Kariera Rudishy ledwo dyszy?

Kariera Rudishy ledwo dyszy?

Już od ponad dwóch lat nie postawił stopy na starcie żadnej imprezy. Kiedy miał wracać, o swoje znów zaczynało upominać się jego wymęczone ciało. Jakby tego było mało, dostaje ciosy od życia także poza bieżnią. Czy rekordzista świata i największy gwiazdor 800 metrów zdąży pozbierać się do igrzysk w Tokio, aby powalczyć tam o swoje trzecie złoto? Tego nie wie pewnie nawet sam David Rudisha.   

***

Kariera jedynego człowieka na Ziemi, który przebiegł 800 metrów poniżej 1 minuty 41 sekund, zaczęła ślimaczyć się w pierwszej połowie 2017 r. Po zdobyciu złotego medalu na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro, David Rudisha ostrzył swoje masajskie zęby na trzeci tytuł mistrza świata, który zamierzał zdobyć w Londynie. Zapowiadał, że jest nawet w jeszcze wyższej formie niż w Brazylii, ale niestety, kilkanaście dni przed startem imprezy poinformował, że nawalił mu mięsień czworogłowy i do stolicy Wielkiej Brytanii nie przyleci. Smutnego newsa opatrzył zdjęciem otejpowanego uda.

W tamtym sezonie zdążył zaliczyć zaledwie trzy starty: w Diamentowej Lidze w Szanghaju oraz mniejszych mityngach, na Jamajce i na Węgrzech. Pod jego nieobecność mistrzem świata został Francuz Pierre-Ambroise Bosse, a drugi był nasz Adam Kszczot. Większość obserwatorów była jednak przekonana, że kiedy wróci Rudisha, równowaga w przyrodzie zostanie przywrócona i znów złote medale pojadą do Kenii.

Ale na to się nie zanosi. Chociaż rehabilitacja przynosiła efekty, to sezon 2018 położyła mu inna kontuzja – tym razem wołać o pomoc zaczęły plecy. Rudisha zrobił rundkę po specjalistach w Europie, żeby postawić trafną diagnozę. W końcu jeden z holenderskich lekarzy ustalił, że za bóle kości ogonowej, które promieniowały aż do ścięgna podkolanowego, odpowiadał uciskany nerw. Znów się wyleczył, pod koniec ubiegłego roku zapewniał, że w końcu jest już zdrów jak ryba, ale dawne urazy jednak się odnowiły i nie zdążył przygotować się do tegorocznego sezonu. Jego menadżer James Templeton znów musiał być posłańcem czarnej nowiny i przekazał, że dwukrotnego mistrza olimpijskiego zabraknie także podczas jesiennych mistrzostw świata w Doha.

Jakby tego było mało, sypać zaczęło mu się też życie prywatne. Jak donosiły kenijskie pudelki, żona 800-metrowca Liz Naanyu poszła ponoć w długą z… nigeryjskim kaznodzieją, do którego uczęszczała na modlitwy. Mistrz kolejny cios dostał w marcu tego roku, kiedy zmarł mu ojciec. Daniel Rudisha był srebrnym medalistą olimpijskim w sztafecie 4×400 z igrzysk w Meksyku w 1968 r. David wielokrotnie podkreślał, że to właśnie ojciec pokazując mu w dzieciństwie krążek, zainfekował go miłością do lekkiej atletyki. Senior rodu, który chorował m.in. na cukrzycę i miał za sobą kilka zawałów, trafił do szpitala z chorobą nerek. Zmarł po kilku dniach na skutek zatrzymania akcji serca.

– Dziwne, bo miał się coraz lepiej. Cieszył się nawet słońcem spacerując przed szpitalem. Jeszcze żartował, że po wyjściu pobiegniemy razem 400 m. Mówiłem, że podejmę wyzwanie, ale on już nie dał rady… – mówił po jego śmierci rekordzista świata.

Na tym nie koniec, bo podłamany i sfrustrowany przeciągającą się rehabilitacją Rudisha w sierpniu otarł się nawet o śmierć. Kiedy wracał późnym wieczorem do swojego domu w Kilgoris, w jego samochodzie pękła opona. Mistrz stracił panowanie nad autem, zjechał na lewy pas i tam zderzył się czołowo z autobusem. O dziwo, gwiazdorowi nie stało się nic poważnego. Patrząc na zdjęcia skasowanego wozu, które obiegły światowe media, słowo „cud” nie jest tutaj nadużyciem.

Dogonił Kipketera po 13 latach

Wszystko to sprawia, że dalsza kariera Kenijczyka stoi pod znakiem zapytania, chociaż ten w grudniu skończy dopiero 31 lat. Ludzie z bliskiego otoczenia Rudishy zapewniają wprawdzie, że jego celem wciąż pozostają igrzyska w Tokio, ale trudno odgadnąć, na ile są to rzetelne prognozy, skoro gwiazdor stracił już tyle czasu na wizyty u lekarzy. Nawet jeśli zaleczy wszystkie urazy, to czy wciąż będzie potrafił biegać na swoim dawnym poziomie? Jedno jest pewne, jak mówił jego wieloletni trener Colm O’Connell, 800-metrowiec wróci na bieżnię tylko wtedy, kiedy znów będzie miał szanse wygrywać. Pałętanie się po dalszych miejscach nie wchodzi w grę.

Byłoby szkoda, gdyby tak wybitny zawodnik kończył karierę w takich okolicznościach. David Rudisha jest bowiem jedną z lokomotyw ciągnących pociąg o nazwie „światowa lekka atletyka”. Owszem, 800 m nie jest może tak sexy dla kibiców jak chociażby setka, dlatego naturalnie musiał być w cieniu Usaina Bolta, ale dał swojej konkurencji nie mniejszego kopa niż Jamajczyk swojej. Kiedy 22 sierpnia 2010 r. pobiegł w Berlinie 1:41,09, rozprawił się z trzynastoletnim rekordem świata słynnego Wilsona Kipketera. Równo tydzień później we włoskim Rieti poprawił się o kolejne 0,08 s, a dwa lata później w finale olimpijskim w Londynie odpalił rakietę 1:40,91.

Był w takim gazie, że wieszczono mu jeszcze większe wyśrubowanie rekordu. – Bieg poniżej granicy 1:40 jest możliwy. Z całą pewnością. Rozmawialiśmy nieraz będąc jeszcze rywalami na bieżni. Zawsze na treningach daje z siebie wszystko. To zrozumiałe, jeśli chce się uzyskiwać dobre rezultaty, ale takie ostre trenowanie nie zawsze jest też dobre dla organizmu – mówił o nim w 2015 r. Jurij Borzakowski, rosyjski mistrz olimpijski z Aten, jednocześnie jakby przewidując przyszłe problemy zdrowotne Kenijczyka.

Wśród 800-metrowców długo funkcjonowało powiedzenie, że ze zdrowym Rudishą wygrana jest prawie niemożliwa. Doskonale pokazują to lata, kiedy rzeczywiście był okazem zdrowia. W latach 2009-2011 zaliczył aż 34 kolejne zwycięstwa licząc finały oraz biegi eliminacyjne (złożyło się to na 26 wygranych imprez). Przez dwa lata nie było na niego kozaka, aż frustrującą dla rywali serię zakończył podczas mityngu w Mediolanie młodziutki Mohammed Aman. Wszystko to sprawiło, że w latach 2010-2012 Rudisha wygrywał także prestiżowym plebiscyt magazynu “Track and Field” na lekkoatletę roku. Przed nim trzy razy z rzędu dokonali tej sztuki jedynie Carl Lewis oraz Hicham El Guerrouj.

 

Kto wie, gdyby nie on, być może my cieszylibyśmy się ze swojego pierwszego w historii mistrza świata? W ostatnich latach na jednego z największych rywali Kenijczyka wyrósł przecież Adam Kszczot. Popularnemu „Profesorowi” udało się kilka razy pokonać Rudishę, m.in. w zawodach Diamentowej Ligi, ale w tych najważniejszych momentach musiał jednak oglądać jego plecy. Tak było właśnie w finale mistrzostw świata w Pekinie w 2015 r., gdzie Polak pobiegł znakomicie po srebrny medal, ale David i tak mu uciekł.

Rudisha pytany o naszych zawodników zawsze ich oczywiście komplementował, chociaż podkreślał, że lepiej zna się z Marcinem Lewandowskim, z którym biegał już na mistrzostwach świata juniorów. Wtedy „Lewy” był czwarty, a Rudisha oczywiście pierwszy. I pomyśleć, że odniósł tamten sukces dopiero po roku poważnego trenowania tego dystansu.

Brat Colm: „Głowa, nie nogi”

Jego kariera w ogóle wykiełkowała w bardzo ciekawych okolicznościach. Wszystko zaczęło się w Iten, niewielkiej miejscowości na zachodzie Kenii leżącej 2400 m n.p.m. Już wjeżdżając do miasta nawet sportowy laik zorientuje się, że nie jest to kolejna mieścina w okolicy. Główną drogę zdobi bowiem brama z napisem „Welcome to Iten, home of champions”. W tym leżącym na uboczu miejscu sportowo narodziło się wielu znakomitych zawodników, także medalistów olimpijskich, m.in. Peter Rono, Matthew Birir czy wspomniany już Wilson Kipketer.

David Rudisha pierwszy raz zobaczył ten szyld na własne oczy w 2005 r., kiedy to przyjechał do Iten z rodzinnego Kilgoris, aby wziąć udział w czterotygodniowym obozie. To wtedy poznał irlandzkiego misjonarza Colma O’Connella, nauczyciela St. Patrick’s High School, który oprócz kształcenia dzieci, odpowiadał tam również za program treningowy biegaczy. To spod jego ręki wyszło wielu znakomitych zawodników. Brat O’Connell przyjechał do Iten w 1976 r., kiedy w mieście nie było jeszcze nawet tak podstawowych spraw, jak drogi czy elektryczność. Co za tym idzie, nie szło stamtąd nawet zadzwonić. Słowem – dziura totalna. Irlandczyk miał zostać tam tylko przez kilka miesięcy, ale zatrzymał go ponoć ogromny potencjał sportowy, jaki widział w tamtejszej młodzieży.

Trzeba podkreślić, że wtedy, w 2005 r., David Rudisha biegał jeszcze 400 m i trenował dziesięciobój. Pierwszy raz w życiu osiem stów pobiegł właśnie w Iten. Wygrał tamten bieg na zdezelowanym stadionie, na którym zasuwało się po zwykłym piachu. Kiedy Colm O’Connell zobaczył jego czas – mniej więcej 1:50 – tylko cmoknął z zachwytu. Ale nie tylko dlatego. 16-latek nie dość, że wygrał z niezłym wynikiem, to jeszcze prezentował się inaczej niż wszyscy. Chociaż był jeszcze nieociosanym zawodnikiem, to już wtedy biegał z wrodzoną elegancją: wyprostowany, stawiający długie susy.

Autorzy świetnego dokumentu „100 seconds to beat the world” wyprodukowanego przez BBC, dokopali się do archiwalnych nagrań z treningów z tamtego okresu. Na jednym z nich brat O’Connell przemawia do grupy młodych zawodników siedzących na trawniku. Wśród nich znajduje się także Rudisha. Wygląda na zagubionego, nawet lekko przestraszonego. – Obojętnie jaką decyzję podejmiecie, dokładnie ją przemyślcie. Jest was pięćdziesięciu, najwyżej dziesięciu będzie odnosiło sukcesy jako seniorzy. Nie chodzi o to, jak mocne macie nogi. Ważne, jak mocną macie głowę. Kiedy będziecie wygrywać, każdy będzie chciał być przy was, ale kiedy przegracie, będzie bye bye. Oni nie będą już chcieli was widzieć. Dlatego dokładnie przemyślcie swoją decyzję. Gdzie będziecie w 2012 r.? To pytanie do was, ale nie musicie na nie odpowiadać – mówił Irlandczyk.

Rudisha bardzo chciał być jednym z dziesięciu, dlatego oddał się treningom bez reszty. Świetne wyniki przyszły bardzo szybko. Już rok później znalazł się w składzie drużyny na mistrzostwa świata juniorów w Pekinie. Kiedy jeden z trenerów przekazywał mu nowinę, że będzie musiał wyrobić paszport, bo trzeba tam lecieć samolotem, zakłopotany 17-latek z nerwów ściskał tylko czapkę w dłoniach. Chociaż wydukał, że da radę.

Jednak później, na chińskiej bieżni, pod żadnym względem nie przypominał już tamtego gościa. Zmiażdżył rywali w finale, zdobywając złoto z czasem 1:47,40. Trener O’Connell w przeszłości tracił w podobnych momentach już wielu zawodników, bo ci wybierali inne ścieżki kariery, ale w tym przypadku było inaczej. Po sukcesie w Chinach Rudisha chciał, aby brat Colm prowadził go także na arenie seniorskiej.

Debiut olimpijski mógł zaliczyć już w 2008 r. w tym samym szczęśliwym dla siebie Pekinie, ale w paradę weszła mu wtedy kontuzja. Pierwszą wielką imprezą były więc dla niego dopiero rozgrywane rok później mistrzostwa świata w Berlinie.

Tam celem był oczywiście finał, ale pechowo skończyło się tylko na półfinale. Rudisha jeszcze na kilkanaście metrów przed metą był drugi, był więc blisko awansu, ale w ostatniej chwili wyprzedził go Kubańczyk Yeimer Lopez. – Brak awansu do finału był dużym szokiem dla niego, dla nas wszystkich – mówił menadżer James Templeton, a zawodnik pierwszy raz w życiu musiał przekonać się, że słowa trenera o tym, że przegrani nie mają już wokół siebie tylu przyjaciół, są prawdziwe. Niektórzy podawali bowiem pod wątpliwość, czy Kenijczyk to faktycznie materiał na mistrza.

On sam zamiast biadolić, wziął się jednak do roboty. Jak się później okazało, porażka w Berlinie była dla niego najlepszym nawozem pod przyszłe sukcesy. To właśnie wtedy wraz z trenerem podjął bowiem decyzję, że kompletnie zmienia taktykę. Od teraz nie chciał już kisić się przez większość dystansu w środku stawki i atakować dopiero na finiszu, tylko kontrolować bieg prowadząc w nim od początku. I taka taktyka opłaciła się. Zaledwie rok później dwukrotnie pobił rekord globu, a w 2011 r. zdobył w Daegu swoje pierwsze mistrzostwo świata.

„What’s the clock? World record!”

Miejsce w historii zapewnił mu jednak przede wszystkim finał olimpijski w Londynie. Do Wielkiej Brytanii jechał jako wielki faworyt i nie zawiódł.

https://www.youtube.com/watch?v=YKEOjWEzVGs&t=8s

Kenijczyk jeszcze przed biegiem przyznawał, że bieżnia stadionu w Stratford bardzo mu odpowiada, do tego pogoda była dla niego wręcz idealna. Plan był z kolei taki, aby pierwsze kółko przebiec w czasie 48-49 sekund, bo wtedy wygrana wydawała się być pewna.

– Na początku nie wierzyłem, że mogę pobić rekord świata bez pomocy „zająca” Wiedziałem tylko, że stać mnie na zejście poniżej 1 minuty 42 sekund. To był cel. Ale kiedy na pięćsetnym metrze zobaczyłem 61 sekund, zmobilizowało to mnie i wiedziałem, że może się udać. A gdy minąłem 600 metrów i zobaczyłem 1 minutę 14 sekund, wiedziałem już, że biegnę po rekord świata – mówił dzień później na konferencji prasowej. Dodał też, że gdyby nie miał za sobą eliminacji i półfinału, a jego noga wolna byłaby od drobnego bólu, wynik tego dnia mógłby być nawet jeszcze lepszy.

Warto przypomnieć, że tamten bieg był genialny także w wykonaniu pozostałych zawodników. Wystarczy wspomnieć, że drugi na mecie Nijel Amos ustanowił nowy, kosmiczny rekord świata juniorów (1:41,73), a wynik ósmego Brytyjczyka Andrew Osagie (1:43,77) dawałby – uwaga – medal na trzech wcześniejszych igrzyskach!

Później Rudishy coraz częściej zaczęły jednak doskwierać kontuzje. Przez uraz kolana, który odniósł podczas treningu w Nowym Jorku, stracił w zasadzie cały sezon 2015 i zabrakło go na mistrzostwach świata w Moskwie.

Kiedy jego powrót na bieżnię się opóźniał, sportowe media na całym świecie zdębiały też po przeczytaniu artykułu, który ukazał się w kenijskiej gazecie „The Standard”. Dziennikarze napisali w nim, że Rudisha kończy karierę, a materiał opatrzono wypowiedziami zawodnika i jego trenera. Było podejrzenie, że to żart primaaprilisowy, ale ponieważ materiał ukazał się 31 marca tuż po godzinie 18, uznano, że chyba jednak nie i informacja rozeszła się jak zaraza. Potem okazało się, że był to oczywiście fake, co potwierdził sam trener O’Connell. Jego podopieczny wrócił po kontuzji kolana i to w jakim stylu: zdobył drugi tytuł mistrza świata, a później zgarnął złoto na igrzyskach w Rio de Janeiro.

Miał wtedy tylko 27 lat, ale niestety, igrzyska w Brazylii były dla niego jak do tej pory ostatnim poważnym bieganiem. David Rudisha wciąż marzy o 2020 r. i trzecim olimpijskim złocie, ale w drodze do Tokio kontuzje zabrały mu już prawie trzy sezony. Jeśli chce zdążyć na samolot do Japonii, musi więc mocno przyspieszyć.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez