Karolina Koszewska: w ringu w dupniaka się nie gra, można w łeb dostać i światło może zgasnąć

Karolina Koszewska: w ringu w dupniaka się nie gra, można w łeb dostać i światło może zgasnąć

Na zakończonych niedawno Igrzyskach Europejskich Mińsk 2019 niespodziewanie stanęła na najwyższym stopniu podium. Sukces jest tym cenniejszy, że Karolina Łukasik-Koszewska na Białoruś leciała tuż po rodzinnej tragedii. Aby móc walczyć o zwycięstwo dla siebie i Polski, musiała opuścić pogrzeb ukochanej mamy. Z zawodów wróciła ze złotym medalem, który teraz zamierza wmurować w pomnik na cmentarzu. Planów co do medalu z przyszłorocznych igrzysk w Tokio jeszcze nie ma. Poza jednym: przywieźć go do Polski.

Zawodniczka Legia Fight Club po dużych sukcesach w boksie amatorskim rozpoczęła karierę zawodową, w barwach niemieckiej grupy Universum Box Promotions sięgnęła po mistrzostwo świata. Potem skończyła karierę, urodziła dwóch synów i zajęła się pracą trenerską. Po latach zmieniły się przepisy, umożliwiając byłym zawodowcom starty w boksie olimpijskim. Karolina Łukasik-Koszewska w wieku 35 lat postanowiła więc wyciągnąć rękawice z szafy i powalczyć o spełnienie największego marzenia: olimpijskiego medalu. Jeśli się uda, będzie to spektakularne ukoronowani zdecydowanie nieszablonowej kariery.

Świeżo upieczona złota medalistka igrzysk europejskich – brzmi świetnie. Spodziewałaś się, że z Mińska przywieziesz złoto?

Nie do końca, chociaż czułam się naprawdę dobrze przygotowana. Od kiedy wróciłam do boksu olimpijskiego 2,5 roku temu, ciężko pracowałam na ten wynik. Ale wiadomo, że nie na wszystko ma się wpływ, czasem o medalu, lub jego braku, decyduje dyspozycja dnia, czasem sędziowanie. Ja od ponad dwóch lat ciężko pracuję, nie opuściłam żadnego dnia przygotowań, żadnego zgrupowania. Sumiennie trenuję, pilnuję diety, dobrze się prowadzę. Przed wyjazdem do Mińska miałam dobre sparingi, więc czułam, że forma jest. Z doświadczenia jednak wiem, że poziom w kobiecym boksie jest wyrównany, mogę na jednym turnieju wygrać z daną rywalką, a dwa tygodnie, czy miesiąc później, to ona będzie lepsza. Dziewczyny są na wysokim poziomie, niczego nie można być pewnym.

W boksie zawodowym co rusz spotykamy się z sędziowskimi wałkami. U was jest podobnie?

Różne rzeczy się zdarzają. Nawet w Mińsku miałam walki, które kończyły się werdyktami 4-1, czy 3-2 dla mnie. I w takich walkach bywało tak, że jeden sędzia dawał wszystkie rundy na moją korzyść, a inny w tym samym czasie uważał, że to rywalka wygrała wszystkie starcia. Niczego nie można być pewnym. Trzeba robić swoje, próbować, ryzykować…

Jasne, kto nie ryzykuje, szampana nie pije. Ryzyko w twoim przypadku było z tych większych. Jakie masz atuty na tle dziewczyn, które są głodne sukcesu i młodsze od ciebie o prawie 20 lat? Ogrywasz je doświadczeniem?

Ja mam doświadczenie, ale życiowe. Przecież ja miałam 12 lat przerwy od boksu olimpijskiego. W tym czasie moje koleżanki przecież boksowały, w kadetkach, juniorkach, młodzieżówce, teraz w seniorkach. Gdybyśmy sprawdzili książeczki zawodnicze, to się okaże, że one mają na koncie więcej walk niż ja. Oczywiście, mam doświadczenie z boksu zawodowego. Zawsze miałam świetnych szkoleniowców, medalistów największych imprez. To moje zaplecze. Cały ten mój powrót był mocno niepewny. W dawnych latach byłam na topie, po przerwie wróciłam do boksu i okazało się, że nie jest tak łatwo. Na mistrzostwach Polski drugie miejsce, potem pierwsze, w tym roku znów drugie. Na turniejach międzynarodowych też różnie bywało, nie zawsze udawało się wygrać. Zaczęło do mnie docierać, że to nie będzie takie proste, jak mi się na początku wydawało. Ale cały czas ciężko pracowałam i wierzyłam.

Co ci daje i co znaczy dla ciebie medal igrzysk europejskich?

Emerytury olimpijskiej niestety nie daje. Ale to dla mnie i tak wielki sukces. Udowodniłam, że jestem w europejskiej czołówce. Żeby w ogóle pojechać do Mińska, trzeba było wywalczyć kwalifikację, nie każdy mógł pojechać. Na Białorusi wygrałam cztery walki z dobrymi rywalkami, medalistkami mistrzostw Europy, olimpijkami. Bardzo się cieszę z tego medalu, bo dał mi dodatkową motywację i pozytywnego kopa. Nie ukrywam, że nadzieja już pomału przygasała, pojawiały się myśli, że może nie, że nie dam rady.

Światowa Federacja Bokserska po latach bałaganu i zaniedbań dostała od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego „cioska na wątrobę” i w Tokio to MKOl, a nie AIBA zorganizuje turniej bokserski. Czy w tym zamieszaniu już wiadomo, jak będą wyglądały kwalifikacje?

Już wiemy, przynajmniej wstępnie. Początkowo o wszystkim miały decydować mistrzostwa świata, które odbędą się w tym roku. Potem zapadła decyzja, że o miejscu w turnieju olimpijskim będą decydowały dwa turnieje kwalifikacyjne w 2020 roku. Najpierw będzie turniej europejski, z którego pierwsza piątka awansuje do Tokio. Potem w kwietniu będą kolejne kwalifikacje, z których przepustkę na igrzyska wywalczą trzy, lub cztery najlepsze. Reszta miejsc jest zarezerwowana dla Afryki, Azji i Ameryki. W sumie w mojej wadze ma walczyć 18 kobiet.

Czyli złoto igrzysk europejskich w żaden sposób się nie przekłada na kwalifikację do Tokio?

Nie. Wygrałam w Mińsku, mogę wygrać mistrzostwa Europy i świata, a o wszystkim i tak zdecydują dwa turnieje w 2020 roku. To one będą najważniejsze. Ja do Mińska pojechałam pod wielką presją, z tragedią rodzinną. Kiedy wychodziłam do walki o medal, zadzwonił do mnie klubowy trener Jacek Dmowski i zdjął ze mnie cały ciężar. Powiedział: pamiętaj, pojechałaś tu, bo chciałaś, robisz to dla siebie, a najważniejsze i tak będą turnieje na wiosnę przyszłego roku. To mi dało duży luz.

A jak wygląda proces kwalifikacji do tych wiosennych turniejów?

Będzie wewnętrzna rywalizacja w Polsce. Zrobiłam dobry wynik, więc na razie jestem bezpieczna. Ale wiadomo – potem są kolejne mistrzostwa i turnieje, cały czas trzeba pokazywać, że jest się w kraju numerem jeden. Nie można odpuszczać, muszę udowadniać, że warto na mnie stawiać.

Ile kategorii w kobiecym boksie będzie w Tokio?

Pięć. 51 kilogramów, 57, 60, moja waga, czyli 69, oraz 75.

Chciałem cię spytać o Elę Wójcik. Miałyście kilka pojedynków, które nie kończyły się dla ciebie dobrze, w mistrzostwach Polski i ostatnio w finale Turnieju im. Feliksa Stamma. W Mińsku ona boksowała w wyższej wadze – 75 kg. Jak to z wami jest? Ona poszła wyżej, czy ty jej unikasz?

Ja przed nikim nie uciekam. Wcześniej moje sukcesy były w wadze 70 kg, teraz zmieniły się kategorie i muszę zbijać kilogram więcej. Ela lepiej się czuje w 75, ostatnio zeszła do 69, ale raczej będzie celować w wyższą wagę. Cały czas rywalizujemy i myślę, że to jest bardzo dobre dla nas obu. W dużej mierze to jej zawdzięczam ten złoty medal. Gdyby nie ona, gdyby nie nasze mocne sparingi, których było pewnie ze sto, ja bym nie była taka dobra. Nawzajem się napędzamy, ona w Mińsku też zdobyła medal, mało zabrakło jej do finału, przegrała 2-3 z wicemistrzynią olimpijską z Rio de Janeiro. Ta rywalizacja nas napędza, sama bym nigdzie nie doszła.

Sytuacja w boksie olimpijskim w Polsce jest taka, że jeśli gdzieś możemy szukać medali dużych imprez, to właśnie wśród kobiet. Skąd te sukcesy?

U mężczyzn jest większa konkurencja, może im jest trudniej. Ale my naprawdę bardzo ciężko trenujemy, Karolina Michalczuk robi nam strasznie mocne treningi, wyciska nas jak cytryny. Już na mistrzostwach świata w Indiach nie brakowało dużo do medali, teraz udało się postawić kropkę nad i. Nie wiem, jak trenuje męska kadra, ale my czasami mamy po cztery jednostki treningowe dziennie, na obozach tylko trenujemy, jemy i śpimy, żadna nie ma sił na nic więcej. Nawet nie ma o tym mowy. Karolina Michalczuk bardzo nas motywuje do ciężkiej pracy, zawsze albo zachęta, albo mały szantażyk. Jedna ciągnie drugą.

Na kadrze obok ciebie są dziewczyny, które mają po 20-25 lat. Ty jesteś starsza, bardziej doświadczona. Czy zauważasz, że masz inne nastawienie od nich?

Może trochę tak, bo ja jestem bardzo świadoma tego, po co tam jestem. Ale one też wiedzą, o co walczą. Czasy się zmieniły. 15 lat temu było inaczej, zdarzały się imprezy, dyskoteki. Dziś jest moda na sportowy tryb życia i te dziewczyny naprawdę podchodzą do tego na serio. Nie ma żadnych imprez, poważnie. Wiadomo, w głowie mają różne rzeczy, bo to młode dziewczyny: tu chłopak, tam rozterki miłosne. Ja mam stabilizację, mam męża, dwóch synów, dom. Świadomość, że mam dom, jest dla mnie bardzo ważna. Fizycznie mnie tam nie ma, ale wiem, że ten dom jest.

Jak bardzo myślisz o Tokio? Wstajesz rano i myślisz sobie, że zrobiłaś kolejny kroczek do Japonii?

Cały czas o tym myślę, zastanawiam się, czy dam radę, czy pociągnę jeszcze ten rok. Na razie myślę o sierpniowych mistrzostwach Europy. Żyję z obozu na obóz, z turnieju na turniej, nie planuję z dużym wyprzedzeniem. Wiadomo, myślę o Tokio, ale działam krok po kroku. To wynika też z tego, że mam 37 lat, że czasem dopadają mnie kontuzje. Myślę sobie: Boże, czy ja wytrzymam, daj mi siłę, daj mi zdrowie. To nie jest łatwe zadanie. Tak samo, jak opieka nad dziećmi, nie wiem, jak dam radę. Na razie są wakacje, mogę chłopaków zabrać na zgrupowanie. Ale jak przyjdzie rok szkolny, to nie wiem, jak to ułożę. Na razie Karpacz, potem Giżycko, potem mistrzostwa Europy i będziemy się martwić.

Na ile etatów ty pracujesz? Trzy? Cztery?

Prowadzę zajęcia w Legia Fight Club, mam swoje treningi, zajmuję się domem i dziećmi. Wiadomo, takie obowiązki. Na igrzyskach europejskich ogromne wrażenie zrobiła na mnie ceremonia otwarcia i wioska olimpijska. Tak sobie tylko myślałam: szkoda, że nie ma tu moich dzieci i że fajnie by było, żeby kiedyś też coś takiego przeżyli. Naprawdę, było super.

Myślisz o tym, żeby synowie boksowali? Czasem sportowcy mówią: jasne, chcę, żeby moje dzieci uprawiały sport, ale na pewno nie moją dyscyplinę…

Mam dwóch chłopaków i chciałabym, żeby umieli się bić, żeby w razie czego potrafili się obronić. Gdyby chcieli trenować sporty walki, to OK, na pewno im pomogę. Ale jeśli zobaczę, że przyjmują za dużo ciosów, to postaram się im to wybić z głowy! Zobaczymy. Na razie starszy próbuje się w unihokeju, młodszy w gimnastyce. W Mińsku wielkie wrażenie zrobiła na mnie koszykówka 3×3. Wspaniały sport! Dodatkowo, ja jestem wysoka, więc moi synowie też pewnie wyrosną na dużych facetów, pomyślałam, że może popchnąć ich w tym kierunku…

Ale wiesz, że biali nie potrafią skakać?

Nasza reprezentacja właśnie zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Ale rzeczywiście, mają w składzie jednego Czarnego.

Wróćmy do igrzysk. Wiesz, że polski boks czeka na medal olimpijski od 1992 roku, kiedy Wojciech Bartnik sięgnął po brąz w Barcelonie? Masz to w głowie, że najwyższy czas przerwać tę skandaliczną passę?

Chciałabym bardzo. Mój pierwszy trener Krzysztof Kosedowski, medalista z Moskwy, zawsze był dla mnie wzorem do naśladowania. Marzę o wyjeździe na igrzyska i zdobyciu medalu, to by było zwieńczenie kariery, w której od początku byłam wpatrzona w trenera Kosedowskiego, jak w bóstwo. Na pewno medal w Tokio bardzo by pomógł naszej dyscyplinie, bo to zawsze zwiększa zainteresowanie, pojawiają się pieniądze, dofinansowania. W PZB nie ma pieniędzy na rozwój, na trenerów, na inne rzeczy. Medal mógłby dużo zmienić.

Z czego to się bierze, że czekamy na ten medal już prawie 30 lat?

Ciężko powiedzieć. W Rio było dwóch chłopaków, ale nie udało im się. W boksie różnie bywa. Czasem nawet wygra się walkę, ale sędziowie dadzą zwycięstwo rywalowi. Nie jest łatwo. Niektóre kraje nam odjechały. Azja jest bardzo mocna, Kuba, Kazachstan. Może to kwestia szkolenia, może mentalności dzisiejszej młodzieży.

No właśnie: co się zmieniło? Czy dzieciaki, z którymi ty zaczynałaś w Legii u Krzysztofa Kosedowskiego były inne niż te, które przychodzą dziś do ciebie? Wtedy było więcej osób na treningach?

Właśnie wcale nie. Ale było lepiej pod pewnymi względami, był system, nie było komercji. Kiedy ja przyszłam do grupy juniorskiej, we wrześniu, było 25 osób i to była sekcja. Płaciliśmy symboliczną kwotę, a nie 100 czy 200 złotych za karnet, jak dzisiaj. Było dwóch trenerów, którzy mocno nas cisnęli i dość szybko zostawało siedmiu, ale dobrych. Nikt nie patrzył na to, że odeszło kilkanaście osób, które przecież mogłyby wykupić karnety. Trenerzy mieli trenować, a nie sprzedawać karnety. Jak się nie nadajesz, to cześć, nie zabieraj miejsca i powietrza na sali. Krótka piłka. Teraz wszystko jest nastawione bardziej na komercję, trenerzy mają głaskać młodych, żeby rodzice dawali kasę. Tak to działa. Kiedyś nawet nie było o tym mowy, trenerzy traktowali zawodników ostro, jak psa: coś nie jest zrobione, to won z sali!

A skąd ty w ogóle się wzięłaś w boksie? Taka wysoka dziewczyna, nie ciągnęło cię do siatkówki, czy koszykówki?

Trochę trenowałam siatkówkę, ale nie podobało mi się w sportach drużynowych. Do boksu trafiłam przez ojca i brata, który też trenował w Legii u Krzysztofa Kosedowskiego, potem w Gwadrii, Jastrzębiu, Zawiszy, boksował w lidze. Taka woził brata na treningi, ja kręciłam się po sali, znałam wszystkich, trenerzy to byli wujkowie. Kiedy miałam 17 lat, zaczęłam przychodzić na treningi. Zaczęłam od kick-boxingu, bo jeszcze nie było boksu kobiet. Ale zawsze wolałam boks od kopania.

Nie lubiłaś kopać i zostałaś medalistką mistrzostw świata w kick-boxingu?!

No nie. Kiedyś był przepis, że trzeba było wyprowadzić 10 kopnięć w każdej rundzie. Ja zadawałam byle szybko, gdzieś na gardę, czy nawet w powietrze, byle tylko kopnąć, a potem już mogłam boksować. Zawsze lubiłam ten porządek w boksie, kick-boxing wydawał mi się dużo bardziej chaotyczny.

Do dziś chyba tak masz. W półfinale w Mińsku boksowałaś na totalnym spokoju, zero nerwów i chaosu. Rywalka leci z łapami, a ty: pyk, pyk, lewy prosty. To kwestia doświadczenia?

Tak mnie uczyli trenerzy: zimna głowa i gorące serce. Czasem serca zabraknie, albo będzie za dużo i to też niedobrze. Ale głowa powinna być zimna. Spokój. To nie jest bijatyka, to boks. Masz wykonać konkretne ruchy, więcej trafić, mniej przyjąć. Proste.

Wspomniałaś o rodzinnej tragedii. Tuż przed igrzyskami europejskimi zmarła twoja mama. Czy takie wydarzenie potrafi dodać sił?

Ten złoty medal dedykuję mojej mamie, bo tak naprawdę razem na niego zapracowałyśmy. W wywiadach zawsze mówię, że trenuję dzięki tacie, bo to on mi zaszczepił dyscyplinę i mnie woził na treningi. Ale gdyby nie mama, nie mogłabym tego robić. To ona mi pomagała, opiekowała się dziećmi. A kiedy jeszcze mieszkaliśmy razem, prała mi koszulki, spodenki, prasowała skarpetki i bandaże. Ja szłam na trening i byłam jedyna z wyprasowanymi bandażami. Zawsze gotowała, dbała, żebym dobrze zjadła. Ten medal to też jej zasługa. To ona dawała mi pieniądze, kiedy musiałam jechać na zawody na własny koszt, albo kupić odżywki. To złoto to nasz wspólny sukces. Będziemy zmieniać pomnik na cmentarzu, w nowy chcę wmurować ten medal i napisać „dla Ciebie, Mamo”. Byłam przy jej śmierci, ale nie mogłam być na pogrzebie i to była dla mnie straszna decyzja. Ale wiedziałam, że tego by chciała. Też jestem matką i tak samo bym radziła swoim dzieciom, gdyby miały taką jedyną okazję wziąć udział w takim pięknym wydarzeniu.

Osobiste tragedie potrafią wyzwolić dodatkowe siły. W Mińsku boksowałaś prawdopodobnie najlepiej w karierze…

Może tak. Ja widziałam, jak umiera bardzo bliski mi człowiek, to doświadczenie, które wszystko zmienia i bardzo wzmacnia. Teraz oprócz Boga, nie boję się niczego. Myślę, że już tak zostanie: kiedy w Mińsku wychodziłam do ringu, to było mi wszystko jedno, co się będzie działo, byłam skupiona tylko na wykonaniu zadania. Zero emocji. Wyszłam do ringu i boksowałam. Ten stres przed walką oczywiście zawsze jest, nieważne, czy to mistrzostwa Polski w Grudziądzu, czy mistrzostwa świata w Indiach, czy igrzyska europejskie. Ale to dobrze, ten stres jest potrzebny. Tylko lęków już nie mam, nie myślę w tych kategoriach, że coś mi się może stać.

A kiedyś tak myślałaś?

No, tak. Jak to mówi trener Gajda, w ringu się w dupniaka nie gra, tylko można w łeb dostać i światło może zgasnąć. Dziś skupiam się tylko na sobie, na moich atutach, na tym, co mam zrobić w ringu.

Wróciłaś do boksu olimpijskiego, ale za tobą także kariera w boksie zawodowym, zwieńczona tytułem mistrzyni świata. Jak z perspektywy lat oceniasz zawodową przygodę?

Bardzo dobrze. To były udane trzy lata. Miałam przyjemność boksowania w grupie Universum Box Promotion w Hamburgu w jej najlepszych latach. Dziś na różnych turniejach międzynarodowych spotykam kolegów i trenerów z Universum. Wszyscy podkreślają, że mieliśmy okazję przeżyć coś pięknego. Dziś nikt w Polsce nie ma takich dobrych warunków. Mieliśmy trenerów, świetne warunki, trzy telewizje. Wszystko mieliśmy podstawione pod nos, trzeba było tylko trenować, boksować i tyle. Oczywiście, wtedy i tak narzekaliśmy, ale tak naprawdę to były najlepsze lata. Nie było żadnych problemów, dobre pieniądze i płacone zawsze na czas, naprawdę: jak u Pana Boga za piecem.

Niczego nie żałujesz?

Nie. Może, gdybym nie zgodziła się na ten wyjazdowy pojedynek unifikacyjny w Trynidadzie i Tobago? Ale ja tak nie myślałam, nigdy nie protestowałam, zgadzałam się na każdą rywalkę. Tak byłam nauczona z boksu olimpijskiego: jest losowanie, boksujesz z tą, czy tamtą dziewczyną, i tyle, nieważne, czy słabsza, czy faworytka. Kogo mi wyznaczali w Universum, tego brałam. Tak miało być.

Ale co się najeździłaś, to twoje. Trynidad i Tobago fajny? Wyjątkowo egzotyczny kierunek, mało kto z Polski miał okazję tam być.

Karaiby. Ale mnie wycieczki nigdy nie interesowały, zawsze siedziałam w hotelu, trenowałam i czekałam na walkę. Tak samo, jest w boksie olimpijskim, na turniejach, zgrupowaniach, wyjazdach – ja się tym nie podniecam. Te wyjazdy to dla mnie samolot – hotel – hala – hotel – samolot. Kiedy wracam, znajomi pytają: jak było. A ja nic nie widziałam, nic nie zwiedzałam. Ring taki sam jest wszędzie, ma jednakowe wymiary. Taka jestem, skupiam się na robocie, nie rozkojarzam się.

Czyli Karaibów nie zwiedziłaś. Ale przywiozłaś stamtąd chyba największą wypłatę w karierze?

Tak, walka była o sześć pasów mistrzowskich, więc i wypłata była mistrzowska. Myślę, że dziś wielu polskich bokserów chciałoby zaboksować za takie pieniądze. Ale co? Pieniądze były i się skończyły. Ja zasmakowałam takiego życia, że miałam wszystko podane na tacy, spałam w pięciogwiazdkowych hotelach, mogłam sobie pozwolić na wszystko. Przeżywałam też biedę: jedno dziecko, drugie, utrzymywaliśmy się z jednej pensji męża – bywało naprawdę ciężko. Przypominam sobie takie momenty, kiedy siedziałam w tym luksusowym hotelu, miałam room service, pełne konto i tytuł mistrzyni świata, ale nie byłam szczęśliwa. Brakowało mi rodziny, męża, dzieci. Dziś to mam.

To teraz tylko medalu z Tokio ci brakuje?

Teraz myślę o tym, żeby rodzina była zdrowa, szczęśliwa. Medal w Tokio byłby spełnieniem marzeń.

 

******

Posłuchaj wywiadu w formie podcastu:

 

 

 

foto: newspix.pl

 

 


Aktualności

Kalendarz imprez