Kiedy spaliśmy pod gołym niebem, obudziło nas polowanie. Trzeba było się zwijać i uciekać!

Kiedy spaliśmy pod gołym niebem, obudziło nas polowanie. Trzeba było się zwijać i uciekać!

W czasach swoich startów zdobywał medale mistrzostw świata i Europy. Przez lata zdominował również prestiżowe zawody Rock Master, które wygrał pięć razy z rzędu. Obecnie zajmuje się układaniem tras na zawodach rangi mistrzowskiej, oraz sam prowadzi ściankę wspinaczkową, gdzie uczy młodych zawodników tajników “swojego” sportu.

Z Tomaszem Oleksym porozmawialiśmy o tym, jak ta dyscyplina zmieniła się na przestrzeni lat. O co chodzi z połączeniem różnych konkurencji wspinaczkowych na igrzyskach w Tokio? O szansach medalowych dwukrotnej mistrzyni świata we wspinaczce na szybkość, Aleksandry Mirosław. Oraz o niecodziennych miejscach do spania, podczas pobytów na zachodzie Europy. Zapraszamy do lektury.

SZYMON SZCZEPANIK: Wspinaczka to dość niszowy sport.

TOMASZ OLEKSY: Egzotyczny. Ale powoli wychodzimy z tego pojęcia.

Mimo wszystko naświetl naszym czytelnikom, na czym w ogóle polega wspinaczka sportowa, której są trzy rodzaje.

Tak, ten sport tworzą trzy odrębne konkurencje. Prowadzenie, czyli wspinanie z liną. Zawodnik ma do pokonania pewną drogę i wygrywa ten, który dojdzie najdalej. Jeżeli skończy drogę, z automatu przechodzi do następnej rundy. Drugą konkurencją – chyba najbardziej nieczytelną dla przeciętnego zjadacza chleba – jest bouldering. To wspinaczka bez asekuracji liny, w której zawodnicy mają do pokonania cztery-pięć problemów na ściance. Do następnej rundy przechodzi ten, który zdobędzie jak najwięcej problemów w jak najmniejszej liczbie prób. Trzecie są sprinty – dyscyplina na czas, najbardziej przejrzysta. Dwóch zawodników ściga się po identycznej drodze, wygrywa szybszy. Przy czym te trzy dyscypliny nie są ze sobą połączone.

W sprintach droga jest ta sama na każdych zawodach?

Tak, od 2007-2008 roku jest taka sama do dziś. Idea jest taka, żeby później zmieniać ją co cztery lata olimpijskie. Ale to dopiero projekt. Aktualnie cały czas są takie same rekordy. U mężczyzn nikt nie pobił wyniku sprzed czterech lat – 5,48. [ustanowił go Irańczyk Reza Alipour – dop.red.] Dziewczyny w tamtym roku, w Moskwie zeszły poniżej siedmiu sekund. Dokonała tego Rosjanka Julija Kaplina.

A jakie są koszty tego sportu? Pytam nawet nie tyle od twojej obecnej strony – czyli organizatora – co zawodnika?

Koszty nie są porażające. Na początek podstawowy sprzęt – buty, uprząż wspinaczkowa, lina. Jeżeli chcesz uprawiać wspinaczkę w naturze, to musisz mieć podstawowe wyposażenie. Najkosztowniejsze są na pewno wyjazdy. Jak chcesz ruszyć się na zachód Europy, to jest to spory wydatek – jak w każdej dyscyplinie.

Mówisz o wyjazdach na przykład na imprezy rangi mistrzowskiej, czy przygotowaniach i obozach treningowych?

O przygotowaniach. Zawodnicy w naszej dyscyplinie – oprócz tego, że trenują na sztucznych obiektach – dużo czasu spędzają na wspinaniu się w naturze. Jedno z drugim idzie w parze. Aczkolwiek sprinterzy mają zakaz wspinania się na skałach, bo to zabija szybkość. Trenerzy, zwłaszcza rosyjscy, już od wielu lat nie pozwalają swoim zawodnikom przygotowywać się w ten sposób.

Zawodowy wspinacz może liczyć na wsparcie finansowe ze strony państwa, czy pozostaje wam wyłącznie sponsoring?

Tak, najlepsi maja stypendia. Związek bardzo dużo pomaga. Jeżeli jesteś w kadrze A, to finansują wyjazdy na zawody, które są bardzo kosztowne. Jak ja zaczynałem, to większość sobie sam finansowałem. Jednak dziś pieniądze są, i będzie ich coraz więcej. Jesteśmy świadkami profesjonalizacji tego sportu.

Aczkolwiek w tym momencie, z racji tego że Aleksandra Mirosław będzie występować w Tokio, duże pieniądze idą na to, by mogła się przygotować w pozostałych dwóch konkurencjach. Ale jest to moim zdaniem dość heroiczna walka. Nie oszukujmy się, sprinterka niewiele zwojuje w boulderingu i prowadzeniu. Może to przykre, że tak mówię, ale z mojej strony właśnie tak to wygląda.

A jak pod kątem finansowym wspominasz pierwsze lata swoich startów? Tomasz Mazur – obecny trener kadry – wspominał, że na kiedy zaczynaliście, to nie raz musieliście spać w namiotach, bo takie były wtedy warunki.

Gdzie myśmy nie spali… (śmiech) Namioty to i tak był luksus. Na ogół nie mieliśmy pieniędzy, żeby spać na kempingach. Spaliśmy na dziko, gdzie popadnie.

Czyli śpiwór i pod chmurką?

Oczywiście. Spaliśmy na przykład koło samochodu. Jak nie padało, to nie trzeba było rozbijać namiotu. Wyjazd na zachód to była wtedy wyprawa. Nie było autostrad, dostanie się na granicę zajmowało mi dziewięć godzin. A gdzie dalsza droga, na przykład do Francji? Więc pakowaliśmy się na miesiąc, samochód był totalnie wypełniony szpejem. Wciskaliśmy każdą skarpetkę, żeby wszystko się zmieściło, i w drogę. Takie były czasy, teraz jest zupełnie inna bajka.

Więc podczas takiej miesięcznej wyprawy, samochód był waszym hotelem i magazynem jednocześnie.

Tak, chociaż osobiście nie lubię spać w samochodzie. Ale dla wspinaczy jest to normalne, prowadzą raczej koczowniczy tryb życia. Jak ktoś nie ma kasy, to oszczędza na jedzenie, czy inne niezbędne rzeczy – spać można wszędzie. Idealnie jest odpocząć na łonie natury, tak żeby nikt cię nie znalazł. I żeby było to w miarę na legalu.

„W miarę”?

Kilka razy się zdarzyło, że spaliśmy, a tu rano było polowanie. Pamiętam, że miałem taką akcję we Włoszech. Spałem u kogoś na balkonie, na jakiejś prywatnej posesji, w której nikogo nie było. A tu nagle rano psy biegają, ludzie strzelają! Trzeba się było szybko zwijać i uciekać. W Arco, we Włoszech, spałem na cmentarzu. Centralnie obok kościółka. Super było – spokój, szum wody.

Masz na myśli miejscowość, w której odbywają się zawody Rock Master – przywiozłeś stamtąd pięć złotych medali.

Tak, często jeździłem się tam wspinać. Mają świetne warunki, dużo skał. Arco odwiedzałem statystycznie dosyć dużo razy. Startowałem tam w wielu imprezach, więc mile wspominam tę miejscowość.

Po nocy spędzonej na cmentarzu, nie wiem czy tak mile bym ją wspominał!

(śmiech) Nie no, jak jest się zapraszanym na imprezę, to płacą za przyjazd, jest hotel, ogólnie full wypas. Ale też wiele razy byłem tam na zwykłym wspinaniu, a Włochy nie są tanie. A trzeba było jakoś przeżyć. Zwłaszcza, że to były początki. Ale teraz też ludzie śpią na dziko. Zresztą, moim zdaniem ludzie teraz preferują spanie na łonie natury. To jest całkiem przyjemne, dzieci lubią spać pod namiotami. Kampery stały się modne, więc każdy sobie dziś jakoś radzi. Jak ktoś ma kasę, i stać go na hotele, to w nich śpi, ale są alternatywy.

Nie masz takiego poczucia, że wasz sport stanie się za bardzo skomercjalizowany? Pytam z tego względu, że na przykład w środowisku skateboardowym – czyli dyscypliny, która zadebiutuje w Tokio razem ze wspinaczą – podniosły się głosy, że to komercha, która zabije ducha sportu. Jak to u was wygląda?

Na pewno ten sport będzie bardziej skomercjalizowany. Pewnie ludzie ze środowiska myślą „zaraz będzie więcej ludzi w skałach, w naturze, gdzie będą robić syf.” Jak dla mnie, to kwestia kultury i edukacji. Poza tym, w dużej mierze wszystko jest praktycznie wyeksplorowane. Nie wiem, co może być mobilizujące dla następnych pokoleń, jeżeli chodzi o wspinanie w naturze. Może jak najszybsze przejścia tras? W każdym razie, będzie większa masowość, ale to już następuje. Powstanie więcej obiektów, ale wzrośnie też konkurencja.

Pytam o finanse, bo kojarzycie się z takimi sportowymi freelancerami.

Tak, freelancerem byłem i dalej jestem, ponieważ przygotowuję drogi wspinaczkowe na zawody. Jest to wąska specjalizacja, którą zajmuję się od wielu lat. Ciężka, ale też bardzo kreatywna robota. Jestem teraz na zawodach z drugiej strony, ustalam trasy dla najlepszych zawodników na świecie. Widzę kto nowy przychodzi, jak jest poziom. Pracuję dla światowej federacji IFSC. Albo jestem zwykłym układaczem dróg, albo szefem całego zespołu, którzy przyjeżdża tydzień przed imprezą i przygotowuje ścianki. Jest to jedna z najbardziej odpowiedzialnych funkcji na imprezie. Jeśli drogi będą źle przygotowane, to selekcja zawodników też będzie zła.

Po zakończeniu kariery jako zawodnik, Tomek nie rozstaje się ze sportem. Ściankę wspinaczkową zainstalował nawet na poddaszu swojego domu. Fot. Tomasz Oleksy – archiwum prywatne

Jak oceniasz rozwój sportowy samej dyscypliny?

Ta dyscyplina bardzo poszła w górę. Dwadzieścia lat temu w życiu bym nie powiedział, że ludzie będą w niej robić takie rzeczy, jak teraz. To było niewyobrażalne, że poziom sportowy – zwłaszcza we wspinaniu na trudność – pójdzie tak wysoko. Wcześniej poziom 9A był wyznacznikiem. Teraz ludzie na zawodach robią go w dwa dni.

Ale wytłumacz, co to jest „9A”?

9A to poziom, którego jeszcze nie osiągnąłem. (śmiech). To jest określenie stopnia trudności. Są to bardzo trudne drogi. W zasadzie, przejście od jednego poziomu na następny jest bardzo ciężkie, a od 9A do 9C są trzy poziomy. To już jest kosmos, ludzie się wspinają po minimalnych chwytach. Stopnie trudności to jest to, czym się zajmuję teraz, kreując ruch na zawodach. Muszę zrobić taką drogę, żeby odseparować najlepszych zawodników na danej imprezie, ale też żeby ta trasa nie była za trudna.

Nie konsultowano się z tobą w kwestii tras na igrzyska w Tokio?

To działa tak, że są nominacje przed każdym sezonem i z góry wiadomo, gdzie kto pojedzie. Ale będziemy mieć tam polski akcent – Adam Pustelnik będzie odpowiedzialny za układanie dróg w Tokio. To będzie całkiem spora impreza, aczkolwiek same zawody nie są tak duże, jak Puchar Świata.

Wytłumacz proszę, o co chodzi z całym zamieszaniem, dotyczącym połączenia trzech rodzajów wspinaczki na igrzyskach w Tokio.

W Tokio te trzy dyscypliny – prowadzenie, boludering i sprint – tworzą trójbój. Czyli kombinację, dzięki której jesteśmy na olimpiadzie. Ale we Francji będzie już dwubój, dla „czasówkarzy” będzie osobna rywalizacja i medale.

Mówisz, że to będzie trójbój, ale to zupełnie inne dyscypliny. Jak to w ogóle połączyć? To trochę tak, jakby w biegach sprinterzy mieli startować też na dystansie 800 metrów, oraz 400 przez płotki.

Dla czasówkarzy zabija to szybkość i vice versa – nie ma większego sensu również dla wspinacza wytrzymałościowego. Większość środowiska była temu przeciwna, ale przez takie połączenie możemy wystąpić na olimpiadzie.

Kompromis, który nikogo nie zadowala, dalej stanowi przełom.

Tak, trzeba było pójść w tym kierunku. Natomiast wiemy już, że w Paryżu tak nie będzie. Co do Los Angeles – nie wiadomo czy w ogóle wspinaczka się tam pojawi, ponieważ jest to dyscyplina dodatkowa. Organizator może ją rozegrać, ale nie musi.

Zatem jak zawodnik specjalizujący się we wspinaczce na czas – albo odwrotnie – może sensownie przygotować się do takiego trójboju?

Sprinterzy muszą trenować w tych dwóch pozostałych dyscyplinach. To się dzieje, bo już od dwóch lat mamy te konkurencje rozgrywane w Polsce, tak jak i we wszystkich krajach. Zawodnicy są niemal zobligowani, żeby startować we wszystkich trzech konkurencjach. Coś próbują, ale umówmy się – dla czasówkarza to jest zabijanie jego atutów. Możesz to jeszcze pogodzić z boulderami, tak jak ja to robiłem.

Właśnie, ty jesteś jednym z nielicznych zawodników, którzy zdobywali medal w dwóch rodzajach wspinaczki.

Na skalę światową nie ma takich zawodników. Byłem ja i Francuzka, Sandrine Levet, gdzie potrafiliśmy połączyć dwie konkurencje. Zresztą, dwukrotnie zwyciężałem w kombinacji, w dawnym rankingu Overall. Ale to były inne czasy. W tym momencie to jest niewyobrażalne, żeby jeden zawodnik był dobry we wszystkim. Aczkolwiek moim zdaniem, w Tokio zadecyduje czasówka.

Wyjaśnij to, proszę.

Różnice w boulderach i prowadzeniu są tak niewielkie wśród najlepszych, że to ich najsłabsza konkurencja zdecyduje o medalach. Według mnie, zawodnicy specjalizujący się w tych dwóch rodzajach wspinaczki zrobili ogromny progres w bieganiu.

W trójboju najpierw jest czasówka, później bouldery, na końcu prowadzenie. Im wyższe miejsce w danej konkurencji, tym mniej punktów za nią dostajesz. Punkty z każdej konkurencji się mnożą się przez siebie. Wygrywa ten, kto uzyska jak najmniejszą ilość punktów. Jak będziesz trzy razy pierwszy, to mnożysz 1 razy 1 razy 1, więc masz 1 punkt. Ale jak na przykład w dwóch konkurencjach będziesz pierwszy, a w trzeciej dziesiąty, kończysz z wynikiem 10 punktów. Bo 1 razy 1 razy 10, daje 10. Dlatego uważam, że najsłabsza konkurencja zdecyduje.

Jak myślisz, z czego akurat u nas wynika ta dysproporcja, że mamy wybitnych sprinterów, a w pozostałych dwóch konkurencjach sobie nie radzimy?

Dysponując obecną infrastrukturą, najłatwiej jest się wyszkolić właśnie w tej dyscyplinie. Nie potrzebujesz w niej nie wiadomo czego. Wystarczy tylko jedna droga, dobrzy trenerzy i dobry materiał ludzki. I tyle. Mieliśmy w tym również jakieś tradycje, bo blok wschodni od dawien dawna aż do dzisiaj wiedzie prym w sprincie. Chociaż teraz to jest już trochę bardziej globalne. Indonezyjczycy są obecnie bardzo mocni, Chińczycy również.

Jak oceniasz szanse medalowe Aleksandry Mirosław? Wcześniej zdążyłeś powiedzieć że – delikatnie mówiąc – masz trochę obaw.

Ola nie będzie miała łatwo, bo na igrzyskach będą trzy inne sprinterki. Między innymi Julija Kaplina, do której należy obecny rekord świata i jest bardzo regularna. Ola w Moskwie nabawiła się kontuzji, więc nie wiem w jakiej obecnie jest dyspozycji.

A to będzie nasza jedyna wspinaczka na igrzyskach.

Tak, kwalifikacje są już zamknięte. Wszystkie bilety są rozdane, imprezy kontynentalne zostały odbyte. Lista widnieje na stronie IFSC. I jest to bardzo barwna lista, nie tylko z Europy, lecz – wiadomo – z pięciu kontynentów.

Aleksandra Mirosław fot. Newspix.pl

Ze względu na klucz kontynentalny, poziom również będzie słabszy.

Tak, ale to tak wygląda wszędzie. Za tydzień będą pierwsze zawody Pucharu Świata w Szwajcarii, więc ci zawodnicy będą startować pierwszy raz od długiego okresu czasu. Nie wiadomo, kto jest w jakiej formie. Na samych igrzyskach będzie dwadzieścia kobiet i dwudziestu mężczyzn, więc będą to stosunkowo mało liczne zawody. W Paryżu dojdzie do tego po szesnastu zawodników i zawodniczek osobno, we wspinaczce na czas.

Zatem jacy są twoi faworyci do medali?

Wśród kobiet, wszystko rozegra się pomiędzy Słowenką Janją Gabrnbret – wielokrotną mistrzynią świata – a zawodniczką gospodarzy, Akiyo Noguchi. Natomiast wśród mężczyzn największe szanse ma Tomoa Narasaki, zresztą prywatnie w związku z Noguchi. Myślę, że Japończycy zdobędą przynajmniej dwa medale.

Czyli to nie jest przypadek, że wspinaczka debiutuje na igrzyskach w Tokio.

Nie. (śmiech) Ale dla nas, jako dyscypliny sportu, to super rzecz.

Domyślam się też, że nieprzypadkowo  akurat Francuzi rozszerzą konkurencje wspinaczkowe…

Francja to kolebka wspinaczki. Są mocno ulokowani w światowej federacji, mają dużo swoich przedstawicieli. Lobbowali za zwiększeniem i im się udało. Dla dyscypliny idealnie się złożyło, że następne igrzyska będą w Paryżu. Dla nas – Polaków – też dobrze się składa. Bo nie oszukujmy się, Polacy nie istnieją w boulderach ani w prowadzeniu. Musimy nad tym pracować. Mamy zdolną młodzież, ale świat nam odskoczył.

Natomiast we Francji wspinaczka jest bardzo popularna. Nawet na byle jakie zawody, w małych miejscowościach, przychodzi po dwa tysiące ludzi. Mają bardzo dobrze zbudowaną infrastrukturę.

A jak to wygląda w Polsce? Ty prowadzisz swoją ścianę wspinaczkową – B. Lab bouldering. Wydaje mi się, że w naszym kraju pojawiło się sporo tego rodzaju obiektów.

Jest to trend ogólnoświatowy. Ostatnie cztery-pięć lat jeździłem do Niemiec i tam rynek jest praktycznie przesycony. Oni już budują ściany w innych krajach. Przed pandemią nawet u nas, w Tarnowie, o dziwo kluby fitness ruszyły z zapaści, bo jeszcze dziesięć lat temu źle się działo. Teraz przez koronawirusa znowu jest zapaść. Ale wspinaczka cały czas się rozwijała, więc dlaczego ludzie mieliby tego nie budować? Taki pasjonat jak ja prędzej wybuduje ścianę wspinaczkową, niż halę sportową. (śmiech)

Powiedziałeś, że wasza wspinaczka idzie w parze z tą, uprawianą w naturze. Zatem jak się trafia do wspinaczki sportowej? Czy to wygląda tak, że ktoś lubi chodzić po stromych, górskich szlakach, chce poprawić swoje umiejętności na ściance wspinaczkowej, i później już zostaje, bo mu się spodobał ten sport?

Wspinanie, to przede wszystkim naturalna forma ruchu. Wspinał się każdy – ty, ja. Za młodu wspinaliśmy się na drzewa, jako małe dzieci na szafki czy kanapę. Każdy to potrafi, to nic nadzwyczajnego. Wiadomo, że na początku jest to dyscyplina bardzo techniczna. Nie wyobrażam sobie, żeby teraz ktoś sam zaczął i szybko doszedł do wysokiego poziomu. Jest to możliwe, ale osiągalne trzy-cztery razy wolniej niż z ludźmi, którzy znają się na tym sporcie. Takimi jak ja, czy inni, doświadczeni zawodnicy. A takich ludzi mamy w Polsce coraz więcej. Więc środowisko się rozrosło i zaczęliśmy się przebijać do mediów. Lekarze też zalecają wspinaczkę, dużo dzieciaków przychodzi do nas w ramach rehabilitacji.

Z czego wynika aż taka dysproporcja pomiędzy sukcesami kobiet i mężczyzn w naszej wspinaczce?

Jest duże zainteresowanie wśród dziewczynek. Zwłaszcza w Tarnowie kobiety od dwudziestu pięciu lat stanowią główną bazę tego sportu. Chłopaków ciągnie do piłki nożnej, tu przychodzą niedobitki. Ale od wielu lat nie było chłopaka, który mógłby o sobie powiedzieć, że miał talent który pozwoliłby mu daleko zajść. W przeciwieństwie do dziewczyn.

Myślę, że to jest ogólnopolski trend, że jest ich więcej i są lepsze. Jeżdżę teraz na zawody juniorskie, znam to z autopsji – dziewczyny z tych samych kategorii wiekowych, startujące na tych samych progach, wynikami biją chłopaków.

Porozmawiajmy trochę o wspinaczce w samym Tarnowie, bo to wyjątkowo urodzajne miasto dla tego sportu. Z Tarnowa pochodzi Anna Brożek, wicemistrzyni świata sprzed trzech lat. Marcin Dzieński – nasz rodzynek w męskiej wspinaczce na światowym poziomie – pobił rekord Europy w sprincie. Są bliźniaczki Kałuckie – Aleksandra i Natalia – które mają dziewiętnaście lat, a już zdążyły pokazać się z dobrej strony na imprezach rangi mistrzowskiej.

Tarnów jest unikalnym miejscem w skali światowej, stąd wywodzi się wielu mistrzów wspinaczki. Nie ma takich miejscowości, które posiadałyby aż tylu topowych zawodników. Może znajdą się ze dwa-trzy miasta, gdzie jest to porównywalne. Wspinaczka ma tu bogatą historię. Tak wyszło, że między innymi ja zapoczątkowałem to wszystko. Chociaż sam trochę żałuję, że tak późno zacząłem trenować wspinaczkę, dopiero w wieku piętnastu lat. Teraz zawodnicy zaczynają o wiele wcześniej.

Widziałem, że twoja córka idzie w ślady taty.

Tak, Maja jest w tym perspektywicznym gronie. W tym roku wywalczyła kwalifikację na pierwsze międzynarodowe zawody – mistrzostwa Europy. Ale zaczęła w wieku trzech i pół roku. Czy to było za wcześnie? Nie uważam tak. Moim zdaniem, spokojnie można zaczynać w wieku 5-6 lat. Mam tu teraz dwie dziewczynki, które są świetne. Uważam, że mogą daleko zajść. W kategorii Mai – która ma trzynaście lat, ale startuje w kategorii 14-15 – jest kilka bardzo perspektywicznych zawodniczek. Tak że – miejmy nadzieje – te sukcesy dalej będą kontynuowane.

ROZMAWIAŁ SZYMON SZCZEPANIK

Zdjęcie główne: FB Avatar Centrala Ruchu


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez