Koronawirus uderza po kieszeniach. Czeka nas plaga bankructw?

Koronawirus uderza po kieszeniach. Czeka nas plaga bankructw?

Czas pandemii brutalnie zweryfikował wiele sportowych marzeń i planów. Sponsorzy zaczęli obcinać wydatki, a kluby, ligi i federacje z dnia na dzień musiały zaciskać pasa. Logiczną konsekwencją nieoczekiwanego zastoju stało się obniżanie uposażeń we wszystkich dyscyplinach. Nie każdy potrafił się odnaleźć w trudnych warunkach – wiele obiecujących projektów ogłosiło upadek. Nie brak również przejmujących świadectw, które rzucają nowe światło na sytuację sportowców z pierwszych stron gazet.

Finanse w sporcie to od kilku tygodni temat odmieniany przez wszystkie przypadki. Choć wszyscy dobrze wiedzą, że igrzyska olimpijskie w Tokio przeniesiono o rok, wciąż nikt tak na dobrą sprawę nie ma pojęcia, kto i ile za to zapłaci. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) najpierw uznał za naturalne, by ogłosić światu, że ten ciężar spadnie na Japonię. Gospodarze błyskawicznie zaprotestowali, bo żadnego wspólnego stanowiska w tej kwestii nigdy nie wypracowano.

Porozumienia w kluczowej przecież sprawie brakuje do dziś, ale obrady nadal trwają. Według najnowszych doniesień temat zdominuje najbliższe posiedzenie Komitetu Wykonawczego, a konkretne decyzje powinny zapaść do połowy lipca. W międzyczasie MKOl ma też inne problemy. Od wielu tygodni prowadzone są zakulisowe rozmowy z przedstawicielami poszczególnych Międzynarodowych Federacji Sportowych o ich finansach i sposobach radzenia sobie z nieplanowanym kryzysem.

Nie jest to łatwy dialog. Dick Pound – były szef Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) i długoletni działacz MKOl – otwarcie opowiada o niejasnym sposobie prowadzenia księgowości przez niektóre federacje. W rozmowie z “Sailling Illustrated” znów palnął o kilka słów za dużo. Dzięki temu na świat wyszło jednak kilka intrygujących informacji na temat finansów organizacji, którą wciąż reprezentuje.

MKOl może pomagać, bo od dawna odkładaliśmy pieniądze na gorsze chwile. W naszej kasie mamy więc pewne fundusze, z których możemy korzystać w czasach pandemii. Musimy jednak zachować ostrożność – nawet jeśli chcemy pomóc i pewnie to zrobimy, to dojdzie do tego tylko na transparentnych warunkach. Międzynarodowe Federacje Sportowe muszą otworzyć przed nami raporty o stanie swoich finansów, a one zawsze były pilnowane bardziej niż sekrety dotyczące broni atomowej – ironizował Pound.

Do kogo pił? Tajemnicą poliszynela jest, że najwięcej za uszami ma World Athletics – dawny IAAF. Stowarzyszenie nie zamieszcza finansowych audytów tak regularnie jak życzyłby sobie tego MKOl, a to podstawowy warunek, by w ogóle zasiąść do rozmowy. Tu zresztą nie ma reguły – niektóre organizacje poprosiły o wypłacenie finansowych transzy związanymi z igrzyskami już teraz, inne mają na tyle dobrą kondycję finansową, że mogą poczekać. W tym drugim gronie znalazła się między innymi mająca sporo za uszami Międzynarodowa Federacja Podnoszenia Ciężarów (IWF).

Szwedzkie nadzieje…

To jednak tylko część krajobrazu po bitwie. Problemy mają wszyscy – mali, duzi i średni. Na końcu rykoszetem nierzadko obrywają sportowcy – i to ci naprawdę znani których popisy jeszcze niedawno z zapartym tchem śledziliśmy przed telewizorami i na stadionach. Część z nich w obliczu nieciekawych perspektyw szuka innych zajęć – czasami w ogóle niezwiązanych z dotychczasowym zawodem.

Bez zawodów dla sportowca nie ma zarobków, a żeby opłacić wszystkie moje rachunki i zobowiązania potrzebuję regularnych dochodów. Znalazłam ciekawą pracę na świeżym powietrzu przy remontach dróg – zdradziła w kwietniu Angelica Bengtsson, szokując opinię publiczną. Nie mówimy tu o jakiejś przeciętnej sportsmence – to szósta zawodniczka ostatnich mistrzostw świata i brązowa medalistka mistrzostw Europy w skoku o tyczce, którą Szwedzi uznają za olimpijską nadzieję.

Sytuację natychmiast podchwyciły szwedzkie media. W końcu jeśli o takich problemach mówi czołowa krajowa lekkoatletka, to co musi dziać się na niższym poziomie? Po paru dniach okazało się, że decyzja Bengtsson jest po prostu do bólu logiczna. Jako “sygnalistka drogowa” może liczyć na miesięczne zarobki rzędu 26 tysięcy koron (ok. 10 tysięcy złotych). Roboty drogowe są prowadzone przez państwowy organ i finansowane z podatków. Jak na to nie spojrzeć – w czasach pandemii to po prostu pewna fucha.

Takie zarobki to dużo więcej niż gwarantuje mi moje stypendium sportowe, z którego muszę teraz żyć. Wraz z rozwojem epidemii i po przesunięciu igrzysk olimpijskich z dnia na dzień straciłam motywację i byłam przybita. Poczułam, że straciłam grunt pod nogami. Teraz chcę przebywać z ludźmi, a regularna praca daje mi taką możliwość – dodała tyczkarka w rozmowie ze szwedzką telewizją.

Temat wzbudził zainteresowanie i doczekał się szczęśliwego zakończenia. Utalentowanej zawodniczce w dalszym ciągu pomoże państwo, ale… nie będzie musiała sobie brudzić rąk. “Svenska spel” (“Szwedzka gra”) to państwowy monopol loteryjny – coś na kształt naszego Totalizatora Sportowego. Firma posiada w kraju także sieć kasyn i rocznie obraca kwotą około miliarda euro.

Część zysków jest przekazywana na sport – między innymi na stypendia dla młodych zawodników. W przypadku 26-letniej Bengtsson liczy się jednak przede wszystkim wydźwięk medialny. – Poczuliśmy się zobowiązani do tego, by pomóc naszej wielkiej nadziei olimpijskiej. W zamian uzyskaliśmy także świetny efekt PR-owy, ponieważ Angelica to jedna z naszych narodowych gwiazd – tłumaczył nie owijając w bawełnę rzecznik “Svenska Spel”.

No dobrze, ale co może robić aktywna sportsmenka w takiej firmie? Nie będzie krupierką w jednym z kasyn – zostanie… dobrym głosem. Zasada jest prosta – jeśli jakimś cudem trafiłeś w Szwecji szóstkę w lotka, to poinformuje cię o tym właśnie Angelica Bengtsson. I będzie to jedyny obowiązek zawodniczki – dzwonienie raz na jakiś czas z dobrą nowiną, która w czasach pandemii stanie się szczególnie pożądana. Nie wiadomo, ile będzie zarabiać, ale możemy w ciemno założyć, że więcej niż przy robotach drogowych.

… i szwedzkie obawy

Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Patrik Sjoeberg najlepsze lata ma już za sobą, ale po zakończeniu kariery nie dał o sobie zapomnieć. W telewizji były rekordzista świata w skoku wzwyż realizował się jako ekspert – dał się poznać jako charyzmatyczny rozmówca, który nie boi się odważnych opinii. Bez ogródek opowiadał też o niewygodnych szczegółach swojej kariery, takich jak sięganie po kokainę i walka z hazardem.

Ma o czym mówić, bo w 1996 roku z mistrzostw Europy rozgrywanych w ojczyźnie został wyprowadzony w kajdankach. Powodem był właśnie znaleziony w jego posiadaniu biały proszek. Sjoeberg najbardziej wstrząsnął Szwecją w 2011 roku, gdy w głośnej autobiografii ujawnił pedofilskie skłonności jednego z dawnych trenerów. W najlepszych latach sportowej kariery niespecjalnie kontrolował wydatki – do tego stopnia, że kolejną wielką batalię musiał stoczyć z fiskusem. W maju 2020 roku znów trafił na pierwsze strony gazet.

Podejmę się każdej pierd…nej roboty

– mówił bez ogródek w internetowym programie. – Pieniądze już mnie nie napędzają, ale wiem, że mam do opłacenia czynsz, rachunki i kredyt, a moje oszczędności topnieją. Wiem, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji. Jestem bardzo ciekawy, co rząd i państwo będą miały do zaproponowania osobom, które dotknął taki los. A może wszyscy będziecie wytykać mnie palcami i mówić, że sam sobie to zgotowałem, gdy skończę bezdomny w kartonie? – pytał gorzko były rekordzista świata.

W pewnym sensie sytuację Sjoeberga rzeczywiście łatwo zlekceważyć. Przez całą karierę pracował na łatkę imprezowicza, a jeszcze w 2014 roku znalazł się w centrum afery związanej z… obstawianiem u bukmachera wyników “Tańca z gwiazdami”, w którym uczestniczył. Pod lupą śledczych znalazł się zwłaszcza odcinek, w którym odpadł w kontrowersyjnych okolicznościach. Wydawało się jednak, że po wielu zamieszaniach w końcu wychodzi na prostą. Przed kilkoma miesiącami zakończył półroczny pobyt w klinice uzależnień i rozbudował własną firmę.

2020 rok miał być dla niego przełomowy. W związku z igrzyskami czekało sporo ciekawych projektów – miał się realizować głównie jako ekspert i mówca motywacyjny. Z tygodnia na tydzień tracił jednak wszystko i dziś nie ma alternatywy. A z tą bezdomnością to wcale nie taka przesada. W myśl szwedzkich przepisów właściciel mieszkania może pozbyć się lokatora już po kilkunastu tygodniach od dnia, w którym ten nie zapłacił ostatniego czynszu.

Trzęsienia po amerykańsku

Czas pandemii to nie tylko okres indywidualnych ludzkich dramatów. Upadają też stowarzyszenia i rozgrywki, które dopiero się rozkręcały i w ogóle nie były przygotowane na natychmiastowy zastój. 8 lutego – zaledwie kilka dni po Super Bowl – wystartowała wiosenna liga XFL. Ten biznesowy pomysł od lat siedział w głowie Vince’a McMahona – człowieka stojącego za najpotężniejszą organizacją zajmującą się w USA wrestlingiem.

Amerykański kalendarz ma to do siebie, że jest niezwykle uporządkowany. Wszyscy mniej więcej wiedzą, kiedy rządzi futbol, a kiedy zainteresowanie przenosi się na decydujące rozstrzygnięcia NBA i MLB. McMahon chciał wykorzystać okres przejściowy i zaproponować coś nowego fanom cierpiącym na “syndrom odstawienia” po zakończeniu sezonu ligi NFL. W 2001 roku spróbował po raz pierwszy, ale po wpakowaniu w projekt ponad 30 milionów dolarów w końcu się poddał. Do czasu…

Tym razem miało być inaczej. Plan został skrojony skromniej i początkowo zakładał udział zaledwie ośmiu drużyn, a pomysłodawca był skłonny wyłożyć jeszcze dużo więcej pieniędzy. Po zaledwie miesiącu od startu rozgrywki zawieszono i szybko stało się jasne, że sytuacja jest nieciekawa. W kwietniu było po wszystkim – projekt ogłosił bankructwo i Amerykanie będą sobie musieli radzić bez ligi wiosennej.

Futbol za oceanem może nieco zubożał, ale wciąż ma się relatywnie nieźle. Sytuacja jednego z konkurentów znacząco się za to pogorszyła. Do niedawna rugby było na fali jako jedna z najprężniej rozwijających się dyscyplin. “Chuligańska gra dla dżentelmenów”, jak nazwał ją Winston Churchill, w trakcie ostatniej dekady zyskała tam milion nowych graczy na różnych poziomach rozgrywkowych.

Ważną rolę w tej układance odgrywały drużyny szkolne. Ponad 900 zespołów z koledżów znajdowało się pod nadzorem USA Rugby – krajowej federacji. Pod koniec marca 2020 roku organizacja ogłosiła bankructwo. “Ograniczenia finansowe są nie do pokonania” – poinformowano w komunikacie prasowym. Związek przejdzie teraz restrukturyzację pod nadzorem światowej federacji, ale przez kilka najbliższych miesięcy fani amerykańskiego rugby mogą liczyć jedynie na pogłębiający się chaos. 

W świetle powyższych informacji tym bardziej może dziwić pomysł na powołanie do życia “rugby w wersji Hollywood”. Michael Clements i tajemnicza grupa inwestorów chcą stworzyć coś na kształt Superligi. Osiem zespołów, krótki sezon zasadniczy i faza play-off – a to wszystko zamknie się w niecałe trzy miesiące. Projekt National Rugby Football League (NRFL) ma jednak wystartować dopiero w 2022 roku. Planowanie czegoś z tak dużym wyprzedzeniem trzeba dziś chyba traktować jako przejaw wyjątkowego optymizmu i fantazji…

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez