Kiedy trenerem jest twoja druga połówka

Kiedy trenerem jest twoja druga połówka

W sportach olimpijskich znane są przypadki, w których trenerem zawodnika jest jego partner bądź partnerka. Skutki takiego, niecodziennego połączenia relacji prywatnej z zawodową, bywają różne. Są przypadki, w których pary sportowiec-trener zdobywają sukcesy i – chciałoby się rzec – żyją ze sobą długo i szczęśliwie. Innym razem do wypalenia zawodowego dochodzi również prywatne. Przyjrzyjmy się zatem najciekawszym przykładom związków zawodników z ich własnymi szkoleniowcami.

Takie związki posiadają bardzo charakterystyczne elementy. Jednym z nich jest przenoszenie pracy do domu. Nierzadko zdarza się, że dwoje ludzi – skupionych na wspólnym celu, jakim może być na przykład dobry start na dużej imprezie – nie potrafi odciąć się od wykonywanego zawodu, przez co nawet rozmowy „domowe” krążą wokół pracy.

Agata Ozdoba-Błach opowiadała w jednym z wywiadów, że jej mąż, Łukasz – który był asystentem trenera kadry seniorek w judo –  nie raz w domu pokazywał techniki oraz zaczynał opowiadać o tym, jak zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN ma je wykonać. Jednak jeżeli para żyje tym sportem – a tak jest w przypadku związku Agaty i Łukasza – może to nawet pozytywnie wpływać na ich relacje. Wszak uprawiany sport to nie tylko praca, ale wciąż również wielka pasja takich par.

A co się dzieje w chwili, kiedy zawodnik w pracy pokłóci się ze swoim przełożonym? Jest wielką sztuką, aby w takich momentach – w myśl zasady „co dzieje się na treningu, zostaje na treningu” – puścić wszystko w niepamięć, po powrocie do domu. W przypadku związków trenerów z zawodnikami, nie ma możliwości na wyżalenie się w domowym zaciszu na złego szefa, czy też pracownika, który nie wykonał swoich obowiązków.

Tu dochodzimy do jednego z niebezpieczeństw takich związków. Jest to spędzanie całego swojego czasu z tą samą osobą. Przecież każdy z nas potrzebuje chwili tylko dla siebie, a przynajmniej z dala od ludzi ze swojej pracy. W takich związkach jest o to bardzo trudno. Sportowiec zaczyna dzień z trenerem. Co oczywiste – pracuje z nim. Po czym wraca do domu, razem z nim spędza wolny czas i razem z nim ten dzień kończy. Związki prywatne trenerów z zawodnikami muszą być naprawdę idealnie zgrane.

Dobrze, być może zaczęliśmy od nieco negatywnych aspektów. Ale skoro takie związki występują, to czy mają jakieś zalety? Otóż tak. I to wiele. Opowiedziała nam o nich Kamila Lićwinko – zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN, specjalizująca się w skoku wzwyż. A prywatnie żona Michała Lićwinki – swojego trenera, z którym zawarła związek małżeński w 2013 roku.

– Jest bardzo dużo plusów. Odkąd zaczęłam trenować z Michałem, wskoczyłam do światowej czołówki skoku wzwyż. Poprawiłam wyniki i zdobyłam wiele medali. Ważne jest to, że darzymy się wzajemnym zaufaniem. Wiem, że wszystko co on planuje, robi dla mojego dobra, abym mogła osiągać jak najlepsze wyniki sportowe. Mam świadomość, że zawsze mogę na niego liczyć – tłumaczy Lićwinko.

A jak wygląda sytuacja z przenoszeniem pracy do domu? Okazuje się, że tu z pomocą przychodzi… mała Hania, trzyletnia córeczka państwa Lićwinko, która skutecznie wypełnia rodzicom czas pomiędzy treningami.

Lićwinko: – Staramy się nie rozmawiać w domu o swojej pracy. Wiadomo, że to nie jest łatwe. Czasami chce się podyskutować o tym, co było źle, albo jakie elementy były bardzo dobre.  Teraz jest trochę łatwiej, dlatego że mamy dziecko. Automatycznie nie ma tak dużo czasu, aby poświęcić go na rozmowy na temat treningu. Hania pochłania naszą uwagę.

Swoją drogą, kiedy zadzwoniliśmy do Kamili, rozmawiała ona bardzo cichym głosem. Właśnie skończyła usypiać trzyletnią Hanię, która również pojechała z rodzicami na obóz do tureckiego Belek. To kolejny ważny aspekt. Kiedy trener i jego podopieczny tworzą rodzinę, na obozach nie występuje coś takiego, jak tęsknota za najbliższymi. Zwłaszcza, jeżeli para ma możliwość podróżowania ze swoimi dziećmi. Zawodnik może naładować baterie psychiczne z bliskimi osobami, nawet kiedy znajduje się w odległym zakątku świata.

Kamila i Michał Lićwinko wraz z córką Hanią. Fot. Newspix

– Mam ogromny komfort psychiczny przez to, że Michał zawsze ze mną jest. Jest moim trenerem, ale przede wszystkim jest moim mężem. Moi koledzy i koleżanki opuszczają swoje rodziny na długie miesiące. W przypadku trenerów jest tak samo. Taką mamy pracę, że większość czasu spędzamy poza domem. Ja mam rodzinę zawsze przy sobie. Jeżeli jest mi ciężko, to wiem, że oni są przy mnie i zawsze mi jest trochę łatwiej – zaznacza zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN.

Jak widzimy, takie związki mają sporo zalet oraz nieco wad. Przyjrzyjmy się zatem najciekawszym, zagranicznym przykładom relacji trenersko-zawodniczych, które wykraczały daleko poza wspólne treningi. Każda z nich, to zupełnie inna historia. Choć niestety, nie każda kończy się jak w bajce.

Gdy tęsknota pozbawia szans na olimpijski start

Kim Collins to bez wątpienia jedna z legend sprintów. Biegacz pochodzący z Saint Kitts i Nevis – niewielkiej wyspy, położonej w archipelagu Morza Karaibskiego – rozpoczął starty na arenie międzynarodowej w 1995 roku, w wieku dziewiętnastu lat. Karierę zakończył natomiast w 2018 roku, kiedy liczył sobie ponad czterdzieści dwa lata. Prawdziwy weteran.

W trakcie swojej bogatej kariery, której szczyt przypadł na początek XXI wieku, Collins czterokrotnie zdobywał brązowe medale mistrzostw świata, dwa razy był halowym wicemistrzem świata w biegu na 60 metrów, a także raz wygrał Igrzyska Wspólnoty Narodów. Ale przede wszystkim – w 2003 roku został mistrzem świata w sprincie na 100 metrów. To było ogromne wydarzenie dla mieszkańców Saint Kitts i Nevis. Do tej pory Collins jest jedynym lekkoatletą z tego, nieco ponad pięćdziesięciotysięcznego kraju, który został mistrzem świata w konkurencjach lekkoatletycznych. Mieszkańcy i władze szanują biegacza do tego stopnia, że 25 sierpnia – czyli dzień wywalczenia mistrzostwa – został uznany w kraju dniem Kima Collinsa.

A mają za co go szanować. W trakcie swojej kariery reprezentował kraj aż na pięciu igrzyskach. Co prawda medali na najważniejszych imprezach czterolecia nie zdobywał, ale bynajmniej nie był na nich statystą – trzy razy doszedł do finału biegów na 100 czy 200 metrów. Ale – jak łatwo policzyć – od 1996 do 2016 roku odbyło się sześć igrzysk.

Rzecz w tym, że Kim w Londynie został zdyskwalifikowany. I bynajmniej nie chodzi tu o doping. Biegacz pojawił się w stolicy Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkał w wiosce olimpijskiej. Jednak później do Londynu przyleciała jego żona – Paula – która mieszkała w hotelu, poza wioską olimpijską. Zatem biegacz postanowił zamieszkać z nią. Miał ku temu bardzo dobry powód – Paula była również jego trenerką. Nie wiemy, jak wyglądały ich wspólne treningi, ale domyślamy się, że musiały być bardzo intensywne, skoro Kim nie pojawiał się nawet na porannych sesjach treningowych całej reprezentacji sprinterów.

I z tego właśnie powodu został wydalony z reprezentacji. Na nic zdały się tłumaczenia, że przebywanie w wiosce olimpijskiej go stresowało i potrzebował spokoju. Nie pomogły wyjaśnienia, że nie ma zamiaru opuszczać żony, która pomaga mu w treningu. Status narodowej legendy – na ceremonii otwarcia był chorążym Saint Kitts i Nevis – również nic nie dał. Krajowa federacja zakomunikowała, iż jest jej bardzo przykro, że kibicom nie będzie dane podziwiać swojego bohatera narodowego w akcji, oraz że życzą mu jak najlepiej, ale dura lex, sed lex. A co na to sam zainteresowany? Nie pozostawało mu nic innego, niż dać upust swojej frustracji w miejscu, które najbardziej się do tego nadaje – na Twitterze.

Tweet Kima Collinsa, rozgoryczonego swoją dyskwalifikacją: – Nawet w więzieniach mężczyźni są odwiedzani przez swoje żony.

Jak razem przejść przez życie?

Połączyła ich wspólna dyscyplina – chód sportowy. Na zgrupowaniach kadry, Jared Tallent był jednym z najbardziej obiecujących zawodników. Natomiast o trzy lata od niego starsza Claire Woods nie zapowiadała się na wielki – nomen omen – talent. Ot, była po prostu solidna. Mimo tego wspólne starty, treningi i obozy sprawiły, że spędzali razem mnóstwo czasu, wyraźnie przypadając sobie do gustów. Na tyle, że postanowili się ze sobą związać.

Jednym z najważniejszych momentów w ich karierach były igrzyska olimpijskie w Pekinie. Jared zdobył na nich brązowy medal w chodzie na dystansie dwudziestu kilometrów. Choć tak naprawdę, mógłby to być medal srebrny – Rosjanin Walerij Borczin został w 2015 roku przyłapany na dopingu, jednak jego wyniki anulowano od roku 2009. Wicemistrzostwo olimpijskie Tallent i tak wywalczył, tyle że na dystansie pięćdziesięciu kilometrów. Jego ówczesna narzeczona również miała powody do zadowolenia, zajmując w olimpijskim debiucie wysoką – oczywiście jak na jej możliwości – dwudziestą siódmą lokatę i wyrównując swój życiowy czas na dwadzieścia kilometrów. Oboje doszli do wniosku, że tak udany okres można spuentować tylko w jeden sposób. Sześć dni po zakończeniu igrzysk wzięli ślub.

Na igrzyska do Londynu jechali jako małżeństwo i oboje byli w życiowej formie. Jared zdobył brązowy medal mistrzostw globu, przegrywając tylko z dwoma Rosjanami, a Claire zwyciężyła na dystansach 5000 metrów i 10 kilometrów w mistrzostwach Australii i Oceanii. Igrzyska zakończyły się szczęśliwie tylko dla niego – ponownie został wicemistrzem olimpijskim na pięćdziesiąt kilometrów. Ona została zdyskwalifikowana za niepoprawną technikę chodu.

Po Londynie pani Tallent postanowiła zakończyć karierę zawodniczą. Oboje przenieśli się z Canberry do oddalonej o ponad tysiąc kilometrów Adelajdy. Jared nie przestał marzyć o olimpijskim złocie. Ale ze względu na przeprowadzkę potrzebował nowego trenera. Kogoś, kto zna ten sport i potrzeby jego samego jako zawodnika, oraz kogoś, komu może zaufać. Kogoś takiego jak Claire.

Później w ich życiu nastąpił czas oczekiwań.

Czas wypełniony najcięższymi treningami, jakie Jared miał do tej pory. Para doszła do wniosku, że skoro Australijczyk dwukrotnie nie zdobył złotego medalu, to musi zasuwać jeszcze ciężej. Tym bardziej, że – choć chód sportowy to dyscyplina, w której zawodnicy potrafią być dość długowieczni, jak na lekkoatletów – do Rio jechałby w wieku trzydziestu dwóch lat. To mógł być dla niego ostatni dzwonek na zdobycie wymarzonego mistrzostwa.

Tygodniowo pokonywali nawet do dwustu kilometrów. Do tego dochodziły sesje regeneracyjne i dopracowywanie techniki – małżeństwo spędzało ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wiele związków by tego nie wytrzymało. Ale ich wręcz przeciwnie – scalił się jeszcze bardizej, rozumieli się wręcz bez słów.

Drugim – i długim – oczekiwaniem, było dążenie do sprawiedliwości. Wspominaliśmy o tym, że Tallent w Pekinie przegrał między innymi z Walerijem Borczinem, który później został przyłapany na dopingu. W Londynie przegrał za to z rodakiem Borczina, Siergiejem Kirdiapkinem. Jednak Australijczyk nie zamierzał godzić się z losem. Cały czas głośno mówił to, o czym wszyscy wiedzieli – Rosjanie nie grają czysto. Trudno było to jednak udowodnić. Do czasu zebrania danych z paszportów biologicznych – nowej broni WADA w walce z dopingiem. Wtedy wybuchła największa afera dopingowa w historii sportu, a w samym oku cyklonu znajdowali się właśnie Rosjanie, których zawodnicy wpadali jeden po drugim.

W 2016 roku przyłapano również Kirdiapkina, co skutkowało anulowaniem wszystkich jego rezultatów począwszy od roku 2009. Zatem 17 czerwca 2016 roku, po długich 1405 dniach oczekiwań (to grubo ponad trzy lata!), na niecałe dwa miesiące przed startem rozpoczęciem turnieju w Rio de Janeiro, Australijczyk został mistrzem olimpijskim. Do Brazylii jechał jako obrońca tytułu.

Tam znów wywalczył tam srebro i znów na 50 kilometrów. Tym samym, z czterema medalami olimpijskimi, jest trzecim najbardziej utytułowanym australijskim lekkoatletą w historii pod względem ilości zdobytych krążków. Lepsze są tylko Betty Cuthberh – która również posiada cztery medale, ale wszystkie w złotym kolorze – oraz Shirley Strickland, która siedmiokrotnie stawała na olimpijskim podium (w tym trzy razy na jego najwyższym stopniu).

Mimo wszystko najdłuższym i najważniejszym oczekiwaniem w życiu Jareda i Claire było to związane z założeniem rodziny. Małżeństwo starało się o dziecko już od 2012 roku. Para mówiła, że jedna z ich koleżanek wyjechała do Londynu, po czym urodziła dziecko i powróciła na mistrzostwa świata w 2015 roku. Chcieli być na tym samym etapie, jednak kolejne próby okazywały się bezskuteczne.

– Bylibyśmy zdruzgotani, gdybyśmy nie mogli mieć dzieci. Oboje pochodzimy z dużych rodzin – każde z nas jest jednym z sześciorga dzieci. Mamy wielu siostrzeńców i siostrzenic. Spędzając z nimi czas przekonałem się, ile to znaczy dla Claire – mówił Jared w jednym z wywiadów. To były cztery lata walki o spełnienie swojego szczęścia w życiu prywatnym. Zajście Claire w ciążę umożliwiło dopiero zapłodnienie in vitro. Szczęście finalnie na nich spłynęło – w maju 2017 roku zostali rodzicami.

Szkoda, że ta historia nie znajdzie swojego zakończenia w Tokio. Jared planował występ w japońskich igrzyskach, jednak odnawiające się urazy i kontuzje coraz bardziej dawały o sobie znać. Wszak nie jest już młodzieniaszkiem, ma trzydzieści siedem lat. Jednej z nich doznał na miesiąc przed mistrzostwami Australii w chodzie na pięćdziesiąt kilometrów, uniemożliwiając mu start. A była to ostatnia szansa na zakwalifikowanie się na igrzyska. Zatem Jared, pod koniec marca tego roku, ogłosił przejście na emeryturę. Jako spełniony sportowiec, mąż i przede wszystkim ojciec, niespecjalnie żałuje tej decyzji.

Żona, która pchnęła karierę na właściwe tory

6 sierpnia 2017 roku, mistrzostwa świata w Londynie, finałowy konkurs pchnięcia kulą. Joe Kovacs do ostatniej próby wychodzi jak zwykle – agresywny, pokrzykujący, negatywne emocje wręcz kipią z zachowania kulomiota. Nikogo to nie dziwi, a tym bardziej samego zainteresowanego. Co z tego, że prywatnie jest zupełnie normalnym gościem – od dawna na zawodach decyduje się na przybranie maski. Rywale Amerykanina mają widzieć, kto tu jest prawdziwym badassem. Mają się go wręcz bać.

Bije najlepszy wynik prowadzącego w konkursie Toma Walsha – 22,03 – dzięki czemu jest dosłownie o krok od obrony tytułu mistrza świata, wywalczonego w Pekinie. Ale sędzia podnosi do góry czerwoną flagę, oznaczającą spalone pchnięcie. Powtórki wskazują jasno rację arbitra – podczas obrotu, zawodnik zahaczył podeszwą buta o górną część progu. Kovacs nie może się z tym pogodzić, protestuje, choć jego przewinienie jest ewidentne. W końcu przeprasza na konferencji za swoje zachowanie i gratuluje zwycięzcy. Jednak ta sytuacja pokazała, że Joe zaczął za bardzo wchodzić w rolę, a wewnętrzy gniew wypala go psychicznie.

Pod koniec 2017 roku przeprowadził się do Ohio, żeby zamieszkać z Ashley – swoją dziewczyną, która czasach studiów również trenowała pchnięcie kulą. Jednak już w następnym sezonie, dwudziestodziewięcioletni zawodnik, będąc w najlepszym wieku dla kulomiota, poważnie zastanawiał się czy aby nie rzucić tego sportu w cholerę. Chociaż słowo „pchnąć” bardziej by tu pasowało. Nie wiedział wtedy, że mieszka pod jednym dachem z najbardziej pasującym do siebie szkoleniowcem.

Ashley – która cały czas trenowała zespoły uniwersyteckie w pchnięciu kulą – zaczęła pomagać Joe. A z czasem, gdy jej trening przynosił efekty, przejęła nad nim pełną opiekę szkoleniową. Nie uczyła go jednak, jak dobrze pchnąć ponad siedmiokilowy przedmiot. Przecież to już potrafił – był medalistą igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Cały wysiłek poszedł w kierunku zmiany nastawienia Kovacsa.

Amerykanin o węgiersko-sycylijskich korzeniach miał przestać udowadniać całemu światu – na czele z rywalami – jakim groźnym jest typem. Od tego momentu, miał się skupić na sobie. Osiągać swoje cele krok po kroku. W listopadzie 2018 roku zawodnik i trenerka wzięli ślub. Rok później pani Kovacs została desygnowana do przygotowania amerykańskich kulomiotów na zbliżające się mistrzostwa świata. A na nich zobaczyliśmy inną wersję Kovacsa. Inną, czyli lepszą. Pchnął kulę na odległość 22,91, co było jego rekordem życiowym i stanowi czwarty, najlepszy wynik w historii dyscypliny. Tym samym zdobył drugie mistrzostwo globu w karierze. Jak doszło do tego, że człowiek, który rok wcześniej chciał skończyć ze sportem, nagle powrócił w takim stylu?

Przede wszystkim, Amerykanin nauczył się słuchać własnego organizmu. Już nie musiał wytwarzać w sobie sztucznej adrenaliny i oddawać kilkunastu dalekich pchnięć. Przeciwnie, w Katarze nie oddał żadnej próby treningowej – ograniczył się tylko do eliminacji i głównego turnieju. Te wyjątkowo odbywały się dzień po dniu – zwykle eliminacje w pchnięciu kulą rozgrywane są o poranku, a konkurs główny wieczorem, tego samego dnia.

Jak zatem Joe spędził kilka dni w stolicy Kataru? Po prostu leżał w łóżku i oglądał filmy na Amazonie. A kiedy był głodny, stołował się w najbliższym Subwayu, wcinając tam na raz po trzy kanapki o największych rozmiarach (kulomioci potrafią naprawdę sporo zjeść). Innymi słowy – totalny luz. W dniu zawodów powiedział do żony, że nawet nie czuł presji, jaka zwykle mu wtedy towarzyszyła. I trudno nie odnieść wrażenia, że to właśnie dzięki Ashley może kontynuować karierę.

Ashley i Joe Kovacs po konkursie pchnięcia kulą na mistrzostwach świata w Dosze w 2019 roku. Fot. Newspix

Żelazna dama, która pękła

Niestety, znane są również związki zawodniczo-trenerskie, które nie przetrwały próby czasu, lub nigdy nie miały jej przetrwać. Albo takie, które zgrały się idealnie… na nieszczęście dla całego świata sportu.

Swego czasu w pływaniu szerokim echem odbił się burzliwy związek Katinki Hosszú i Shane’a Tusupa. Para poznała się jeszcze na studiach. Oczywiście, połączyła ich wspólna dyscyplina sportu. Kiedy Katinka zwróciła się do swojego ówczesnego partnera, by ten ją trenował, była świeżo po kompletnie nieudanych igrzyskach w Londynie. Jechała na nie jako faworytka, a wróciła bez medalu. Zjadła ją presja.

Shane, który nie miał żadnego doświadczenia w pracy trenerskiej, postanowił wprowadzić swoje własne metody treningowe. Czyli mnóstwo treningu siłowego oraz jak najwięcej startów, w celu przyzwyczajenia zawodniczki do presji. Współpraca początkowo układała się świetnie – na tyle, że para niedługo potem postanowiła się pobrać.

Sukcesy się piętrzyły, Katinka – która w Rio została trzykrotną mistrzynią olimpijską – startowała w każdych zawodach, w jakich tylko mogła. Większość wygrywała. Rzecz w tym, że jej mąż stosował wręcz despotyczne metody treningowe. Domyślamy się, że po pracy, w której szef non stop się na niej wyżywał – także psychicznie – trudno było jej wrócić do domu i spoglądać z miłością na tę samą osobę. Dlatego w 2018 roku małżeństwo się rozpadło. Nie bezboleśnie, ale chyba z korzyścią dla obu stron – Hosszú dalej osiąga sukcesy w pływaniu, a Tusup z sukcesami – choć nie takimi, jak w przypadku byłej już żony – trenuje innych zawodników.

Partnerzy w przestępstwie

Kolejny przykład relacji małżeńskich trenera z zawodniczką, jest zgoła odmienny, choć zaczyna się podobnie. W 2004 roku Asli Cakir była w totalnej rozsypce – myślała nawet, aby rzucić sport skupić się na zdobyciu wykształcenia. Wcześniej, młodą zawodniczkę po raz pierwszy przyłapano na dopingu. Sama tłumaczyła, że trener podawał jej witaminy, nie mówiąc, co naprawdę się w nich znajduje. Zatem po wykryciu niedozwolonych środków rozstała się z feralnym szkoleniowcem.

I wtedy pojawił się on – Ihsan Alptekin. Ihsan tak bardzo wierzył w możliwości zawodniczki, że zdecydował się zakończyć swoją karierę (choć słowo „przygoda” bardziej by tutaj pasowało). Zawodniczka powróciła do rywalizacji, ale w swojej pierwotnej konkurencji – 3000 metrów z przeszkodami – nie odnosiła znaczących sukcesów. Wszystko zmieniło się, gdy zaczęła startować w biegach na 1500 metrów.

Z roku na rok czyniła znaczny progres. W 2011 roku wygrała Letnią Uniwersjadę, a w następnym sezonie zwyciężyła w mistrzostwach Europy oraz na igrzyskach olimpijskich w Londynie. Wspaniały okres kariery trener i zawodniczka uświetnili zawarciem związku małżeńskiego. A było to bardzo huczne wesele. Zjawił się na nim sam Recep Erdogan – wtedy piastujący stanowisko premiera Turcji – który życzył młodej parze trójki dzieci, gdyż kraj potrzebuje takich mistrzów. Erdogan dodał też, że Stambuł stara się o organizację igrzysk w 2020 roku, gdzie Turcja będzie chciała osiągnąć sukcesy, ale liczy również na medale na zbliżających się igrzyskach w Rio de Janeiro – w tym na medal panny młodej.

Obecny prezydent Turcji bardzo się przeliczył, i nie chodzi tu tylko o brak przyznania igrzysk dla tureckiej metropolii.

Po wejściu w życie paszportu biologicznego okazało się, że Turcja stanowi jedną z tych nacji, u której doping w sporcie jest wręcz nagminny. Alptekin wpadła już w marcu 2013 roku, ale anulowane zostały jej wszystkie wyniki, począwszy od roku 2010. Tym razem – co zrozumiałe – nie mogła zrzucić winy na trenera, którego poślubiła pół roku wcześniej. Walcząc o powrót do startów, poszła na współpracę z WADA z dowodami, że jej oskarżyciele – władze IAAF – proponowali zatuszowanie sprawy w zamian za łapówkę. A tę miał dostarczyć właśnie Ihsan Alptekin. Koniec końców, w wyniku różnego rodzaju zawirowań, Turczynka nie powróciła na stałe do biegania. Ale w dalszym ciągu jest związana ze swoim mężem.

Zarówno Asli, jak i Ihsanowi życzymy jeszcze wielu wspaniałych lat na wspólnej drodze życia. Z jednym zastrzeżeniem – oby ta droga przebiegała jak najdalej od zawodowego sportu.

Małżeństwo bynajmniej nie z miłości

Na zakończenie, historia zdecydowanie najmniej romantyczna. Abeba Aregawi to biegaczka, pochodząca z Etiopii. I to biegaczka nie byle jaka. W 2012 roku zdobyła brązowy medal w biegu na 1500 metrów. Kto wie, czy nie wywalczyłaby wtedy złota, gdyby nie ruszyła w szaleńczą pogoń za wspomnianą wyżej Asli Cakir Alptekin. Pościg zakończył się niepowodzeniem – Aregawi zupełnie opadła z sił, przez co sam bieg ukończyła na piątej pozycji. Trzecie miejsce przyznano jej po paru latach, przez dyskwalifikację dwóch Turczynek.

Jednak szczyt formy Aregawi nastąpił rok później. Biegaczka wręcz zdeklasowała konkurencję, wygrywając wszystkie starty na dystansie 1500 metrów, w jakich brała udział. Tym samym zdobyła mistrzostwo świata, a w halowych mistrzostwach Europy wręcz rozgromiła rywalki, wyprzedzając drugą Isabel Macias i trzecią Katarzynę Broniatowską o prawie dziesięć sekund.

Tak, na halowych mistrzostwach Europy, bo Aregawi reprezentowała wtedy Szwecję. Jak do tego doszło? Czyżby Wikingowie mieli okazję przypłynąć do Etiopii – co byłoby dość karkołomne, zważywszy na to, że kraj nie ma dostępu do morza – i założyć tam osadę, a Etiopka nagle poczuła więź z krajem przodków? Otóż nie.

W 2009 roku Aregawi zawarła związek małżeński z niejakim Henokiem Weldegebrielem – z pochodzenia również Etiopczykiem, który mieszkał w Szwecji od 2002 roku, i posiadał tamtejsze obywatelstwo. Ponadto Henok został trenerem zawodniczki. W roku 2012 Abeba uzyskała szwedzki paszport… po czym szybko i po cichu para wzięła rozwód. Sprawa była utrzymywana w tajemnicy przez rok. Kiedy wyszła na jaw, obie strony uchylały się od komentarzy dotyczących swojego życia prywatnego. Następnie pozostały zgodne w wersji, że po kilku latach ich związek po prostu się wypalił.

W 2015 roku Aregawi wyszła za mąż za etiopskiego biegacza długodystansowego, Yemane Tsegaya. Przy tym dalej posiadała szwedzkie obywatelstwo, co oznaczało, że musi rozliczać się z ichniejszym urzędem podatkowym. W zeznaniu dla szwedzkiej skarbówki stwierdziła jednak, że nigdy nie mieszkała w Szwecji, więc nie widzi powodu, aby płacić tam podatki. W ten sposób, nieświadomie, przyznała się do oszustwa podczas składania wniosku o szwedzkie obywatelstwo.

Zaległość podatkowa wynosiła około 1300 dolarów. Gdy sprawa dostała się do mediów, Abeba Aregawi postanowiła wytłumaczyć, że informacja przekazana do urzędu podatkowego jest nieprawdziwa i wynikała z kwestii językowych, gdyż Abeba nie posługuje się biegle tym językiem. Cóż, przynajmniej nie zrzuciła winy na trenera.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez