Kiedy dopingują nie tylko fani. Najgłośniejsze wpadki igrzysk

Kiedy dopingują nie tylko fani. Najgłośniejsze wpadki igrzysk

Czysta rywalizacja sportowa. O to chodzi w igrzyskach. A przynajmniej takie jest ich założenie. Niestety, nie wszyscy się go trzymają. I od 1968 roku, gdy wprowadzono kontrole antydopingowe, co roku trafiają się sportowcy, którzy próbują nagiąć zasady. Niektórzy z nich nie są nawet przesadnie znani i nie mają większych szans na medale. A mimo tego próbują oszukiwać. Wpadki innych zostały nagłośnione, bo byli mistrzami. Albo w grę wchodziły wyjątkowe przypadki. Lub pierwsze w historii. O nich właśnie jest ten tekst. 

Kolarzy dwóch

Niedawno przypomniał o sobie Lance Armstrong. W zwiastunie filmu dokumentalnego wyprodukowanego przez ESPN przyznał, że brał doping już w 1992 roku. A więc znacznie wcześniej niż do tej pory sądzono. Niewiele zmienia to jednak w kontekście igrzysk olimpijskich i jego jedynego sukcesu – brązowego medalu w jeździe indywidualnej na czas z Sydney. W Australii Amerykanin uplasował się za Wiaczesławem Jekimowem z Rosji i Niemcem Janem Ullrichem, który zresztą też przyznał się później do stosowania dopingu.

Trzynaście lat Armstrong pozostawał bezkarny. Dopiero na początku 2013 roku MKOl podjął decyzję dotyczącą jego medalu. – Napisaliśmy do Armstronga prosząc go o zwrot medalu. Zarząd podjął tę decyzję jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia. Czekaliśmy na potwierdzenie od UCI, że Lance nie będzie się odwoływać od dyskwalifikacji. – Potwierdzenie nadeszło, więc poproszono Amerykanina o to, by oddał swój – zdobyty nieuczciwie – medal. Lance faktycznie to zrobił, ale dopiero kolejnych osiem miesięcy później.

Sprawa medalu Armstronga przeszła wtedy bez większego echa. W dużej mierze przez to, że stracił wówczas nie tylko krążek igrzysk, ale niemal wszystkie swoje tytuły, w tym siedem triumfów w Tour de France. Zaledwie jeden i to w dodatku brązowy medal nie budził więc takiego zainteresowania. Warto jednak pamiętać, że największa afera dopingowa w historii kolarstwa (i jedna z największych w sporcie), dotyczyła także igrzysk.

Cztery lata później w ten sam sposób zapisał się na igrzyskach inny Amerykanin – Tyler Hamilton. Zresztą przez wiele lat jeden z najlepszych pomocników Armstronga. Kolarz był z niego całkiem niezły, wielu pamięta go na przykład z 2003 roku, gdy na Tour de France zgarnął górski etap, a całą Wielką Pętlę przejechał ze złamanym obojczykiem. Najlepszy okazał się też na trasie Liege-Bastogne-Liege, a Amerykanie generalnie sobie tam nie radzili. W 2004 roku oblał jednak testy antydopingowe na hiszpańskiej Vuelcie i został zawieszony na dwa lata. Do kolarstwa wrócił, ale pościgał się tylko nieco ponad rok. W kwietniu 2008 zakończył karierę zawodniczą, a dwa miesiące później oficjalnie poinformowano, że w próbkach pobranych od niego wykryto sterydy. I prowizorycznie dowalono mu osiem lat dyskwalifikacji.

Nas jednak najbardziej interesuje olimpijski wyścig w Atenach. W jeździe indywidualnej na czas Hamilton był wtedy najlepszy. Po tym jak został przyłapany na dopingu, zaledwie kilka tygodni później, powiedział: – Nie zabraknie mi energii w walce o udowodnienie swojej niewinności. Złoty medal olimpijski pozostanie w moim domu, dopóki tylko będę miał choćby centa. Ciężko na to pracowałem. – Wkrótce jednak Amerykanina pogrążyły i inne fakty. Ten sam rodzaj dopingu (przetaczanie krwi) ujawniono u jednego z jego kolegów z ekipy. Potem hiszpańskie „El Pais” ujawniło związki Hamiltona z doktorem Emiliano Fuentesem – w kolarskim świecie persona non grata, człowiekiem znanym już z poprzednich takich afer. Inna gazeta przytoczyła do tego szczegóły „pamiętnika dopingowego” kolarza.

