Kontuzje, sukcesy, mama i medale. Kariera Mai Włoszczowskiej

Kontuzje, sukcesy, mama i medale. Kariera Mai Włoszczowskiej

Sama sobie wylicza, że jej kariera trwa już ponad dwie dekady. I że może należałoby odpuścić, zacząć robić coś innego. Myśli o dziennikarstwie, może o wyuczonym zawodzie czy rozwijaniu rodzinnej firmy. Ale nie może się oderwać od roweru i rywalizacji. Dla nas to dobrze. Bo Maja Włoszczowska wciąż należy do światowej czołówki i jest w stanie walczyć o najwyższe cele. Na czele z tym, którym emocjonować będziemy się za rok – olimpijskim złotem.

Jej kariera nie była jednak usłana różami. Jasne, medali wielkich imprez ma sporo, a pierwsze lata rywalizacji minęły Mai wręcz bezboleśnie – w piekielnie szybkim tempie wspinała się na kolejne szczeble, przez juniorską rywalizację przemknęła jak błyskawica i z miejsca zaistniała wśród seniorek. Ale w międzyczasie pojawiły się kontuzje, rozczarowania, śmierć bliskiej osoby. Maja przez to wszystko przebrnęła i znalazła motywację do dalszej jazdy. I to opowieść właśnie o tym.

Maja i jej mama

Urodziła się w Warszawie, ale spędziła tam tylko pięć pierwszych lat swojego życia. Potem wyjechała do Jeleniej Góry. To rodzinna miejscowość jej mamy, którą i Maja Włoszczowska kocha dziś całym sercem. Przy okazji wyjaśnijmy: jeśli traficie gdzieś na informację, że nasza kolarka przyszła na świat w Piechowicach, to jest ona zupełnie nieprawdziwa. Sama Włoszczowska nie wie nawet kto i kiedy ją wypuścił, ale zdarza się, że i dziś niezorientowane osoby powielają ten błąd.

Warszawa, mimo że krótko była „jej” miastem, jest w biografii Mai ważna z jednego głównego powodu: to tam nauczyła się jeździć na rowerze. Był niebieski, z boku miał doczepiane kółka, śmigała na nim po podwórku. Pamięta też pierwszego „górala”, odziedziczonego po bracie, a sprowadzonego z Niemiec. Nie miał marki (choć marek kosztował ponoć dwieście), był biały i miał kolorowe plamy.

Lubiła jazdę na rowerze, jednak podobnie jak tę na nartach (na których szusować nauczyła się już w wieku trzech lat) – dla zabawy. Sport w jej rodzinie był ważny, zwłaszcza że mama była aktywną i wymagającą osobą. Wobec siebie i innych. To ona wciągnęła małą Maję w ten świat, choć nie mogła przypuszczać, jakie przyniesie to rezultaty.

Mama wpłynęła nie tylko na moją karierę, ale na całe moje jestestwo. Na to kim jestem, jakie mam wartości. Jest ona osobą, która wysoko stawia poprzeczkę sobie i innym i chyba to po niej odziedziczyłam. Gdy pojawia się problem, nie siada, nie płacze, nie rozczula się tylko natychmiast szuka rozwiązania. Jest silna. Dzięki czemu jej problemy znikają dziesięć razy szybciej niż innym. To ona zaraziła mnie także pasją do sportu. Sama gdy tylko ma wolny czas jeździ na rowerze, biega na nartach, chodzi po górach. Pomogła mi w podjęciu wielu decyzji w trakcie mojej kariery. Ale też, gdy robiłam coś wbrew jej opinii, nie krytykowała i akceptowała moje wybory. Jest też moim wiernym kibicem, obecnym na większości moich zawodów. Mam w niej 100 procent oparcia. To mi daje niesamowity spokój

 – mówiła Maja Włoszczowska portalowi styl.pl.

Poza tym mama potrafi dać jej kopniaka do działania. No i wywróżyć medal lub kontuzję. Zdarzało się tak przy okazji igrzysk, zdarzało przy okazji kilku wypadków. Maja powtarza czasem, że gdy mama mówi jej: „będzie dobrze”, to jeszcze bardziej wierzy w medal. Przede wszystkim jednak: to właśnie matka zabrała ją na pierwsze zawody w karierze. Choć wtedy jeszcze nikt nie używał tego słowa – to była po prostu frajda, szczególnie, że jechało się rodzinnie.

Wszystko działo się jesienią 1997 roku w ramach Family Cup w Karpaczu. Maja wygrała w swojej kategorii, mama była druga w swojej. Wspólnie były najlepsze. Uwagę na utalentowaną czternastolatkę zwrócił wówczas trener Zdzisław Schmidt, który podszedł do niej i zapytał, czy nie miałaby ochoty spróbować nieco bardziej profesjonalnej rywalizacji. Tak trafiła do swojego pierwszego klubu, Śnieżki Karpacz. Dwa lata później była najlepsza w mistrzostwach Polski. Po kolejnym roku znalazła się w kadrze narodowej i z miejsca została wicemistrzynią świata juniorek. Mniej więcej wtedy sport stał się dla niej nie hobby, a sposobem na życie.

I z perspektywy czasu napisać można jedynie: świetnie, że tak się stało.

Maja multimedalistka

Bo Maja Włoszczowska to legenda. Nie boimy się używać tego słowa. Nie tylko naszego, polskiego kolarstwa górskiego, ale i światowego. Może bez mnóstwa złotych medali, może bez zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Ale to zawodniczka, która przez kilkanaście lat, od momentu wejścia do poważnej międzynarodowej rywalizacji, utrzymuje się w ścisłej czołówce najlepszych kolarek świata. A to wielka sztuka.

Medali ma mnóstwo. Siedem z mistrzostw Europy, w tym dwa złota (jedno zdobyte jeszcze wśród juniorek, drugie seniorskie); brąz igrzysk europejskich; złoto mistrzostw świata w maratonie z 2003 roku, pierwszych takich, jakie kiedykolwiek zorganizowano (swoją drogą druga dojechała wtedy Magdalena Sadłecka); dziesięć medali mistrzostw świata (dwa juniorskie, trzy w sztafecie i pięć indywidualnych wśród seniorek) oraz dwa z igrzysk olimpijskich. Skupić szczególnie chcielibyśmy się na tych ostatnich. No i jednym, najważniejszym, z mistrzostw globu.

Zaczęło się w Pekinie. W 2008 roku Maja Włoszczowska była, jak na standardy MTB, dość młodą zawodniczką, ale już uznaną w świecie. Miała niespełna 25 lat, ale należała do ścisłej światowej czołówki, co udowadniała na ostatnich czterech mistrzostwach świata – od 2004 roku stawała na podium bez przerwy przez kolejne cztery lata. Dwa razy indywidualnie, trzykrotnie w sztafecie (właśnie w 2004 roku zdobyła dwa medale). Na poprzednich igrzyskach, w Atenach, gdzie debiutowała w olimpijskim gronie, była szósta. Rywalki wiedziały, że trzeba się z nią liczyć, a Maja wiedziała, że może powalczyć o medal, choć równocześnie tonowała nastroje.

Będzie dużo trudniej [niż w Atenach]. Poziom kobiecego MTB bardzo się podniósł. Gdy cztery lata temu zdobywałam srebrne medale na mistrzostwach, miałam od dwóch do czterech minut straty do pierwszej zawodniczki. W tej chwili z taką stratą byłabym na dziesiątym miejscu. W czołówce zrobiło się ciasno. Do tego trasa w Pekinie jest szybka, podjazdy będą krótkie, praktycznie nie wrzuca się tam najlżejszych przełożeń w rowerze. […] W Pekinie nie wystarczy być tylko w dobrej formie fizycznej, ale mieć też mocną psychikę. Nad tym staram się teraz pracować. Lubię trasy techniczne, z długimi sztywnymi podjazdami. Start w Pekinie będzie też dla mnie trudny ze względu na zeszły sezon. Kontuzja źle wpłynęła na moją psychikę. Na szczęście badania wydolnościowe pokazały, że mam duże możliwości

 – mówiła portalowi sport.pl jeszcze przed olimpijskim startem.

Było sporo wątpliwości: co do pogody, smogu i rywalek. Ale okazało się, że Włoszczowska była jedną z najmocniejszych kolarek na wymagającej trasie. W upale, którego normalny człowiek by nie zniósł, dojechała druga, a wiele z jej utytułowanych rywalek zrezygnowało z prób dotarcia do mety (choćby Marie-Helene Premont, zdobywczyni srebra z Aten, czy Margarita Fullana, wielokrotna mistrzyni świata).

To trudno ubrać w słowa. Po pierwsze, zawodnik – czyli ja – doświadcza fantastycznych wrażeń będąc potwornie zmęczonym. Po drugie, jest to zwieńczenie kilku lat ciężkiej pracy. Oprócz takiej niesamowitej radości, jaką odczuwałam po minięciu mety, ogarnęło mnie uczucie wielkiej ulgi, że tyle lat treningu i wyrzeczeń nie poszło na marne. […] Zawsze wierzyłam w to, że stać mnie na medal olimpijski. To było moje wielkie marzenie ostatnich kilku lat. Na moim przykładzie widać, że marzenia – takie piękne, sportowe, choć trudno osiągalne – się spełniają. Jeśli sportowiec wierzy w siebie, w swe możliwości, powinien czynić wszystko, by tak się stało

 – wspominała na łamach strony kurek-rowery.pl.

Kolejny z tych największych sukcesów przyszedł dwa lata później. Na mistrzostwach świata w 2010 roku zdobyła upragnione złoto. Choć jeszcze rok wcześniej trudno było stwierdzić, czy w ogóle będzie w stanie tam rywalizować. Na początku września spadła twarzą na kamienie. Skarpa była niemal dwumetrowa, a jej twarz wyglądała, jak po solidnej walce bokserskiej amatora z którymś z braci Kliczków. To zresztą jeden z tych wypadków, które przeczuła jej mama. Ale zapobiec nie było jak. Na szczęście, choć wyglądało to źle, obyło się bez poważnych obrażeń – niedługo później zdobyła srebro mistrzostw Europy w maratonie, jej jedyny medal takiej imprezy. A rok później była już mistrzynią świata.

 

I choć przez kolejne lata sukcesów było dużo, to na taki, o którym mówiłaby cała Polska, musiała nieco poczekać. Aż do 2016 roku. Igrzyska olimpijskie w Rio rozpoczęliśmy wtedy brązowym medalem Rafała Majki, a skończyliśmy srebrem Majki Włoszczowskiej.

Który medal jest cenniejszy? Nie lubię takich porównań. Ale medal z Rio jest dojrzalszy. Pracowaliśmy na niego dłużej, po drodze było mnóstwo różnych przeszkód. Dlatego ten sukces bardzo cieszy. […] Czy czegoś żałuję? Niczego. Pojechałam tak, jak mogłam. Byłam w najlepszej formie, jaką byłam w stanie przygotować w tym roku. Jenny Rissveds po prostu była lepsza. Od początku wyścigu widać było, że jest bardzo silna, jechała też bardzo spokojnie. Wierzyłam w to, że jestem w stanie pokonać ją na ostatnim okrążeniu, ale prawda jest taka, że Szwedka miała odrobinę lepszy dzień niż ja

– mówiła w wywiadzie dla echodnia.eu.

Regularnie powtarzała też, że nie mogła zrobić nic więcej. Po prostu. Przygotowywała się w Kolumbii, co okazało się genialnym pomysłem, wykonała swoją pracę w stu procentach i była z niej całkowicie zadowolona. A że rywalka okazała się lepsza, to już inna sprawa, bo tak to w sporcie bywa. Podeszła do tego na luzie, wywalczyła upragnione srebro. Upragnione tym bardziej że musiała na nie czekać osiem lat.

A skoro o tym, to napisać trzeba, skąd taka przerwa.

Maja i największy sukces w karierze

Po medalu dostałam mnóstwo gratulacji. Zdecydowana większość dziewczyn mówiła, że cieszy się razem ze mną. Jolanda Neff opowiadała nawet, że się na trasie modliła, żebym wygrała. To mega wzruszające. Gunn-Rita Dahle była bardzo zawiedziona swoim dziesiątym miejscem, ale podkreślała, że cieszy się z mojego medalu

 – wspominała Włoszczowska o srebrze z Rio w rozmowie z Red Bullem.

I jasne, Maja jest lubiana, ale zapewne inne zawodniczki tak by się z jej medalu nie cieszyły, gdyby nie to, co stało się cztery lata wcześniej. Na igrzyska w Londynie miała jechać z jednym celem w głowie, który zresztą towarzyszy jej od zawsze: żeby zdobyć olimpijskie złoto. Miała, bo ostatecznie w Wielkiej Brytanii nawet nie wystartowała. Podczas zgrupowania we włoskim Livigno uszkodziła sobie staw skokowy i złamała kości śródstopia. Opisując to dość plastycznie: jej stopa była podobno wykręcona o 90 stopni. O ile początkowo żyła jeszcze nadzieją, że może nie jest tak źle i wszystko uda się naprawić, o tyle późniejsze badania nie pozostawiały wątpliwości. Marzenia trzeba było odłożyć na bok.

Nie ma mowy o starcie Mai Włoszczowskiej w igrzyskach olimpijskich. Wyszły nowe złamania w obrębie kości skokowej, a to znacznie poważniejsza sprawa. Zdjęcia rentgenowskie nie były w stanie tego pokazać i po to robi się inne badania. Ich wyniki kazały zupełnie inaczej podejść do sprawy. Kiedy tylko poskładaliśmy wyniki tomografii i zrekonstruowaliśmy to przestrzennie otrzymaliśmy wyniki, po których było wiadomo, że o Londynie można niestety zapomnieć

 – mówił „Przeglądowi Sportowemu” doktor Ficek zajmujący się leczeniem Włoszczowskiej. A sama Maja dodawała, w rozmowie z portalem gazeta.pl:

Niestety. Złamanie a złamanie to różnica. Moje przyjemne nie było. Staw skokowy miałam w stanie tragicznym. Dwie kości złamane, wszystkie więzadła pozrywane.

Potem przyszły trudne chwile. Gdy już zdjęła gips, chciała od razu wsiąść na rower i jechać jak najdalej. Okazało się, że jest w stanie wytrzymać dziesięć minut. Trasy, które wcześniej pokonywała z łatwością, po kontuzji stały się najtrudniejszymi na świecie. A do tego noga najzwyczajniej w świecie bolała, stopa pozostawała wręcz nieruchoma. Trzeba było podejść do tego zupełnie inaczej. Choć nie było łatwo. Przez brak startów straciła wsparcie finansowe od Polskiego Związku Kolarskiego (na co jednak nigdy nie narzekała, po prostu przyjęła to do wiadomości). Gdyby nie podpisany niedługo przed kontuzją kontrakt z klubem, możliwe, że musiałaby nawet zrezygnować z dalszej kariery.

Zaraz po wypadku myślałam: kobieto daj sobie spokój, po co ci to. Ale ta myśl szybko uciekła. W końcu wypadki się zdarzają. I prawdę mówiąc, gdy ludzie mówili, że mogą być problemy z rehabilitacją, to nie słuchałam. Pierwsze zwątpienie i bolesne rozczarowanie przyszło, gdy ściągnięto mi gips. Noga była wielka, sztywna i nawet o milimetr nie chciała się ruszyć. Potem godziny, dni, tygodnie rehabilitacji. Po miesiącu wsiadłam na rower i póki rehabilitacja przynosiła efekty było ok. Sęk w tym, że w pewnym momencie progres zniknął, a pojawiła się panika. W październiku pojechałam na spotkanie swojej nowej drużyny, ale kuśtykałam, zagryzałam zęby, by nie było widać, w jakim jestem stanie. Przecież oni zakładali, że ja normalnie trenuję, a ja dopiero zaczynałam ruszać stopą, a jeździć na rowerze mogłam najwyżej przez 10 minut, bo ostrzejszy trening to niewyobrażalny ból

– wspominała na łamach „Newsweeka”.

Ale i tak miała szczęście. Bo podobne kontuzje czasem nie pozwalają wrócić do sportu. Jasne, to było szczęście okupione wielką sportową tragedią (nieobecność na igrzyskach), bólem i rozbitą psychiką. Bo choć w wywiadach mówiła, że depresji nie miała, to chwile, w których czuła się po prostu źle – tak. Bolało ją, że stała się zależna od innych, że miała problem, by przenieść kubek z herbatą (o kulach nie da się tego zrobić) czy wejść do swego mieszkania (jest ulokowane na poddaszu, a pokonywanie schodów ze złamaną nogą nie jest zbyt łatwe). Kiedyś po prostu usiadła i zaczęła krzyczeć, bo akurat tego potrzebowała, by wyładować złe emocje. Pomogło.

Gdybym usiadła, poddała się i ogłosiła, że kończę karierę, mogłabym się doprowadzić do jeszcze gorszej depresji. Stwierdziłam, że mam tylko jedno wyjście, czyli podjęcie walki oraz uzbrojenie się w cierpliwość

– mówiła TVP. Z kolei w wywiadzie z „Focusem” dodawała:

Przeciwności losu potrafią się piętrzyć bez końca. Trzeba je przetrzymać, innej opcji po prostu nie ma. Pokonamy je, pojawiają się kolejne. Jedyna opcja to nie irytować się, akceptować stan rzeczy i robić to, co w danej sytuacji zrobić się da; to, na co mamy wpływ.

I chyba możemy uznać, że w tej kwestii wie, co mówi. Bo wróciła. Na tyle udanie, że sezon 2013 był jednym z jej najlepszych w karierze. Na kolejne narzekać też nie mogła. Od czasu kontuzji minęło niemal siedem lat, a Maja Włoszczowska wciąż jest w światowej czołówce – w zeszłym roku, po dłuższej przerwie, wygrała zawody Pucharu Świata. I wciąż uważa, że to powrót po kontuzji był jej największym sukcesem w karierze. Bo kosztował ją mnóstwo wysiłku, samozaparcia i silnej woli. Ale się opłacało. Dziś jest z niego dumna.

Maja i trudne chwile

Włoszczowska to jednak taka osoba, która… lubi, gdy jest trudno. Jak na kolarskiej trasie – największa satysfakcja przychodzi z przejechania tych, które były najbardziej wymagające. Poza urazami, na czele z tym najbardziej dotkliwym (i wieloma innymi, kiedyś rozbiła sobie głowę, bo… spadło na nią okno hotelowe), miała na ścieżce swej kariery porozrzucanych nieco kamieni, które musiała pokonać. Jednym z nich były choćby studia. Bo wiecie, jak jest ze sportowcami. Większość z nich, jeśli studiuje, to na AWF-ie, bo tam jest najłatwiej pogodzić to z treningami i startami. W tym przypadku było jednak inaczej.

W okolicach matury zaczęłam szukać studiów takich trochę łatwiejszych, gdzie nie trzeba za dużo chodzić i zbyt wiele się uczyć. I wtedy wkroczyła mama mówiąc, że na szkołę, która daje papier szkoda czasu. Poszłam na matematykę finansową na Politechnice Wrocławskiej. Było ciężko, czasu nie miałam dla siebie praktycznie wcale. Ale teraz się z tego cieszę, bo mi trochę szarych komórek w głowie zostało. Wszyscy moi znajomi ze studiów świetnie odnaleźli się w zawodzie. Sama długo stawiałam na matematykę nawet bardziej niż na sport

– mówiła „Newsweekowi”. Przy innych okazjach wspominała, że to najtrudniejszy wydział, a z kolei przedmiot… najtrudniejszy na wydziale. Gdy studiowała, niemal nie miała czasu dla siebie. Z jednej strony zabierała go nauka, z drugiej treningi i starty w zawodach. Ale w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że pozwala jej to się lepiej zorganizować. I ostatecznie zdobyła zarówno dyplom, jak i medale największych imprez, o których było już wcześniej.

Zawsze starałam się uczyć systematycznie, na bieżąco, tak aby nie mieć żadnych zaległości, gdy musiałam wyjechać na zawody czy obóz treningowy. Zresztą książki zabierałam ze sobą. W trakcie studiów przyjaciółka skanowała mi wykłady i przesyłała mailem. Gdy wiedziałam, że nie będzie mnie na egzaminie, starałam się zaliczyć go we wcześniejszym terminie. Dzięki temu nauczyciele i wykładowcy nie robili mi żadnych problemów związanych z nieobecnościami. Udało się

– mówiła portalowi junior.sport.pl, a już po latach w rozmowie z Onetem twierdziła, że:

To wyczyn, którego nie byłabym stanie powtórzyć, bo po trzydziestce organizm wolniej się regeneruję i nie jesteśmy w stanie nałożyć na siebie tylu obowiązków. Kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń i wymagało dużego samozaparcia, ale było możliwe.

 

Inny trudny moment to rok 2011. Zrezygnowała wtedy ze współpracy z trenerem, znalazła sobie nowy team. Podobnie postąpiła cała kadra, ale to ona – jako jej największa postać – zebrała cięgi w mediach. Pisano i mówiono, że jest „rozkapryszoną gwiazdeczką”.

Wiedziałam, że to najlepsza decyzja, jaką mogłam wtedy podjąć. Nie wiedziałam, że to wywoła taką burzę, zupełnie się tego nie spodziewałam. Kompletnie nie byłam wtedy przygotowana na hejt czy krytykę. Nie brałam pod uwagę takich konsekwencji, jednak niezależnie od tego, czy bym sobie z tego zdawała sprawę, czy nie, podjęłabym taką samą decyzję, która na tamtym etapie mojej kariery była najlepsza. Układ się wypalił, nie przynosił takich efektów, jakich oczekiwałam. W mediach społecznościowych nie było hejtu, moi fani są za mną i wtedy także byli. Fala krytyki spadła na mnie ze strony mediów, które były mocno niedoinformowane w sytuacji

– mówiła Onetowi. Bardzo pomógł jej wtedy Marek Galiński, który został jej trenerem i mocno wspierał w tej sytuacji.

I właśnie, kamień numer trzy. Kto wie, czy nie największy. Śmierć trenera. W marcu 2014 roku auto, które prowadził Galiński, wpadło w poślizg i uderzyło w drzewo. Maja wspominała później, że zupełnie odebrało jej to motywację. Ale potem porozmawiała z innymi zawodnikami, którzy też trenowali z Galińskim. I wszyscy zgodnie uznali, że ten chciałby, aby kontynuowali to, co robili razem. Zabrali się więc na powrót do pracy, która potem przyniosła Mai medal w Rio. Dedykowany właśnie trenerowi.

Marka bardzo brakuje wszystkim, którzy mieli okazję z nim pracować. Ale to, czego nas uczył, zostanie nam na zawsze. Powtarzał, żeby nie przejmować się tym, co się dzieje dookoła, jakimiś plotkami, nieprawdą na nasz temat. Tym, że mamy ciężej niż inni. Trzeba robić swoje i iść do przodu. Cała ekipa dla Marka i pielęgnowania pamięci o nim jeździ z opaskami na nadgarstku i jego hasłem: „rób swoje”. Był fantastycznym trenerem, świetnym szkoleniowcem. Dodawał nam energii, miał fioła na punkcie sportu i potrafił nim zarażać. Bywa, że na treningu słucham muzyki i gdy pomyślę o Marku, w tym samym momencie słyszę w radiu jego ulubioną kapelę. I wtedy mówię: cześć Marek, dobrze, że jesteś ze mną

– mówiła portalowi gazeta.pl kilka lat temu. Postać Galińskiego pojawiła się też w książce, którą Maja Włoszczowska wydała kilka miesięcy później. I, jak mogliście przed chwilą przeczytać, wciąż przewija się w życiu Mai.

Maja wielofunkcyjna

Po tym, co już wiecie, przyznacie sami, że tytuł „szKoła życia” był wyjątkowo trafny. Tak nazywa się autobiografia, którą Włoszczowska napisała we współpracy z Julianem Obrockim. To jednak nie tak, że spotkali się kilka razy, pogadali i Obrocki ogarnął wszystko samemu, a Maja tylko zatwierdziła. Wręcz przeciwnie. Włoszczowska wspominała później, że w pewnym momencie pisanie książki zajmowało jej każdą wolną chwilę.

Wieczorami, pomiędzy treningami… pomiędzy zupą a drugim daniem, pomiędzy kolacją a śniadaniem… Na lotnisku, w samolocie, w hotelu, w samochodzie. Na czterech kontynentach. Wszędzie, gdzie się dało, kiedy się dało i jak się dało. Ostatnie sześć miesięcy…. pisałam

– tak ujęła to na swoim facebookowym profilu.

Do napisania książki ludzie namawiali ją już dużo wcześniej. Kiedy wylądowała w szpitalu przed londyńskimi igrzyskami, propozycji było jeszcze więcej. Wzbraniała się jednak. Że to dobry pomysł, poczuła dopiero, gdy udało jej się wrócić do ścisłej czołówki. Bo pojawiła się historia o wyjściu z kontuzji, coś ekstra do opisania, co mogło też dać motywację ludziom. To zresztą był najważniejszy wątek w książce. Choć przewijało się też mnóstwo innych, a niektóre rozdziały były poradnikami dla kolarzy-amatorów.

Potem pojawiła się też książka dla dzieci i przewijały różne dodatkowe zajęcia. Gdy akurat miała wolną od kolarstwa chwilę, co nie zdarzało się jednak często (tym bardziej że gdy zimą warunki nie pozwalały na jazdę, to zamiast pedałować, biegała na nartach, bo to idealny dla kolarzy trening), z miejsca wypełniały ją inne aktywności. Całkiem niedawno wystąpiła na przykład w show „Agent – Gwiazdy”, gdzie wraz z innymi uczestnikami musiała rozgryźć, kto jest tytułowym agentem. Potraktowała to jak wakacje i przygodę, bo kocha podróżować, a program nagrywano w Hongkongu i na Bali idealnie w trakcie jej przerwy międzysezonowej. Tak skomentowała to portalowi mtb-xc.pl:

Przyznam, że nie do końca wiedziałam co mnie czeka i pojechałam na zdjęcia nieco „na żywca”. Niestety będąc ciągle za granicą, nie miałam przyjemności oglądać poprzednich edycji. Po zakończeniu sezonu udało mi się obejrzeć ledwie kilka odcinków. […] „Gra” toczyła się tak naprawdę 24h na dobę. Serio! Byłam zaskoczona jak bardzo ta gra wkręca! Agent ciągle musi kombinować jak sabotować niezauważenie zadania, jak odwracać od siebie uwagę i kierować ją na innych. Nie dać się zdemaskować i nie przekazywać zbyt wielu informacji o sobie. Reszta, poza tropieniem agenta, prowadzi rozgrywkę między sobą. Każdy albo udawał agenta, albo starał się wkręcić innych, że agentem jest ktoś inny niż jego główny podejrzany. Do tego co rusz tworzyły się sojusze mające na celu odcinanie innych od informacji. Bo w teście o agencie trzeba było być naprawdę nieprawdopodobnie przygotowanym. A do tego potrzebna była spostrzegawczość, podzielność uwagi, umiejętność wyciągania informacji i świetna pamięć. Naprawdę spore wyzwanie. Nie raz czułam jak mi głowa paruje od myślenia.

Maja Włoszczowska jest też organizatorką. Ma swój „własny” wyścig, od dziesięciu lat odbywający się w Jeleniej Górze. To impreza, która poszczycić może się świetną trasą, dobrą obsadą i najwyższą możliwą kategorią dla zawodów, które nie są Pucharem Świata. Zawsze dopisuje też publika, która może skorzystać też z innych atrakcji – toru przeszkód dla dzieci, parady rowerów czy możliwości przetestowania swoich sił na trasie. Zwykle Polka w wyścigu też startowała, ale w tym roku nie było to możliwe. Zamiast tego przypadło jej zadanie koordynowania wszystkiego, co z wyścigiem związane. Jak mówiła na antenie Weszło.fm:

Zawodników nie trzeba przekonywać do startu. W pierwszym roku robiłam to tym, że będzie dobre afterparty. I to działało (śmiech). Wykorzystuję swoje znajomości, rozmawiam przez różne komunikatory. Ale często zawodnicy czy menedżerowie sami do nas piszą. To jest wyścig wysokiej rangi, można w nim zdobyć dużo punktów do rankingu UCI, który decyduje na przykład o kwalifikacjach olimpijskich. Jest o co tu walczyć. Jeśli chodzi o te największe gwiazdy, to jednak łatwo nie jest, bo kalendarz jest wypełniony po brzegi, ale z roku na rok mamy coraz więcej zawodników na starcie. I ten rok był fenomenalny, przyjechali kolarze z całego świata, od Meksyku i Kanady, po Japonię.

Kto wie? Może za kilka lat doczekamy się w Polsce mistrzostw świata z Mają Włoszczowską w roli organizatora. Bo sama zainteresowana powtarzała, że chciałaby taką imprezę „sprowadzić” do naszego kraju.

Maja jest Epic

W marcu jeżdżąca w polskiej grupie Kross Racing Team Maja Włoszczowska udała się do RPA. Tam czekało na nią jedno z największych wyzwań w karierze – Cape Epic, sześciodniowy kolarski maraton dla duetów, w trakcie którego przejeżdża się trasę z sumą przewyższeń, która niemal wystarczyłaby na dwa Mount Everesty. Gdy pytano po co tego próbować, odpowiadała, że po prostu jeszcze tam nie była, to coś nowego i bardzo ją pociąga. Choć gdy dowiedziała się, jak wyglądają etapy, była po prostu przerażona.

Wydawało mi się, że minęła wieczność, zerkam znowu, a tu na liczniku 20,9. Kurczę, myślę sobie, mam jeszcze 80 km do mety! […] Kolarstwo górskie różni się od szosowego tym, że nie ma miejsca, aby odpocząć i puścić korby w kryzysie. Świadomie wybrałam do pary Ariane Lüthi, która jest ode mnie odrobinę słabsza. Dzięki temu mogłam jechać z minimalną rezerwą. Mocniejszy też ma trudniej, bo trzeba czasem chować ambicje do kieszeni i motywować partnera. Obie byłyśmy w trudnej sytuacji. Ona jednak sprawdziła się fantastycznie. Ariane ma wielkie doświadczenie w tej imprezie i wiedziała, jak rozkładać siły. Ja, jako zawodniczka, która ściga się w olimpijskiej odmianie MTB, zawsze byłam uczona, że od startu rusza się na pełen gaz. I tak ruszałam. A tu trzeba przetrwać, więc trzeba regulować tempo. Ariane robiła to doskonale

– wspominała na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Poza tym pojawiły się inne problemy. Najpierw Maję złapała choroba i na piątym etapie miała się wycofać ze startu. Ale jechało jej się dobrze, postanowiła spróbować dojechać do mety. Było świetnie… aż do momentu, gdy Ariane złapała gumę. Raz, potem drugi. Koła nie dało się już naprawić, trzeba było tak dojechać do boksu technicznego. Polka i Szwajcarka straciły więc dużo czasu, a mimo tego wciąż były na podium. I tak dojechały do końca, zajęły trzecie miejsce. A Maję Włoszczowską już kusi powrót w tamte rejony.

Ale raczej nie w przyszłym roku. Bo to sezon olimpijski i taki sposób przygotowań raczej odpada. Tym bardziej że aktualnie organizm polskiej kolarki ma problemy z tym, by się zregenerować. To dlatego odpuściła sobie start we „własnym” wyścigu i ominęła dwie rundy Pucharu Świata.

To usprawiedliwiona nieobecność, z lenistwa bym nie odpuszczała, bo jeździć na rowerze uwielbiam. Cape Epic mógł na mnie wpłynąć różnie, liczyliśmy, że będzie dobrze, bo wielu zawodników ma po nim rewelacyjną formę przez cały sezon. Mimo że czułam się tam rewelacyjnie, to mój organizm się szarpnął. Łapałam infekcje, wracałam do treningów najszybciej, jak się dało, a potem okazywało się, że to było za wcześnie. To mnie nieco przyhamowało. Teraz jeżdżę, ale staram się to robić delikatnie, poczekać

– mówiła na antenie naszego radia.

A głównym celem w tym sezonie są mistrzostwa Europy i świata. Maja mówi, że jeśli tylko wyzdrowieje, to przygotować się zdąży i powinniśmy trzymać kciuki za to, by choroby wreszcie jej odpuściły. Ten rok to jednak tylko wstęp do emocji, jakie powinna nam zagwarantować w kolejnym, gdy pojedzie na igrzyska olimpijskie do Tokio. Tam powalczy, prawdopodobnie po raz ostatni, o olimpijskie złoto. Po raz ostatni, bo coraz częściej przebąkuje o tym, że po wyprawie do Japonii zakończy karierę (choć może będzie to robić jak Justyna Kowalczyk, po trochu, nie za jednym zamachem). I niby powtarza, że czuje się sportowcem spełnionym, mimo braku złota czy zwycięstwa w generalce Pucharu Świata. Ale równocześnie dodaje, że im starsza jest, tym bardziej motywują ją zwycięstwa, a nie tylko dobre wyniki. A skoro tak, to pozostaje zadać jedno pytanie.

Czy znajdzie się lepsza motywacja do wytężonej pracy, niż ukoronowanie wspaniałej kariery upragnionym złotem igrzysk?


Aktualności

Kalendarz imprez