Justyna Kasprzycka-Pyra kończy karierę. “Serce wciąż się rwie, ale…”

Justyna Kasprzycka-Pyra kończy karierę. “Serce wciąż się rwie, ale…”

W ostatnich latach jej rywalizacja z Kamilą Lićwinko napędzała polski skok wzwyż. Justyna Kasprzycka-Pyra w pewnym momencie ocierała się o podium najważniejszych światowych imprez, ale rozwój jej talentu zablokowały kontuzje. We wrześniu 2019 roku po długoletniej walce o zdrowie zawodniczka ogłosiła zakończenie kariery. “Nie jest łatwe rezygnowanie z kariery sportowej, kiedy człowiek musi, a nie kiedy chce. Serce wciąż się rwie, ale organizm już niestety nie pozwala” – powiedziała nam lekkoatletka.

Na salonach pojawiła się znienacka i trochę wbrew typowej sportowej logice. Nie była zdolną juniorką, która stopniowo dołączała do światowej czołówki, ale 25-letnią zawodniczka, która w pewnym momencie postawiła wszystko na jedną kartę i zaliczyła ogromny progres. Najlepsze wyniki osiągała w latach 2013-14, kiedy to na światowych arenach regularnie była klasyfikowana w ścisłej czołówce. Wtedy też wyśrubowała rekord życiowy do poziomu 1,99 m. Skąd ta metamorfoza?

– Główną rolę odegrała zmiana trenera i co za tym idzie samego sposobu trenowania. Od połowy 2012 roku postanowiłam wszystko zmienić i pozytywne skutki przyszły całkiem szybko. Teraz trochę żałuję, że zdecydowałam się na ten krok tak późno, bo organizm był już trochę wyeksploatowany i niestety moja kariera na najwyższym poziomie okazała się dość krótka – tłumaczy nam lekkoatletka, która od 2005 roku była związana z Wrocławiem.

Efekty były jednak wymierne. Najpierw podczas mistrzostw świata w Moskwie Kasprzycka-Pyra zajęła szóste miejsce, ale miała mimo wszystko ogromnego pecha, który prześladował ją potem także w innych momentach kariery. Zawody skończyła z zaliczoną wysokością 1,97 m – taką samą jak sklasyfikowane ex-aequo na trzecim miejscu Ruth Beitia i Anna Cziczerowa. Rywalki zaliczyły ją jednak przy pierwszym podejściu, a Polka dopiero przy trzecim.

Mimo wszystko ciężko było o niedosyt, bo tak dobrego startu na wielkiej imprezie Justyna Kasprzycka-Pyra wcześniej nie miała. Do tego w walce o medal pobiła rekord życiowy, czyli i tak zrobiła więcej niż można było oczekiwać. Mały zwrot akcji przyszedł po latach – w lutym 2019 roku niespodziewanie “awansowała” o jedno miejsce, bo doping udowodniono ówczesnej złotej medalistce – Rosjance Swietłanie Szkolinie.

Rosnące aspiracje Polka potwierdziła kilka miesięcy później. Podczas 15. Halowych Mistrzostw Świata w Sopocie zajęła czwarte miejsce, choć przed rozpoczęciem zawodów aż siedem uczestniczek mogło się pochwalić w tamtym sezonie lepszym wynikiem. Po drodze znów pobiła rekord życiowy. Z krajowej perspektywy całą uwagę skradła wówczas Kamila Lićwinko, która z wynikiem 2,00 m wywalczyła złoto ex-aequo z Mariją Kuczyną (dziś po mężu Łasickiene), śrubując przy okazji także rekord kraju.

Rewanż na koleżance z kadry udało się wziąć kilka miesięcy później podczas mistrzostw Polski na otwartym stadionie, na których Kasprzyckiej-Pyrze udało się obronić tytuł. Puentą sezonu miały być jednak mistrzostwa Europy w Zurychu, na których znów odezwał się niezwykły pech. W zawodach triumfowała Ruth Beitia (2,01), a za nią uplasowały się aż trzy zawodniczki z wynikiem 1,99 m.

Wśród nich była Polka, ale jako jedyna wróciła do domu bez medalu. Wszystko przez przypadkową i kompletnie nieprzewidzianą “zrzutkę” na otwierającej konkurs wysokości 1,85. Gdyby nie to, byłby brąz. Te wyniki pokazują jedno – mimo niewątpliwej przynależności do światowej czołówki Polce zawsze brakowało postawienia tej kropki nad “i”.

Gdy niedosyt zamienia się w ból…

– Nie będę ukrywać – jest niedosyt. Inaczej ocenia się całą karierę, kiedy ma się medale najważniejszych imprez. Na pewno gdyby wpadł jakiś medal, moje losy inaczej by się potoczyły, bo jako medalistka mogłabym potem liczyć na nieco inne traktowanie. Nie wiem, czy po ewentualnym medalu zdecydowałabym się na przeszkolenie wojskowe akurat w tym czasie. Bez medali inaczej myśli się o swojej przyszłości – zabezpieczenie finansowe jest ważne i w taki czy inny sposób się do niego dąży. To ciągłe ocieranie się o medale naprawdę bolało – tłumaczy Justyna Kasprzycka-Pyra.

Prawdziwy ból pojawił się niedługo potem i prześladował zawodniczkę przez wiele kolejnych lat. Zaczęło się w 2015 od zawodów w Nowym Jorku, kiedy to na rozgrzewce pojawił się problem z łydką. Pierwszy dyskomfort zaistniał jednak tydzień wcześniej w Birmingham. Diagnoza na rok przed wymarzonymi igrzyskami olimpijskimi brzmiała jak wyrok: zerwane ścięgno Achillesa. Noga trafiła w gips, ale kiedy udało się wyleczyć tę kontuzję, pojawił się kolejny problem – przewlekły uraz stawu skokowego.

– Skok wzwyż jest specyficzną konkurencją w kontekście urazów, bo odbijam się po łuku, w nie do końca naturalny sposób. Staw skokowy jest u mnie o wiele bardziej narażony na kontuzję i wiele razy przez to cierpiałam. Moje problemy ze ścięgnem Achillesa i stawem skokowym były w jakimś sensie powiązane. Po operacji Achillesa miałam nogę w gipsie przez 4 tygodnie. Była tam niestety ułożona w sposób nienaturalny i lekko skrzywiony, co mogło spotęgować późniejsze problemy ze stawem skokowym – przyznaje rekonwalescentka.

Czas leciał, a na drodze piętrzyły się kolejne problemy. Szczególnie bolesne były igrzyska, które mogła obejrzeć tylko w telewizji. Można sobie tylko wyobrazić, co musiała czuć zawodniczka, która nie tak dawno śrubowała rekord życiowy do poziomu 1,99 m, kiedy usłyszała, że zwyciężczyni olimpijskiego konkursu do złota potrzebowała skoczyć “tylko” 1,97 m… Z czasem Justyna Kasprzycka-Pyra zrobiła się w tej walce coraz bardziej osamotniona.

– Wokół mnie zawsze było wiele osób, na które mogłam liczyć, ale nie ma się co oszukiwać – moja metryka w pewnym momencie zaczęła mówić swoje. Stopniowo zaczynałam słyszeć coraz częściej, że już nie warto, że lepiej dać sobie spokój. Długo starałam się odsuwać te myśli, ale w którymś momencie trzeba było podjąć męską decyzję. Chciałabym trenować i startować dłużej, ale niestety nie udało mi się wrócić na zadowalający poziom sportowy. Mogę powiedzieć, że w kategoriach czysto ludzkich jestem już zdrowa, ale jest spora różnica między byciem zdrowym człowiekiem, a byciem zdrowym sportowcem – tłumaczy zawodniczka.

Na czym polegał jej pech? Problemy zdrowotne zaczęły się jeszcze zanim pojawiły się programy wspierające czołowych lekkoatletów. W związku z tym zawodniczka zdecydowała się dołączyć do wojska i w szczycie swojej kariery przeszła wyniszczające, czteromiesięczne szkolenie, które jakoś trzeba było pogodzić przecież z treningami. Przetrenowany organizm w końcu się poddał, a jedynym pozytywem całej sprawy było to, że czołowa polska lekkoatletka przez pewien czas mogła liczyć na wojskowe wsparcie.

Przyszłość ze sportem w tle?

– Dziś myślę, że inaczej pogodziłabym obowiązki wojskowe z treningami. Wtedy czułam się dobrze pod względem fizycznym. Nie czułam się aż tak bardzo przemęczona i byłam przekonana, że to wytrzymam. Niestety, organizm nie dał rady. Trzeba było to jednak inaczej rozegrać. Przez dwa lata mogłam też liczyć na wsparcie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Nie mogę narzekać – otrzymałam spory kredyt zaufania. Byłam też w wojskowym zespole sportowym i z tego tytułu również mogłam liczyć na pewne wsparcie finansowe, ale to też trwało do czasu. W zawodowym sporcie jest tak, że kiedy przestajesz przynosić wyniki, to prędzej czy później możesz już liczyć tylko na siebie. Trzeba było w końcu podjąć trudną, ale konieczną decyzję – dodaje Kasprzycka-Pyra.

– To ogłoszenie to tylko formalność – myślałam o tym już od pewnego czasu, ale musiałam do tego po prostu dojrzeć. Zresztą chyba cały czas miałam jeszcze nadzieję, że może w końcu nastąpi jakiś przełom, że uda mi się pogodzić treningi z pracą i z życiem rodzinnym. Walka o powrót do zdrowia przebiegała etapami. Raz było lepiej, raz znowu gorzej, ale długo łudziłam się, że to w końcu ruszy na dobre. Niestety, przerwa od skakania bez bólu była bardzo długa i dużo rzeczy odłożyło się w głowie. Do tego chyba zbyt duża presja powrotu do formy sprawiła, że zaczęłam robić więcej błędów w technice. Czułam, że to już nie to, a poza tym w międzyczasie zmieniły się moje perspektywy i możliwości treningu. Przestałam być objęta szkoleniem i nie mogłam sobie pozwolić na trening i regenerację w pełnym zakresie. Choć mój klub AZS-AWF Wrocław starał się mnie wspierać, w pewnym momencie i tak większość musiałam finansować sama. Dlatego też zaczęłam się zastanawiać, czy to ma jeszcze sens – przyznaje 32-latka.

O przyszłość w sporcie lekkoatletka walczyła długo i konsekwentnie, ale w końcu trzeba było zmierzyć się z faktami. A te pokazują, że Justyna Kasprzycka-Pyra po powrocie w 2017 roku maksymalnie skoczyła “tylko” 1,75 m. Lepsze wyniki osiągała w 2003 roku jako juniorka. Krajobraz polskiego skoku wzwyż po jej decyzji wyraźnie zubożał – w światowej czołówce liczy się już tylko Kamila Lićwinko, długoletnia rywalka na krajowych i światowych arenach oraz przede wszystkim dobra znajoma.

– Znamy się kilkanaście lat – właściwie od początku trenowania. Mamy za sobą wiele wspólnych obozów, zawodów i treningów. Podczas startów każda z nas walczyła o swoje, ale ta walka nas wzajemnie napędzała. Często jeździłyśmy na zawody same – bez trenerów. Wtedy jedna drugiej zawsze pomagała. Rywalizacja jest zawsze obecna w sporcie, ale w naszym przypadku była to rywalizacja na stopie koleżeńskiej – zawsze starałyśmy sobie w miarę możliwości pomagać. Kama świetnie radziła sobie w hali, ja na stadionie – napędzałyśmy się nawzajem – tłumaczy Justyna Kasprzycka-Pyra.

Co dalej? Na razie jest spokojnie pogodzenie się z losem i próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Bywało różnie – walcząca o zdrowie lekkoatletka chwilami miała dość wielkiego sportu, by potem za nim tęsknić. Na razie nie chce snuć długofalowych planów, ale nie ukrywa zmartwienia brakiem młodych zawodniczek, które mogłyby aspirować do czegoś więcej. A tak w żeńskim skoku wzwyż w Polsce wciąż dominuje Kamila Lićwinko, a po niej już długo, długo nic…

– Naprawdę był taki moment, że musiałam się od tego wszystkiego odsunąć. Nie mogłam już patrzeć na ten sport – pojawiło się takie zmęczenie psychiczne. W przyszłości – za kilka lat – chciałabym się jednak widzieć przy tej dyscyplinie. To wciąż moja pasja i wiem, że ciągle lubię się tym zajmować. Mam doświadczenie – zarówno teoretycznie, jak i praktyczne. Fajnie byłoby to przekazać gdzieś dalej, bo do wielu rzeczy doszłam na własnych błędach. Myślę, że młodym zawodnikom mogłoby to w jakiś sposób pomóc – kończy Justyna Kasprzycka-Pyra, dwukrotna mistrzyni Polski.

 

KACPER BARTOSIAK

 

 

 

fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez