Koniec związku idealnego. Chris Froome odejdzie z Team Ineos

Koniec związku idealnego. Chris Froome odejdzie z Team Ineos

Jeszcze dwa lata temu, gdy po raz czwarty wygrywał Tour de France, mogło się wydawać, że dwukrotny medalista olimpijski Chris Froome do końca swej zawodowej kariery będzie jeździć w barwach Ineos (wtedy Sky). Od tamtego czasu sporo się jednak wydarzyło: pojawili się młodzi, głodni sukcesów rywale, Brytyjczyk przeszedł długą rehabilitację po upadku, a koronawirus uszczuplił nieco budżety i możliwości finansowe poszczególnych ekip. Od dłuższego czasu plotkowano więc, że sezon 2020 będzie ostatnim, w którym Team Ineos i Chris Froome wspólnie będą walczyć o najwyższe cele. Dziś dostaliśmy tego oficjalne potwierdzenie.

Dekada 

Wrzesień 2009 roku powinien zapisać się w historii brytyjskiego kolarstwa złotymi zgłoskami. To wtedy Team Sky ogłosił, że podpisał kontrakt z Chrisem Froomem, 24-letnim kolarzem, który od trzech sezonów jeździł profesjonalnie. Brytyjczyk kenijskiego pochodzenia całkiem nieźle radził sobie w barwach mniejszych ekip, a teraz miał otrzymać szansę w nowo powstałej drużynie, która stawiała przed sobą jasny cel – w ciągu pięciu lat chciała doprowadzić brytyjskiego kolarza do zwycięstwa w Tour de France.

Udało jej się w trzy. Nie był to jeszcze Froome, a Bradley Wiggins, ale lider ekipy to właśnie Chrisowi, który na trasie Wielkiej Pętli pomagał mu w sposób wręcz niebywały, zawdzięczał to zwycięstwo. Gołym okiem dało się wtedy dostrzec, że młodszy z Brytyjczyków zaraz przerośnie starszego. Zresztą zdarzało mu się pokazywać to już wcześniej.

Zrobił to na przykład na Vuelcie w 2011 roku, gdy też miał pomagać Wigginsowi, a ostatecznie wyścig ułożył się tak, że to on finiszował wyżej – na drugim miejscu. Osiem lat później okazało się, że Juan Jose Cobo był na dopingu i w jego miejsce to Froome został mianowany zwycięzcą tego wyścigu. Tamta Vuelta, jak się mówiło, uratowała zresztą karierę Brytyjczyka. Prasa donosiła wówczas, że Chris miał zostać odpalony przez Sky, ale widząc jego jazdę w Hiszpanii Dave Brailsford, szef zespołu, natychmiast podpisał ze swoim kolarzem nową umowę.

Od tamtej pory nastąpił nagły wybuch formy Froome’a, często tłumaczony zdiagnozowaniem  u niego schistosomatozy, choroby pasożytniczej, której nabawił się w Afryce. Odpowiednio leczona, nie ograniczała tak bardzo jego możliwości. I Brytyjczyk zaczął jeździć znakomicie. Pełnię swojego potencjału pokazał, gdy wreszcie przyznano mu rolę lidera. Tym stał się w 2013 roku i natychmiast wygrał pierwszy w karierze Tour de France. Na drugi taki triumf czekał kolejne dwa lata, ale gdy już się doczekał, to przez trzy lata nie oddawał żółtej koszulki. Dziś powtarza, że marzy o jeszcze dwóch zwycięstwach, które uczyniłyby go samodzielnym liderem najlepszych kolarzy w historii Wielkiej Pętli.

– Walka o piąte zwycięstwo w Tour de France po wypadku [w zeszłym roku doznał urazu przed francuskim tourem i długo się rehabilitował – przyp. red.] może wydawać się niemożliwa, ale już wróciłem i jestem na to przygotowany. Biorąc pod uwagę moje osiągnięcia i udaną rekonwalescencję, to taki mam plan. Nie chcę narzucać sobie limitów, myśleć o nich. Stawiam sobie cele, jako zawodowi kolarze robimy to niemal bez przerwy. Zresztą chciałbym też przejechać mistrzostwa świata i wystartować we Vuelcie lub Giro. Mam doświadczenie, ogromną motywację i wolę, by to się udało. Jestem już niemal w tym samym miejscu, w jakim byłbym przy normalnym sezonie – mówił na początku tego sezonu, jeszcze przed pandemią koronawirusa.

W dekadzie spędzonej w Sky/Ineos wygrywał jednak nie tylko we Francji. Do tych sukcesów dołożył też triumf na hiszpańskiej Vuelcie w roku 2017 (i, jak już wiemy, 2011) oraz w Giro 2018. To ten ostatni jest prawdopodobnie najbardziej imponującym. Wydawało się wówczas, że Froome przegra rywalizację we Włoszech, jednak Brytyjczyk odpalił 80-kilometrową, indywidualną ucieczkę i na trudnym etapie odsadził rywali o kilka minut. Kiedy startował, można było sądzić, że to atak samobójczy. Gdy jednak dojeżdżał do mety wszyscy wiedzieli, że wręcz przeciwnie – zabił nim, owszem, ale marzenia rywali.

Kolejne tytuły być może zdobędzie jeszcze w barwach Team Ineos. Ale już wiemy, że rekordu wygranych w Tour de France na pewno nie ustanowi w koszulce tego zespołu. Odejdzie z niego bowiem po trwającym sezonie, wraz z wygaśnięciem kontraktu.

Koniec 

Od dawna plotkowano o tym, że drogi Froome’a i Teamu Ineos się rozejdą. Obie strony widziały bowiem, że to związek, który już się nieco wypalił. Brytyjski zespół ma w swoich szeregach wielu innych kolarzy zdolnych wygrywać wielkie toury, którzy już to zresztą udowadniali. Geraint Thomas triumfował w Tour de France w 2018 roku, pokonując samego Froome’a. Egan Bernal zrobił to rok później, gdy Brytyjczyka na trasie zabrakło (zresztą jako drugi finiszował wtedy Thomas, potwierdzając swoją klasę). Richard Carapaz zgarnął za to ubiegłoroczne Giro. W takiej sytuacji starzejący się, już 35-letni Froome, w dodatku wracający po wspomnianej rehabilitacji, nie mógł być pierwszym wyborem na pozycję lidera. A sytuację zaogniły jeszcze niedawne słowa Bernala.

– Rozumiem sytuację zespołu. Dla drużyny byłoby interesująco, gdyby Chris wygrał swój piąty Tour albo Geraint swój drugi. Obaj są Brytyjczykami, to coś ważnego dla dyrektorów. Więc rozumiem to położenie. Jednak jestem młody, już raz wygrałem Tour de France. Nie zamierzam odrzucać szansy na wygranie kolejnej edycji. Nie sądzę, żebym był w stanie się poświęcić dla zespołu, gdybym tylko był gotowy na sto procent. Myślę, że bym tego nie zrobił, nie zrobiłby też tego on i nie zrobiłby nikt inny – mówił Kolumbijczyk.

Chris Froome w żółtej koszulce lidera Tour de France na etapie jazdy indywidualnej na czas (2017). Fot. Newspix

Zespół na te słowa kompletnie nie zwrócił uwagi, co miało zdenerwować Froome’a. Bo on sam polecenia ekipy zawsze szanował. W 2012 roku jechał na Wigginsa, choć mógł walczyć o indywidualne cele. W 2018, gdy Thomas był lepszy, pomógł mu odnieść zwycięstwo. – Chris jest wyraźnie zły na kierownictwo zespołu, ponieważ nikt nie zareagował na słowa Bernala. Poprosił o szybkie rozwiązanie tej sytuacji, ale na razie nie otrzymał odpowiedzi – mówił “L’Equipe” jeden z członków rodziny Brytyjczyka. I choć Bernal kilka dni temu zaprzeczył, by Froome faktycznie był na niego zły, to jednak nie zmienia to faktu, że sytuacja ta miała Chrisa przybliżyć do odejścia, które dziś oficjalnie ogłoszono.

