Kawęcki: Uwielbiam pływać, a także wstawać o szóstej rano

Kawęcki: Uwielbiam pływać, a także wstawać o szóstej rano

Radosław Kawęcki jest jednym z najbardziej utytułowanych, a także najrówniejszych polskich pływaków ostatnich lat. Niedawno uzyskał minimum na swoje trzecie igrzyska, a już w przyszłym tygodniu czeka go start na mistrzostwach Europy w Budapeszcie. W rozmowie z nami wraca do treningów w czasie lockdownu, wspomina olimpijskie imprezy w Londynie oraz Rio de Janeiro, a także podkreśla – mimo, że jest już doświadczonym zawodnikiem, wciąż kocha rywalizację na basenie i ciężki trening.

KAMIL GAPIŃSKI: Chciałbym rozpocząć od gratulacji za uzyskanie kolejnej olimpijskiej kwalifikacji i takiej prośby, żeby opisać, jak to się wszystko ułożyło.

RADOSŁAW KAWĘCKI: Dziękuję bardzo. Trzeba powiedzieć, że musiałem po prostu powtórzyć to, co potrafię. Regularnie, co roku, robiłem minimum na igrzyska. Starałem się więc wypełnić kwalifikację, aby mieć luźniejszą głowę na mistrzostwa Europy w Budapeszcie. Tak, aby po nich już spokojnie przygotowywać się do olimpijskiej imprezy, na spokojnie trenować.

A wiemy, jak to może stresować sportowca: igrzyska tuż tuż, a kwalifikacji nie ma, więc się człowiek zastanawia, czy ją się uda zrobić, czy się nie uda. To może rozpraszać.

Miałem stres, powiem szczerze. Choć może określiłbym to dreszczykiem emocji, takim fajnym uczuciem, którego dawno nie miałem. Jestem ciekawy mojej reakcji na mistrzostwach Europy, bo na dobrą sprawę od 2019 roku nie startowaliśmy na międzynarodowych zawodach – poza International Swimming League. Pandemia pokrzyżowała sporo planów. Ale fajnie, że udało się zrobić kwalifikację. Teraz mogę myśleć o Budapeszcie i walce o medal.

Normalnie mógłbym zapytać, czy w roku olimpijskim mistrzostwa Europy są imprezą, która wyzwala wielkie emocje. Ale w związku z tą przerwą i tym, jak pływanie ucierpiało w czasie pandemii, to chyba sprawa jest oczywista.

Można powiedzieć, że to jest dla nas niesamowita impreza. Brakowało nam startów w międzynarodowych zawodach, choć ja miałem możliwość pływania na ISL. Było mi wtedy niezmierne miło, że mogę rywalizować co tydzień. Bo wcześniej – od grudnia 2019 roku do października 2020 roku – mogłem o tym tylko pomarzyć. Nigdy w życiu nie miałem tak długiej przerwy. Więc to było cenne, że mogłem wejść do wody i poczuć te emocje, aż mnie ciarki przechodzą, jak o tym myślę….

Jakby się człowiek pływania od początku uczył!

Dokładnie. Choć muszę przyznać, że pandemia też naprawdę sporo dała. Nie startowałem tak długo, że miałem okazję poświęcić się życiu rodzinnemu. Spędziłem niesamowity czas z moją mamą, moim bratem, moim synem, a także Marcinem Cieślakiem i Filipem Zaborowskim. Robiliśmy sobie treningi, wspieraliśmy się nawzajem. Fajnie było się zżyć z moim synkiem. Poczułem się wreszcie takim ojcem na pełen etat. To były piękne chwile.

A ile syn ma lat?

W listopadzie skończy 4 lata.

Tata pływak, mama pływaczka, więc rozumiem, że do basenu były jakieś przymiarki?

Niestety, przez pandemię wszystko się popsuło. Nie chodzę z nim w ogóle na basen, może w ten weekend się wreszcie uda. Dobrze, żeby sobie wskoczył do tej wody. Wcześniej często nie było to możliwe, on w końcu nie jest w kadrze.

Jeszcze!

Jasne, jeszcze!

A ile potrwała pana najdłuższa przerwa od pływania w czasie pandemii?

Nie jestem pewien, ale chyba ponad miesiąc.

I co wtedy? Gumy i pływanie na sucho, które często pokazywali choćby triathloniści?

Tak, tak. Robiliśmy siłownię, korzystaliśmy z ergometrów wioślarskich, pływaliśmy na sucho, jeździliśmy na rowerach. Kupiłem też trampolinę dla Tadka, ale więcej to chyba ja na niej skakałem, razem z chłopakami. Ten okres był na pewno fajny. Porównując też obecną pandemię, a tą w czasie lockdownu rok temu, jest niebo a ziemia. W kwietniu 2020 roku chodziłem w koszulce i krótkich spodenkach po podwórku, a ostatnio muszę zakładać czapkę, bluzę i kurtkę. To też duża zmiana.

A czego z perspektywy czasu – jako doświadczonego pływaka – nauczyła pana pandemia?

Pewności siebie. Do tego cierpliwości do startu. I chyba takiej tęsknoty za pływaniem, za mocnym treningiem.

Wraca pan jeszcze myślami do igrzysk w Londynie, kiedy zajął pan 4. miejsce w finale? I myśli o tym, czemu nie trzecie? Czy jednak kompletnie zostawił pan to za sobą?

Jeśli mówimy o jakimś starcie, o którym zapomniałem, to bardziej pasowałby ten z igrzysk w Rio de Janeiro. Wtedy nie wyszło i po prostu poszło w niepamięć.

Nie awansował pan do półfinału, zabrakło trzech setnych sekundy.

Tak, można było się zdenerwować. Ale człowiek uczy się na błędach. Nie skończyłem kariery, nie powiesiłem kąpielówek na haczyku. Spiąłem się i można powiedzieć – podniosłem się po tamtej porażce. Nie wiem, czy to była porażka, ale wychodzę z założenia, że jeśli popełniamy błąd, to ważne, abyśmy nie zrobili go po raz drugi. Nie poczułem co prawda dna, ale wiedziałem, że muszę przeanalizować, co źle zrobiłem, czego zabrakło i wyciągnąć wnioski. Na igrzyskach w Tokio się to nie powtórzy.

A wracając do igrzysk w Londynie – wtedy byłem jeszcze juniorem. Miałem niespełna 21 lat. Byłem dobrze przygotowany i gotowy na walkę. W Rio chyba bałem się jej bałem. Teraz tego nie czuję. Kocham rywalizować. Z każdym zawodnikiem, nieważne, jakim stylem. To też przekłada się na moje życie prywatne. Uwielbiam ścigać się z czasem, zdarzało mi się przez to dostawać mandaty.

Wspomniał pan o Marcinie Cieślaku. To pływak, który często jest przytaczany jako przykład spełnionego gościa, jeśli chodzi o karierę zawodową. W pewnym momencie zrobił sobie przerwę od pływania, a potem wrócił. I bez tej presji zaczął pływać najlepiej w życiu. Czy pan myśli w kategoriach: dużo już osiągnąłem, nic nie muszę, teraz chcę cieszyć się sportem? Czy jednak czuje pan motywację, że igrzyska to dla pana ostatnia szansa i trzeba coś pokazać?

Mam podobne podejście do Marcina Cieślaka. Trenuję już dwadzieścia jeden lat. I w tym czasie, co roku, miewałem może dwa lub trzy tygodnie przerwy od pływania. W czasie pandemii poczułem, że tęsknię za tą rywalizacją. Marcin nie trenował dwa lata, dlatego kiedy wrócił, zaczął się bawić sportem. Ja teraz też to robię. To moja praca, ale też pasja. Uwielbiam pływać, zamęczyć się, mogę nawet powiedzieć, że uwielbiam wstawać o szóstej rano. Bo wolę mieć wolne popołudnie niż odpoczywać rano, a potem mieć zajęty dzień.

Znamy historie pływaków, którzy koło trzydziestki wrócili do sportu i zmienili trochę swoje obciążenia treningowe. Bo ta baza, którą zbudowali za młodu, pozwalała im się bardziej oszczędzać, ale wciąż osiągać sukcesy. U pana, po igrzyskach w Rio, doszło do jakichś treningowych roszad?

Dalej trenuję ciężko. Może inaczej to wygląda na siłowni, a inaczej w wodzie. Może inaczej patrzę na swój organizm, bo nie jestem starym zawodnikiem, ale prawie najstarszym w polskiej kadrze. Staram się zatem go nie zajechać. Robić wszystko z głową. Bo wykończyć organizm można szybko, a odbudować jest ciężko. Muszę na to zwracać uwagę – że regeneruję się wolniej niż dziesięć lat temu. I pamiętać o odpoczynku.

A jak wyglądają liczby? Jeśli chodzi o przepłynięte kilometry, godziny spędzone na basenie?

W styczniu pokonywałem po siedem, osiem kilometrów na każdym treningu. Później, z miesiąca na miesiąc, schodziłem coraz niżej. Ale za to robiłem intensywniejsze, wytrzymałościowe treningi. Teraz, przygotowując się od mistrzostw Europy, to są trzy, cztery kilometry. Zatem wszystko zależy od okresu, od planu. Trenuję dziesięć razy w tygodniu, mam wolne w środę popołudniu i sobotę rano. Do tego dwie lub trzy wizyty na siłowni oraz dwie na sali gimnastycznej.

Gdybym mógł pan ocenić sytuację na pana dystansie – 200 metrów stylem grzbietowym – którym pan jest pływakiem? Jaki wynik w Tokio by pan przyjął w ciemno?

Powiem tak – każdy jedzie po najlepszy wynik. Nie wiem, jak będę przygotowany, bo dopiero po ME zaczynam mocne treningi. Na pewno dam z siebie wszystko. Jeśli zbliżę się do życiówki, byłego rekordu Europy a o tym marzę od paru lat – to na pewno będę w finale. I wtedy mogę otrzeć się o medal igrzysk olimpijskich.

W stylu grzbietowym zdarzają się pływacy w pana wieku? Czy jednak w większości to są młodsi zawodnicy?

Ryōsuke Irie jest ode mnie starszy, bo to rocznik 1990. I to chyba wszystko. Śmiał się zresztą ze mnie Klimient Kolesnikow podczas mistrzostw Europy w 2018 roku, że jestem najstarszym zawodnikiem na 200 metrów grzbietem.

Za wiekiem idzie doświadczenie, prawda? To też bywa w wodzie bezcenne.

Właśnie, jeśli chodzi o doświadczenie – to one pozwala mi czasem wygrywać. Mogę być dobrze przygotowany, ale doświadczenie, znajomość swojego organizmu dają wiele. Głowa to 80% sukcesu. Tak więc dobrym nastawieniem, chęcią do walki można zrobić wszystko, naprawdę.

Polska reprezentacja w całej historii igrzysk zdobyła łącznie sześć medali, w tym trzy za sprawą Otylii Jędrzejczak. Myśli pan, że po Tokio powiększymy ten dorobek? I nie mówię nawet o panu, a wszystkich zawodnikach, którzy zrobili i zrobią minimum.

Może nie mówmy o medalach, nie wieszajmy ich nikomu na szyi. Powiem tak: trzymajcie za nas kciuki, wspierajcie nas na każdych zawodach. Jak damy z siebie wszystko i poczujemy te wsparcie – na pewno wypadniemy dobrze.

ROZMAWIAŁ KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez