Kipchoge spogląda już w kierunku igrzysk w Tokio

Kipchoge spogląda już w kierunku igrzysk w Tokio

Akcja INEOS 1:59 zdobyła taką sławę, że w pewnym stopniu zmieniła postrzeganie Eliuda Kipchoge. Kenijskiego lekkoatletę można było zacząć kojarzyć jako bohatera spektakularnego “eksperymentu”, zapominając o tym, że to przede wszystkim – mimo upływu lat – fantastyczny maratończyk, który rekordy bił już lata temu. W październiku ubiegłego roku 36-latek nie pokazał się jednak z najlepszej strony, przegrywając z… aż siedmioma rywalami. Mało znacząca wpadka? Być może tak. Bo w niedzielę pokazał, że wciąż jest mocny. 

Kipchoge wziął udział w maratonie w Enschede, podczas którego oglądaliśmy też Polaków – Marcina Chabowskiego oraz Adama Nowickiego. Celem naszych reprezentantów było zdobycie minimów olimpijskich (co im się udało), natomiast rekordzista świata chciał sięgnąć po zwycięstwo w jak najlepszym stylu (bilet do Tokio ma już oczywiście zapewniony od dawna). I faktycznie to zrobił. Jego czas? 2:04,30. Nie jest to oczywiście szczyt możliwości Kenijczyka, ale wciąż wynik budzący respekt.

A to o tyle istotne, że Kipchoge nie może dobrze wspominać 2020 roku. Przez cały – sparaliżowany przez pandemię – sezon zaliczył tylko jeden start i to naprawdę mało udany. Ba, jak na jego możliwości wręcz fatalny. Maraton w Londynie zakończył na dopiero ósmym miejscu z czasem 2:06:49. Aby uświadomić was o jakiej niespodziance mówimy, wspomnijmy, że była to pierwsza “porażka” rekordzisty świata od… 2013 roku.

Sami jego rywale nie mogli uwierzyć w to, co się stało. – To był szok dla każdego z nas. Myśleliśmy, że pobije wszystkich na głowę, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze wyniki – mówił wówczas Mo Farah. Sam Eliud tak tłumaczył swoje niepowodzenie: – Przez ostatnie 15 kilometrów czułem, że moje prawe ucho jest zatkane. Miałem skurcze w biodrze i nodze. Taki bieg. Zaczął się dobrze. Było bardzo zimno, ale nie będę winił warunków – opowiadał cytowany przez BBC.

To już przeszłość

Cóż, okazało się, że Kipchoge też jest człowiekiem. Ale wróćmy do teraźniejszości. Kenijczyk zaliczył udany występ i nie zobaczymy go w rywalizacji… aż do igrzysk w Tokio. W kalendarzu kenijskiego biegacza nie znajdują się już żadne zawody w maju czy czerwcu. Jego celem jest już zatem wyłącznie start w Sapporo, bo właśnie w tym mieście odbędzie się olimpijski maraton.

Przypomnijmy: Kenijczyk będzie bronił tytułu z Rio. Jeśli wygra, stanie się pierwszym maratończykiem od 1980 roku (Waldemar Cierpinski z NRD), który zatriumfuje na dwóch igrzyskach z rzędu. Łatwo o to jednak nie będzie. Rywale nie śpią, a na zdetronizowanie rekordzisty globu apetyt ma choćby Kenenisa Bekele, który zadebiutuje na IO w rywalizacji maratończyków (przed imprezą w 2016 roku doznał kontuzji, przez co etiopska federacja zdecydowała się go nie wystawiać).

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o długowieczności Kipchoge. Na igrzyskach zadebiutował… jeszcze w 2004 roku w Atenach. Udało mu się sięgnąć po brązowy medal w biegu na 5000 metrów. Cztery lata później poprawił to osiągnięcie – zdobył srebro na tym samym dystansie. Minął szmat czasu, a 36-latek wciąż jest mocny, tyle że w maratonie. Nie zdziwimy się, jeśli na igrzyskach znowu pokaże moc. Choć scenariusza, w którym złota nie wygrywa, biorąc pod uwagę zeszłoroczny występ w Londynie, też wykluczyć nie można. Dla bezstronnego widza – tym ciekawiej.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez