Kaczor: Słyszałem, że zakwaszenie, jakie osiągamy, jest śmiertelne dla zwykłych ludzi

Kaczor: Słyszałem, że zakwaszenie, jakie osiągamy, jest śmiertelne dla zwykłych ludzi

Tomasz Kaczor to jeden z naszych faworytów do walki o medale na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Kanadyjkarz jest aktualnym wicemistrzem świata i jednym z najlepszych kajakarzy w stawce. Nieco ponad dwa lata temu mało jednak brakowało, by zakończył karierę. Ruszył bowiem do Anglii pracować na… fermie indyków. W rozmowie w audycji “Kierunek Tokio” opowiada o tamtych doświadczeniach, nadziejach na występ w Tokio, finansowaniu kajakarstwa i popularności tej dyscypliny, ubiegłorocznej kontuzji czy treningu, jaki aktualnie wykonuje. 

KAMIL GAPIŃSKI: Zacząłbym od pytania, które może nurtować wiele osób: czym różni się kajakarstwo od wioślarstwa? Nie każdy, kto nas słucha, może te różnice znać.

TOMASZ KACZOR: Przede wszystkim podstawową różnicą jest to, że my płyniemy… przodem do przodu, tak można by powiedzieć. Natomiast wioślarze płyną tyłem do mety. My, kanadyjkarze, mamy jedno wiosło, klęczymy przy tym na kolanie. Wioślarze siedzą w łódkach, mają wózki przesuwne. Na jedynkach płyną na dwa wiosła, a osady mogą mieć różne kombinacje: wiosła długie, krótkie, pojedyncze i podwójne. Dystanse też są inne – wioślarze pływają nawet na odcinku dwóch kilometrów, natomiast my maksymalnie na jednym.

Jak to wygląda w przypadku treningu, czy macie też tak urozmaicony jak wioślarze? Pamiętam jak Asia Dorociak czy Adam Korol opowiadali mi, że zimą cały czas trenują gdzieś w Jakuszycach na nartach biegowych i sporo dzieje się poza wodą. U kajakarzy jest podobnie?

Tak, trening mamy bardzo urozmaicony. W zimach wyjeżdżamy w wysokie góry, na przykład do włoskiego Livigno. Tam trenujemy na nartach biegowych. Mamy też trening na siłowni, trening biegowy, a do tego pływacki. Nie oszukujmy się – w pewnym momencie po prostu trzeba odłożyć wiosło na haczyk i nieco odpocząć psychicznie od tego treningu na wodzie.

Właśnie, bo to bardzo trudne zajęcia. Pamiętam, że jak Adam Korol wziął się za bieganie maratonów i robił to w szybkim czasie jak na kogoś o jego posturze. Spytałem go wtedy: „Adam, tobie się chce jeszcze tak ciężko trenować po karierze wioślarza?”. A on spojrzał na mnie i powiedział: „Ciężko to ja trenowałem jako profesjonalista. Teraz? Takie bieganie to jest po to, żeby utrzymać formę, nie zdziadzieć”. Wy też tak trenujecie tak ciężko, że takie bieganie po karierze wydałoby się, ot, pstryknięciem?

Adam miał rację. Ciężko to my trenujemy teraz w trakcie naszej kariery. Sam mogę powiedzieć, że przez ostatnie dziewięć tygodni przepłynąłem jakieś 1000-1200 kilometrów na wodzie. Jest więc co robić. Takie treningi po zakończeniu kariery to już będzie przyjemność.

W tym szczycie treningu ile godzin w tygodniu spędzacie na wodzie?

Jeden trening na wodzie w okresie przed igrzyskami czy mistrzostwami świata trwa maksymalnie półtora godziny. Liczy się intensywność, więc to krótszy trening. Natomiast teraz, w okresie przygotowawczym do sezonu, to są treningi długie, żmudne, z odcinkami od dwóch do sześciu kilometrów. Taki trening trwa około dwóch godzin i pływa się wtedy jakieś 20 kilometrów. Natomiast w tym okresie przed igrzyskami to jest z kolei 10-12 kilometrów.

ROZMOWY MOŻECIE POSŁUCHAĆ TEŻ W FORMIE PODCASTU W AUDYCJI “KIERUNEK TOKIO” TWORZONEJ WE WSPÓŁPRACY Z PKN ORLEN

Jaka była twoja pierwsza myśl rok temu, gdy okazało się, że igrzyska nie odbędą się w 2020 roku?

Moja pierwsza myśl… Wiadomo, że było troszkę złości, ale też ucieszyłem się, bo na jednym z obozów doznałem kontuzji. Zresztą nawet nie wiedziałem, że to poważny uraz, myślałem, że jakieś przeciążenie barków, a okazało się, że wymaga operacji, bo to zerwanie całkowite mięśnia nadgrzebieniowego. Dla mnie był to więc też taki szczęśliwszy moment – że mam dodatkowy rok, by przygotować się do startu w igrzyskach i będę mógł powalczyć o wyjazd na nie. A w Tokio, mam nadzieję, popłynąć po medal.

To faktycznie jest kontuzja, po której nie jest łatwo wrócić. Sam miałem zerwane więzadła w barku po wypadku na rowerze i wiem, że to żmudna rehabilitacja, która wymaga czasu, a pełen zakres ruchu nie wraca od razu. Ta kontuzja u ciebie kiedy miała miejsce?

Doznałem jej dokładnie 15 lutego zeszłego roku, a 6 kwietnia minie rok od operacji.

To faktycznie mogłoby zabraknąć czasu na rehabilitację, a tak wyjazd na igrzyska cały czas jest możliwy. W jakich konkurencjach miałbyś tam wystartować? Czytając wywiad na stronie TVP Sport dowiedziałem się, że nie tylko jedynka, ale możliwe, że i w dwójce? Jak na dziś wyglądają przygotowania?

Program olimpijski jest tak ustawiony, że pozwala na wystartowanie w dwóch konkurencjach. 1-2 sierpnia będzie rywalizacja w dwójkach, a około 7 sierpnia startuje się w jedynkach. Jest bardzo dużo czasu, żeby to wszystko poukładać i wystartować i tu, i tu. Treningi dzielimy – jeden robimy na jedynkach, drugi na dwójce, albo odwrotnie. Zależy, jak wygląda nasz plan i co chcemy w danym momencie sprawdzić w tej dwójce. Na pewno nasz pierwszy start w tym roku to będzie wyścig na dwójkach, bo już 17 kwietnia w Wałczu mamy pierwsze eliminacje o wyjazd na igrzyska – właśnie w C-2. Pierwsze dwie osady kwalifikują się na Puchar Świata do Szeged i tam rozstrzygniemy, która dwójka jedzie na igrzyska olimpijskie. Po prostu: ta, która będzie wyżej na zawodach, ta popłynie na igrzyskach olimpijskich.

Ty już dwukrotnie w nich startowałeś…

Tak, w Londynie zająłem 9. miejsce w C-2 na 1000 metrów razem z Marcinem Grzybowskim, natomiast w Rio byłem 8. w C-1, też na dystansie 1000 metrów. Mógłby być już medal w Rio de Janeiro, ale nie dostałem informacji od team leadera, że został zmieniony system kwalifikacji i godziny startów między przedbiegiem a półfinałem. Nie wiedziałem o tym i za mocno popłynąłem w biegu eliminacyjnym, a potem zabrakło mi jednej dziesiątej sekundy do wejścia do finału. Finał B pokazał, że byłem bardzo dobrze przygotowany. Jeszcze na 100 metrów przed metą międzyczasy wskazywały, że płynąłem w tempie na złoty medal.

Można było się nieźle wkurzyć.

Tak, myślałem, że połamię wiosło i przegryzę sobie tętnicę. Czułem sporą sportową złość, nie ukrywam, że polały się też łzy. Nie ze swojej winy przegrałem możliwy medal.

Ciebie życie generalnie doświadczyło, tak mi się wydaje. Zaliczyłeś przecież nawet wyjazd do Anglii, by pracować tam na fermie indyków. Ciężka, fizyczna robota, którą wykonywał przecież jeden z naszych najlepszych kajakarzy. Jak do tego doszło?

2018 rok był dla mnie bardzo specyficzny. Dużo chorowałem, zaliczyłem troszkę słabszy sezon, minimalnie przegrałem eliminacje do mistrzostw świata w Polsce i od razu zostałem „skasowany”. Nie miałem możliwości rywalizacji w wyścigu na 1000 metrów, wystartowałem przez to na dystansie o połowę krótszym, a to konkurencja nieolimpijska, więc żeby uzyskać stypendium trzeba mieć w niej medal. Ja byłem na mistrzostwach szósty, więc zostałem bez jakichkolwiek pieniędzy.

Musiałem pomyśleć co dalej, bo oszczędności się kończyły. Na mistrzostwach świata usłyszałem, że nie zostanę sam, a związek mi pomoże, natomiast ta pomoc przez kolejne miesiące nie przychodziła. Nikt się nie odzywał, mimo moich telefonów. Cały czas słyszałem, że jeszcze troszkę muszę poczekać. Ale miesiące mijały, a że mam dzieci, to nie mogłem myśleć tylko o sobie. Więc wyjechałem do Anglii, tam pracowałem na fermie indyków, aż zadzwonił magiczny telefon z Chin od trenera Marka Plocha i 2 stycznia 2019 roku już siedziałem w samolocie, lecąc tam [został asystentem trenera Plocha, który szkolił chińskich kajakarzy – przyp. red.].

Mnie się w ogóle nie podoba ten system. Rozmawiałem o tym ostatnio z Łukaszem Gutkowskim, naszym pięcioboistą. On akurat ma wsparcie z wojska, bo jest żołnierzem. Natomiast w takich sportach mniej popularnych, gdy wypadnie się na rok z finansowania, bo potknie się noga czy to przez chorobę, czy przez kontuzję, to cię nie ma. To jest trochę niesprawiedliwe. Przecież każdy człowiek czy sportowiec ma prawo do słabości, gorszego sezonu. A was taki gorszy sezon właściwie skreśla, bo jak masz wrócić na wysoki poziom bez pieniędzy na treningi?

Tak to niestety jest. Kajakarstwo należy do dyscyplin niszowych. Nawet trudno dostać nam się w kwestii finansowania do spółek Skarbu Państwa, w ramach nowego programu, który na to pozwala. Sam mogę powiedzieć, że spróbowałem, napisałem maila i nie dostałem do dziś żadnej odpowiedzi, co trzeba zrobić, żeby się tam dostać. Do wojska też kilkukrotnie próbowałem, ale mojej konkurencji nie ma na wojskowych igrzyskach czy mistrzostwach świata. Więc wojsku nie opłaca się trzymać takich zawodników. Trzeba sobie radzić samemu.

A powiedz mi – z czego wynika to, że kajaki się w Polsce nie przyjęły? Pół kraju ogląda skoki narciarskie, bo są medale. Ale wy też zdobywacie medale – od 1988 roku nieprzerwanie mamy jakichś kajakarzy na olimpijskim podium. To jest nieprawdopodobnie długa seria, dłuższa, niż jesteś na świecie. A jednak to taki sport, którym ludzie interesują się niemal wyłącznie w czasie igrzysk.

Nie wiem, dlaczego tak jest. Może to błąd Polskiego Związku Kajakarstwa, że nie ma ludzi, którzy pracowaliby na to, żeby ten sport był bardziej popularny? Mam tu na myśli PR-owców, marketingowców i innych. Sam się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje, bo to dyscyplina, którą można trenować wszędzie. Podobały mi się słowa żony Kamila Stocha, która mówiła, że nie rozumie fenomenu skoków narciarskich – bo wszyscy tym żyją i oglądają, a niemal nikt nie będzie tego trenował. Kajakarstwo można trenować – można wypożyczyć zwykły kajak turystyczny i popływać po jeziorze czy wyjechać na spływ kajakowy. Więc nie wiem, czemu tak jest.

Sam spotykam się ze ścianą, chodząc na rozmowy z potencjalnymi sponsorami. Zawsze pada pytanie: „Przepraszam, a ile masz obserwujących na Facebooku czy Instagramie?”. Jak mówię, że jest ich około 5000, to jednak wychodzi, że „nie, nie, interesuje nas większa popularność”. Tak to dziś wygląda. Jeśli nie jest się popularnym w sieci, to nie jest się popularnym ogółem.

O HISTORII TOMASZA, JEGO WYJAZDACH DO ANGLII I CHIN ORAZ ZDOBYWANYCH MEDALI MOŻECIE SZERZEJ PRZECZYTAĆ W NASZYM WYWIADZIE

Tomasz Kaczor: “Rzygałem już sportem, wiecznym udowadnianiem czegoś sobie i innym”

Wiemy, jak to działa. Dużo jest celebrytów, którzy mają na Instagramie po 200 tysięcy followersów, choć nie mają nic ciekawego do powiedzenia, ale podpisują potem umowy reklamowe. Nie jest to sprawiedliwe, ale świat tak właśnie działa. Zastanawiam się w jakich krajach kajakarstwo jest teraz najpopularniejsze? To na pewno Węgry i co jeszcze?

Widzę, że dzieje się coś w Brazylii, bo tam jest kanadyjkarz, mistrz świata – Isaquias Queiroz dos Santos. Trochę jest to popularne też w Niemczech. Na pewno jednak króluje na Węgrzech, tam kajakarze to wręcz celebryci. W Czechach dobrze radzi sobie Martin Fuksa, jest sponsorowany przez Red Bulla, a mają też Josefa Dostala. W Hiszpanii Saul Craviotto, mistrz olimpijski, wygrał tamtejszego MasterChefa, co też pokazało, że kajakarstwo jest tam popularne. Na świecie kajakarze są rozpoznawalni, a kajakarstwo uprawiane. Nie wiem, czemu w Polsce to dyscyplina, która cały czas próbuje się przebić, ale jest jej trudno. Może dlatego, że nie mamy jeszcze złotego medalu olimpijskiego? Może to jest coś, co hamuje tę dyscyplinę.

Wioślarze takie mieli, a też wyhamowało. Akurat koleguję się z Asią Dorociak, nasza wioślarską wicemistrzynią Europy, która mieszka w Warszawie. Widzę, że ludzie przychodzą to wioślarstwo trenować. Często są to takie firmowe wypady dla większej grupy, żeby nauczyć się wiosłować. To jest fajna forma wyżycia się i ruchu dla kogoś, kto nie lubi biegać czy jeździć na rowerze, natomiast nie wchodzi to ciągle na taki poziom popularności. Kiedyś, gdy regularnie bywałem w Amsterdamie, to biegnąc wzdłuż rzeki mogłem się ścigać z wioślarzami.

Jak tak teraz mówisz, to naszła mnie taka myśl, że Iga Świątek, gdy wygrała Roland Garros, to od razu ze strony Ministerstwa Sportu wyszedł program pod hasłem: „Budujmy korty tenisowe”, żeby to ruszyć. W kajakarstwie czy wioślarstwie to się nie dzieje. W 2019 roku mieliśmy znakomite mistrzostwa świata – pięć srebrnych medali, prawie komplet kwalifikacji olimpijskich – i nie było takiego boomu. Nie ma czegoś takiego, że są medale, więc nagle robimy programy, by zachęcać ludzi do takiej aktywności. To jest niesprawiedliwe, bo jeżeli mamy traktować wszystkich równo, to traktujmy wszystkich równo. A nie że ktoś zrobił nieco większy medialnie wynik, to idziemy tylko w tę stronę.

To jest kwestia tego, że tenis jest sportem globalnym, jednym z największych obok piłki nożnej na całym świecie. Więc gdy osiąga się taki sukces, to jest łatwiej i sponsorzy się o ciebie biją. Powiedz mi jednak – gdy patrzysz na potencjalny skład finału olimpijskiego w jedynkach, to widzisz kogoś mocniejszego od siebie na ten moment? Czy uważasz, że jesteś najsilniejszym kajakarzem?

Nie chcę zapeszać. Czuję się dobrze. Tor zawsze weryfikuje. Mogę powiedzieć, że dwa lata temu na mistrzostwach świata skreślaliśmy po Pucharach Świata Brazylijczyka dos Santosa, który był w finałach, ale bywało, że nie potrafił nawet dopłynąć do mety. A na samych MŚ zdobył złoto. Na dziś trudno cokolwiek powiedzieć, bo ten sezon się jeszcze nie rozpoczął, nie wiemy, kto jest w jakiej formie. Za niedługo zaczną się pierwsze eliminacje, po czasach zobaczymy, jak ludzie pływają. Sam czuję się mocny, ale sport jest nieprzewidywalny. Dziś mogę czuć się dobrze, a przyjdzie godzina zero i coś wyskoczy. Myślę, że jeżeli wszystko potoczy się zgodnie z planem, to będzie dobrze. Wiadomo, że tor olimpijski jest torem specyficznym – byłem tam, przetestowałem go i jeżeli będzie tak, jak było na teście olimpijskim – a takie są prognozy – to będzie wiać z lewej strony, przez co zawodnicy wiosłujący z lewej będą uprzywilejowani.

I na tym ta specyfika polega, tak?

Tak, w kanadyjkach jest właśnie taki problem, że wiosłujemy albo z lewej, albo z prawej strony. Jeżeli warunki są idealne – czyli płyniemy z wiatrem wiejącym prosto w plecy, albo prosto w twarz, to wygrywa najlepszy zawodnik. Natomiast gdy trafiają się takie warunki, że wieje lekko z lewej lub prawej, to uprzywilejowani są zawodnicy wiosłujący z tej strony, z której wieje. Bo mniej muszą skupiać się na sterowaniu łódką, mają większy komfort.

Powiedz jeszcze – ile trwa taki wyścig, na jakim kończysz go zakwaszeniu i jakie jest twoje maksymalne tętno, gdy płyniesz tam na maksimum możliwości?

Tętno to jest około 200 uderzeń na minutę. A zakwaszenie? Powyżej 24 mmoL na pewno, czasem nawet około 30. Dla normalnego człowieka to podobno dawka śmiertelna. A dystans zależy od warunków. Jeżeli płyniemy z wiatrem, to pokonujemy go w jakieś 3 minuty i 43 sekundy. Jeżeli pod wiatr, to trwa to około czterech minut.

Ile dochodzi się do siebie po takim starcie? Pamiętam, że Magda Fularczyk-Kozłowska kiedyś była z wioseł zdejmowana na wózek inwalidzki i nie była w stanie dojść na podium, bo była tak rozwalona.

Jeżeli się zdobywa medal, to dochodzi się do siebie szybko. (śmiech) Natomiast jak coś pójdzie nie po naszej myśli, to trwa to dłużej. Myślę, że trwa to jakiś dzień. Bo czuje się to wyjechanie, w gardle krew, przed oczami robi się ciemno. Miałem takie starty, gdy płynąłem ostatnie sto metrów, i nic z nich nie pamiętałem. To jest takie mocne wyjechanie. Pamiętam też biegi, gdzie kończyłem w wodzie i ratownicy wyciągali mnie z niej do motorówki, bo nie byłem w stanie ustać na kanadyjce. Są takie momenty, gdy człowiek przebija ścianę. Na mistrzostwach świata półfinał kosztował mnie tyle sił, że skończyłem w karetce. Natomiast po finale nie czułem zmęczenia. Bo w półfinale przebiłem tę ścianę, a potem stawiałem tylko kropkę nad i.

ROZMAWIAŁ
KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Pueblo
Pueblo
22 dni temu

Bardzo fajny wywiad

Aktualności

Kalendarz imprez