– Dzieliliśmy z Chrisem wiele wspaniałych wspomnień przez te lata, ale wierzę, że to właściwa decyzja i dla zespołu, i dla Chrisa – mówił Dave Brailsford. – Biorąc pod uwagę jego osiągnięcia w sporcie, Chris, co zrozumiałe, chciałby pełnić rolę lidera zespołu w następnym rozdziale swojej kariery – a tego nie możemy mu teraz zagwarantować. Odejście z Team Ineos może mu dać co do tego pewność. Równocześnie da to też okazje kolejnym członkom naszego zespołu, by liderować grupie.

– To była fenomenalna dekada z zespołem. Cieszę się na nowe wyzwania, które przyjdą w kolejnej fazie mojej kariery, ale w międzyczasie skupiam się na wygraniu piątego Tour de France wraz z Ineos – mówił z kolei Froome. Bo w tym sezonie, przez kilka miesięcy skróconej rywalizacji, będzie jeszcze próbować pokazać Bernalowi i spółce, że stać go jeszcze na wielkie triumfy. Choć – mimo że do Francji ma jechać – nie wiadomo na ile w ogóle będzie miał możliwość rywalizować o zwycięstwo.

– Dużo jest tu znaków zapytania. Przede wszystkim – Froome wraca po kontuzji, jakiej nabawił się w trakcie ubiegłorocznego Criterium du Dauphine. Wielomiesięczna przerwa u 35-letniego zawodnika na pewno pozostawi swój ślad. Jak głęboki? Trudno oceniać – pierwsze starty, w UAE Tour, nie powiedziały nam zbyt wiele, zaś później sezon został zamrożony. Osobna kwestia to to, jak Froome’a potraktuje Team Ineos mając świadomość tego, że wraz z końcem sezonu opuści on grupę. Czy uczyni pełnoprawnym liderem, razem z Thomasem i Bernalem, czy zachowa się mniej elegancko? Tego na razie nie wiemy – mówi Tomasz Czernich, redaktor naczelny serwisu kolarsko.pl.

Wychodzi więc, że żeby przekonać się czy Chris Froome powalczy o triumf we Francji w koszulce Ineos musimy poczekać do końcówki sierpnia. Wtedy zobaczymy, na co Brytyjczyka stać.

A potem… no właśnie, co potem?

Izrael

Israel Start-Up Nation. To ekipa, do której przejdzie Chris Froome. Oczywiście znacznie słabsza niż Team Ineos, ale gwarantująca Brytyjczykowi jedno – że będzie liderem. W dodatku stoi za nią Sylvan Adams, izraelski multimilioner, człowiek, który w świecie kolarstwa obecny jest od kilku lat, a ambicje ma iście mocarstwowe. W czasach, gdy inne zespoły tną budżety, on otwarcie powtarza, że marzy o sprowadzeniu kilku zawodników klasy światowej. Jednego – w osobie Froome’a – już sobie zapewnił.

Israel Start-Up Nation to tak naprawdę nowy projekt. W World Tourze jeździ od tego sezonu, po tym jak Adams wykupił licencję upadłej Katushy-Alpecin. Ale równocześnie swoją ekipę biznesmen miał już od sześciu lat – wtedy to założył Israeli Cycling, której kolarze jeździli w mniejszych wyścigach. Gdy tylko dostał szansę na przejście do tych największych, postanowił skorzystać. I od razu snuł sny o zwycięstwie w Tour de France. Komu jak komu, ale jemu można wierzyć, że naprawdę postara się o ich zrealizowanie. Do tej pory za sprawą swych pieniędzy i kontaktów zdołał już ściągnąć start Giro d’Italia do Izraela czy zorganizować w Tel-Awiwie mecz piłkarski Urugwaj – Argentyna, w którym wziął udział Leo Messi.

– Tour de France ogląda średnio 2,6 mld telewidzów. To jedno z najchętniej śledzonych wydarzeń sportowych na świecie. Będziemy mieć nasze biało-niebieskie stroje i przynajmniej jednego zawodnika z Izraela na starcie. Tworzymy historię. Jestem z tego dumny – mówił Adams, gdy prezentowano jego ekipę. Historię stworzył już w tym sezonie kilkukrotnie, jego ekipa na swoim koncie zapisać może bowiem trzy zwycięstwa: w Vuelta a San Juan jeden z etapów wygrał Rudy Barbier, w Tour of Antalya kolejny zgarnął Mikhel Raim, a w klasyku Le Samyn najlepszy okazał się Hugo Hofstetter.

Największą bolączką ekipy był jednak brak gwiazdy, która mogłaby rywalizować o triumfy w trzytygodniowych wyścigach. Owszem, w Israel jeżdżą naprawdę dobrzy kolarze – wystarczy tu wspomnieć Dana Martina, Nilsa Politta czy Andre Greipela – jednak nie gwarantują oni walki o najwyższe cele. Stąd wyciągnięcie ręki do Froome’a, wokół którego od 2021 roku ma być budowany ten projekt.

– To historyczny moment dla ISN, Izraela, izraelskiego sportu, naszych fanów dookoła świata i, oczywiście, dla mnie osobiście. Chris to najlepszy kolarz naszej generacji i to on poprowadzi nasz skład na wielkie toury, zwłaszcza Tour de France. Mamy nadzieję, że razem uda nam się stworzyć historię, a Chris osiągnie sukces w kolejnych wielkich tourach. Takie osiągnięcie sprawiałoby, że można by rozważać go w kategoriach najlepszego kolarza w historii. Naszym głównym celem będzie wygranie Tour de France. Jestem dumny z drogi, jaką przeszliśmy w tym zespole. Z Chrisem możemy wspiąć się na nowe wysokości i sam szczyt tego sportu – mówił Adams.

– Jestem podekscytowany dołączeniem do rodziny ISN. Już teraz czekam na wyzwanie i bycie wyzwanym przez ich talenty. Chcę kontynuować pogoń za sukcesami, którą do tej pory się cieszyłem. Wpływ ISN na sport szybko się rozszerza, cieszę się, że będę mógł brać w tym udział. Czuję, że możemy osiągnąć razem wielkie rzeczy – dodawał Chris Froome. Tu jednak trzeba zadać sobie pytanie: czy skład, którym izraelska ekipa dysponuje – nawet z Brytyjczykiem w roli lidera – może pozwolić na wygraną w którymś z wielkich tourów?

– Israel Start-Up Nation być może nie ma zbyt mocnego składu (zwłaszcza, jeżeli chodzi o największe wyścigi), ale ma za to dużo pieniędzy i trochę czasu. Może przed sezonem 2021 zakontraktować kilku górali do pomocy dla Froome’a, którzy dołączą do tych, jeżdżących w drużynie obecnie, czyli Dana Martina, Kristsa Neilandsa czy Daniela Navarro. Pomocnicy to jednak nie wszystko – Froome przede wszystkim musi być po prostu mocny – mówi Czernich.

Podsumować możemy to więc dwoma słowami: czas pokaże. Pewna jest za to jedna rzecz – że w ekipie z Izraela Froome będzie jechać na własne konto. I jeśli wygra w niej któryś z największych wyścigów – bez pomocy najlepszej ekipy w stawce, jaką jest Ineos – to tylko ugruntuje swoją pozycję wśród największych kolarzy w historii. A to z pewnością jego cel i marzenie.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez