Kasa to nie wszystko, czyli dlaczego nie warto robić mistrzostw u Arabów

Kasa to nie wszystko, czyli dlaczego nie warto robić mistrzostw u Arabów

Wszyscy dobrze wiemy, jak działa schemat przyznawania największych światowych imprez. W największym skrócie: ten kto da więcej, ten będzie mógł zorganizować sobie mistrzostwa. A że państwa arabskie – na czele z Katarem – kasy mają jak piasku na pustyni (bo „lodu” nie za bardzo tu pasuje), to coraz częściej to właśnie tam jadą najlepsi sportowcy. A potem często tego żałują, jak teraz lekkoatleci.

Zacznijmy od wyjaśnień: jasne, często powtarza się, że takie mistrzostwa to „okazja do otwarcia się na nowe kraje” czy „próba przyciągnięcia nowych kibiców”. Z perspektywy organizatora z kolei „okazja do przedstawienia się światu za pomocą sportu”. Znacie te frazesy. Prawda jest jednak taka, że po pierwsze liczy się to, ile kto ma w kieszeni. I to właściwie cała tajemnica. Dlatego Katar regularnie organizuje duże imprezy. Były już między innymi mistrzostwa świata w kolarstwie czy piłce ręcznej, aktualnie trwają lekkoatletyczne, a za kilka lat będziemy tam oglądać piłkarski mundial. Kwestią czasu są zapewne igrzyska olimpijskie, choć na razie – na szczęście – szejkowie nie wyciągnęli po nie ręki.

I niby nic w tym złego. Przecież skoro Katarczycy mają tyle kasy, to odpowiednio zadbają o przygotowanie wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, prawda? Otóż nie, nieprawda. Bo wykupić sobie prawo do organizacji to jedno, a zorganizować wszystko w odpowiedni sposób – drugie. Tym bardziej, jeśli w międzyczasie trzeba jeszcze tuszować skandale związane z nielegalnymi pracownikami, z których część umiera przy budowie sportowych obiektów. Ale spokojnie, gdy już zacznie się impreza, prezydenci rozmaitych federacji i organizacji będą mówić, że jest wspaniale zorganizowana. O Nepalczykach, pracujących za grosze, wszyscy łatwo zapomną.

Wystarczy olśnić ludzi oprawą, nowinkami technicznymi czy pełnymi trybunami (z czym zresztą często jest problem i ściąga się dzieciaki ze szkół, albo nawet… kupuje kibiców). I nagle to, co stało się na drodze do otwarcia imprezy, jest już nieważne. Ale kolejne problemy i skandale mnożą się w jej trakcie. To stały schemat, zawsze przy organizacji imprezy w Katarze, coś nie gra. W 2015 roku, gdy grano tam w szczypiorniaka, media rozpisywały się o tym, jak zbudowana została reprezentacja (kupowano świetnych graczy z całego świata) i jak bardzo sędziowie przepychali Katarczyków z rundy do rundy. To jednak pikuś. Prawdziwym problemem okazała się organizacja kolarskich MŚ.

Odbyły się one trzy lata temu, mniej więcej w połowie października. Kiedy w Europie powoli zaczynamy myśleć o zbliżających się mrozach, w Katarze na kolarskich trasach w dalszym ciągu jest dobrze ponad 30 stopni, wieje mocny wiatr znad pustyni i panuje niska wilgotność. Warunki idealne, by na rowerze wyzionąć ducha. Kolarze opowiadali wtedy, jak to zasychało im w gardle po kilku minutach jazdy, wielu dodawało, że mieli znacznie wyższy puls niż normalnie. Niektórzy – w trakcie jazdy indywidualnej na czas – połknęli tabletki, dzięki którym monitorowano temperaturę ich ciała. Zdarzało się, że ta przebijała poziom 39 stopni. To już nie tyle mistrzostwa, ile walka o zdrowie. A wiecie co jest najlepsze? Jazdy w takim upale nie wytrzymywali nawet… sami Katarczycy. I jak tu pisać o normalności?

Kolejnym problemem był brak kibiców. Kolarstwo po prostu nie jest w Katarze popularne, mimo że rokrocznie odbywa się tam całkiem spory wyścig – Tour of Qatar. Kto jednak chciałby stać w pełnym słońcu i czekać na to, by przez kilka sekund oklaskiwać kolejnych kolarzy? Takich szaleńców było bardzo mało. Większymi okazali się członkowie UCI, którzy zdecydowali się powierzyć organizację mistrzostw właśnie Katarowi.

Oczywiście, kolejne federacje niczego się z tej lekcji nie nauczyły i wielkie imprezy w dalszym ciągu zmierzają na Półwysep Arabski. Żeby piłkarski mundial dało się jakoś zorganizować, przesunięto go na grudzień. Rok później odbędą się pływackie mistrzostwa, które jeszcze – opcjonalnie – da się uznać za całkiem ciekawy pomysł. W końcu to wszystko w hali, baseny, klimatyzacja. Może się uda, choć żaden skandal nas nie zdziwi. Natomiast decyzja o zorganizowaniu lekkoatletycznych mistrzostw właśnie w tym kraju miała mniej więcej tyle sensu, co wsadzenie ślepego za kierownicę autobusu. Wszyscy wiedzieli, jak to się skończy, ale i tak się na to zdecydowano.

I co mamy? Mamy ładny stadion, fakt. Mamy niezłą oprawę graficzną, ciekawe wykresy, najlepszych lekkoatletów, hucznie fetowanych na stadionie i rywalizację na najwyższym poziomie, też fakt. Ale to wszystko moglibyśmy mieć równie dobrze w innym kraju, na przykład Francji czy USA. A nie trzeba byłoby do tego rozpieprzać kalendarza startów wszystkim lekkoatletom na rok przed igrzyskami, martwić się o upały i frekwencję czy przekonywać wszystkich dookoła, że przecież „będzie dobrze”. Równie dobrze można by powiedzieć dinozaurom tuż przed uderzeniem asteroidy, że “spoko, wszystko się ułoży”.

Do tej pory – a nie jesteśmy nawet w połowie mistrzostw – nie zagrało już kilka rzeczy. Reprezentacja Norwegii skarżyła się na warunki hotelowe, w jakich została zakwaterowana, ale to już zostawmy i zrzućmy na właścicieli hotelu. Większym problemem okazało się dla Norwegów – i innych sportowców – przechodzenie z klimatyzowanych pomieszczeń na zewnątrz i z powrotem, bo różnica temperatur momentami sięgała przy tym i dwudziestu stopni. Wiadomo, że coś takiego może skończyć się natychmiastową chorobą, a gdyby Norwegom z takiego powodu wypadł choćby Karsten Warholm, wielki faworyt biegu na 400 metrów przez płotki, prawdopodobnie by kogoś rozszarpali.

O klimatyzacji marzą za to wszyscy uczestnicy konkurencji ulicznych. Katarczycy zdecydowali się przesunąć je na północ lokalnego czasu (co samo w sobie nie jest zbyt dobrym pomysłem, przecież organizm długodystansowca jest raczej przystosowany do startów w innych godzinach), a to i tak nic nie dało. Wyniki chodów są najgorsze w historii mistrzostw, bo wszystko rozgrywa się w takich warunkach, że zawodnicy i zawodniczki marzą tylko o tym, by z trasy zejść.

Jakby tego było mało, pojawiły się kolejne problemy – kilku chodziarzom, w tym Rafałowi Augustynowi, kazano zrobić dodatkową, dwukilometrową pętlę, bo pomylono się w obliczeniach. Po 50 kilometrach zasuwania w upale i przy skrajnym wycieńczeniu, wszystko mogło skończyć się tragicznie. Augustyn był potem – gdy już doszedł do siebie, co też chwilę mu zajęło, wierzcie – po prostu wściekły i grzmiał o skandalu. Przeproszono go, ale co z tego? Przecież taka pomyłka przy dzisiejszej technologii jest wręcz niemożliwa. Sędziowie musieliby być albo pijani, albo zupełnie niekompetentni, żeby do tego dopuścić. Sami wybierzcie sobie bardziej prawdopodobną opcję.

Organizacyjnie zresztą problemy zaczynają się tuż po wyjściu ze stadionu. Głośno było o sytuacji, w której wielu zawodników czekało na autobusy, odwożące ich do hotelu. Wszyscy powtarzali, że pierwszy raz spotkali się z takim traktowaniem, tym bardziej w tak skrajnym upale. Więc owszem, obrazki ze stadionu może i są ładne, ale gdy się z niego wyjdzie, okazuje się, że gospodarze zadbali tylko o to, a na zewnątrz odwalili fuszerkę. Ale co tam, propagandowo i tak wyjdą na plus. O tym jesteśmy przekonani. Nikt przecież nie będzie pamiętać o takich szczególikach. Co tam problemy z dojazdami, co tam narażanie zdrowia chodziarzy i co tam kompletnie wyczerpane maratonki, odwożone na wózkach i w karetkach do namiotów medycznych.

Wiecie, co jest w tym najgorsze? Pewność, że to nic nie zmieni. Absolutnie nic. Bo Katarczycy dalej będą nadziani, przez co kupią sobie wszelkie imprezy, jakie tylko będą chcieli. Jesteśmy przekonani, że w najbliższych latach zawitają tam kolejne mistrzostwa w kolejnych dyscyplinach, po których będziemy mogli pisać kolejne takie teksty. Kolejni zawodnicy będą padać z odwodnienia i zmęczenia, kolejni nielegalni pracownicy nie wrócą do domów, ale kolejni oficjele powiedzą, że wszystko wypadło znakomicie. Bo Katarczycy płacą i wymagają takich słów.

Gdzieś w nas odzywa się ta idealistyczna cząstka, która ma nadzieję, że ktoś w końcu pieprznie ręką w stół, powie „nie, tak nie można!” i odwoła, dajmy na to, piłkarski mundial. Ale równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że szanse, by tak się stało, są bliskie zeru. To wszystko się za bardzo opłaca. I choć wielkie imprezy w Katarze to przepis nie tyle na sukces, co na katastrofę, to dalej będą się tam odbywać. A temperatury, igranie ze zdrowiem zawodników, organizacyjna fuszerka i skandale po prostu pójdą w zapomnienie.

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez