Już nie tylko deblistka. Jak Barbora Krejcikova stała się mistrzynią

Już nie tylko deblistka. Jak Barbora Krejcikova stała się mistrzynią

Do niedawna była uważana wyłącznie za deblistkę co ją denerwowało. Od zawsze wierzyła, że może też osiągać sukcesy w singlu, choć jej wyniki na to nie wskazywały. Jeszcze rok temu była poza pierwszą setką rankingu WTA. Na tegorocznym Roland Garros przeszła jednak do historii i udowodniła, że nawet dziewczyna, której wyniki badań jeszcze kilka lat wcześniej sugerowały, że nie ma szans na sukcesy, może osiągnąć ogromny.

Mączka, czyli jej teren

Gdy turniej się zaczynał, nikt nie stawiał, że Barbora Krejcikova może wygrać rywalizację singlistek. Gdyby tworzyć listę faworytek, nie znalazłaby się na niej zapewne nawet wtedy, gdyby ta liczyła 30 nazwisk. Czeszka co prawda w rankingu zajmowała pozycję tuż za tą trzydziestką, ale nie była nawet rozstawiona. French Open jej jednak odpowiada. W 2020 roku rozegrała tam najlepszy singlowy turniej wielkoszlemowy w karierze – doszła do czwartej rundy. Dwa lata wcześniej to w Paryżu wygrała pierwszy tytuł tej rangi, ale w deblu. Choć do tego jeszcze przejdziemy. W każdym razie – wydawało się oczywiste, że jeśli gdzieś ma pokusić się o dobry rezultat, to właśnie na kortach Rolanda Garrosa.

Już w zeszłym roku, po porażce w czwartej rundzie, mówiła, że wreszcie pokazuje grę, jaką chciała prezentować od dawna. Wtedy ograła ją inna niespodzianka tamtego turnieju – Nadia Podoroska. Ta sama, którą Iga Świątek pokonała później w półfinale. To był jednak już pewien sygnał, głównie dla samej Barbory. To był też turniej, który pomógł jej awansować w rankingu. Przebijała się powoli. Do setki awansowała przecież dopiero w wieku 24 lat. Gdy już to jednak zrobiła, poszło szybko.

Zwieńczeniem jej wznoszenia się było tegoroczne Roland Garros. Nie miała tam łatwej drogi. Zaczęła od zwycięstwa z rodaczką Kristyną Pliskovą. Potem pokonała ostatnią na liście rozstawionych Jekatierinę Aleksandrową. A później się zaczęło. Najpierw turniejowa piątka, Elina Switolina. Ukrainka ugrała ledwie pięć gemów i sensacyjnie przegrała. Po niej potwierdzenie formy w meczu ze Sloane Stephens (6:2 6:0) i awans do pierwszego w karierze ćwierćfinału. Mecz był dla Barbory łatwy, choć wcześniej przeżywała problemy.

Obudziłam się i czułam bardzo źle. Nie wiem dlaczego. Byłam bardzo zestresowana. Pół godziny przed meczem nie chciałam wychodzić na kort, tak źle się czułam. Musiałam zamknąć się w pokoju fizjoterapeutów i porozmawiać z moim psychologiem. Płakałam przy tym. Nie mam jednak pojęcia dlaczego, to po prostu się stało. Gdy wychodziłam na kort, nadal czułam się źle. Wiem, że nie było tego widać. Dopiero po pierwszym punkcie wszystko stało się nieco łatwiejsze, lepsze. Potem ją przełamałam i poczułam, że mogę z nią wygrać – opowiadała już po spotkaniu.

To o tyle zaskakujące wyznanie, że przez cały turniej podkreślano przede wszystkim odporność psychiczną Barbory. Ta okazała się niesamowicie ważna w kolejnych meczach – w ćwierćfinale, gdzie rywalizowała z nastoletnią Coco Gauff w pierwszym secie, wygranym po zaciętym tie-breaku. Drugi był już łatwiejszy i Barbora weszła do półfinału. – Bardzo doceniam to, że tu jestem. Że gram tenis, robię to co kocham i mogę grać przeciwko tak wspaniałym rywalkom – mówiła wtedy Czeszka.

W półfinale po niesamowitym spotkaniu, pełnym zwrotów akcji spotkaniu, wygrała z Marią Sakkari. W trzecim secie było 9:7, a Greczynka wydawała się być w pewnym momencie już w finale. Ostatecznie przegrała, a cieszyła się Czeszka. – Myślę, że obie zasłużyłyśmy na zwycięstwo, ale może to zrobić tylko jedna osoba. Mecz był pełen wzlotów i upadków. Powtarzałam sobie: po prostu walcz. Walcz, walcz, walcz. Do ostatniego punktu. Cieszę się, że mi się to udało – mówiła.

W finale było łatwiej. Z Anastasiją Pawluczenkową też grała trzy sety, ale ostatni wygrała szybciej (darujmy już kontrowersje związane z oznaczaniem śladów po piłkach). I została mistrzynią wielkoszlemową w singlu. Rok, ba, nawet miesiąc wcześniej, mogła tylko o tym marzyć. W teorii nie był to realny cel. W praktyce okazało się, że sport jest nieprzewidywalny. I że nawet zawodniczka, która nigdy nie była uznaną singlistką, która nie wykazywała wielkiego potencjału do gry pojedynczej, może wygrać jeden z czterech najważniejszych turniejów świata.

A potem dołożyć jeszcze triumf w deblu, zostając pierwsza tenisistką z podwójnym triumfem na Roland Garros od Mary Pierce w 2000 roku.

Co dwie rakiety, to nie jedna

Barbora Krejcikova i Katerina Siniakova w finale Roland Garros pokonały parę, której szczególnie kibicowaliśmy – Bethanie Mattek-Sands i Igę Świątek. Wygrały gładko, zresztą podobnie jak rundę wcześniej, gdy odprawiły inną polsko-amerykańską parę, czyli Magdę Linette i Bernardę Perę. Mimo że Bethanie jest bardzo doświadczoną deblistką, a Iga potrafi znakomicie grać na mączce, to zwycięstwo Czeszek w finale nie było niespodzianką

Barbora i Katerina to od kilku dobrych lat jedna z najlepszych par na świecie. Prym w tej dwójce wiedzie zresztą właśnie Krejcikova. W 2018 roku wspólnie wygrały Roland Garros i natychmiast poprawiły Wimbledonem. Dziwić może, że właściwie… obie nie pamiętają, jak ta cała ich współpraca się zaczęła. Ale trwa od lat.

Współpracę z Kateriną zaczęłyśmy już w juniorach, gdzie wygrałyśmy trzy Wielkie Szlemy. Nie pamiętam, kto zapytał o wspólną grę. Następnie grałyśmy razem w niektórych turniejach ITF. Dotarłyśmy w 2016 roku w French Open do półfinału, a w Wimbledonie i US Open do ćwierćfinału. Po tym, jak grałyśmy razem w turnieju w Moskwie w 2017, zdecydowałyśmy, że zagramy wspólnie w 2018 roku – wspominała Barbora w wywiadzie dla portalu Poinformowani.

Niedługo po seniorskim triumfie w Wimbledonie obie wspięły się na pozycję liderek deblowego rankingu WTA. Były najlepszą parą świata, parą, której musiał się obawiać każdy. Przez następne dwa sezony zawsze były w czołówce, choć największych turniejów nie wygrywały. Przynajmniej razem. Barbora od trzech lat pozostaje bowiem – dwukrotnie z Rajeevem Ramem i raz z Nikolą Mekticiem – mistrzynią Australian Open w mikście.

Nie dziwi, że takie sukcesy przypięły jej pewną łatkę, której ona sama nie lubiła.

Nigdy nie chciałam być tylko deblistką. To inni przypięli mi taki tytuł. Grasz debla, więc to znaczy, że jesteś specjalistką od niego. Sama nigdy tak o sobie nie myślałam. Wygrałyśmy dwa pierwsze turnieje wielkoszlemowe, gdy miałam 22 lata. Nie chciałam w takim wieku decydować o tym, że gram głównie w debla. Chciałam grać turnieje singlowe, ciężko pracować, poprawiać swoją grę – mówiła.

Długo frustrowało ją to, że nie była w stanie się poprawić. Próbowała współpracy z różnymi trenerami, jej celem była pierwsza setka rankingu WTA. Maciej Synówka, który przez pewien czas ją prowadził, wspominał w rozmowie ze sport.pl, że Krejcikova miała jednak duży problem. Może i zależało jej bardzo na singlu, ale to debel dawał jej środki do życia. W dodatku badania wskazywały na to, że Krejcikova ma braki w przygotowaniu kondycyjnym, których nie da się nadrobić.

– Czuła, że nie może ani trochę zrezygnować z turniejów deblowych. To w deblu zarabiała pieniądze. I bardzo trudno było połączyć jej kalendarz deblowy, z 20 turniejami w roku, z singlem. Tu trzeba by było dodać chociaż z 10-15 turniejów. A nie mogliśmy iść taką drogą, skoro miałem na piśmie, że to tenisistka z bardzo dużymi ograniczeniami wydolnościowymi. […] chciałem, żeby ona odpuściła granie debla i postawiła na dobre tygodnie treningowe. A ona widziała to tak, że debla będzie kontynuowała na najwyższym poziomie, granie singla się jakoś samo ułoży, a pracy w ogóle nie będzie. O to poszło. Zawodniczka 150. w rankingu WTA chciała zrobić krok do przodu, wchodząc do setki, ale nie była gotowa wszystkiego wokół siebie poukładać. Ona chciała to zrobić niewiele zmieniając. Mówiłem, że musi się chociaż trochę poprawić motorycznie. Nie słuchała – mówił.

Ostatecznie faktycznie udało jej się to jakoś połączyć. Jak? Trudno stwierdzić. Może zmieniła coś w przygotowaniu, może pomogła przerwa wywołana pandemią – przecież to zaraz po niej zaczął się jej skok ku wyższym pozycjom i lepszym występom w singlu – i w jej trakcie poukładała sobie pewne sprawy. Ona sama twierdzi, że to po prostu kwestia wiary w siebie.

Zawsze wierzyłam, że mogę grać też świetnie w singlu. Po prostu dochodziłam do tego nieco dłużej. Staram się pozostawać pozytywną osobą, ale mam wrażenie, że wychowano mnie w poczuciu tego, że niektóre rzeczy będą trudne, a ja nie będę czuć się pewnie. Trudno było mi to zmienić – mówiła. Więc może jest jeszcze jedna przyczyna – w końcu udała jej się ta zamian. Zaczęła ufać swoim umiejętnościom.

To zresztą zdawała się potwierdzać przy innej okazji, gdy mówiła, że kiedyś usłyszała Anę Ivanović, mówiącą o tym, że gdy wychodzi na kort, stara się po prostu cieszyć meczem. I nigdy tego nie rozumiała, dla niej każde spotkanie to była wyłącznie pogoń za zwycięstwem i mnóstwo stresu. Z czasem jednak pojawiła się i radość, zaczęła dostrzegać, że nie liczy się tylko wygrana. Właśnie wtedy zaczęła odnosić więcej zwycięstw.

Stała się dumą czeskiego tenisa. Nie pierwszą zresztą.

Czesi potrafią

O ile ich męski tenis przeżywa kryzys – choć oni są przekonani, że szybko się z niego wygrzebią – o tyle kobiecy od lat ma znakomite zawodniczki. Petra Kvitova to dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowa. Karolina Pliskova była liderką rankingu WTA. Marketa Vondrousova jest predestynowana do bycia jedną z największych gwiazd kobiecego tenisa w niedalekiej przyszłości. A do tego dochodzą zawodniczki z dalszych miejsc w rankingu, jak i znakomite deblistki.

W tej chwili w najlepszej setce rankingu WTA aż 10 (!) zawodniczek to Czeszki. Amerykanki, postrzegane jako absolutna potęga kobiecego tenisa, mają ich 16. Tyle że w USA żyje 328, a w Czechach 10 milionów ludzi. Możemy też porównać się z nimi my – w czołowej setce rankingu mamy aktualnie ledwie dwie tenisistki – Igę Świątek i Magdę Linette.

Czesi kochają tenis. Zawsze to powtarzają. Mają też w tym sporcie duże tradycje. Za dzisiejszymi sukcesami stoi cała plejada wielkich postaci. Ivan Lendl, Jana Novotna, Martina Navratilova, Petr Korda… Nawet jeśli Martina zaczęła potem reprezentować USA, to jednak wielkie sukcesy odnosiła też w barwach Czechosłowacji. Ich osiągnięcia pozwalały na rozwój infrastruktury, zwiększyły zainteresowanie sportem, na tej bazie powstało mnóstwo klubów, nawet w niewielkich miejscowościach, do których przyciągano dzieci.

W Czechach wielu czołowych tenisistów i wiele czołowych tenisistek oddaje część zarobków z kortów na rzecz związku. Ten wykorzystuje je na rzecz kształcenia kolejnych mistrzów czy mistrzyń. Ma zresztą do tego trzy wielkie ośrodki, gdzie trafia najzdolniejsza młodzież i trenuje pod okiem najlepszych trenerów.

Ludziom się to podoba, bo tenis u naszych południowych sąsiadów to jeden z najbardziej kochanych sportów. Na pewno przegrywa z piłką nożną i hokejem, ale z innymi dyscyplinami już niekoniecznie. Widać to w dużej mierze po tym, jak Czesi grają w Pucharze Federacji (dziś funkcjonującym już pod inną nazwą) czy Pucharze Davisa, gdzie ich reprezentacje potrafiły odnosić wielkie sukcesy. Do tego sporym zainteresowaniem cieszy się też… liga. Często grają tam też nasi zawodnicy. Na przykład Łukasz Kubot od lat trenuje w Czechach, to dla niego wręcz drugi dom. Ma tam takie warunki o jakich w Polsce mógłby tylko pomarzyć.

Barbora Krejcikova przez to wszystko przeszła i dziś widać efekt. Szybko zauważono, że ma talent do debla. Umiejętnie połączono ją z Kateriną Siniakovą. Stworzono tym samym znakomitą parę, która wygrała już trzy tytuły wielkoszlemowe. Do tego znakomicie wyszkolono Barborę pod względem technicznym, nawet jeśli odstawała fizycznie. Reszty, oczywiście, musiała nauczyć się sama, w miarę rozgrywania kolejnych meczów i turniejów. I zrobiła to.

W tym że dziś jest jedną z najlepszych tenisistek świata, spora jednak zasługa czeskiego systemu. A może jeszcze większa jednej z czeskich mistrzyń z przeszłości.

Dzięki Janie, Dla Jany

Jak już wiecie – trochę to trwało, zanim Barbora doszła na szczyt. Jej droga zaczęła się, gdy Czeszka miała jakieś trzy lata. Wtedy zaczęła chodzić na kort w Ivančicach razem z mamą i Petrem, swoim starszym bratem. Tenis od początku lubiła, sprawiał jej mnóstwo frajdy. Choć najpierw głównie biegała z rakietą przy ścianie i próbowała odbijać o nią piłkę. Dopiero z czasem pozwolono jej faktycznie wyjść na ceglany kort i przebijać przez siatkę.

Dorastałam w małym mieście. Właściwie nie mieliśmy tam profesjonalnych trenerów, niczego takiego. W tamtym czasie w ogóle nie myślałam, że będę grać zawodowo. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że dojdę do finału turnieju wielkoszlemowego. Tak naprawdę nadal nie wierzę, że się udało – wspominała.

Pierwsze sukcesy zaczęła odnosić w małych turniejach w kraju w kategorii do lat dwunastu. Ani przez moment nie była jednak najlepsza w kraju. Zawsze były zawodniczki bardziej uzdolnione czy lepiej przygotowane. Dlatego nadal – nawet gdy wygrywała kolejne mniejsze czy większe imprezy – nie zakładała, że będzie grać profesjonalnie. Dopiero gdy występowała w juniorskim Wielkim Szlemie i tam odnosiła sukcesy, stwierdziła, że skoro tak dobrze jej idzie, to przecież może to robić i wśród seniorek.

Za młodu podziwiała Justine Henin. Gdy spotkała ją po latach, wręcz skamieniała. Nie dowierzała, że Belgijka wie, kim Barbora jest i zna jej imię. Wspominała, że to była dla niej niesamowita chwila. Największy wpływ na jej grę i życie wywarła jednak inna była gwiazda – Jana Novotna. Czeszka w przeszłości wygrała Wimbledon, w swojej trzeciej próbie. Dwa wcześniejsze finały przegrała, po pierwszym do historii przeszły jej łzy. Do tego była fenomenalną deblistką, która odnosiła w grze podwójnej ogromne sukcesy.

Po latach została trenerką Barbory. Początki ich współpracy były jednak… niecodzienne. Osiemnastoletnia Krejcikova dowiedziała się, że Novotna mieszka blisko. Poszła do niej z listem w kopercie, przedstawiła się, wręczyła jej list i poszła. W nim tłumaczyła kim jest, że ma swoje aspiracje i cele w tenisie, które chciałaby osiągnąć. Prosiła byłą mistrzynię o porady i możliwość skorzystania z jej doświadczenia. Novotna była zaskoczona, ale pozytywnie – przede wszystkim szczerością i odwagą młodej dziewczyny.

Zdecydowała się jej pomóc i szybko stała się dla Barbory ważną postacią. Nie tylko pod względem tenisowym, ale też – a może przede wszystkim – w życiu. – Zawsze powtarzała mi, że nieważne ile tytułów wygram, zawsze muszę mówić „Dzień dobry”, „Dziękuję” i „Proszę”. Bo to ważne, by dobrze się zachowywać. Wszystkie takie jej rady zachowałam i je doceniam. To właśnie robiła, była znakomitą zawodniczką, ale pozostawała bardzo skromna i była dla mnie wzorem. Chcę być taka jak ona – mówiła.

Trudny moment przyszedł po czasie. Jana Novotna zachorowała, obie skończyły współpracę, by mogła podjąć leczenie. To nie dało jednak rezultatów. W 2017 roku była wielka mistrzyni zmarła, a Barbora długo nie mogła się po tym w pełni pozbierać. Gdy jej się udało, gdy zaczęła wygrywać – najpierw w deblu, a teraz też w singlu – przy okazji każdego sukcesu wspominała o Novotnej. Kiedy wygrywa to po części dzięki niej. I dla niej.

Po kolejnych meczach Roland Garros mówiła, że Jana pewnie skakałaby na trybunach z radości. Nie mogliśmy się o tym przekonać. Ale uśmiech Martiny Navratilovej, wręczającej trofeum za zwycięstwo w singlu, było widać nawet mimo noszonej przez nią maseczki. Jedna z najlepszych tenisistek w historii widziała, jak w Czechach wyrasta nowa wielka gwiazda. Kolejna w czeskiej sztafecie mistrzyń.

Po tamtym sukcesie Barbora mówiła, że teraz musi po prostu odpocząć. A potem? Wimbledon i igrzyska. Bo o medalu olimpijskim też marzy. A może i dwóch – przecież w parze z Siniakovą powinna być jedną z głównych faworytek turnieju deblowego.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez