Kiedyś to było, czyli jakie sporty gościły na igrzyskach olimpijskich

Kiedyś to było, czyli jakie sporty gościły na igrzyskach olimpijskich

W swojej 123-letniej historii igrzyska olimpijskie przeszły sporo zmian. Rozrosły się, rozdzieliły na dwie wielki imprezy, stały się ogólnoświatowym wydarzeniem i rajem dla reklamodawców oraz marketingowców. Przede wszystkim jednak: zmieniały się sporty, które na olimpiadach gościły. Niektóre pojawiły się tam tylko raz, inne były częścią igrzysk przez wiele lat. Ale dziś już ich nie zobaczycie. Co nie oznacza, że nie warto o nich pamiętać. Stąd ten tekst.

Pisaliśmy już o najdziwniejszych sportach, jakie zagościły na igrzyskach. Dlatego nie będziemy się tu powtarzać – jeśli chcecie poczytać o przeciąganiu liny czy dryfowaniu na wodzie, zajrzyjcie właśnie tam. Z kolei w tekście o tym, w jaki sposób dana dyscyplina może trafić na igrzyska, wzięliśmy na warsztat takie sporty jak pelota, bandy czy piłkę ręczną, ale… w formie polowej. I tego też tu nie będzie.

Co w takim razie się tutaj znalazło? Cóż, wszystkie pozostałe dyscypliny, a tych jest naprawdę sporo. Serio, program igrzysk zmieniał się wielokrotnie. Dość napisać, że nawet w przyszłym roku w Tokio doczekamy się kilku nowych (i kilku wracających) sportów. W tym wspinaczki sportowej czy karate, które są dla nas małymi szansami medalowymi. O tym zresztą też zdarzyło nam się już napisać.

To jednak sporty nowe, a my wręcz przeciwnie – o starych.

Warto mieć zespół, ale… niekoniecznie futbolowy

Dlaczego? Bo istnieje spora szansa, że nie pojedzie się na igrzyska. Ot, taki to los niektórych dyscyplin, że na tej imprezie po prostu ich nie chcą, choć stosunkowo często powracają dyskusje o ich wprowadzeniu. Mamy tu na myśli między innymi trzy dyscypliny ze słowem „futbol” w nazwie: amerykański, australijski i gaelicki. Ten pierwszy – nawet jeśli bez znajomości zasad – kojarzą wszyscy. W przypadku tego drugiego często żartuje się, że „jedyną zasadą w nim jest brak zasad”. Te jednak istnieją, ale nie będziemy was nimi zanudzać. Napiszemy tylko, że jeśli kompletnie takimi sportami się nie jaracie, to skojarzy wam się to z rugby czy… futbolem gaelickim. A ten to z kolei skrzyżowanie wręcz wszystkiego, co skrzyżować się da – siatkówki, piłki nożnej, koszykówki czy rugby. Gra się w niego głównie na Wyspach Brytyjskich, a poza nimi nie jest specjalnie popularny.

Wszystkie te sporty były wyłącznie pokazowe, wszystkie też znalazły się na igrzyskach raz, ale w kompletnie różnych latach. Zaczęło się od futbolu gaelickiego – jego turniej rozegrano już w 1904 roku, gdy olimpijczycy zawitali do amerykańskiego St. Louis. Zresztą miejscowa drużyna zajęła w nim drugie miejsce, przegrywając z ekipą z Chicago. Teoretycznie w tym samym roku na igrzyskach debiutował też futbol amerykański, ale… No właśnie, sami nie wiemy, jak to nazwać. Jako że w programie zabrakło miejsca dla dyscypliny, rozgrywano normalny sezon, a zwycięzcę wybrano spośród dwóch ekip, które zadeklarowały chęć wzięcia udziału w igrzyskach. W pełni futbol amerykański zaprezentować mógł się w 1932 roku w Los Angeles. Przed 60 tysiącami widzów wystąpiły wtedy ekipy Zachodu i Wschodu, złożone z zawodników uniwersyteckich drużyn. Wygrał Zachód (7:6), a sam ten mecz stał się inspiracją do organizacji All-Star Game i profesjonalizacji dyscypliny.

A futbol australijski? No, jak myślicie? Gdzie mogły odbywać się igrzyska, na których się pojawił? Oczywiście, w Australii. Melbourne, dokładniej rzecz ujmując. Był to rok 1956 i, podobnie jak w przypadku amerykańskiego, rozgrywano tylko jedno spotkanie. Choć proponowano format „Australia vs. Reszta Świata”, ostatecznie ekipy składały się z graczy różnych miejscowych lig (choć najlepsi, jako że nie byli amatorami, nie mogli wystąpić). Spotkanie rozpoczęło się tuż po meczu piłkarskim o brąz między Bułgarią, a Indiami. Zawodnikom przeszkadzały co prawda różne elementy dekoracji, związanej z olimpijskimi ceremoniami, ale zagrać się udało. Nie udało się za to wprowadzić sportu choćby na chwilę do programu igrzysk.

Drużyny na medal i drużyny na pokaz

Siedem takich, w których rozdawano oficjalne medale, pięć pokazowych. Tyle jeszcze było sportów drużynowych, które kiedyś znalazły się na igrzyskach, a dziś już ich tam nie spotkacie. Darujemy sobie szerszy opis jednej z nich – rugby. Dlaczego? Bo to wszyscy kojarzymy, za bardzo nie ma tu czego tłumaczyć. To właściwe rugby na igrzyskach znalazło się czterokrotnie: w 1900, 1908, 1920 i 1924 roku. Wygrywały Francja, Australazja (nie, to nie błąd) i dwukrotnie USA. Na poprzednich igrzyskach – w Rio – rugby wróciło do programu olimpijskiego, ale w formie siedmioosobowej. Kto wie, może i to bardziej rozbudowane doczeka się powrotu?

Unoszenie się na wodzie, czyli najdziwniejsze sporty olimpijskie

Kolejne sporty w pewien sposób się łączą. Są to: krykiet, lacrosse, hurling, fiński baseball, polo i… również polo, ale grane na rowerach. Dlaczego się łączą? Bo w każdym z nich zawodnicy trzymają jakiś kij. W pierwszym – rozgrywanym wyłącznie na igrzyskach w roku 1900 – gra po jedenastu zawodników. Są też: trawiaste boisko, bramki i piłka. Tu niestety kończą się wszelkie podobieństwa z piłką nożną. Jak wygląda gra? Jeden z zawodników rzuca piłkę w kierunku bramek, drugi broni ich kijem. Są jeszcze inni zawodnicy, ale uwierzcie, krykiet to jeden z tych sportów, w który wolelibyśmy się nie wgłębiać. I wychodzi na to, że nie tylko my. Bo zawody krykietowe na igrzyskach miały odbyć się i w 1896, i w 1900, i 1904 roku. Udało się tylko w drugim z tych przypadków, a i tak z czterech pierwotnie zgłoszonych ekip, zostały tylko dwie. Mecz rozgrywano przez dwa dni, Brytyjczycy wygrali w nim z Francuzami. I to tyle, przejdźmy dalej.

Bo lacrosse to gra o wiele bardziej żywiołowa i szybka, uznaje się ją za pierwowzór hokeja na lodzie. Mogliście widzieć ją czasem w telewizji, grali w nią już Indianie, od których przejęli to amerykańscy osadnicy. Generalnie grają ze sobą dwie ekipy, każda po 10 zawodników. Gracze mają kije, zakończone koszykami, do których łapią piłkę, podając ją między sobą i oddając strzały (a może rzuty?). Na igrzyskach lacrosse był aż pięciokrotnie – w 1904 i 1908 ósmym roku oficjalnie, a w 1928, 1932 i 1948 pokazowo. Zaskakujący nie jest fakt, że dwa złote medale do domu przywieźli Kanadyjczycy, uznający go za jeden ze swoich sportów narodowych. Raz ograli USA, za drugim razem Wielką Brytanię. Więcej rywali nie mieli. W latach gdy demonstrowano ten sport też zresztą rywalizowały tylko te ekipy. I być może to odpowiedź na pytanie, czemu lacrosse potem już na igrzyska nie wrócił.

A polo? O, to dopiero ciekawy przypadek. Przed II wojną światową w programie igrzysk znalazło się aż pięciokrotnie – w 1900, 1908, 1920, 1924 i 1936 roku. Jak widzicie, wypadało z niego, ale potem wracało jak bumerang. Na pierwszych z tych imprez, złote i srebrne medale, zdobyły… teoretycznie dokładnie takie same drużyny, złożone z wymieszanych graczy z USA i Wielkiej Brytanii. Dopiero w 1908 roku złoto przypisać można było konkretnej ekipie – Brytyjczykom. Dwanaście lat później było zresztą dokładnie tak samo, a dwa kolejne złote krążki zgarnęli Argentyńczycy. Potem – w wyniszczonym wojną świecie – problemem okazała się logistyka i spadek popularności sportu. Od tamtego czasu polo na igrzyska nie wróciło. Podobnie jak jego rowerowy odpowiednik. On jednak pojawił się na nich tylko raz – w 1908 roku. Swoją drogą był uznany za pierwszy „oficjalnie demonstrowany sport” w historii. Jedyny mecz rozegrano między Irlandzkim Stowarzyszeniem Rowerowego Polo a Niemiecką Federacją Kolarską, w barwach której występowali zawodnicy przybyli na zawody w kolarstwie torowym. Spotkanie odbyło się w dzień otwarcia igrzysk, wygrali Irlandczycy.

Drużynowych dyscyplin pokazowych było w historii igrzysk, oczywiście, więcej. Choćby wspomniany fiński baseball, który tak naprawdę zwie się pesapallo. Ten zagościł na igrzyskach w Helsinkach, w roku 1952. Mecz – rozgrywany w skróconym formacie – rozpoczął Lauri Pikhala, twórca dyscypliny, a rywalizowały ze sobą dwie ekipy gospodarzy. O różnicach pomiędzy pesapallo a faktycznym baseballem pisać tu nie będziemy, bo musielibyśmy wejść w takie szczegóły, że nie wygrzebalibyśmy się z nich przez kolejne kilka stron. Podpowiemy jedynie, że w sieci możecie znaleźć sporo artykułów na ten temat.

W 1904 roku na igrzyskach pojawił się za to hurling, który uznawany jest za sport narodowy w Irlandii. Przy okazji wielu ekspertów twierdzi też, że to najszybszy sport na świecie. Szybki też był na igrzyskach – pojawił się raz, jako pokazowy, a potem zniknął. Dłuższą ma za to swoją historię – jego początki sięgają ponoć XIV wieku. Jak się w to gra? Biega się po trawiastym boisku za piłką. Gracze dysponują kijami i mogą przenosić na nich piłkę, ale równie dobrze mogą ją też kopać czy łapać. Bramki wyglądają jak te do gry w rugby, strzelać można i pod poprzeczką, i nad nią (odpowiednio za trzy i za jeden punkt). Bramki padają ponoć nawet ze stu metrów, a piłka lata po 150 km/h. Innymi słowy: jeśli mrugniecie, to sporo możecie przegapić. Ciekawostką niech będzie fakt, że we wspomnianym 1904 roku, wystartowały dwie drużyny – obie z USA.

W porównaniu do wspomnianych wcześniej, znacznie bardziej okazale wypadła demonstracja hokeja na rolkach, jaką przeprowadzono w 1992 roku w Barcelonie. Dlaczego tam? Bo w Katalonii to po prostu dość popularna dyscyplina. Ale okazało się, że nie tylko tam – na starcie pokazowego turnieju znalazło się aż dwanaście ekip. Zgodnie z oczekiwaniami pierwsze cztery miejsca zajęli faworyci: Argentyna, Hiszpania, Włochy i Portugalia. Przyznać jednak trzeba, że to sport o zasięgu ogólnoświatowym, skoro do rozgrywek przystąpiły też między innymi Angola czy Australia. Jak widać jednak – nawet taki zasięg nie wystarczył, by myśleć o włączeniu do programu igrzysk na stałe.

Zostały dwa sporty na „K” – korfball i kabaddi. Pierwszy z nich to odmiana koszykówki. Możecie ją kojarzyć choćby z filmów czy seriali rozgrywanych w USA – gra się w ośmioosobowych, mieszanych ekipach (czterech mężczyzn i cztery kobiety), a kosz nie ma tablicy, jest po prostu obręczą zawieszoną na słupie. Dochodzą też bardziej skomplikowane zasady: nie wolno kozłować, podawać piłki bez fazy lotu, ani grać bezpośrednio przeciwko osobie przeciwnej płci. Innymi słowy: jest to sport dobry dla szkół, ale chyba nie na igrzyska, bo brakuje mu nieco widowiskowości. Choć demonstrowany był na nich dwa razy – w 1920 i 1928 roku. O tych pokazach niewiele wiadomo, poza tym, że za drugim razem zmierzyły się dwa holenderskie zespoły. Możliwe jednak, że korfball znów zawita na igrzyska, walczy o to bowiem jego międzynarodowa federacja.

A kabaddi? To gra indyjska, uprawiana od… czterech tysięcy lat! To z tamtego regionu zapożyczyli ją Brytyjczycy, którzy zachęcali swoich żołnierzy, by ją uprawiali. Co do zasad – po prostu przekopiujemy wam ich opis. Bo sami nie wiemy, jak mielibyśmy to inaczej sformułować. „Czas gry wynosi 2×20 minut lub do wyeliminowania wszystkich zawodników jednej z drużyn. Gra polega na tym, aby zawodnik drużyny atakującej sahi przedostał się do kręgu tworzonego przez drużynę przeciwną, krzycząc cały czas słowo kabaddi. Jeżeli mu się to uda, musi w ciągu 20 sekund lub w odmianach ludowych w czasie jednego oddechu dotknąć przynajmniej jednego zawodnika drużyny broniącej, a następnie powrócić do swojej drużyny. Zawodnicy dotknięci są eliminowani z gry. Zadaniem drużyny broniącej jest wykluczenie sahi poprzez uniemożliwienie mu w ciągu 20 sekund (jednego oddechu) powrotu do własnego zespołu. Drużyny naprzemiennie wysyłają kolejnych sahi. Walka toczy się bez ekwipunku i jest nadzorowana przez dwóch sędziów”.

No dobra, brzmi fajnie, ale skąd te igrzyska? Przecież nigdy nie zorganizowano ich w Indiach. To prawda, kabaddi pojawiło się jednak… na olimpiadzie w Berlinie, w 1936 roku. Dlaczego? Kto je tam sprowadził? Nie wiemy. Zresztą na liście oficjalnych demonstrowanych sportów go brakuje, ale historycy, zwłaszcza ci związani z kabaddi są pewni, że ta dyscyplina się tam pojawiła. Niech więc im będzie. Nie zamierzamy się z nimi kłócić – nie było nas na miejscu.

Judo tak, budo nie

Olimpijskie sporty walki zna zapewne każdy: judo, boks, zapasy czy taekwondo już na stałe wpisały się do programu igrzysk. Istnieją jednak cztery inne dyscypliny, którym zrobić się tego nie udało. Zacznijmy od glimy, czyli… nordyckich zapasów. To sport wywodzący się ponoć z XIV-wiecznej Islandii, którego „nowoczesna” historia zaczyna się pod koniec dziewiętnastego stulecia. Prezentowano go, oczywiście, w Skandynawii. Dokładniej rzecz ujmując: w 1912 roku w Sztokholmie.

Szwedzi zrobili zresztą wówczas cały dzień prezentacji sportów, jednak dziś pamięta się głównie o tym konkretnym. W tym samym czasie, gdy publika na jednym z końców olimpijskiego stadionu podziwiała glimę, na drugim rozgrywał się jednak paerk, czyli dziwny tenis z siedmioma zawodnikami w każdej z drużyn. Była też varpa, w której trzeba trafić specjalnie do tego celu przygotowanym przedmiotem jak najbliżej wyznaczonego słupka. Do tego mnóstwo innych dyscyplin, jak wyglądała część z nich, pozostaje jednak zagadką. Nie będzie niespodzianką, jeśli napiszemy, że żadna z nich nie pojawiła się w oficjalnym programie.

Podobnie jak nie znalazły się w nim savate czy la canne, czyli francuskie sporty walki, które demonstrowano w 1924 roku w Paryżu. Ten pierwszy to inaczej francuski boks, powstały w środowisku arystokratycznym w celu obrony przed uzbrojonym napastnikiem. Używa się w nim zarówno rąk, jak i nóg. W jedynym turnieju olimpijskim udział wzięło 19 zawodników, z czego 16 miejscowych. Medali, oczywiście, nie dostał żaden. La canne to z kolei rodzaj szermierki, w którym używa się drewnianego kija (w 1904 roku jedna z oficjalnych konkurencji szermierczych wyglądała niemal identycznie, ale, żeby sprawy nieco skomplikować, nie było to la canne). Demonstracja tego sportu – choć oba blisko ze sobą współpracowały – wyglądała jednak zupełnie inaczej i była „starciem profesora Prevota z mistrzem Francji Beauduinem”. Kimkolwiek by oni nie byli.

Zostało nam wspomniane już wcześniej budo. Jeśli umiecie kojarzyć fakty – zresztą podane na tacy – pewnie domyśliliście się już, że to coś związanego z Japonią. Dokładnie tak, jak przywołane przez nas judo. Różnice między nimi? W sumie istnieje tylko jedna. Ta, że judo weszło do programu olimpijskiego. Indywidualnie. Budo za to – oficjalnie – było tylko pokazowo w 1964 roku, gdy igrzyska zawitały dokładnie tam, gdzie odbędą się za rok – do Tokio.

Nieoficjalnie jednak budo na igrzyskach znajduje się nawet dziś, bo to zbiorczy termin, określający wszystkie japońskie sztuki walki. Innymi słowy – judo też. Poza tym takie dyscypliny jak: karate, iaido, kendo, jodo, aikido, sumo czy bujinkan. I wiele więcej. Dlaczego więc w kontekście igrzysk z roku 1964 pisze się o „budo”, a nie konkretnych sztukach walki? Bo razem przedstawiano wówczas trzy z nich – kyudo, kendo i sumo. Z kolei czwarta – judo – była już częścią oficjalnego programu. Wszystko jasne? Jeśli nie – rozrysujcie to sobie. Serio, to pomaga. Nie będziecie jednak w stanie rozrysować sobie tego, jak to wszystko wyglądało. Wiemy tyle, że po prostu te sporty zaprezentowano. Dodatkowe informacje mogą być zakopane w japońskich archiwach. Ale tam się na razie nie wybieramy.

Rakiety

Wspominaliśmy już, że o pelocie – która zresztą wracała na igrzyska kilkukrotnie – tu nie napiszemy. Są za to trzy inne sporty, w których używano rakiet i które pojawiły się na igrzyskach. Są to: jeu de paume, longue paume i rackets. Nic wam to nie mówi? Spokojnie, zapewne nie jesteście wyjątkami. Przechodzimy więc do tłumaczeń.

Jeśli intuicja podpowiada wam, że dwa pierwsze sporty mają ze sobą coś wspólnego, to faktycznie – dokładnie tak jest. Jeu de paume zresztą warto znać, bo to w tym sporcie organizuje się najdłuższe coroczne mistrzostwa świata. Ich historia liczy sobie już dobre 250 lat. W porządku, ale czym ten sport właściwie jest? Dziś znany jest pod nazwą „real tennis”, co już wiele nam wyjaśnia. Pierwotnie grało się gołymi dłońmi, dopiero potem pojawiły się rakiety. Zasady są zresztą bardzo podobne do tenisa, bo to gra, która często jest uznawana za jego prekursora.

Trudna sztuka olimpijskiej demonstracji

Na igrzyskach pojawiała się trzykrotnie: w 1900, 1908 i 1924 roku. W pierwszym i trzecim przypadku – jako dyscyplina pokazowa. Ale na igrzyskach w Londynie jeu de paume było dyscypliną medalową. Oficjalnie określano ją zresztą jako „tennis”, mimo że to co my dziś znamy pod taką nazwą, też w programie imprezy się znalazło (jako „lawn tennis”). Do rywalizacji w Londynie przystąpiło jedenastu zawodników (rozgrywano tylko męskiego singla) – dziewięciu z Wielkiej Brytanii i dwóch z USA. Mimo takiej dysproporcji, turniej wygrał Jay Gould II, pochodzący z Nowego Jorku. Gość był zresztą naprawdę dobry – poza złotem igrzysk wywalczył też trzy tytuły mistrza świata i aż 18 mistrza Stanów Zjednoczonych.

A co z longue paume? To praktycznie ten sam sport, ale rozgrywany na świeżym powietrzu. Tyle tylko, że mniej popularny, co sprawiło, że na igrzyskach pojawił się tylko raz – w 1900 roku. To zresztą impreza, która przyniosła nam mnóstwo nowości i pokazowych dyscyplin, jeszcze kilka razy do niej wrócimy. Z longue paume jest ten problem, że nie wiadomo… czy powinno się rozdać za nią medale. Oficjalnie jednak nie uznaje się jej za dyscyplinę wchodzącą w program igrzysk.

Została nam trzecia z dyscyplin – rackets. Zwykle określa się ją jako grę „przypominającą zasadami tenisa”, ale przypomina też inny sport. Zresztą przekonajcie się sami: „Boisko do rackets ma wymiary 18,29×9,145 m i jest otoczone z trzech stron betonowymi ścianami o wysokości 9,145 m, natomiast tylna ściana ma wysokość 4,57 m. […] Zawodnicy grają piłką pokrytą skórą o średnicy 2,54 cm, którą należy tak uderzyć specjalną rakietą, by po odbiciu się od ściany czołowej (między dwiema linami na wysokości 0,685 m i 3,05 m od ziemi) upadła ona na boisko”. Tak, to cytat z Wikipedii, ale taki, który wszystko dobrze wyjaśnia. I powiedzcie sami – czy nie kojarzy wam się to ze squashem?

Właśnie w takim sporcie rywalizowali zawodnicy w 1908 roku. I tylko wtedy, ale dyscyplina była oficjalna. Był to, oczywiście, ukłon w stronę brytyjskich gospodarzy, bo to z Wysp pochodzi rackets i to tam głównie się w to gra. Na wspomnianej Wikipedii przeczytać możecie, że „W grze pojedynczej najlepszy był Brytyjczyk Evan Noel, w grze podwójnej również najlepsi byli reprezentanci Wielkiej Brytanii – Vane Pennel i John Astor”. Tyle tylko, że zapomniano tu wspomnieć o jednej, ważnej rzeczy – wszyscy, którzy walczyli w tej dyscyplinie o olimpijskie honory, byli Brytyjczykami. Pamiętajcie o tym, analizując tabele medalowe.

Na lodzie, w powietrzu i na wodzie

Z lodem sprawa jest prosta, załatwmy więc ją szybko – pierwsze zimowe igrzyska rozegrano przecież dopiero w 1924 roku. Jeśli więc gdzieś miały się pojawić sporty zimowe, musiało to mieć miejsce w trakcie letniej imprezy. Mówimy tu o dwóch dyscyplinach: łyżwiarstwie figurowym i hokeju na lodzie. Dlaczego akurat te? To też dość oczywiste – po prostu można było je rozgrywać nawet latem, bo odbywały się na hali. Łyżwiarstwo pojawiło się na igrzyskach w 1908 (w czterech konkurencjach rywalizowało ze sobą 21 osób, w tym jedna z Argentyny!) i 1920 (trzy konkurencje, 26 osób) roku, a hokej tylko na tych drugich – w nim pierwsze złoto olimpijskie, które było też mistrzostwem świata, zdobyli… hokeiści ekipy Winnipeg Falcons. Ale oficjalnie medal zalicza się Kanadzie.

Powietrze? No, tutaj sprawa się nieco komplikuje, bo znów wchodzimy w świat sportów nieoficjalnych, które były wyłącznie demonstrowane. Większość z nich zresztą – na igrzyskach z 1900 roku. Kogoś to jeszcze dziwi? Pojawiały się tam niezłe kwiatki, bo kto spodziewałby się, że na olimpiadzie zobaczy… wyścig balonów? Zresztą „zobaczy”, to dużo powiedziane – widzieć mógł co najwyżej pierwsze kilka minut z trwającej kilkanaście (a nawet kilkadziesiąt) godzin rywalizacji. „Wyścig” to w sumie też nie za dobre słowo. Bo tak naprawdę nikt się tu z nikim nie ścigał – wręcz przeciwnie. Uczestnicy oceniani byli bowiem w kilku różnych konkurencjach: przemierzonym dystansie, czasie spędzonym w powietrzu (im dłużej, tym lepiej!), uzyskanej wysokości i ich różnych wariacjach. Rekordziści dolecieli z Paryża do… Kijowa, przelatując zresztą między innymi nad Radomiem, gdzie z kolei lądował inny balon.

Z innych powietrznych sportów, wspomnieć wypada m.in. o wyścigu gołębi. Za nic nie wiemy, kto wpadł na ten pomysł i dziękujemy MKOl-owi, że nigdy nie stało się to oficjalną konkurencją. Bo komu przyznać tu medal? Właścicielowi? No nie bardzo, chyba jednak wypadałoby zawiesić go na szyi zwycięskiego gołębia. A co z tabelą medalową? Wywiadami? Reklamami? Serio, lepiej to po prostu zostawić. To już znacznie bardziej sensowne wydaje nam się puszczanie latawców, rozegrane na tych samych igrzyskach. Zresztą może coś kojarzycie, bo po sieci czasem hula informacja, że większość latawców wylądowała na drzewach. Od razu napiszmy: to prawdopodobnie mit. Prawdopodobnie.

Rywalizacja dzieliła się na trzy kategorie: małe (podobno rywalizowały w niej głównie dzieci), średnie i duże latawce. Oceniano dwie rzeczy – wysokość (prosta sprawa: twój latawiec, poleci najwyżej, to wygrywasz) i… drugą. Bo tu już sprawa się komplikuje. Generalnie latawiec miał pozostać w powietrzu przez dwie godziny, a linka miała mieć 200 metrów. Do oceny liczyły się między innymi stabilność latawca, napięcie linki czy kąt wytyczany między latawcem, a horyzontem. O ile dobrze to zrozumieliśmy. A istnieje spora szansa, że nie, bo po prostu trudno nam sobie to wyobrazić. A, do kompletu sportów powietrznych dorzucić musimy jeszcze szybownictwo. Ale że to dyscyplina dobrze znana po dziś dzień, zostawimy ją z tak krótką wzmianką. Wystarczy.

Fot. Wikimedia

Rozwinąć za to musimy się, wskakując do wody. Oczywiście, zacząć możemy od paryskich igrzysk z 1900 roku. To tam pojawiły się takie sporty jak ratownictwo wodne, wędkarstwo czy wodny motorsport. Ten ostatni zagościł jednak również na igrzyskach osiem lat później… i to jako oficjalny. O nim jednak więcej dowiecie się z tekstu o tym „dlaczego MKOl jest głuchy na ryk silników” , czyli czemu na igrzyskach nie ma sportów motorowych. I od razu podepnijmy tu też dwie inne dyscypliny, które pojawiały się (choć wyłącznie jako pokazowe) w różnych latach na różnych igrzyskach – wyścigi samochodowe i motocyklowe. Na zachętę możemy rzucić wam jedną ciekawostkę: wyścig łodzi w klasie open i złoty medal w 1908 roku zdobył Francuz Emile Thubron. Miał stosunkowo łatwe zadanie – łódź jedynego rywala utknęła bowiem w bagnistym brzegu.

Ratownictwo i wędkarstwo takiej kariery na igrzyskach nie zrobiły – obie te dyscypliny były wyłącznie pokazowe i to w Paryżu, gdzie sportów było przecież mnóstwo. Co ciekawe, w pierwszej z nich część dyscyplin rozgrywała się też na lądzie. Trzeba było udzielać pierwszej pomocy, używać pomp i ratować topiących się ludzi – zarówno z łodzi, jak i podpływając do nich wpław. O zwycięzcach nic jednak nie wiemy. A jak z wędkarstwem?

No, tu już sprawa prezentuje się dużo ciekawiej, bo opisano to szeroko i dokładnie. Startowało blisko 600 wędkarzy z sześciu krajów. Sześć było też zawodów – pierwsze dla wędkarzy z zagranicy (czyli nie z Francji), kolejne trzy dla osób spoza Paryża, a ostatnie dwa dla zawodników ze stolicy Francji. Pierwszych dziesięciu z każdych z nich awansowało do finału. Tam już nagroda była okazała – całe 3800 franków (łącznie). Przyznawano je za zwycięstwo i złowienie największej ryby. Co ciekawe, wędkarstwo walczy o to, by powrócić na igrzyska. Kibicujemy, żeby się udało. Bo może przy okazji MKOl zajmie się tymi… osobami z PZW?

Na wodzie toczyła się jeszcze rywalizacja narciarzy wodnych w 1972 roku w Monachium. Konkurencje były trzy – slalom, jazda figurowa i skoki. I… to w sumie tyle. Zwycięzców łatwo znajdziecie w sieci, a poza tym nic ciekawego się wówczas nie wydarzyło. Dodać możemy jedynie, że narciarstwo wodne jest częścią igrzysk panamerykańskich i w sumie nie rozumiemy, czemu nie ma go na olimpiadach. Ale możliwe, że wkrótce się to zmieni.

Misz-masz

Szczerze mówiąc nie mieliśmy już żadnego pomysłu na to, jak posegregować pozostałe sporty. Więc wrzuciliśmy je w jedną, zbiorczą kategorię. Trochę jak śmieci przed erą recyklingu, ale to o tyle złe skojarzenie, że to naprawdę ciekawe dyscypliny. Co prawda żadna z nich nie znalazła się w oficjalnym programie, ale… kto wie, może któraś przeżyje renesans? Weźmy choćby kręgle, które przecież są sportem popularnym na całym świecie (a, oglądając filmy z Hollywood, odnosimy wrażenie, że w USA to wręcz sport narodowy). O nich jednak wiele pisać nie będziemy, w końcu każdy wie, o co tu chodzi. Dodajmy więc jedynie, że pokazowe były w 1988 roku w Seulu. Wygrali Kwon Jong Ryul z Korei i Filipinka Arianne Cerdena.

Więcej możemy za to wspomnieć o dyscyplinach, które pojawiły się – kogoś to dziwi? – na igrzyskach w Paryżu w 1900 roku. A były to zawody strażackie, strzelanie z armaty, krokiet i boule. Ten ostatni sport możecie kojarzyć, zdarzało się, że coś podobnego (bo odmian jest dość sporo) leciało nawet u nas w telewizji. Generalnie gra się kulami. Najpierw rzuca się w konkretne miejsce małą, a potem dużymi próbuje się trafić jak najbliżej niej. 119 lat temu startowali tylko Francuzi, ale już dziś poważnie myśli się o tym, by boule wróciły na igrzyska. Światowa federacja regularnie zresztą powtarza, że to jej cel. Jeśli udałoby jej się to przed 2024 roku, wszystko spięłoby się ładną klamrą – igrzyska odbędą się przecież wówczas w Paryżu.

W zawodach strażackich startować mogli zarówno amatorzy (strażacy-ochotnicy), jak i profesjonaliści. Większość stawki stanowili jednak ci pierwsi. Profesjonalne ekipy (bo rywalizowano w drużynach) były dwie: Kansas City i Mediolan. Wśród amatorów rywalizowały za to trzy zespoły. Można więc było być pewnym znalezienia się na podium, choć, oczywiście, medali nie przewidziano. Jak wyglądały takie zawody? „Ogień wybuchł na trzecim piętrze sześciopiętrowego budynku. Czwarte piętro i schody są nie do przejścia. Trzeba uratować ludzi z wyższych pięter” mówiły oficjalne zasady. Czy jednak faktycznie podpalano piętro – o tym milczą. A szkoda. Źródła milczą też o tym, co działo się w konkursie strzelania z armat. Wiemy tylko tyle, że te zawody się odbyły i miały aż 17(!) konkurencji. Ale kim był zwycięzca, na czym polegały i kto w ogóle wpadł na taki pomysł – o tym niestety nie możemy nigdzie przeczytać.

Fot. Wikimedia

Został wspomniany krokiet – to gra, która polega na jak najszybszym przetoczeniu piłki za pomocą drewnianego młotka z jednego końca boiska na drugi. Oczywiście, po drodze ustawione są bramki, w które trzeba trafić. Przypomina to trochę minigolfa, a kojarzyć możecie go z literatury czy filmów, których akcja rozgrywa się najczęściej w XIX wieku. Krokiet swe miejsce znalazł na przykład w „Przygodach Alicji w Krainie Czarów”. Na igrzyskach z 1900 roku w rywalizacji wzięło udział dziesięć osób – wszystkie były z Francji. Rozgrywano trzy konkurencje i do dziś nie wiadomo, czy zwycięska para z drużynowej… miała jakichkolwiek rywali. Mimo tego rozegrane wówczas zawody uważa się za oficjalne. Dodajmy jeszcze, że cztery lata później krokieta na igrzyskach zabrakło, ale było tam roque – jego odmiana. Mimo że na starcie rywalizacji stanęły tylko cztery osoby (wyłącznie Amerykanie) i to uznano za oficjalną dyscyplinę. Dziwne to były czasy, co?

Dobra, to już niemal koniec. Bo o kolejnych sportach i ich związkach z igrzyskami trudno napisać coś dłuższego. Były to: szwedzka gimnastyka, trening siłowy z hantlami i jedna z konkurencji w jeździectwie – woltyżerka. W tej ostatniej w 1920 roku rozdawano nawet medale. Zarówno indywidualnie jak i drużynowo konkurencję zamietli Belgowie. Co nie dziwi – igrzyska odbywały się wtedy w ich kraju, a woltyżerka już więcej w programie się nie pojawiła. Przypadek?

Ze szwedzką gimnastyką, zwaną też gimnastyką Linga (od nazwiska tego, kto ją wymyślił), było tak, że pokaz odbywał się na zasadach… cóż, pokazu. Wszystko prezentowało 400 osób – 200 kobiet i 200 mężczyzn ze Svenska Gymnastikforbundet, grupy ze Sztokholmu. – Gimnastycy nie tylko zaoferowali swoje usługi za darmo, ale i sami pokryli koszt podróży do Londynu. Traktowano ich jakby rywalizowali o medale, wręczono im nawet pamiątkowe medale – można było przeczytać w raporcie z igrzysk. Prezentacje były dwie – jedna przed startem maratonu, a druga przed finałem piłkarskiego turnieju. Sport się jednak nie przyjął.

A hantle? Zawody rozłożono na dwa dni. Każdego z nich odbywało się pięć konkurencji, ale medal był tylko jeden. Trzeba było między innymi jak najdłużej utrzymywać jedną hantlę (przy czym to były naprawdę duże hantle, nie takie, jakie znamy z dzisiejszych czasów i ćwiczeń w domu) nad głową czy jak najwięcej razy wypchać ją do góry. Dziewięć z konkurencji było ustalonych wcześniej. Poza ostatnią. Ta w całości zależała od tego, co chciał pokazać uczestnik. I była punktowana w inny sposób – sędziowie mieli 25 punktów do podziału na wszystkich startujących (normalnie przyznawano punkty pierwszej trójce, odpowiednio: 5, 3 i 1).

Podium w całości zajęli reprezentanci Stanów Zjednoczonych, a najlepszy okazał się Oscar Osthoff. I znów: pamiętajcie o tym, analizując historyczne tabele medalowe.

 

SEBASTIAN WARZECHA

 

 

Fot. Wikimedia/State Library of NSW – Davis sporting collection


Aktualności

Kalendarz imprez