Kobieta w męskim świecie. Jak daleko zajdzie Becky Hammon?

Kobieta w męskim świecie. Jak daleko zajdzie Becky Hammon?

Becky Hammon od dawna wybijała się z tłumu. Jeszcze jako czynna koszykarka podjęła decyzję, po której Amerykanie zaczęli kwestionować jej patriotyzm – wybrała grę dla… reprezentacji Rosji. Po zakończeniu kariery zaczęła realizować się na płaszczyźnie trenerskiej. Najpierw została asystentką trenera w NBA, a – w ubiegłym tygodniu – miała okazję chwilowo wejść w buty głównego szkoleniowca.

Dokonała tego oczywiście jako pierwsza kobieta w historii. Z tym że to historyczny moment, zgadzają się zarówno LeBron James, jak i przyszła wiceprezydent USA Kamala Harris. Sama Hammon docenia swoje osiągnięcie, ale zamierza zajść znacznie dalej.

Ta chwila mogła mieć miejsce już w listopadzie 2019 roku. Trener San Antonio Spurs, który tę funkcję sprawuje już od 1996 roku, Gregg Popovich otrzymał drugi techniczny faul i został wyrzucony z parkietu. W takiej sytuacji zastąpić musiał go jeden z asystentów zespołu. Padło na Tima Duncana, mimo że patrząc na samą długość stażu, wybijała się właśnie Hammon.

– Nie jestem tu, żeby tworzyć historię – mówił na pomeczowej konferencji Popovich, pytany o to, dlaczego nie wybrał asystentki, z którą pracuje już od pięciu lat.

Choć Duncan w 2019 roku dopiero stawiał pierwsze kroki w karierze trenerskiej, tak ich współpraca sięgała jeszcze lat dziewięćdziesiątych. Wspólnie zdobyli pięć tytułów mistrzowskich. Jeden zyskał renomę wybitnego trenera, a drugi wybitnego zawodnika. Sfera sportowa to zresztą jedno, ale dwójkę panów łączy też prawdziwa przyjaźń, która wykracza poza rejony NBA. Nie mogło zatem być inaczej – kiedy zabrakło Popovicha, pałeczkę przejął Duncan. A Hammon musiała to zrozumieć i – zapewne – zrozumiała.

Na swoją kolej nie musiała jednak długo czekać. Po sezonie 2019/2020 Duncan zdecydował, że trenerka to jednak nie jego para kaloszy. Zatem kiedy w ubiegłym tygodniu, podczas meczu z Los Angeles Lakers, Popovich po raz kolejny został odesłany do szatni za natarczywe dyskusje, wybór był już oczywisty.

Becky Hammon przez ponad dwie kwarty spotkania miała decydujący głos w szeregach San Antonio Spurs.

Kobieta w męskim… sporcie?

– Oczywiście, to wielka rzecz. To szczególny moment. Jestem częścią tej organizacji od dawna, grałam w San Antonio od 2007 roku, więc z tym miastem łączy mnie trzynaście lat wspólnej historii. Zainwestowałam wiele czasu, oni zainwestowali swój czas we mnie, abym się rozwijała, abym stawała się lepsza – mówiła po spotkaniu z Lakers bohaterka wieczoru.

San Antonio Spurs prowadziła już przy różnych okazjach. Podczas Ligi Letniej w 2015 roku, kiedy wraz zespołem z Teksasu zdobyła mistrzostwa tych rozgrywek. A także podczas spotkań przedsezonowych. Popovich, któremu wybiła już siedemdziesiątka, nie ma bowiem problemu, aby dać swoim asystentom szansę. Szczególnie, kiedy wynik spotkania to sprawa drugorzędna.

Samej Hammon nigdy nie traktował w kategoriach kogoś wyjątkowego. Kiedy jego pracodawca ją zatrudnił, “Pop” słowem nie wspomniał, że do sztabu dołącza kobieta. Powiedział po prostu, że bacznie się jej przyglądał, kiedy przebywała na stażu i docenia jej etykę pracy, znajomość koszykówki oraz umiejętności interpersonalne. I dlatego uważa, że będzie cennym członkiem rodziny San Antonio Spurs.

W bieżącym sezonie NBA w sztabach szkoleniowych klubów znajduje się łącznie sześć kobiet. Rok temu było ich jedenaście, liczba rekordowa. Ale w momencie, gdy Popovich postawił na Hammon, stała się rodzynkiem. Pierwszą kobietą w historii, która otrzymała pełnoetatową pracę w NBA – z naciskiem na pełnoetatową, bo pionierką w najlepszej lidze świata była Lisa Boyer.

Mowa o zasłużonej postaci kobiecej koszykówki, która w 2002 roku dołączyła do sztabu Johna Lucasa, trenera Cleveland Cavaliers. Nie otrzymała jednak żadnego kontraktu, można powiedzieć, że pracowała “wolontaryjnie”. Tak, aby zdobyć bezcenne doświadczenie i się czegoś nauczyć. Trudno powiedzieć, jak jej poszło, ale angażu w NBA już w kolejnych latach nie znalazła.

Za to Hammon zrobiła błyskawiczną karierę. Zaczynała od siedzenia na trybunach, tuż za ławką, na której przebywali zawodnicy. Podsłuchiwała co mówił Popovich, obserwowała, jak wyglądają jego relacje z zawodnikami. Od czasu do czasu odpowiadała na jego pytania. Była uważna, chętna do nauki. Szybko mu zaimponowała. – Wie, kiedy ma się odezwać, a kiedy zamknąć. To proste, ale wielu ludzi nie potrafi tego pojąć – zauważał pięciokrotny mistrz NBA.

Biznes to biznes. Poza parkietem Popovichowi nie brakuje poczucia humoru, na dodatek wykazuje się sporą empatią, szczególnie kiedy wypowiada się na tematy pozasportowe. Ale na parkiecie zazwyczaj nie jest mu do śmiechu. Dlatego podczas meczu z Lakers nie powiedział swojej asystentce niczego spektakularnego, w stylu, że to jej moment, żeby się nim cieszyła, że przejdzie do historii. – Wskazał na mnie. To wszystko, nic więcej. I dodał: masz ich, są twoi. To wszystko. Bardzo w stylu “Popa” – wspominała Hammon.

Choć od swojego szefa nie usłyszała wielu słodkich słówek, jej historia odbiła się szerokim echem w Stanach Zjednoczonych. Dość powiedzieć, że odezwała się do niej sama… wiceprezydent elekt Stanów Zjednoczonych, Kamala Harris. – Gratulacje, Becky Hammon. Możesz być pierwsza, ale na pewno nie będziesz ostatnia – napisała na Twitterze.

Trzy grosze dodał też LeBron James: – Ona naprawdę ciężko pracuje, a zawsze kiedy to robisz, stajesz przed nowymi możliwościami. Dzisiejszej nocy miała okazję wejść w nową rolę i częściowo zaprezentować swój talent, swoją miłość do koszykówki […] To piękna rzecz – widzieć ją kwestionującą gwizdki czy kreślącą zagrywki. Ma w sobie pasję, więc gratulację dla niej i gratulację dla ligi.

Tego, że kobieta w roli trenera w męskiej lidze to rzadkość, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Wystarczy popatrzeć nawet nie na koszykówkę, ale po prostu wszystkie popularne sporty zespołowe. Wyobrażacie sobie asystentkę – dla przykładu – Jurgena Kloppa prowadzącą Liverpool, po tym jak ten został zawieszony?

Ale żeby zrozumieć, czego tak naprawdę dokonała Hammon, warto zagłębić się w historię. W latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych normą było, że kobiecą drużynę koszykarską, grającą w rozgrywkach akademickich, prowadziła kobieta. Liczby oscylowały w okolicach 90%. O dziwo – na przestrzeni lat to się diametralnie zmieniło. Obecnie ponad połowa trenerów w kobiecej lidze NCAA to mężczyźni. Nie inaczej jest w WNBA – siedmiu z dwunastu głównych szkoleniowców jest płci męskiej.

Faceci weszli zatem w damski sport, ale nie na odwrót. Nie chodzi oczywiście o to, żeby zmieniać ten stan rzeczy wyłącznie dla samej idei. Zwróćmy jednak uwagę, że mimo ciągłego rozwoju kobiecej koszykówki, faktu, że ten sport cieszy się w Stanach olbrzymią popularnością, na salonach NBA widok kobiety na stanowisku asystentki trenera to wciąż rzadkość. A kobiety prowadzącej jakąś ekipę – jeszcze po prostu nie było.

No, choć to akurat może zmienić bohaterka naszego tekstu.

Na przekór

Becky nie pamięta czasów, kiedy nie wiedziała, czym jest koszykówka. Była z nią związana od zawsze. Widać to na przykładzie zdjęć z rodzinnych albumów, na których mała dziewczynka trzyma pomarańczową piłkę, znacznie większą od jej głowy, ba, zasłaniającą połowę ciała. Kozłować za pomocą obu rąk nauczyła się, kiedy miała pięć lat. W tym wieku trenowała już rzuty do kosza na podwórku pod domem, w czym czasami towarzyszyli jej brat oraz ojciec.

Rodzina mieszkała w Rapid City, niewielkim – jak na amerykańskie realia – mieście położonym w Dakocie Południowej. Ich dom był zlokalizowany na obrzeżach lasu. Widok przebiegającego nieopodal jelenia albo innej dzikiej zwierzyny nikogo zatem nie dziwił. Na dodatek Hammonowie nie mieli żadnych sąsiadów. Kiedy piłka wypuszczona z rąk niewielkiej Becky omijała konstrukcję kosza i turlała się po trawie, trzeba było ją szybko dogonić, zanim ta przepadnie w jakimś gąszczu.

Gdy Hammon dorosła, zorientowała się, że przebywanie w takiej lokalizacji ma również swoje minusy. Rówieśników zainteresowanych grą w koszykówkę spotykała niewielu, a jeśli już się jacyś znajdowali, to byli to chłopcy. Co poradzić – musiała z nimi grać, mimo tego, że mieli nad nią sporą przewagę fizyczną. Nie była nawet specjalnie wysoka, nawet jak na dziewczynę – mierzyła tylko 168 cm wzrostu.

– Kiedy przychodziłam na boisko i okazywało się, że jestem lepsza od wszystkich chłopaków, nawet tych z rocznika lub dwóch wyżej, mówili rzeczy w stylu: O, tak, ona może zostać. Może nawet być rozgrywającą – wspominała Hammon. Nie znaczy to jednak, że koledzy dawali jej fory. Wręcz przeciwnie. Za wszelką cenę nie chcieli, żeby wygrywała z nim dziewczyna. Grali zatem twardo, ba, bardziej agresywnie niż zazwyczaj. A ona i tak sobie radziła.

Jako nastolatka gładko pokonywała wszelkie poziomy. Najpierw zdominowała rozgrywki licealne, a potem trafiła na uczelnię, gdzie również pokazywała się ze świetnej strony. W 1999 roku wydawało się, że wrota do WNBA stoją przed nią otworem. Menadżerowie klubów uważali jednak, że choć filigranowa rozgrywająca jest utalentowana, tak na profesjonalnym poziomie jej warunki fizycznie będą problemem.

W drafcie nie postawił zatem na nią nikt. Dopiero niecałe dwa tygodnie później kontrakt z Hammon podpisało New York Liberty. Koszykarka błyskawicznie, dzięki swojemu nieustępliwemu charakterowi, stała się ulubienicą fanów, ale funkcję pierwszej rozgrywającej w zespole przejęła w 2003 roku. Od tego momentu zaczęła robić piorunującą karierę.

W ciągu swojej zawodniczej przygody z koszykówką pięciokrotnie grała w Meczu Gwiazd WNBA, a dwukrotnie wybierano ją do najlepszej piątki. W swoim fachu była wybitna, co pokazuje wyróżnienie, które spotkało ją w 2011 roku, kiedy znalazła się w gronie piętnastu najlepszych koszykarek w historii ligi (plebiscyt z okazji piętnastolecia koszykarskiej organizacji przyp-red.).

Mimo tych osiągnięć Hammon brakowało uznania w oczach członków sztabu szkoleniowego reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Po tym, jak już znalazła się w WNBA, ani razu nie otrzymała powołania na ważną imprezę, szansy, aby z dumą reprezentować barwy USA. Miarka przebrała się w 2007 roku, kiedy po swoim najlepszym sezonie w karierze nie została zaproszona na obóz kadry. Oznaczało to tyle, że niemal na pewno nie znajdzie się w dwunastce, która poleci do Pekinu na igrzyska olimpijskie.

Postanowiła zatem wziąć sprawy w swoje ręce. Od 2007 roku była zawodniczką CSKA Moskwa (z racji na niekłócące się terminy koszykarki często grają na przemian w Europie oraz Stanach przyp-red.) i kiedy stało się jasne, że nie zostanie powołana przez swoich rodaków na najważniejszą imprezę czterolecia, zaczęła starać się o rosyjskie obywatelstwo. Niedługo później je otrzymała, a następnie, a jakże, trener “Sbornej”, oznajmił, że naturalizowana Amerykanka będzie członkiem jego zespołu.

Na Hammon spadła oczywiście fala krytyki. Według niektórych kibiców stała się zdrajczynią, bo ośmieliła się ot tak grać w obcych barwach. Sama koszykarka sugerowała zaś, że gdyby postawiła na jakąkolwiek inną reprezentację, choćby Litwy, nikt nie miałby do niej pretensji. Ale cóż, Rosja to oczywiście najgorszy wybór w oczach Amerykanów. – Jeśli grasz w naszym kraju, żyjesz w naszym kraju, dorastasz w jego sercu, a potem zakładasz koszulkę Rosji, to według mnie nie jesteś patriotką – mówiła Anne Donovan, szkoleniowiec… Stanów Zjednoczonych. Czyli ta sama osoba, która nie widziała w Hammon kandydatki do swojego składu.

– Nie znasz mnie. Nie wiesz, jak wiele znaczy dla mnie amerykańska flaga. Nie wiesz, jak dorastałam – odpowiadała na łamach mediów koszykarka. – Największym zaszczytem w mojej klasie w szkole było wyjęcie flagi, rozłożenie, a następnie zawieszenie w miejscu, gdzie jej rogi nie dotykają ziemi. […] Kocham mój kraj. Kocham hymn narodowy, często sprawia, że mam dreszcze. Czuję dumę, że jestem Amerykanką, czuję dumę, że jestem z kraju, który wyznaje takie wartości.

Hammon nie bała się nawet podkreślać, że wybrała grę dla Rosji tylko i wyłącznie dla igrzysk. Chciała być częścią olimpijskiej rodziny. Nic więcej. Mówiła, że kiedy jej koleżanki z zespołu rozmawiały o sytuacji w Gruzji (konflikt zbrojny na terenie tego kraju, w który wmieszała się Rosja – przyp. red.), ona trzymała się od tego daleko. – To nie ma żadnego związku z polityką. Nie rozmawiałam z naszym rządem, nie mam też nic wspólnego z rosyjskimi władzami – mówiła.

Z drugiej strony – krytycy zwracali uwagę na korzyści finansowe, jakie będzie czerpać. Jej kontrakt z CSKA, który i tak uwzględniał zarobki na poziomie pół miliona dolarów rocznie, miał mieć zawarty sześciocyfrowy bonus, który zostanie zrealizowany, jeśli rozgrywająca zdobędzie medal olimpijski. Nie wspominając nawet o pieniądzach, które za grę w kadrze otrzymują wszystkie reprezentantki – łącznie z ich amerykańską liderką.

Podczas igrzysk reprezentacja Rosji trafiła na Stany Zjednoczone w półfinale turnieju. Hammon rozczarowała, trafiając tylko jeden z sześciu rzutów z gry. Jej zespół przegrał zaś 52:67. Dwa dni później Amerykanka odkupiła winy, prowadząc Sborną do zwycięstwa z gospodyniami imprezy, a co za tym idzie – brązowego medalu olimpijskiego.

Cztery lata później po raz kolejny zagrała na igrzyskach, ale już nie udało jej się sięgnąć po medal. Miała jednak to szczęście, że w powrotnym samolocie do Stanów Zjednoczonych zajęła miejsce… obok Gregga Popovicha, ówczesnego asystenta Mike’a Krzyzewskiego w męskiej kadrze USA.

Rozmowa

Utytułowany trener oczywiście wiedział, kim jest kobieta z włosami związanymi w kucyk, ale prywatnie jej nie znał. Zainteresowało go jednak to, że swego czasu grała w klubie w Moskwie. Bo tak się składa, że Popovich na początku lat siedemdziesiątych skończył rusycystykę na wojskowej uczelni Air Force Academy. Dyskutował zatem z koszykarką o rosyjskiej kulturze oraz historii, a także winie i polityce.

Rozmówczyni dała mu jednak znać, że marzy jej się trenerska kariera. I choć nie zamieszał zbytnio poruszać tematów koszykarskich, powiedział pamiętne zdanie:

– Zatem, gdybyś była moją asystentką i o coś bym się ciebie zapytał, powiedziałabyś prawdę?

– Myślę, żebyś się mnie nie pytał, gdybyś nie chciał, żebym powiedziała prawdę – odparła Becky.

– Dobrze, nie potrzebuję kolejnej osoby, która na wszystko mówi “tak”.

Dwa lata później oficjalnie rozpoczęli ze sobą współpracę.

Nieustraszona

Jednej cechy nie brakuje jej na pewno – jest nią odwaga. Osoby bliskie Hammon wspominają sytuację z 2012 roku, kiedy wraz wybrała się na rodzinną wycieczkę łódką. Podczas podróży zaskoczył ją przepływający w pobliżu… rekin. Ojciec koszykarki miał wtedy ręce na sterze, ale ona znajdowała się w wodzie. I zamiast jak najszybciej wsiąść na łajbę, krzyknęła, żeby rzucił w jej kierunku przynętę, a dokładnie rozdrobnione kawałki ryby.

Rekin błyskawicznie wyczuł posiłek i ruszył w jego kierunku. Nie wydawało się, żeby zamierzał zwolnić, kiedy zobaczy na swojej drodze człowieka. Koszykarka czekała do ostatniego momentu, aż wreszcie uderzyła drapieżną rybę czymś w rodzaju prowizorycznego harpuna.

Po co w ogóle zdecydowała się na konfrontację z tak niebezpiecznym stworzeniem? Podobno chciała przyjrzeć się mu z bliska. Kuriozalne, prawda? Hammon to jednak, jak sama się określa, “fanka adrenaliny”. Zdarzyło jej się chodzić na polowania, pływać w pobliżu barrakudy czy manata. Zamierza też skoczyć ze spadochronem. – Jestem jedną z tych osób, które czują potrzebę przełamywania strachu – oceniała.

Trudno powiedzieć, czy koszykarze na co dzień współpracujący z Hammon wiedzą o jej przygodach. Nie ma jednak wątpliwości, że potrafi ona znaleźć z nimi wspólny język. – Becky grała w kosza i każdy, kto śledzi blisko ten sport, wie, jak dużo wniosła do tej dyscypliny. Nie myślisz o tym, że jest kobietą. Jest jedną z nas. Kiedy coś mówi, wszyscy zamieniamy się w słuch – mówi DeMar DeRozan, czterokrotny uczestnik Meczu Gwiazd i zawodnik Spurs.

W podobnych superlatywach opisywał ją 24-letni Dejounte Murray, tuż po historycznym meczu z Lakers. – Musisz oddać jej to, że zna się na rzeczy. Zawsze zwracam uwagę na szczegóły. Jest w tym klubie dłużej ode mnie i widziałem, jak bez problemu dogaduje się z każdym zawodnikiem, czy to weteranem, czy młodym chłopakiem.

W tym wszystkim nie da się uniknąć zasadniczego pytania – czy Becky Hammon zostanie kiedyś głównym szkoleniowcem w NBA? Ludzie “z branży” wydają się nie mieć wątpliwości.  – Rozmawiałem z nią wiele razy podczas różnych konferencji i ona naprawdę jest dobra. Oczywiście, znalazła się w tym miejscu nie bez przyczyny. Ma wiedzę. Jest inteligentna. Zawodnicy ją bardzo szanują. Tak, myślę, że w przyszłości będzie prowadzić jakąś drużynę – oceniał Frank Vogel, trener mistrzowskich Los Angeles Lakers.

Hammon sprzyja jeszcze kolejna rzecz – można śmiało powiedzieć, że Popovich jest specjalistą od kształtowania przyszłych szkoleniowców. O jego asystentów nieustannie biją się kolejne kluby, które oferują im posadę głównego trenera. Spod kuźni “Popa” wyszli między innymi:

  • Brett Brown (były trener Philadelphii 76ers)
  • Steve Kerr (obecny trener Golden State Warriors, trzykrotny mistrz NBA w tej roli)
  • Mike Budenholzer (obecny trener Milwaukee Bucks, wcześniej Atlanta Hawks)
  • James Borrego (obecny trener Charlotte Hornets)
  • Jim Boylen (były trener Chicago Bulls)
  • Mike Brown (były trener Cleveland Cavaliers i Los Angeles Lakers)
  • Jacque Vaughn (były trener Orlando Magic)

Trochę się ich nazbierało, a Becky może jak najbardziej być następna w kolejce. Do historii przeszła już wielokrotnie, ale najważniejszy krok wciąż ma przed sobą. Na końcu warto pamiętać, że wcale nie robi kariery dlatego, że jest kobietą. Stoją za nią umiejętności, doświadczenie – zarówno te trenerskie, jak i zawodnicze – a także odpowiedni charakter do tej roboty. Dlatego nie zdziwimy się, kiedy klub NBA w końcu na nią postawi. Ani kiedy będzie odnosić z nim sukcesy.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl

Źródła wypowiedzi: Sports Illustrated, Bleacher Report, New York Times, ESPN.


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez