zacząć nowe rozdanie. (śmiech) Ale dopiero w tym momencie, po mistrzostwach. Ale już podczas mistrzostw Polski, jak jeden i drugi podchodzili do nas z pretensjami, że Patryk ma biegać czterysta przez płotki, a nie osiemset, to sam prezes Henryk Olszewski – po rozmowie ze mną – powiedział „Czego oni chcą? Przecież Patryk największe szanse ma na osiemset metrów”. Bo na czterysta metrów jego poziom szybkości nie jest aż taki, jak najlepszych płotkarzy na świecie. On ma szansę dojść do finału, ale to wszystko. A na osiemset?

Właśnie, jakie widzi pan granice Patryka Dobka na tym dystansie?

Teoretycznie nie ma granicy, której on nie jest w stanie osiągnąć. Tylko jest jeden problem. Najlepsi zawodnicy sięgają po trening na wysokich górach, albo na hipoksji. A on to zdobył, trenując w Spale. Adam Kszczot był w hipoksji [trenował w warszawskim AirZone – dop. red.], Marcin Lewandowski i Michał Rozmys siedzieli w Kenii, czyli na dużej wysokości. Więc poziom wytrzymałości mieli o wiele większy, zrobiony albo sztuczną albo naturalną hipoksją. Ci zawodnicy, którzy byli w finale, jak Pierre-Ambroise Bosse, Amel Tuka, oni wszyscy zjechali z gór, które dają strasznie dużo. Jak Patryk to dorzuci, to jest duża szansa że będzie jeszcze lepszy.

Patryk Dobek po finale halowych mistrzostw Europy w Toruniu.

Czy na dłuższą metę łączenie dystansów biegowych wyjdzie Dobkowi na dobre?

Nie jestem w stanie powiedzieć. By dobrze biegać osiemset, trzeba znakomicie biegać czterysta. A czterysta przez płotki jest pomiędzy tymi dwoma dystansami. Uważam, że nie ma przeszkód aby to połączyć. Chyba że nie będą go chcieli przyjmować na mityngi. On będzie chciał iść na płotki, a organizatorzy – jako że jest mistrzem Europy – będą go chcieli pokazać w biegu na osiemset metrów.

Jaką przyjęliście taktykę na bieg półfinałowy?

Tam było pięciu zwycięzców biegów eliminacyjnych. On za sobą miał świetnych zawodników, którzy nie weszli do finału. Mariano Garcia, Guy Learmonth – każdy z nich mógł wygrać mistrzostwo. Dobek wygrał z nimi minimalnie. Garcia tydzień wcześniej, na mityngu w Madrycie, pobiegł 1:45,50 i wygrał. Także półfinałowy bieg był o wiele mocniej obsadzony, niż finałowy – tak uważam. Ale w tym biegu startował również Ukrainiec, który miał rekord życiowy ok 1:48,5. Dla niego wejście do półfinału już było dużym sukcesem. Gdyby Patryk chciał biec z tyłu w tym biegu, to jakby ten Ukrainiec zrobił lukę reszcie, oni by poszli do przodu i Patryk by ich nie dogonił. W związku z tym moim założeniem było, że ma iść w przód – drugi albo trzeci. Garcia ruszył strasznie szybko. Patryk – zgodnie z założeniami – biegł za nim jakiś odcinek, ale tak, żeby się za bardzo nie zmęczyć. Ale w pewnym momencie zaczęli się ścigać z Tuką, i efekt był taki, że obaj dopadli i przeszli Garcię. Finisz z Tuką był strasznie mocny i go dużo kosztował.

W finale taktyka była zupełnie inna.

W biegu finałowym biegło sześciu zawodników. Pięciu tuzów i Patryk, który ma od nich o dwie sekundy gorszy rekord życiowy. Przed nim byli sami zawodnicy, którzy mieli super sukcesy w przeszłości. Każdy dobrze finiszował. Tuka – aktualny wicemistrz świata. Kszczot – wielokrotny mistrz Europy. Borkowski – aktualny młodzieżowy mistrz Europy, drugi wynik w półfinale. Brytyjczyk Jamie Webb miał drugi wynik w Europie, 1:44,50, lepszy od rekordu Polski. I Bosse, mistrz świata z Londynu. Jaka jest szansa, że ktokolwiek z tej piątki zostanie z tyłu?

Praktycznie zerowa.

Dokładnie. Było pewne, że oni będą szli koło siebie i nikt nikogo nie zgubi. Nie ma takiej możliwości, że ktoś pójdzie szaleńczo do przodu, a reszta go zostawi. W związku z tym ustaliliśmy, że on może iść na końcu. Ale podstawową zasadą było, że musi biec przy krawężniku. Dzień wcześniej Darja Barysewicz – zawodniczka z Białorusi, która ze mną trenuje – powinna wygrać bieg na tysiąc pięćset metrów. Ale biegła trzy okrążenia po trzecim-czwartym torze, dołożyła pięćdziesiąt metrów i przebiegła przedostatnia. Nie posłuchała mnie. Jak przyszła to mnie, to ją zrugałem po rosyjsku, a Patryk to słyszał i rozumiał, bo jego żona pochodzi z Ukrainy. Strasznie na nią krzyczałem, jak mogła tak źle taktycznie pobiec. Jej głowa nie wytrzymała, podpaliła się. I to samo mówiłem Patrykowi – czekasz do ostatnich dwustu metrów i dopiero wtedy możesz iść na zewnętrzną, do tego momentu ci nie wolno. Czasem bywa tak, że zawodnicy robią lukę po wewnętrznej, no to wchodzisz. I on to perfekcyjnie wykonał. On i Webb, to byli jedyni zawodnicy, którzy nawet metra nie dołożyli do tego dystansu. A już Adam musiał dodatkowo pobiec jeden wiraż po zewnętrznej, a to jest strata czterech-pięciu dziesiątych sekundy. Na mecie ma to duże znaczenie.

Jak pan ocenia ogólny stan polskich biegów średniodystansowych?

Jest wyjątkowo dobry. Mamy kilku dobrych zawodników i wielu trenerów uważa, że to jest dużym plusem, bo jest konkurencja – również między trenerami. Adama Kszczota i Marcina Lewandowskiego trenuje Tomasz Lewandowski. Jest Jóźwikowa, trenująca z Ogonowskim. Angelika Cichocka trenuje z moim byłym zawodnikiem – Piotrem Rostkowskim. Jest Jaszczak, który trenuje Borkowskiego. Notabene wychował Kszczota – on nawet pierwszy tytuł halowego mistrza Europy miał u Jaszczaka. Jest młody Różnicki, którego trenuje też Król, tylko trener z Wybrzeża [mowa o Krzysztofie Królu – dop. red.]. Rozmys trenuje z Jackiem Kostrzebą i też idą inną drogą – trenują głównie w wysokich górach. Trudno mówić, że jest źle, skoro na halowych mistrzostwach Europy nasi w biegu na osiemset metrów zajmują pierwsze, drugie i czwarte miejsce, a dziewczyny drugie i trzecie. I na tysiąc pięćset metrów mamy do tego wicemistrza.

Wymienił pan Krzysztofa Różnickiego. Siedemnastolatek, który w ubiegłym roku zdobył mistrzostwo Polski seniorów w biegu na 800 metrów. Jak pan ocenia skalę jego talentu?

Tylko tyle panu powiem, że Paweł Czapiewski – który był mistrzem Europy – rekord życiowy na czterysta metrów miał 48,20. A Różnicki pobiegł chyba w okolicach 47,40, czyli prawie sekundę szybciej. Ta skala szybkości na krótszym dystansie jest dobrym prognostykiem do przewidzenia wyników na dłuższych dystansach. Czyli jego możliwości mogą przebić tych wszystkich, których wcześniej wymieniliśmy. Jeżeli będzie dobrze prowadzony, to może być niedługo groźny dla wszystkich na świecie.

Co Patryk Dobek musi jeszcze poprawić, i na jaki wynik w biegu na 800 metrów stać go w Tokio? A jeżeli nie on, to kto jest naszą największą nadzieją medalową na igrzyskach?

Każdy z zawodników, których wymieniłem ma szanse na medal. Kwestia, żeby tylko trafili z formą i byli przygotowani, bo każdy to bardzo utalentowany zawodnik. Ale z punktu widzenia szybkości, największe szanse mają Kszczot i Patryk, bo oni mają najlepsze czterysta metrów. Kszczot – dobrze prowadzony przez Lewandowskiego – jest w stanie walczyć o medal. Patryk przebiegł w Spale sześćset metrów w 1:15 – jakby to przełożyć na osiemset metrów hali, wychodzi ok 1:45. Trudno przełożyć to na otwarty stadion, ale na pewno powinien pobiec dużo szybciej. Jaki wynik będzie to konkretnie? Trudno powiedzieć, jak zareaguje na trening hipoksyjny. Jeżeli zareaguje dobrze, to powinien biegać przynajmniej 1:44, gdzie minimum kwalifikacyjne wynosi 1:45,20. Ja jestem optymistą, ale na ten moment trudno powiedzieć.

Czyli teraz skupicie się na poprawie wydolności, na przykład przez treningi wysokogórskie.

Tak. Natomiast jego największą zaletą jest kapitalna technika, której trochę mi zawdzięcza, szybkość, którą po prostu ma oraz warunki fizyczne. On somatycznie jest znakomity, przebija wszystkich. Ale wbrew pozorom, wydawało mi się że najgorsze warunki ma Adam Kszczot, a osiągnął największe sukcesy.

ROZMAWIAŁ SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marko
Marko
1 miesiąc temu

super rozmowa. otwiera oczy na wiele tematów związanych z biegami na średnim dystansie.

Norbert
Norbert
1 miesiąc temu

Jacek Kostrzeba, nie Kostrzewa.

pep pep
pep pep
1 miesiąc temu

Nie wiem jak można uznać, że Kszczot to lepszy biegacz All Time w Polsce niż Bronisław Malinowski. Ich PB są mniej więcej podobnej wartości, mimo że ten drugi biegał ponad 40 lat temu. Ten drugi ma dwa medale olimpijskie, a Kszczot zamiast takiego medalu ma dwa olimpijskie ,,dna formy” i nawet jednego miejsca punktowanego tam nie zdobył. Kadłubowe mało ważne halowe harce to do IO mają się jak jak 1:100, a MŚ na stadionie przed 83 rokiem nie było Obawiam się, że wewnętrzna polska konkurencja na 800 metrów o trzy miejsca zabierze nam szansę powalczenia w Tokio o brąz (gdyby… Czytaj więcej »

Aktualności

Kalendarz imprez