Gdy Amerykanin wrócił do peletonu, patrzono już na niego inaczej. Nie był bohaterem, gościem zawsze jadącym na maksa i walczącym w peletonie, co by się nie działo. Figurował na liście dopingowiczów. A gdy „La Gazetta dello Sport” została kolejnym medium łączącym go z Fuentesem, za współpracę podziękowała mu ekipa Rock Racing. Potem ujawniono, że znów stosował doping. On sam twierdził, że robił to, by poradzić sobie z depresją. Niczego to jednak nie zmieniało – wpadł po raz drugi.

W lipcu 2010 przyznał się oficjalnie do stosowania niedozwolonych środków i oskarżył o to samo Lance’a Armstronga. W maju 2011 roku oddał swój złoty medal olimpijski, choć oficjalnie MKOl pozbawił go tytułu dopiero kilkanaście miesięcy później. Ten ostatecznie przyznano Wiaczesławowi Jekimowowi, który został przez to potrójnym mistrzem olimpijskim. A Hamiltona dziś najlepiej pamięta się przez stosowanie dopingu i… wystąpienia przeciwko niemu. Bo po 2010 roku został człowiekiem, który ujawniał, jak wygląda proceder stosowania niedozwolonych środków w kolarskim peletonie. Aż wreszcie przyznał się ten największy – Armstrong.

Najbrudniejszy bieg w historii

Ben Johnson do dziś uważa, że był czysty. Powtarza, że jego dyskwalifikacja i wykrycie środków dopingujących, to efekt spisku. I to mimo tego, że winę swojego zawodnika już przed laty potwierdził Charlie Francis, jego wieloletni trener, a przy okazji gość, który stał za tym, że Johnson zaczął brać środki dopingujące. Choć i on podawał w wątpliwość oskarżenia rzucane wobec jego podopiecznego – twierdził bowiem, że akurat stanozololu, który u Bena wykryto, Kanadyjczyk nie brał.

Stąd właśnie próba zrzucenia wszystkiego na spisek. Przez te wszystkie lata Johnson twierdził m.in. że ktoś dosypał mu stanozololu do piwa wypitego w barze. Mówił, że mógł to być nawet Carl Lewis, jego najgroźniejszy rywal. – Trenowałem przez jedenaście lat. Zarobiłem miliony, straciłem je, straciłem też złoty medal, ale pozostaję tym, kim byłem, to się nie zmieniło. Ludzie często pytają mnie o to, co tak naprawdę stało się w Seulu i czy wszystko jest w porządku. Jest, ale w Seulu miałem pozytywny test. Taka dawka sterydów zabiłaby konia. Igrzyska są biznesem. Ludzie, którzy trzymają władze, zaangażowali kogoś, kto kombinował przy czymś, co piłem. Nie chcieli, żebym wygrał – mówił Johnson.

Czy można mu wierzyć? Raczej nie. Choć do igrzysk w Seulu nikt nawet nie pomyślałby o tym, że Ben mógł być na dopingu. Przed nimi to jego rywalizacja z Carlem Lewisem – z którym zwykle wygrywał – była głównym punktem widowiska na kolejnych lekkoatletycznych zawodach. Obaj zgarniali wielkie pieniądze, obaj biegali fantastycznie. Sumy, jakie im oferowano, sięgały kilkuset tysięcy dolców tylko za start. Za zwycięstwo przewidziano bonusy. Ich rywalizacja była tym bardziej zażarta, że obaj po prostu się nie znosili.

W Seulu fenomenalnie wystartował Johnson. Od razu zyskał przewagę i utrzymał ją na dystansie. Wygraną celebrował już przed metą. Pobiegł w czasie 9,79 s, ustanawiając nowy rekord świata. Rekord, o którym mówił, że przetrwa kolejne 50, a może i 100 lat. – Złotego medalu nikt mi już nie odbierze – powtarzał. Cóż, mylił się. Zaledwie trzy dni później poinformowano, że wykryto u niego niedozwolony środek. I zdyskwalifikowano go, odbierając i medal, i rekord świata. Złoto otrzymał Carl Lewis, co do którego zresztą po latach też wyciekły dokumenty, podające w wątpliwość jego niewinność. Ale jemu tytułów nie odebrano.

Johnson stał się ofiarą. Oczywiście, sam był sobie winien, ale to na nim skupiła się uwaga mediów. Był gwiazdą, mistrzem olimpijskim i rekordzistą świata, a w jednej chwili został dopingowiczem, skazanym na potępienie. Gdy go przesłuchiwano, wszystko transmitowała telewizja. Jego saga dopingowa sprzedawała się na świecie znakomicie. Ben długo próbował zaprzeczać, wreszcie jednak zaplątał się w zeznaniach na tyle, że musiał się przyznać. I zrobił to. Choć, jak już wiecie, do dziś twierdzi, że tak naprawdę jest niewinny.

„Chcę być mistrzynią olimpijską”

Marion Jones od dziecka marzyła o złocie igrzysk. Jako dziecko napisała sobie na tablicy w domu zdanie, otwierające tę część tekstu. I się go trzymała. Już w wieku kilku lat wygrywała ze swoim starszym bratem w niemal każdym sporcie, którego się chwyciła. Była niesamowicie utalentowana. Uprawiała koszykówkę, biegała sprinty, skakała w dal. W każdym z tych sportów radziła sobie znakomicie. Hamowały ją jedynie kontuzje. Przez uraz nie pojechała na igrzyska w 1996 roku. Kolejna kontuzja – rok później – sprawiła, że zdecydowała się skończyć z koszykówką i skupić na lekkiej atletyce.

Cztery miesiące po tej decyzji była już dwukrotną mistrzynią świata – wygrała na 100 metrów i w sztafecie 4×100. Kolejne sukcesy przychodziły z regularnością karabinu maszynowego, a Marion biegała w tempie wystrzelonego z takowego pocisku. Wkrótce stała się jedną z najbardziej znanych sportsmenek na świecie. Na igrzyskach w Sydney miała potwierdzić swoje mistrzostwo. Sama zapowiadała, że jedzie tam po pięć złotych medali – w każdej konkurencji, w jakiej wystartuje. A skoro tak, to zorganizowano wielką kampanię medialną, w ramach której czekano na występy Jones.

W międzyczasie Marion świetnie budowała swój wizerunek. Sprawiła, że ludzie pokochali ją również jako człowieka, nie tylko lekkoatletkę. Dlatego cierpieli, gdy z igrzysk wróciła z „zaledwie” trzema złotymi medalami. W skoku w dal i sztafecie 4×100 metrów zgarniała bowiem brązowe krążki. Nie było więc pięciu tytułów, ale faktycznie pięciokrotnie stała na podium. A to i tak niesamowita sprawa. Był tylko jeden problem – na dopingu złapano C.J. Huntera, kulomiota i męża Marion. Oboje mieli tego samego trenera. Ludzie zaczęli więc pytać: „jak to możliwe, że Jones o niczym nie wiedziała?”.

Rozwiodła się z Hunterem dwa lata później. – Nikt nigdy nie mówił o Marion Jones w kontekście dopingu. I nigdy nie powie – mówiła. Ale nie miała racji. Coraz częściej szeptano, a z czasem powtarzano głośniej i głośniej, że Amerykanka to chyba nie jest do końca czysta. Choć ona sama niezmiennie zapewniała, że ani razu niedozwolonych środków nie wzięła. W międzyczasie zmieniła też trenera, wcześniej był nim bowiem… Charlie Francis. Tak, ten od Johnsona.

W 2003 roku prawnik Marion zapewniał, że jego klientka przeszła badanie wykrywaczem kłamstw, które potwierdziło, że nie brała dopingu. Ale już coraz głośniej mówiono o możliwości zabronienia jej startu na igrzyskach w Atenach. To była jednak abstrakcja – Amerykanki za nic jeszcze nie skazano, ba, nic jej nie udowodniono. Skoro się dostała, to mogła jechać. I pojechała. Ale sukcesu tam nie odniosła. A w międzyczasie w świecie lekkiej atletyki ujawniono inną aferę dopingową, w ramach której wpadł Tim Montgomery, czyli gość… z którym związała się wcześniej Jones.

Wszystko świadczyło przeciwko niej. Nawet jej były mąż – C.J. Hunter przyznał bowiem, że sam podawał jej niedozwolone środki. Ale ona twardo trzymała się swojej wersji. Przez prawników wydawała kolejne oświadczenia. – Z szacunkiem dla zeznań pana Huntera, wierzymy, że są poważne wątpliwości co do jego szczerości. W skrócie: kłamie w sprawie kontaktów pani Jones z niedozwolonymi substancjami. Jak może wiecie, pani Jones rozwiodła się z panem Hunterem, gdy dowiedziała się, że ten czterokrotnie nie przeszedł testów na obecność sterydów w organizmie [wcześniej Jones twierdziła, że to nie miało nic wspólnego z rozwodem – przyp. red.]. W rezultacie rozwodu pan Hunter stał się rozgoryczonym byłym mężem, który chce zemścić się na byłej żonie – można było przeczytać w jednym z nich.

Oskarżenia się jednak powtarzały. Wkrótce lufę w Jones wycelował Angel Heredia, były młociarz i diler. Zrobił to też Victor Conte, od którego miała brać środki dopingujące. – Dostała ode mnie EPO, hormon wzrostu, insulinę i zastrzyki z adrenaliną. Bała się igieł, więc jej trener mieszał to wszystko w jednym zastrzyku. Odradzałem im to, bo było to ryzykowne – mówił. Jones zagroziła mu pozwem. Ostatecznie poszli na ugodę.

Amerykanka jednak wreszcie się przyznała. Siedem lat po igrzyskach w Sydney. Napisała wtedy długi list, w którym ujawniła wszystkie swoje winy. – Byłam nieszczera, macie prawo być na mnie źli. Zawiodłam moją rodzinę, kraj i samą siebie – pisała. Poinformowała też, że kończy karierę. Ostatecznie, po przeprowadzonym śledztwie, na pół roku trafiła nawet do więzienia. Medale z igrzysk, oczywiście, jej odebrano. Jest w tym wszystkim jednak i pozytywny akcent – po wyjściu na wolność Marion poukładała swoje życie. Osiadła z rodziną w Teksasie, założyła fundację, napisała kilka książek, przez chwilę pograła nawet w koszykówkę w WNBA. Ona, w przeciwieństwie do Johnsona, nie czuje się ofiarą. Pogodziła się z tym, co zrobiła.

Pionierzy

Są takie sprawy, które były nagłośnione głównie dlatego, że były pierwszymi w historii. Testy antydopingowe, jak już wspomniano, wprowadzono w 1968 roku na igrzyskach w Meksyku. Złapano wówczas tylko jednego pechowca. Był nim Hans-Gunnar Liljenwall, a cała jego wpadka była na tyle zabawna, że trafił nawet do naszego rankingu najbardziej barwnych postaci i historii z igrzysk.

Jak to było? Cóż, w pięcioboju nowoczesnym niegdyś dość popularne było wypicie sobie piwka na uspokojenie. Co starsi zawodnicy twierdzili nawet, że ten sport bez alkoholu nie istniał. Do czasu. MKOl uznał bowiem przed igrzyskami w Meksyku, że alkohol również trafi na listę zakazanych substancji. Tyle że Szwed najwidoczniej o tym zapomniał. I łyknął sobie przed biegiem przełajowym kilka piw. Poszło mu świetnie, wraz z kolegami zajął trzecie miejsce i został medalistą olimpijskim.

Tyle że kilka godzin później testy wykazały 0,8 promila alkoholu w jego krwi. Cała reprezentacja została więc zdyskwalifikowana. Koledzy mogli więc patrzyć na Liljenwalla spode łba jeszcze przez dłuższy czas, bowiem to przez niego stracili medal olimpijski, z którego tak się cieszyli. Inna sprawa, że bez niego raczej nie mieliby na to szans – to on był najlepszym ze Szwedów. Więc i tak źle, i tak niedobrze.

To pierwsza wpadka w ogóle. A na pierwszego mistrza olimpijskiego, który straciłby medal przez doping, poczekać wszyscy musieli jeszcze cztery lata. Taką wpadkę zaliczył wtedy Rick DeMont, amerykański pływak. Choć może napisać powinniśmy inaczej – zaliczyli ją jego trenerzy i działacze. Rick był bowiem astmatykiem. Zażywał lek zwący się Marax, którego składnikiem była zakazana efedryna. DeMont poinformował o tym fakcie kierownictwo ekipy, ale ci zapomnieli sprawdzić, czy ich podopieczny na pewno może brać swoje lekarstwo.

Rick, nieświadomy niczego, nadal je zażywał i spokojnie wygrał rywalizację na 400 metrów stylem dowolnym. Aż tu nagle buchnęła wieść, że jest zdyskwalifikowany, a medal zostanie mu odebrany. Dramat, tym bardziej, że jego główny bohater miał zaledwie 16 lat. Znalezienie się w środku takiej afery z pewnością mogło się na nim odbić. A dodajmy, że miał jeszcze szansę na kolejne złoto – został mu wyścig na 1500 metrów stylem dowolnym, gdzie już wcześniej pobił rekord świata. W takiej sytuacji nie mógł jednak w nim wystartować.

Rick DeMont. Fot. Wikimedia

Spadłem z najwyższego szczytu w najgłębszy dół. To mnie dobiło. Byłem bardzo dokładny w wyszczególnieniu rzeczy, które zażywam, ale nikt nie pokwapił się, by tę listę sprawdzić – mówił jeszcze po latach. Amerykanie postanowili walczyć o uznanie jego niewinności. I w sumie im się udało. Rick uniknął dyskwalifikacji, MKOl stwierdził, że faktycznie, on sam przestrzegał reguł. Ale komitet nie mógł mu zwrócić złota. Bo, jakby nie było, płynął z nielegalnym wspomaganiem.

Jeszcze po latach, w 1996 roku, DeMont postanowił spróbować kolejny raz. Miał dość tego, że co cztery lata media rozmawiają z nim, przedstawiając go jako „gościa, który stracił złoto”. Nie udało się. W 2001 roku też, mimo że komitet olimpijsku USA oficjalnie wziął winę na siebie. Tak, dopiero wtedy. Rickowi pozostały medale mistrzostw świata (dwa) i miejsce w galerii sław światowego pływania. Aż tyle, ale równocześnie tylko tyle.

Jedyny taki przypadek

To może nie tyle głośna sprawa, co ciekawa i warta przypomnienia. Andreea Raducan pochodzi z Rumunii i to ten kraj reprezentowała na igrzyskach w Sydney w 2000 roku. W gimnastyce zdobyła tam drużynowe złoto, srebro w skoku przez konia i kolejne złoto w wieloboju. To ten ostatni medal szczególnie nas interesuje. Bo dziś nie znajdziecie go już w jej dorobku – został Rumunce odebrany za wykrycie niedozwolonych substancji. Za to dwa pozostałe wciąż należą do niej. Jak to możliwe?

W jej organizmie wykryto wówczas pseudoefedrynę, środek znajdujący się na liście zakazanych. I Andreea, i jej trenerzy, twierdzili, że znalazła się ona w dwóch pigułkach, które podał jej rumuński fizjoterapeuta. Dodawali też, że w żaden sposób nie wpłynęły one na postawę Rumunki. Doktor Ioachin Oana został zresztą natychmiast usunięty z igrzysk. – Fizjoterapeuta powinien być w stanie odczytać cholerny skład na opakowaniu. To było bezmyślne z jego strony. Jeśli nie jest idiotą, powinien wiedzieć, co daje zawodniczce. Jego zawodniczka została przetestowana i wyszedł jej pozytywny wynik. Przez to straciła medal – mówił wtedy Dick Pound, wiceprezydent MKOl i przewodniczący Światowej Agencji Antydopingowej.

Co ciekawe, Raducan zyskała też wsparcie zdecydowanej większości osób z gimnastycznego świata. W tym jej rywalek. Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu, gdzie trafiła sprawa, faktycznie przyznał rację Andreei, uznając, że w jej postępowaniu nie było żadnej winy. Zresztą już wcześniej Ion Tiriac, prezydent Rumuńskiego Komitetu Olimpijskiego, mówił: – Wierzymy, że ta sprawa jest kompletnie nieistotna. Andreea udowodniła, że jest najlepszą gimnastyczką na świecie w tym momencie.

I faktycznie, tak było. Tyle że medalu nie odzyskała, mimo odwołań. Znów, jak w przypadku DeMonta – po prostu nie można jej było go wręczyć. Dura lex sed lex. – Wszystko co zrobiłam, to wzięcie niewinnej pigułki. Nie rozumiem, czemu wszystko potoczyło się w ten sposób. Ale w swoim sercu mam spokój – mówiła w 2006 roku, gdy w jej sprawie zapadły ostateczne rozstrzygnięcia. Ale chyba nieco kłamała. Bo jeszcze pięć lat temu powtarzała, że chce powalczyć o zwrot medalu, który jej zdaniem się jej należał. Znów się nie udało.

Na pocieszenie zostały jej pozostałe dwa krążki. Bo próbki pobrane w trakcie rozgrywanych wcześnie zawodów nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Stąd uznano, że akurat te krążki Rumunka może zachować. Król Salomon byłby dumny z takiego wyroku.

Nasze wpadki

Bywało i tak, że wpadali Polacy. Bracia Zielińscy to ostatni i, prawdopodobnie, najbardziej znany przykład. Mistrz olimpijski z Londynu, który miał powalczyć o kolejny medal i jego brat, również typowany do walki o wysokie lokaty. Obaj wpadli przed igrzyskami w Rio, nie zdążyli nawet wystartować. Mieli mieć medale, zostali zesłani na banicję.

Obaj też tłumaczyli się w ten sam sposób – że to jakiś spisek, nieporozumienie albo pomyłka. Bo przecież nie są tak głupi, by brać nandrolon, środek, który wykrywany jest od dawna i to bez większych problemów. Niestety, nikogo do swoich tłumaczeń nie przekonali. Od tamtego czasu minęły już niemal cztery lata, apelację braci oddalił nawet Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu, a Adrian Zieliński zakończył karierę. Ale zdania nie zmienił – dyskwalifikacja i stracona emerytura olimpijska to nie jego wina.

Nie mam do siebie pretensji. O nic. Nie zawiniłem. Mówiłem już tak wcześniej, bo wielokrotnie mnie o to pytano. Wszystko podtrzymuję. Nie popełniłem błędu. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Poddałem się testom na wykrywaczu kłamstw. Wynik badania wariografem potwierdził to, co zawsze mówiłem: nigdy nie stosowałem żadnego nandrolonu – mówił niedawno Eurosportowi. Czy w to wierzyć? Oceńcie sami.

Adrian Zieliński. Fot. Newspix

Zielińscy nie byli jednak pierwsi. Nawet w podnoszeniu ciężarów. Przez doping straciliśmy niegdyś złoty medal. I to jedyny taki przypadek w historii naszego kraju. Żaden inny z naszych medalistów nie wpadł na niedozwolonych substancjach. A tym jedynym jest Zbigniew Kaczmarek. Znakomity sztangista, jeden z najlepszych w naszej historii. Zresztą medal igrzysk ma, przywieziony z innej olimpiady. Ale nie złoty. Taki zdobył w Montrealu, oddać go musiał za to kilka miesięcy później. Po cichu, bez szumu, jaki zrobiono wokół jego zdobycia. Władze nie chciały, by ktokolwiek dowiedział się o tej stracie. Tę sprawę szeroko opisywaliśmy jednak w tym miejscu, więc właśnie tam was zaprosimy.

Były jeszcze dwie polskie wpadki. W 2008 roku, zresztą w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach, zdyskwalifikowano Adama Seroczyńskiego, naszego kajakarza. W jego organizmie wykryto wówczas klenbuterol, który w Chinach mógł znaleźć się w jedzeniu – tak zresztą Seroczyński się tłumaczył. I to naprawdę ma sens. Mnóstwo sportowców na tamtych igrzyskach oblało kontrole właśnie przez tę substancję. Oddalono jednak wszelkie apelacje Polaka, a on sam zakończył karierę z powodu nałożonej na niego dyskwalifikacji. Seroczyński stał się kozłem ofiarnym, choć wielu innym karę darowano, bo znaleziono u nich tylko śladowe ilości klenbuterolu. I oficjalnie uznano, że faktycznie, mogło się to stać przez jedzenie.

– Wyrządzono mi niepowetowaną krzywdę, orzekając, że startowałem na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, wspomagając się klenbuterolem. To tak, jakbym został skazany za morderstwo albo kradzież, chociaż ani nikogo nie zamordowałem, ani nic nie ukradłem. Żyję więc już dziewięć la z piętnem dopingowicza i jest mi z tym naprawdę bardzo ciężko. A przecież przez ponad 20 lat kariery w kajakarstwie nawet nie pomyślałem o zastosowaniu jakichkolwiek środków dopingowych. Tymczasem w środowisku stałem się jakby czarną owcą. Wiele osób po prostu nie wierzy w moją niewinność. A to boli – mówił po latach Seroczyński „Przeglądowi Sportowemu”. Do dziś, niestety, nic się w jego sprawie nie zmieniło. I już zapewne się nie zmieni.

Była jeszcze Danuta Rosani, złapana na stosowaniu sterydów w Montrealu. Przed laty była niezłą dyskobolką, z powodzeniem pchała też kulą. Ale raczej na krajowym poziomie, na europejski czy światowy nigdy się nie wspięła. Na igrzyskach w Kanadzie weszła do finału, ale żeby osiągnąć tam sukces, musiałaby poprawić życiówkę o ponad cztery metry. A w to, przyznajmy, można było raczej wątpić. Stąd jej dyskwalifikacja nie budziła większych sensacji i tak naprawdę nikt specjalnie się nią nie przejął.

Ale jednak na krótkiej, niechlubnej liście polskich olimpijczyków złapanych na dopingu ma swoje miejsce. Podobnie jak Zielińscy, Kaczmarek i Seroczyński. Nawet jeśli któryś z nich trafił tam niesłusznie. Bo przecież powtarzali to wszyscy czterej. Choć to akurat chyba nikogo nie dziwi.

Jeszcze kilka nazwisk

Żeby nie zostawić was z pustymi rękami, dodajmy, że wpadek na igrzyskach było, oczywiście, o wiele więcej. Taki Nesta Carter swoją sprawił, że Usain Bolt stracił złoto w sztafecie z Pekinu 2008. Głośnym echem w Polsce odbijały się za to przypadki dopingowe z konkurencji rzutowych. Wiadomo, zawsze byliśmy w nich mocni. Najbardziej znanym przypadkiem jest u nas Iwan Cichan, który w 2004 zdobył – odebrane mu potem – srebro w rzucie młotem. W 2008 roku zresztą też wykryto u niego niedozwolone substancje, ale potem decyzję zrewidowano, bo laboratorium w Pekinie nie spełniło międzynarodowych norm. I brązowy medal, jaki wywalczył, mu zwrócono. W 2016 roku zdobył kolejny. I to mimo tego, że trochę wpadek już wcześniej zaliczył. Zapytajcie Pawła Fajdka, co o tym myśli. Nie będzie owijać w bawełnę.

Wiadomo, że najgłośniejsze są aktualnie sprawy dotyczące Rosji. Tyle że tam to nie pojedyncze wpadki, a doping sterowany odgórnie, cały system, skutkujący wykluczeniem kraju z igrzysk. Cóż, doigrali się. W przeszłości sporo wpadek notowali też np. Bułgarzy, Kazachowie czy Chińczycy, głównie w podnoszeniu ciężarów. W tej dyscyplinie zresztą wykrycie niedozwolonych środków u kogoś ze startujących nie jest już żadną sensacją. Wręcz przeciwnie – sensacyjne są doniesienia o tym, że ktoś okazuje się czysty.

Głośnym echem w świecie lekkiej atletyki odbijały się za to kiedyś wpadki Rashida Ramzego i Asli Cakir Alptekin. Temu pierwszemu odebrano złoto zdobyte w Pekinie w biegu na 1500 metrów. I spadł mu przez to nieco status narodowego bohatera, jaki zyskał sobie w Bahrajnie. Nieco, bo ma w dorobku jeszcze dwa złota i srebro mistrzostw świata. A to i tak niezłe osiągnięcia. Alptekin za to wpadła na tym samym dystansie, ale cztery lata później. Była wtedy zdecydowanie najlepsza na świecie, co już samo w sobie budziło podejrzenia. Bo wcześniej biegała nieźle, ale nie na takim poziomie. W 2015 roku wyszło, skąd tak wielka przemiana – zdyskwalifikowano ją wtedy za doping krwi. Teoretycznie jej kara zakończy się 9 stycznia 2021 roku, liczy się ją bowiem od 2013. Gdyby się postarała, mogłaby powalczyć o Tokio.

Choć może lepiej, żeby tego nie robiła. Bo naprawdę nie chcielibyśmy dopisywać do tego tekstu kolejnych części. Mamy jednak dziwne przeczucie, że czy z Alptekin, czy też bez niej, ostatecznie i tak dostaniemy nowy materiał. Niestety.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez