Kłopoty z policją, poddane mecze i… filmy erotyczne. Jak Bernard Tomic zmarnował swój talent

Kłopoty z policją, poddane mecze i… filmy erotyczne. Jak Bernard Tomic zmarnował swój talent

Bernard Tomic był kiedyś jednym z największych tenisowych talentów na świecie. Kiedyś. A potem zrobił wszystko, żeby ten talent rozmienić na drobne. Łamał przepisy, siedząc za kółkiem drogich aut, kłócił z krajową federacją, udzielał kontrowersyjnych wywiadów, oddawał mecze bez walki. Dziś Australijczyka podaje się za przykład tego, jak nie prowadzić swojej kariery. Co jakiś czas Tomic ma jednak swoje pięć minut. Ostatnio z powodu nagrania… wideo dla dorosłych.

Znów w mediach

Vanessa Sierra. Nie znacie? Nic dziwnego. W Australii to jednak całkiem rozpoznawalna celebrytka. Karierę zaczęła robić, gdy wzięła udział w australijskiej wersji programu „Love Island”. Już po udziale w reality show zdecydowała się na inną ścieżkę kariery. Stworzyła wtedy własny profil na portalu OnlyFans. Jeśli strony też nie kojarzycie, to wyjaśniamy: można wykupić sobie subskrypcję konkretnych użytkowników, a w zamian dostaje się obiecane treści. Zwykle erotyczne bądź pornograficzne – tak też jest w przypadku Sierry.

Zapytacie: no dobra, ale co to ma wspólnego z Bernardem Tomiciem? Cóż, ostatnio bardzo wiele. Australijskie media obiegła bowiem wieść, że Bernie i Vanessa tworzą parę. A niedługo po tym tenisista… wystąpił w jednym z jej filmów. Oczywiście taka wiadomość z miejsca podbiła portale internetowe. A spotęgowały ją tylko późniejsze wypowiedzi partnerki Australijczyka.

To był jego pomysł. Nie przekonywałam go do tego. Zdecydował się wskoczyć do mojego OnlyFans. […] Nasz związek? To Bernard pierwszy się do mnie zbliżył. Rozmawialiśmy wtedy już od jakiegoś czasu, ale trzymała to z dala od social mediów – opowiadała w programie „The Kyle and Jackie O Show”. I o ile tego typu źródła utrzymania nie są już tematem tabu i traktuje się je jak każdą inną robotę, o tyle wielu zaczęło zadawać sobie jedno pytanie.

Bernard, jak to się stało, że się tam znalazłeś?

Był sobie talent

Jego rodzice przeprowadzili się do Niemiec kilka lat przed narodzinami syna. Byli uchodźcami, ich rodzinna Jugosławia tuż po rozpadzie stała się niespokojnym regionem. Losy ich rodziny, gdyby nie zdecydowali się na emigrację, mogłyby potoczyć się naprawdę różnie – Bernard ma bowiem chorwacko-bośniackie korzenie.

Było trudno, straciliśmy wszystko. Mieliśmy sporo szczęścia, że trafiliśmy najpierw do Niemiec, a potem Australii. W innych miejscach nie osiągnęlibyśmy tak wiele. Tu mogliśmy być, kimkolwiek chcieliśmy. Przez kilka lat nie mieliśmy pieniędzy, potem zaczęliśmy zarabiać. Moja żona zdobyła dwa dyplomy. Ja poszedłem do pracy. Zaczynaliśmy nawet bez znajomości angielskiego – dlatego wierzę w ciężką pracę – mówił John, ojciec Bernarda.

Gdy przeprowadzali się do Australii, młody Bernie był już na świecie. Miał trzy lata. Jego ojciec w Australii zaczynał od prowadzenia taksówek. Matka została biomedyczką. A Bernard? Cóż, szybko chwycił za rakietę i odbijał sobie ze znajomymi w okolicy rodzinnego domu. Ale miał też talent do innych sportów: rugby, piłki nożnej, koszykówki. Właściwie w każdej z tych dyscyplin radził sobie dobrze. – Uwielbiałem każdy sport drużynowy, ale w tenisie pociągało mnie to, że wynik zależał ode mnie – wspominał.

Miał siedem lat, gdy zaczął występować w turniejach. Wtedy też jego ojciec stwierdził, że synowi przydałaby się profesjonalna i, przede wszystkim, indywidualna opieka szkoleniowa. To wtedy na stałe zatrudniono Neila Guineya. – Bernard w tamtym czasie miał tylko dobry oburęczny backhand. Poza tym nic – wspominał trener. Z czasem jednak nauczył go nie tylko techniki, ale i całej konstrukcji punktów, umiejętności ich wygrywania. Przez kilka lat ten duet współpracował, a Bernie rozwijał się w niesamowitym tempie. Wkrótce znał go już cały tenisowy świat.

Serio, nie ma w tym przesady. Gdy Tomic miał 13 lat, już podpisywał wielkie kontrakty. Do swojej „stajni” ściągnęło go wtedy IMG, gigant sportowego marketingu. To z nimi współpracowały takie gwiazdy jak Roger Federer czy Marija Szarapowa. Obok nich znalazł się trzynastolatek z Australii, który w ciągu sześciu lat swojej juniorskiej kariery zdążył wygrać 75 tytułów. W tym cztery z rzędu w kategorii do lat… 18. Nic dziwnego, że talent Tomicia już wtedy budził wielkie emocje.

Wciąż potrzebuję serwisu takiego jak ten Gorana Ivanisevicia i uderzeń Rogera Federera. Jestem w połowie drogi do psychiki Pete’a Samprasa, ale już mam serce Lleytona Hewitta. Uwielbiam wszelkie turnieje, bitwy, trofea, zwycięstwa, uwielbiam odwracać losy meczu, gdy nikt nie spodziewa się, że to jeszcze możliwe. Jak Lleyton – mówił Tomic. Odważnie, bo miał wtedy ledwie 14 lat.

Choć jego ojciec, który był już wówczas też trenerem Bernarda (choć sam nigdy w tenisa nie grał), był jeszcze odważniejszy. – Mówiłem Toddowi Woodbridge’owi i Craigowi Tileyowi [zarządzający Tennis Australia, tamtejszą federacją – przyp. red.], że jeśli Australia chce by Bernard wygrał w kolejnej dekadzie 10 do 15 szlemów, jak Federer, to muszą się skoncentrować właśnie na nim. Już teraz trzeba stworzyć odpowiednie struktury. To podstawa. Wiadomo, wiara w dziecko jest ważna, ale wydawało się, że to już przesada.

Inna sprawa, że kolejne sezony zdawały się potwierdzać te słowa. Bernard wkrótce wygrał Orange Bowl, jeden z najważniejszych juniorskich turniejów świata, a później dwie imprezy wielkoszlemowe: Australian i US Open dla chłopców. Został też najmłodszym graczem w historii australijskiego szlema, który wygrał mecz w seniorskiej drabince. Podobnie jak i najmłodszym reprezentantem kraju w Pucharze Davisa. W 2009 roku za to sztab Tomicia odrzucił propozycję treningów z Lleytonem Hewittem, byłym liderem rankingu i mistrzem wielkoszlemowym, bo uznano, że ten… nie jest wystarczająco dobry.

Tomic szedł więc własną ścieżką. Choć „własną” to może lekkie nadużycie, kierunek wybierał bowiem jego ojciec. Ale długo dawało to naprawdę niezłe efekty. Również w seniorskim tenisie.

Ten jeden Wimbledon

W 2011 roku Bernard Tomic z tenisisty trzeciej setki stał się zawodnikiem z najlepszej “50” światowego rankingu. Zaczęło się już w Australii. Na tamtejszym szlemie dotarł do trzeciej rundy, a potem rozegrał niezłe – choć trzysetowe – spotkanie z Rafą Nadalem, ówczesnym liderem rankingu. Odpłacił się tym samym za podarowaną mu przez Tennis Australia dziką kartę do turnieju głównego. Potem też było nieźle – w kolejnych turniejach zdarzało mu się przechodzić do dalszych rund. Zresztą to wciąż były dla niego początki kariery, chodziło o to, by jak najwięcej się ogrywał.

I wtedy przyszedł Wimbledon.

Ten turniej tak naprawdę miał się stać przekleństwem Bernarda. W wieku niespełna 19 lat Tomic doszedł wówczas do ćwierćfinału, po drodze odprawiając Nikołaja Dawydienkę, Igora Andriejewa, Robina Soederlinga (rozstawionego z piątką!) i Xaviera Malisse’a. Stał się najmłodszym ćwierćfinalistą turnieju od czasów Borisa Beckera, który osiągnął tę fazę Wimbledonu 25 lat wcześniej. Awansował o 87 miejsc w rankingu. Nagle jego nazwisko znalazło się na ustach całego tenisowego świata.

Ćwierćfinału już nie wygrał. Lepszy okazał się tam Novak Djoković, sensacji więc nie było. – Jakim graczem jest Novak! Dałem z siebie tyle, ile mogłem. Nie brakowało mi bardzo wiele, ale on jest lepszym tenisistą. To pokazało mi, że mogę porównywać się do najlepszych, ale wciąż muszę pracować. Wiem jednak, do czego jestem zdolny w przyszłości. Czuję, że w ciągu następnych dwóch lat mogę wygrać turniej wielkoszlemowy – mówił Bernard.

Oczywiście, turnieju tej rangi nigdy nie wygrał. Ba, nie doszedł nawet po raz drugi do ćwierćfinału (choć w Australii trzykrotnie był w IV rundzie). Ale ten jeden wynik z 2011 roku na kolejnych kilka sezonów ustawił punkt spojrzenia na jego wyniki. Oczekiwano po nim bardzo wiele. Czekano, aż stanie się nową gwiazdą, aż zepchnie z piedestału Wielką Trójkę. I wiele zapowiadało, że naprawdę może to zrobić. Bez przerwy się rozwijał. Sam powtarzał, że z każdym sezonem staje się wyłącznie lepszym graczem. Czasu miał mnóstwo, nie musiał koniecznie osiągać wielkich sukcesów w ciągu dwóch sezonów, jak sam to zapowiadał.

W pewnym sensie premiował go też styl gry. Bo był kompletnie nietypowy. Jak na stosunkowo wysokiego gościa (195 cm), nie korzystał przesadnie z serwisu i mocnych uderzeń. Raczej wolał grę kombinacyjną, mieszanie zagraniami. Często porównywano go do Andy’ego Murraya, choć ten raczej poruszał się po korcie lepiej (zresztą Brytyjczyk to jeden z najlepszych gości w historii w tym aspekcie). Tomic starał się raczej – zamiast biegać – ustawiać wymiany mieszanymi zagraniami. Uderzał piłkę bardzo płasko, wymuszając błędy na rywalach. Często brakowało mu jednak mocy w kolejnych uderzeniach, a najlepsi tenisiści byli w stanie dość łatwo rozczytać jego grę. W skrócie: potencjał miał ogromny, ale do poprawy jeszcze sporo, by zrealizować swoje marzenia.

Inna sprawa, że w słabiej obsadzonych turniejach był sobie w stanie radzić naprawdę dobrze. W swojej karierze wygrał cztery imprezy rangi ATP 250 – najniższej możliwej. Pierwszą w styczniu 2013 roku, ostatnią, niespodziewanie, już w sezonie 2018. Niespodziewanie, bo w tym czasie był już raczej wrakiem tej wielkiej tenisowej nadziei. Nikt nie oczekiwał po nim wspaniałych rezultatów. Mniej więcej w okolicach 2014 roku zaczęła się w pełni ujawniać jego druga natura – gościa, którego charakter po prostu nie pozwoli mu na wejście na tenisowe szczyty.

Zaangażowanie

Dobrze jest mieć swój znak rozpoznawczy. Zwłaszcza w takim sporcie jak tenis. Wiecie, zagranie, które was wyróżnia, może charakterystyczną fryzurę – cokolwiek. Bernard Tomic też w końcu się takiego dorobił. A wraz z nim przydomka – „Tomic the Tank Engine”. I może brzmi to intrygująco, dopóki nie zorientujecie się, że chodzi w nim o jedno – odpuszczanie meczów. Bo to właśnie z tego znany stał się Australijczyk.

Przykładów było mnóstwo. Po raz pierwszy takie zachowanie głośno wytykano mu na US Open 2012, gdy przegrał z Andym Roddickiem. John McEnroe twierdził wówczas nawet, że Bernard wyszedł do meczu… pijany. Ten ostatecznie wszystkiemu zaprzeczył, choć w pierwszym odruchu przytaknął. W kolejnych latach, gdy już coraz mniej zależało mu na tym, jak wypadnie na korcie, przykłady były nawet bardziej ewidentne.

Był więc na przykład – choć, żeby oddać sprawiedliwość, dodajmy, że wracał wtedy po kontuzji i operacji obu bioder – mecz z Jarkko Nieminenem w Miami. Najkrótszy w historii w imprezie rangi ATP 1000, drugi najkrótszy w ATP w ogóle. Trwał 28 minut i 20 sekund. Tomic ugrał jednego gema. – To był pierwszy mecz po kontuzji. Trwa proces mojej rehabilitacji. Nie jestem zawiedziony, muszę pracować, by poprawić swoją grę – mówił.

Tyle że w 2016 roku już nie musiał. A wtedy zaliczył dwa kontrowersyjne spotkania z rzędu. Najpierw w Madrycie, gdy grał przeciwko Fabio Fogniniemu i rywal miał trzy piłki meczowe, złapał rakietę odwrotnie, jakby chciał odbić piłkę rączką. Ale nawet nie spróbował. Ot, Włoch zaserwował asa, mecz się skończył. – Nie obchodzi mnie ten punkt – rzucił tylko Bernard w stronę dziennikarzy. A potem był za to wszystko bardzo krytykowany, między innymi przez Novaka Djokovicia.

Niedługo potem przyszedł mecz w Rzymie. Tomic wyszedł na kort, rozegrał trzy gemy w starciu z Benoit Paire i poddał mecz. – Źle się czułem całą noc. Nie mogłem grać przy tej temperaturze. Czułem się bardzo, bardzo źle, zdawało mi się, że zasłabnę. Krecz był najlepszą rzeczą, jaką mogłem zrobić – mówił. I to można było zrozumieć. Wielu tenisistów w takich sytuacjach próbuje zagrać, ale ostatecznie odpuszcza, gdy widzi, że nie jest w stanie wygrać z chorobą. Tyle tylko, że po tym, co zrobił w Madrycie, nikt nie chciał już słuchać jego wyjaśnień. Ot, uznano, że po raz kolejny postanowił odpuścić sobie mecz. I tyle.

Inna sprawa, że było to dość ironiczne. Bo ledwie kilka miesięcy wcześniej – w trakcie meczu Australii w Pucharze Davisa – Bernard oskarżał Nicka Kyrgiosa, że ten tak naprawdę nie jest chory i udawał, bo nie chciał grać. I to mimo tego, że informacje o chorobie jego rodaka zostały potwierdzone przez kilka różnych źródeł – w tym kapitana reprezentacji, Lleytona Hewitta. Tomic nie przyjmował tego do wiadomości. A ledwie kilka tygodni później sam z powodu choroby skreczował. Karma?

W kolejnym sezonie znów poddał mecz. Tym razem z powodu upału. Sęk w tym, że w Meksyku, gdzie grał, było 27 stopni. A Tomic to Australijczyk, przyzwyczajony, że turnieje rozgrywa i przy 40 stopniach Celsjusza. Kolejne dwa lata później podobnych zachowań Bernarda mieli już dość organizatorzy Wimbledonu. Gdy łatwo przegrał w pierwszej rundzie z Jo-Wilfriedem Tsongą, wlepili mu 45 tysięcy funtów grzywny za „nieprofesjonalne podejście”. Czyli dokładnie tyle, ile dostałby za udział w tym meczu. Inna sprawa, że akurat w tamtym spotkaniu Bernard nawet próbował coś pograć. Ale nie wychodziło.

Nie była to zresztą pierwsza kara, jaką Tomic otrzymał od organizatorów brytyjskiego szlema. Ale do tej poprzedniej jeszcze przejdziemy. A na razie doprowadźmy do końca – i tak bardzo skróconą – listę kontrowersyjnych meczów Bernarda. Dopisać można jeszcze ćwierćfinał w Sydney, gdy skreczował, a potem powiedział sędziemu, że „myślami jest już przy Australian Open”. Oficjalnym powodem było jednak zatrucie pokarmowe. Był też mecz z tego roku, gdy w lutym, w kwalifikacjach do turnieju w Nowym Jorku, Tomic przegrał z Go Soedą w 39 minut.

I w ostatnim czasie głównie tak to wyglądało. Porażka goniła porażkę. Często nie przez dobrą grę rywala, a po prostu kompletne odpuszczenie spotkania w wykonaniu Bernarda. To jednak nie mogło przesadnie dziwić. W końcu wszyscy dobrze wiedzieli już, jak Australijczyk podchodzi do tenisa.

Miliony

W ciągu swojej kariery bywało, że dawałem z siebie sto procent. Ale dawałem też 30 procent. Gdyby to uśrednić, myślę, że wyszłoby 50 procent. Tak naprawdę się nie starałem, a i tak osiągnąłem to wszystko. To niesamowite, że mi się to udało – powiedział kiedyś Bernard Tomic, w wywiadzie dla ojczystej telewizji. I faktycznie, opinie o tym, że co jak co, ale trenować to mu się nie chce, krążyły od dawna. Już w 2013 roku trenerzy przyznawali, że momentami mają problemy ze zmuszeniem podopiecznego do harówki. Ten ponoć po ich namowach zgadzał się trenować ciężej, ale równocześnie… zapraszał szkoleniowców do nocnych klubów.

Fanów zachęcał, by nie przychodzili na jego mecze, a dzieciakom mówił, by nie zaczynały grać w tenisa, bo to trudne, wymagające życie. Powtarzał, że są lepsze rzeczy do roboty i niespecjalnie już zależy mu na tym, co stanie się z jego karierą. Na Wimbledonie w 2017 roku – to wtedy dostał pierwszą grzywnę – przegrał z Mischą Zverevem, a potem, na konferencji prasowej, przyznał, że udawał kontuzję oraz że „był znudzony”.

Nie żałuję tego, co powiedziałem. Zrobiłem to właśnie dlatego, żeby wkurzyć trochę ludzi. Nie pochodzę z bogatej rodziny. Kiedyś nie mieliśmy pieniędzy. A dziś żyję w wielkich domach i posiadłościach, rozrzuconych po całym świecie. Zapracowałem sobie na to. […] Równocześnie czuję, że zdobycie trofeum po prostu mnie już nie zadowala. Nie ma więc różnicy czy dojdę do czwartej rundy US Open, czy odpadnę w pierwszej – mówił.

On nie żałował, ale żałował za to jego sponsor od rakiet. Natychmiast zerwał bowiem współpracę. Bernard wiele sobie jednak z tego nie robił i, jak już wiecie, podejścia nie zmienił. Zresztą wyjaśniał jeszcze kilkukrotnie, że najzwyczajniej w świecie brak mu motywacji. – Po prostu liczę swoje pieniądze. To wszystko, co robię. Mielibyście motywację, gdybyście w wieku 23 lat mieli 10 milionów na koncie? – pytał kiedyś. I faktycznie, wyglądało to momentami tak, jakby zarobiona wcześniej kasa sprawiała, że nie chciał już się wysilać. Zresztą nawet, gdy przegrywał, to ta i tak spływała. Miał w końcu wciąż ważne umowy sponsorskie, mógł się nawet całymi dniami obijać i wiele to nie zmieniało – wciąż był bogaczem.

Z kasy korzystał. W różny sposób. Choćby kupując luksusowe samochody. Tyle że to też nie wychodziło mu na dobre, bo wielokrotnie zatrzymywała go policja. Zwykle za przekroczenie prędkości. Kiedyś dostał trzy mandaty… jednego dnia. A potem, na dokładkę, zaczął przed funkcjonariuszami uciekać i zamknął się w swoim domu. Do winy przyznał się w sądzie, dostał grzywnę i dwanaście miesięcy nadzoru.

Innym razem, w Miami, został aresztowany, bo zbyt głośno imprezował. Około piątej nad ranem sąsiedzi z hotelu zaczęli się skarżyć na muzykę dobiegającą z pokoju Tomica. Obsługa hotelowa nic nie wskórała, więc wezwano funkcjonariuszy. Podobno Bernard wyszedł na ulicę w samych spodenkach, bez bagaży. I w tym przypadku zreflektował się po czasie. – To, co się stało, to była moja wina. Chciałbym przeprosić policjantów za kłopoty, których im przysporzyłem. Oni narzekali, że muzyka jest zbyt głośna, więc zaprosiłem ich do środka, żeby negocjować dopuszczalną głośność, niestety nie byli zadowoleni i kazali mi się wynosić. Zapytałem ich czy mogę spakować rzeczy, niestety nie dali mi dość czasu, abym to zrobił – mówił.

Wersja policji była jednak zupełnie inna. Bernard miał zachowywać się agresywnie, dlatego go skuto i przetransportowano na posterunek. Niespecjalnie dziwi fakt, że trafił tam akurat przez imprezę. O tym, że często można go na takowych spotkać, było wiadomo od dawna. Wielokrotnie wyciekały jego zdjęcia z nocnych klubów, zdarzało się, że w otoczeniu striptizerek. Miał też sporo szalonych pomysłów. Gdy świętował 20. urodziny goście hotelowi wezwali policję po tym, jak zauważyli, że na ostatnim piętrze walczą ze sobą dwie osoby. Byli to… nadzy Bernard Tomic i jego przyjaciel. Jak stwierdził Australijczyk – „przepychali się dla żartów”.

Mamy więc problemy z policją, imprezy, wizerunek „bad boya” w oczach całego tenisowego świata, poddawanie meczów i mnóstwo innych spraw. Choćby SMS-y do pielęgniarki, której nigdy nawet nie poznał osobiście(!), o tym, że chciałby uprawiać z nią seks i zrobić jej dziecko. Albo „suck my balls”, rzucone do kibica (choć tu podobno miał niezłe powody) w trakcie jednego z turniejów. Dorzucić można by też krytykę wymierzoną w stronę każdego z wielkich mistrzów – Rogera Federera, Novaka Djokovicia czy Rafaela Nadala. A to i tak nie wszystko.

Doszło w pewnym momencie do tego, że Nick Kyrgios, mający przecież reputację buntownika, prosił dziennikarzy, by ich nie porównywać. Bo Bernard wydawał się – a był to 2017 rok – kompletnie pogubiony. Jak pokazały późniejsze lata, chyba faktycznie taki był. I nadal się nie odnalazł.

Skłócony z całym światem

Wielu powtarzało, że Bernard Tomic potrzebuje pomocy. Profesjonalnych trenerów, wręcz opiekunów, a najlepiej też psychologa sportowego. Tyle że Australijczyk wielu po drodze odtrącił. I robił swoje, często wraz ze swoim ojcem. Ich relacje zresztą wiele tłumaczą. Już od momentu, gdy Bernie był nastolatkiem, włodarze Tennis Australia obawiali się o wpływ Johna na własnego syna. To w końcu za jego sprawą Bernard zdecydował się na tenis i to on miał być główną siłą napędową jego kariery.

Nie znałem innego życia, odkąd skończyłem osiem lat. Byłem maszyną, trenowałem z ojcem. Nie miałem dzieciństwa – mówił po latach sam zainteresowany. Jego słowa potwierdzał zresztą Neil Guiney. – John tak naprawdę nie wiedział wystarczająco wiele o tenisie, ale to on był u władzy. On był główną siłą, można było przewidzieć, że coś pójdzie nie tak. Bernard od zawsze żył w niestabilnej emocjonalnie atmosferze – opowiadał.

Faktycznie, relacja ojca z synem była w tej rodzinie bardzo burzliwa. W Miami zdarzyło się, że obaj się pokłócili, a Bernard poprosił sędziego o… usunięcie własnego ojca z trybun. – Jest irytujący. Wiem, że to mój ojciec, ale mnie denerwuje. Czy możliwe jest, żeby usunąć go z trybun? – pytał. Inna sprawa, że gdy jakiś czas później John Tomic faktycznie dostał karę i nie mógł oglądać meczów syna, to ten był zły na ATP.

A za co ta kara?

Cóż, za to, że starszy z Tomiciów potraktował Thomasa Droueta, sparingpartnera syna, z byka. Złamał mu wówczas nos, a potem powtarzał, że „jedyne czego żałuje, to fakt, że nie użył pięści”. Drouet po całej sprawie powtarzał jedynie, że nie czuje żadnego żalu do Bernarda, a wręcz przeciwnie – jest mu przykro, gdy pomyśli, że ten cały czas musi przebywać ze swoim ojcem. Zresztą, jak już pewnie zdążyliście się zorientować, miał w tej opinii sporo racji.

Bernard pewnie mógłby zasięgnąć pomocy w rodzimej federacji i być może w ten sposób uwolnić się od wpływów ojca, gdyby nie fakt, że… zdążył tam sobie nieźle nagrabić. Nie żeby kogokolwiek to dziwiło. Zresztą obaj Tomicowie mieli swoje uwagi do Tennis Australia. Bywało zabawnie. Raz na przykład twierdzili, że nie potrzebują od federacji żadnej pomocy, by za niedługo zmienić zdanie i mieć pretensje, że ta nie chce wesprzeć Bernarda w żaden sposób.

Bernie wyśmiewał też kolejnych kapitanów. Raz padło na Pata Raftera (wyleciał za to ze składu na Puchar Davisa), innym razem mocno krytykował Lleytona Hewitta. – Kiedy byłem małym chłopcem, Lleyton był liderem rankingu. Przewodził nam wszystkim, był naszym liderem. Dziś jednak już nikt go nie lubi. Mieliśmy z nim sporo problemów, wielu graczy nie jest z niego zadowolonych. On sam nienawidził Tennis Australia, a teraz kocha federację. To dziwne, o co tu chodzi? Zgaduję, że używa ich tylko jako źródła finansowania. […] Lleyton sięga po gości, którzy są znacznie niżej w rankingu. Jako gracz ma wielką spuściznę, ale to co robi teraz jest złe. Mam nadzieję, że zostanie odwołany ze swojej funkcji – mówił Tomic.

Cóż, nie przysporzyło mu to popularności we własnym kraju, przestał nawet otrzymywać dzikie karty do rodzimych turniejów. I choć znów mówił, że wsparcia nie potrzebuje i sobie poradzi, to jednak, biorąc pod uwagę spadek w rankingu, pewnie by na taką pomoc nie narzekał. W Australii zresztą postawili już na nim krzyżyk. Choć kiedyś mówił, że kocha reprezentować kraj, to kilkukrotnie z tego przywileju zrezygnował. Weźmy igrzyska olimpijskie. O ile w 2012 roku chętnie na nie ruszył – odpadł w I rundzie po trudnym meczu z Keiem Nishikorim – o tyle cztery lata później postanowił, że nie chce jechać. I tyle.

Wyciągane regularnie ręce do zgody, odrzucał. Albo sam, albo za namową ojca. Już w 2018 roku Lleyton Hewitt mówił, że Tomic raczej nigdy więcej nie zagra w narodowych barwach. Jego wyniki zresztą – a także rozwój kolejnych niezłych zawodników w kraju – sprawiały, że nie było powodu, by go powoływać. Tak naprawdę Bernard przegapił moment, w którym nie miał już swojej karty przetargowej – dobrej formy – i stał się dla wielu błaznem. Gdy Hewitt, Cash i inni mówili, że „niszczy tenisową kulturę w Australii”, publika im przytakiwała. A na niego raczej buczano.

W pewnym momencie broniła go już chyba tylko siostra – też zresztą próbowała swoich sił w tenisie – która powtarzała, że „to dobry chłopak był i nadal w sumie jest”. I może prywatnie tak faktycznie było. Ale publicznie Bernard pokazywał inną twarz. Szansa na zmianę opinii o własnej osobie w oczach fanów przyszła w 2018 roku. Został wtedy ogłoszony jednym z uczestników reality show „I’m A Celebrity… Get Me Out of Here!”, gdzie miał starać się wykonywać kolejne zadania w południowoafrykańskiej dżungli. Sam zapowiadał, że chciałby pokazać kibicom swoją inną naturę.

Wytrwał trzy dni. I nikogo nie zaskoczyło to, że przedwcześnie zakończył udział w programie.

Powiedział wtedy jednak, żegnając się z innymi uczestnikami, coś naprawdę ważnego. – Myślałem, że będę tu naprawdę szczęśliwy – otoczony nowymi ludźmi, po raz pierwszy na kampingu… Ale przez większość dnia jestem w depresji. Nigdy nie miałem czasu pomyśleć o swoich odczuciach. Zawsze miałem dookoła siebie ludzi, ciągle korzystałem z telefonu, wszystko działo się szybko. W ostatnich kilku dniach wszystko zwolniło. Nie chcę być zdołowany i w ten sposób spędzać tu czas, myśląc tylko o tym, jak źle grałem w poprzednim sezonie. To trochę moja wina. Odizolowałem się w trakcie mojej kariery, nie miałem możliwości dorosnąć – mówił.

Wyglądało więc na to, że Tomic gotowy jest coś zmienić, choćby sięgnąć po poradę specjalisty. Tyle tylko, że od tamtego czasu minęły prawie trzy lata. A Australijczyk wciąż jest taki sam. Pozostaje więc zapytać o jedno:

Co dalej, Bernie?

Wielki talent Bernarda Tomica został zapewne bezpowrotnie zatracony. Ale to wciąż gość, który – gdyby tylko chciał – mógłby grać na niezłym poziomie. Inna sprawa, że niekoniecznie czerpałby z tego radość. Zresztą to widać w jego meczach. Jeszcze na początku tego roku, gdy wyłącznie przegrywał, dało się gołym okiem zobaczyć, że tak naprawdę nie chce być na korcie. A z drugiej strony wciąż tam wychodził. To tkwiąca w nim sprzeczność, którą trudno wyjaśnić.

On sam zdaje sobie sprawę ze swoich wad. Często zdarzało mu się przepraszać za własne błędy. Przy różnych okazjach przyznawał, że żałuje wielu rzeczy, które powiedział czy zrobił – „nawet 80 procent z nich”. – Jeśli naprawdę mnie poznacie, zobaczycie, że jestem dobrym gościem – twierdził. Sęk w tym, że kibice widzą go tylko z zewnątrz. Bernard Tomic prywatnie może więc być najwspanialszym człowiekiem na świecie, ale Bernard Tomic-tenisista, zdecydowanie takim nie jest.

Momentami zdaje się jednak, że taki stan rzeczy mu odpowiada. Jakby chciał tej uwagi, z czegokolwiek by ona nie wynikała. W marcu poinformował, że ma objawy koronawirusa i jest w izolacji. Potem skontaktowała się z nim Andrea Petković i powiedziała mediom, że… Bernie kłamał. Według Niemki sam nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego właściwie to zrobił. Od tamtego czasu niewiele było o nim słychać, nie brał udziału w turniejach po pandemii. Aktualnie zajmuje 226. miejsce w rankingu. A to i tak wysoko, patrząc na to, jak grał.

Dopiero niedawny występ w wideo własnej dziewczyny sprawił, że o Bernardzie znów zrobiło się głośno. Choć gdyby zapytać go dziesięć lat temu, gdzie widzi się za dekadę, to odpowiedzią nie byłoby „w filmach dla dorosłych”.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Romek
Romek
7 dni temu

Bardzo fajny tekst. Brawo Sebastian. Zawsze mnie wkurw… Bernie w czasach kiedy obstawialem tenis. Nigdy nie wiedziałem czy na swoim serwisie wygra do 0 czy połamię się do 0. Gość był nie do ogarnięcia, choć jego mecze przyjemnie się oglądało.

Aktualności

Kalendarz imprez