Julian Alaphilippe. Showman, który zamiast przy perkusji usiadł na rowerze

Julian Alaphilippe. Showman, który zamiast przy perkusji usiadł na rowerze

Jest jak wyjęty z poprzedniej epoki. Jego styl pasowałby idealnie do lat 50. czy 60., gdy liczyła się czysta moc i chęci do atakowania. Bliscy i znajomi mówią o nim, że to dusza towarzystwa, gość, który zawsze się uśmiecha, żartuje i wprawia cię w dobry nastrój. Szaleje i na rowerze, i gdy z niego zsiada. Uwielbia się dobrze bawić. Przy tym wszystkim jest jednak cholernie dobrym kolarzem. W zeszłym roku – najlepszym na świecie. Nic dziwnego, że fani go uwielbiają.

Lider

Przed startem tegorocznego Tour de France mówił, że nie nastawia się na walkę o klasyfikację generalną, ale swoje cele ma. Dodawał też, że będzie „aktywny jak zawsze”. W ciemno można było więc zakładać, że postara się o wygranie choć jednego etapu i założenie na kilka dni żółtej koszulki lidera. Zrobił to bardzo szybko – już drugiego dnia Wielkiej Pętli zaatakował na podjeździe, a potem wygrał sprinterski finisz z trzyosobowej ucieczki, tuż przed tym, jak na metę wpadł też peleton.

Ten etap dedykował ojcu. Jacques Alaphilippe chorował od lat. W zeszłym sezonie pojawił się na trasie Tour de France i obserwował sukcesy syna, ale już wtedy był przykuty do wózka. 28 czerwca tego roku zmarł. Na mecie wygranego przez siebie etapu Julian nie był w stanie pohamować łez.

Zwycięstwo na etapie Touru to zawsze specjalne uczucie, a to też wyjątkowy rok. Nie wygrałem żadnego wyścigu od początku sezonu, chociaż cały czas mocno pracowałem. Chciałem zadedykować to zwycięstwo mojemu tacie. To wiele dla mnie znaczy i cieszę się, że udało mi się to zrobić. Poprosiłem zespół, aby naprawdę mocno pracował dla mnie na ostatnim podjeździe, ponieważ w grupie liderów zostało niewielu kolarzy. Dałem z siebie wszystko, bo nie miałem nic do stracenia – mówił.

Potem, na kolejnych kilku etapach, bronił prowadzenia. Stracił je wczoraj, ale nie z powodu słabej jazdy, a nałożonej na niego kary 20 sekund za… pobranie bidonu w niewłaściwym miejscu. Tym sposobem to Adam Yates został nowym liderem wyścigu. Alaphilippe z pewnością nie powiedział jednak ostatniego słowa – w końcu rok temu też żółtą koszulkę tracił, ale tylko po to, by ją odzyskać i jeszcze długo w niej pojeździć.

To wtedy Francuzi – którzy uwielbiali go już wcześniej – wprost oszaleli na jego punkcie. I wtedy też Julian Alaphilippe potwierdził dobitnie, jak genialnym i uniwersalnym jest kolarzem. A przecież wcale nie miał nim zostać.

Ojciec chciał inaczej

Jo, jak zwykle nazywano tatę Juliana, był muzykiem, grał na perkusji. Chciał, by syn poszedł w życiu tą samą drogą, zapisał go nawet do szkoły muzycznej. Julian wytrwał w niej trzy lata. – Nauka solfeggio, to jest znacznie gorsze niż szkoła! Nigdy nie potrafiłem skoncentrować się w klasie, byłem hiperaktywny – wspominał sam kolarz na łamach „Le Parisien”. Szkołę zresztą rzucił stosunkowo szybko, zamiast tego zrobił dyplom mechanika, który do dziś mu się przydaje, gdy na trasie coś dzieje się z jego rowerem. Czasem lubi też „pogrzebać” w motocyklach.

Jego rodzina pamięta, że jako dziecko wszędzie go było pełno. Nie potrafił usiedzieć na miejscu, cały czas musiał coś robić. Rozsadzała go energia. Dopiero sport pozwolił mu się nieco uspokoić. Jego miłość do kolarstwa pojawiła się w sumie samoistnie. – Mieszkaliśmy w mieście, więc cały czas jeździliśmy po okolicy na rowerach – wspominał Bryan, jego młodszy brat, zresztą również kolarz. – Julian i ja zawsze byliśmy blisko. Kiedy zdecydował, że chce spróbować kolarstwa na poważnie, poszedłem w jego ślady.

Starszy z Alaphilippe’ów zaczął od kolarstwa przełajowego. W wieku 17 lat został wicemistrzem świata juniorów. Wtedy wielu dostrzegło w nim talent, który jednak Julian poparł ogromną pracą. Już jako nastolatek sam organizował sobie niesamowicie trudne treningi. Bywało, że jego ojciec jechał za nim autem w środku nocy, by młody kolarz mógł bezpiecznie pedałować, oświetlony samochodowymi reflektorami.

Jego rodzice – choć pierwotnie planowali dla syna inną przyszłość – wspierali go w podjętej decyzji. Zresztą to też nie tak, że Julian całkowicie z muzyki zrezygnował. Do dziś lubi pograć na perkusji, choć ze względu na podróże ma na to mniej czasu. – To świetny sposób na odreagowanie stresu. Szkoda, że nie mogę grać częściej, chciałbym móc to zrobić, ale równocześnie wspaniale jest skupić się na kolarstwie i osiągać takie wyniki. Super sprawa! – mówił przed kilkoma laty.

To jednak cytat z czasów, gdy już odnosił sukcesy. A przecież jeszcze kilka sezonów wcześniej wydawało się, że w ogóle może nie trafić do ekipy z World Touru.

Nie od razu Juliana zakontraktowano

Wspomniane mistrzostwa świata juniorów nie okazały się w karierze Alaphilippe’a wielkim przełomem, jakiego pewnie oczekiwał. W Czechach pojechał znakomicie, ale we Francji uwagę przykuło głównie złoto Arnaud Jouffroya, który triumfował w wyższej kategorii wiekowej – do lat 23. Nie kojarzycie go? No właśnie, w tym rzecz. Dziś to kolarz, który popadł w zapomnienie. Julian Alaphilippe wręcz przeciwnie.

Młody Francuz został dostrzeżony przez zawodowe ekipy stosunkowo szybko. Tyle że żadna nie zdecydowała się na jego zatrudnienie. Patrick Lefevere, menedżer ekipy Quick Step, w której od dobrych kilku lat jeździ Julian, pamięta, że mógł go do niej ściągnąć znacznie wcześniej. – Miał wtedy 19 lat. Był za młody, żebym zapłacić mu pełne wynagrodzenie. Nie byliśmy też wtedy jeszcze świadomi jego umiejętności, tego, jak zareaguje pod presją, gdy cały zespół będzie na niego liczyć – mówił. Stąd nie zdecydował się wówczas na zatrudnienie Alaphilippe’a.

Ten zastanowił się przez chwilę co zrobić i postanowił dołączyć do ekipy L’Armee de Terre, zespołu sponsorowanego przez… francuskie wojsko. Po całkiem udanym sezonie 2012 – gdy pokazał się między innymi na trasie Coupe des nations Ville Saguenay, gdzie wygrał jeden z etapów i zajął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej – Lefevere raz jeszcze zwrócił na niego uwagę. Wciąż nie był przekonany do pomysłu sprowadzenia Francuza do pierwszej ekipy. Ale akurat otworzyła się dla Juliana inna możliwość.

Stworzyłem zespół rezerw. Zatrudniliśmy więc go w nim za minimalną stawkę – wspominał. Alaphilippe w tej ekipie jeździł przez rok. Tyle wystarczyło, by pokazać szefostwu Quick Stepu, że warto na niego postawić. Brian Holm, dyrektor sportowy drużyny, mówił niegdyś na łamach VeloNews, że widział mnóstwo kolarzy podobnych do Francuza. Ale wielu z nich zachowywało się zupełnie inaczej. A Julianowi zależało na tym, by się rozwijać i uczyć. Chciał to robić i był na to gotowy. Do tego doświadczenie z kolarstwa przełajowego i pewien instynkt, który miał, a którego nie da się nauczyć, sprawiły, że zdecydowano się dać mu szansę.

Jak się okazało, nie miał zamiaru jej zmarnować.

Harówa dla Kwiatka

Na poziomie World Touru jeździć zaczął w 2014. W ekipie Quick Step był wtedy, oczywiście, głównie pomocnikiem. Choć zdarzało mu się odnosić małe sukcesy. Pierwsze profesjonalne zwycięstwo zgarnął już w tamtym sezonie na trasie Tour de l’Ain, gdy wygrał etap z ucieczki. – Oczywiście, że jestem niesamowicie szczęśliwy. To marzenie wygrać we Francji jako francuski kolarz. Dla mnie to eksplozja radości – mówił.

Pierwsze skrzypce w tym zespole odgrywał w tamtym okresie… Michał Kwiatkowski. To on był jego liderem na większości najważniejszych wyścigów. Julian miał być jednym z tych, którzy pomogą mu je wygrać. Jak prezentował się jako pomocnik?

– Nigdy nie miał z tym problemu – wspomina Michał Gołaś, który wówczas jeździł w tym samym zespole. – Miał już wtedy takie dni, gdy bywał liderem naszej drużyny, ale faktycznie był trochę przyćmiony przez Michała Kwiatkowskiego, który był liderem na jednodniowych wyścigach. Julian wtedy dopiero wkraczał do peletonu, choć miał przebłyski. Pamiętam, gdy na Tour of Beijing byliśmy razem w ucieczce, ja zbierałem punkty do klasyfikacji górskiej, a on miał walczyć w końcówce, na niego jechaliśmy. Okazało się jednak, że nie miał dobrej nogi i się nie udało. Potem bardzo nas przepraszał, że nie wyszło tak, jak chciał. Nigdy nie miał też problemów z tym, żeby pomóc innym. Taką mentalność członka wielkiej drużyny miał w sobie od zawsze. Nie było z tym problemów, zawsze był dobrym kolegą. To, że teraz jest liderem, wydaje mi się naturalne.

Alaphilippe często powtarzał, że czuł dumę, gdy gratulowano mu za jego pomoc. Tak jak na przykład na trasie Amstel Gold Race, gdy Kwiatkowski okazał się najlepszy i wychwalał w wywiadach swoją ekipę, z Julianem na czele. Dziś on sam nigdy nie zapomina, by podziękować kolegom za wsparcie. Choć Kwiatkowskiemu powinien dziękować za jeszcze jedną rzecz – że ten przeszedł do Team Sky. Bo tak naprawdę to właśnie odejście Michała z ekipy Quick Step pozwoliło Alaphilippe’owi rozwinąć w pełni skrzydła.

Sukcesy

Swój pierwszy wielki sukces odniósł w 2016 roku na trasie Tour of California, gdy wygrał całą imprezę (choć wówczas jeszcze nie znajdującą się w kalendarzu World Touru). Wtedy Kwiato już nie jeździł w tej ekipie, a Julian coraz częściej stawał się jej kolarzem numer jeden. Już rok wcześniej, na trasie Walońskiej Strzały, miał być pomocnikiem Polaka, ale ten w pewnym momencie znalazł się z tyłu. Rolę lidera na finiszu powierzono więc w ostatniej chwili Julianowi. Ten skończył drugi, tuż za Alejandro Valverde, który królował w tej imprezie nieprzerwanie od 2014 roku. Później wielu twierdziło, że przełomem w karierze Francuza okazał się właśnie ten wyścig.

Niedługo po tym znów był drugi – tym razem na trasie Liege-Bastogne-Liege, innego wielkiego jednodniowego wyścigu, ponownie za Valverde. Coraz częściej prezentował swe możliwości, szybko więc przedłużono z nim kontrakt. – Dostaję więcej szans. Staram się rozwijać, wciąż uczę się, jak osiągać wyniki w konkretnych wyścigach. Moment, gdy to wszystko “zakliknęło”, miałem na trasie wyścigu Paryż-Nicea. Każdego dnia świetnie mi się jechało, pracowałem na Michała. Zyskałem mnóstwo pewności siebie. Jestem zwycięzcą, zawsze chcę wygrywać, taką mam mentalność – mówił, tłumacząc swój nagły wzrost formy i świetne wyniki.

Tę mentalność faktycznie prezentował. W kolejnych startach zawsze coś osiągał: a to wygrywał etapy, a to finiszował w najlepszej dziesiątce wyścigu, a to pokazywał się w ucieczkach. Nagle nastąpił jednak wielki spadek jego formy. Przyczyną okazała się być choroba – mononukleoza. – To bardzo dziwne uczucie. Cały czas czujesz się wykończony, nawet jeśli sporo odpoczywasz. Budzisz się rano i czujesz się tak zmęczony, jakby był wieczór. To trudne dla głowy. Skończyłem sezon zmęczony i rozczarowany. Na mistrzostwach świata nie byłem sobą. Teraz muszę o siebie zadbać. Nie ma rozwiązań, trzeba odpoczywać – mówił.

Gdy się wyleczył, niemal od razu zaczął znów jeździć na swoim poziomie. W Walońskiej Strzale ponownie był drugi. Potem przyszedł wspomniany triumf w Tour of California. W końcu pojechał na swoje pierwsze Tour de France. Tam pokazywał się z naprawdę dobrej strony, stawał na etapowych podium, przez kilka dni nosił koszulkę dla najlepszego młodzieżowca, ale najlepiej zapamiętany został… z fotografii wykonanej w momencie, w którym leciał na skały. Dosłownie. Niżej możecie ją zobaczyć.

Kraksa Juliana Alaphilippe’a z Tour de France 2016. Fot. profil zespołu Deceuninck Quick Step/Twitter

Wygląda strasznie, co? To dodajmy od razu, że Julianowi… nic się nie stało. Skończył tamten etap, a dwa dni później atakował i był piąty w górach. – Wywróciło mnie do góry nogami, jak naleśnika. Musiałem wrócić na rower. Po ataku [terrorystycznym, który miał miejsce dzień wcześniej – przyp. red.] w Nicei nie miałem zamiaru narzekać. Ludzie stracili członków rodzin, a ja miałbym mówić, że boli mnie ręka? – pytał dziennikarzy. Tour więc ukończył.

Po przygodach we Francji trafił na igrzyska. W Rio de Janeiro omal nie stanął na podium – w wyścigu ze startu wspólnego zajął czwarte miejsce. Gdyby nie kraksa na zjeździe, pewnie mógłby zostać nawet mistrzem olimpijskim. A tak skończył 22 sekundy za Gregiem van Avermaetem i ledwie kilka za trzecim Rafałem Majką. Tamto niepowodzenie jest pewnie jedną z głównych przyczyn tego, że dziś często mówi o Tokio i marzy o olimpijskim złocie.

W kolejnym sezonie miało być jeszcze lepiej. Przeszkodziła mu jednak kontuzja kolana, przez którą stracił kilka miesięcy, a przede wszystkim odpadł mu wyjazd na Tour de France. Niedługo przed nim musiał bowiem przejść operację. – Jestem naprawdę smutny, brakuje mi słów, by to wyrazić. Tour de France było moim głównym celem w tym roku. Okazało się, że muszę je ominąć i to po tym, jak odpuściłem ardeńskie klasyki. To wielkie rozczarowanie – mówił. Do ścigania wrócił dopiero w lipcu, w ramach rekompensaty pojechał na Vueltę, gdzie wygrał pierwszy w karierze etap wielkiego touru.

W 2018 wszystko to sobie odbił. To wtedy rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo Francuzów na jego punkcie. Wreszcie przerwał dominację Alejandro Valverde na trasie Walońskiej Strzały. Tym razem ograł Hiszpana na ostatnich metrach i sięgnął po triumf. Potem pojechał na Tour de France, gdzie nie tylko wygrał dwa etapy, ale też triumfował w klasyfikacji dla najlepszego górala. Później dołożył do tego jeszcze triumf w Clasica de San Sebastian i Tour of Britain. Coraz częściej zauważano, że stał się kolarzem uniwersalnym, gotowym wygrywać nie tylko klasyczne wyścigi jednodniowe, ale też walczyć na tygodniowych imprezach czy o mniejsze cele w wielkich tourach.

Każdego roku od przejścia na profesjonalizm osiągam dobre wyniki. Próbuję się uczyć, wyciągać wnioski i z dobrych, i ze złych sytuacji. Ważne jest, by uczyć się na własnych doświadczeniach. Przez te kilka lat dojrzałem fizycznie, zwiększyłem swoją siłę, ale też nauczyłem się lepiej jeździć i trenować. Jestem bardziej skupiony – mówił.

Zgadza się z tym Michał Gołaś, który dodaje, że gdy jeździł w tym samym zespole, Julian miał spore rezerwy… ze swojej winy. – Sześć temu nie podejrzewałem, że będzie aż na takim poziomie. Miał, oczywiście, ogromny talent. Rezerwa polegała na tym, że tych ładnych kilka lat temu jeszcze nie był kolarzem na sto procent. W takim sensie, że bardzo luźno podchodził do treningów i jeszcze nie korzystał w pełni ze swojego potencjału. W rękach Quick Stepu, gdzie są świetni trenerzy, dyrektorzy sportowi i ekipa, zaczął w końcu prezentować swoje możliwości.

Tamten rok zakończył jednak rozczarowaniem. Był jednym z faworytów do zdobycia tytułu mistrza świata, jednak na trudnym podjeździe w Innsbrucku, zwanym Piekłem, po prostu nie wytrzymał. Dojechał ósmy, a potem przepraszał kolegów z kadry. – Trudno było mi zaakceptować, że nie jestem w stanie utrzymać się z innymi. Fizycznie czułem ból. Nie mogłem go wytrzymać. Myślałem tylko o tym, żeby jakoś dojechać i wrócić do domu – wspominał.

Nie wiedział wtedy jeszcze, że niespełna rok później zostanie narodowym bohaterem Francuzów.

Tour de Alaphilippe

Zaczęło się od dobrych występów we Vuelta a San Juan i Tour Colombia. Potem wygrał Strade Bianche, niespodziewanie zgarnął szósty etap Tirreno-Adriatico i zanotował zwycięstwo na trasie Mediolan-San Remo, gdzie pokonał zresztą Kwiatkowskiego, od którego równocześnie bardzo się różni i… bardzo go przypomina. – Jeśli chodzi o osobowości to na pewno są różni. Julian ma o wiele luźniejsze podejście, nie robi sobie wielkich planów na przyszłość. Jeśli jednak chodzi o kolarstwo, to są bardzo podobni pod względem profilu. Obaj walczą w podobnych wyścigach i przez to, że Alaphilippe został w Quick Stepie ma teraz o wiele więcej swobody. Może w pełni pokazywać swój potencjał – mówi Gołaś.  

Potem Julian do tych wszystkich zwycięstw dołożył jeszcze jedno – drugi raz z rzędu okazał się najlepszy na trasie Walońskiej Strzały. Obronił tytuł, jak wcześniej robił to Valverde. Teraz to on został królem tego wyścigu.

Ponownie wygrać Walońską Strzałę to coś wyjątkowego. Przed rokiem byłem niesamowicie szczęśliwy, a dziś jestem jeszcze bardziej. To wyścig, który jest naprawdę bliski memu sercu. Można mówić, że to było łatwe zwycięstwo. Wyścig był jednak naprawdę wymagający. Tempo było wysokie, dokuczał wiatr. Końcówka była bardzo nerwowa – mówił, opromieniony swoimi świetnymi wynikami.

Jego wiosna była wprost fantastyczna. Wszędzie, gdzie się pojawił, notował bardzo dobry występ. W konsekwencji został liderem rankingu Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Pokazał się też, jako bardzo uczciwy kolarz. Gdy na trasie Liege-Bastogne-Liege czuł, że wyjątkowo sobie nie poradzi, tuż przed ostatnim podjazdem podjechał do Jakoba Fuglsanga z Astany, z którym często wtedy rywalizował. Powiedział mu wprost: „nie mam nogi, jeśli chcesz, jedź. Liczę, że to wygrasz”. Alaphilippe wylądował poza pierwszą dziesiątką. Fuglsang wygrał.

Po takiej wiośnie można było popaść w zachwyt. Ale Alaphilippe nie spoczywał na laurach. Pracował na to, by Tour de France też okazało się dla niego świetne. Cel osiągnął.

Nie tylko wygrał dwa etapy, nie tylko regularnie pokazywał się w kolejnych znakomitych atakach, nieustannie zachwycał tym, jak jeździł. Przede wszystkim przez większość wyścigu (14 z 21 etapów) to on nosił żółtą koszulkę lidera. Czym zresztą był zdziwiony. – Zaskoczyłem siebie tym, że zdobyłem tę koszulkę. Zużyłem wiele energii, ale nie wyobrażałem sobie, że będę nosić tę koszulkę, ani że potem wygram czasówkę przed Geraintem Thomasem. Sam jestem widzem w swoim show. Codziennie się zaskakuję – mówił mediom.

Jeździł tak dobrze, że niemal natychmiast pojawiły się oskarżenia o doping. Szybko je ucinał, mówił, że wie, jaką pracę wykonał, by znaleźć się tam, gdzie jest. I to mu wystarcza, a ludzie niech gadają, jeśli koniecznie chcą. Choć faktycznie, jeździł wręcz zbyt dobrze, zachwycał. Na trzecim etapie, po którym po raz pierwszy ubrał koszulkę lidera, zaatakował na 15 kilometrów przed końcem, tuż przed szczytem niewielkiego wzniesienia, a potem na zjeździe – te są jego specjalnością – uciekał rywalom. Nikt inny tak nie zaryzykował, faworyci stwierdzili, że nie chcą tego robić tak wcześnie, że nie ma potrzeby. Francuz więc wygrał i to z przewagą, która dała mu żółtą koszulkę.

Gdy ją stracił, był zdenerwowany. Jeszcze bardziej, gdy nie udało mu się jej odzyskać tak szybko, jak to sobie zaplanował. W końcu jednak dopiął swego, znów ją założył. Wiedział, co powtarzał regularnie, że nie jest gotowy na zwycięstwo w całym wyścigu. Ale swoje osiągnął. Wielkim wyróżnieniem było dla niego to, że jechał jako lider w narodowe święto Francji, 14 lipca. Przez długi czas trzymał się na czele klasyfikacji generalnej, w końcu musiał jednak uznać wyższość najlepszych górali. Tyle tylko, że gdy dziś wspomina się ten wyścig, to jako pierwszy przychodzi do głowy Alaphilippe i jego jazda.

Francuzi go za to pokochali. Wiedzieli, że raczej nie wygra i nie przerwie trwającej od 1985 roku niemocy tamtejszych kolarzy w ich narodowym wyścigu. Ale widzieli, jak jeździł. Widzieli też, jak po zakończeniu jednego z etapów, zdjął żółtą koszulkę i dał ją marznącemu chłopcu, by ten się ogrzał. Widzieli, jak walczył, jak się starał, jak wypruwał sobie żyły. I bili brawo swojemu Muszkieterowi. Nawet gdy stało się to, czego się spodziewano i Alaphilippe stracił koszulkę. Na nieco ponad rok. Bo w trwającym Tour de France też już zdążył ją założyć. I też bez marzeń o tym, że wjedzie w niej do Paryża. Pytania jednak pozostają: czy Julian Alaphilippe kiedykolwiek stanie się kolarzem na zwycięstwo w wielkim tourze?

– Nie sądzę – mówi Gołaś. – Myślę, że ten trzeci tydzień [tradycyjnie z najwyższymi wzniesieniami i najtrudniejszymi podjazdami – przyp. red.] to już dla niego nieco za dużo. Teraz jest też na celowniku innych ekip i te sekundy czy minuty, które zbierał w poprzednich latach w pierwszych dwóch tygodniach, nie będą wpadały tak łatwo, bo nikt mu nie pozwoli na ich zbieranie. Nie sądzę więc, żeby mógł wygrać, ale na pewno napędzi strachu innym ekipom. Bo jest groźny i wciąż nie wiadomo, jakie są jego limity.

Limity są pewnie ogromne. Ale to wie tylko on sam i tylko on siebie ogranicza. Niedługo po ubiegłorocznym Tourze Alaphilippe zapowiedział, że nadal będzie „robił rzeczy po swojemu”. Czyli właściwie jak?

Nie z tej epoki

Opisać go jednym słowem? – pyta Michał Gołaś i zastanawia się przez chwilę. – Chyba byłoby to „nieszablonowy”. On ma inne podejście, niż to, które widzimy w ostatnich latach. Podchodzi zupełnie na luzie do kolarstwa. I to daje efekty.

A czy porównania, których często się używa, do Petera Sagana są słuszne?

No tak, to jest showman. Od najmłodszych lat taki był, taki ma charakter. To nie jest w ogóle wymuszone. O ile Petera też trochę znam i on przed kamerą jest o wiele bardziej otwarty, robi wiele rzeczy dla publiczności, to uważam, że w życiu jest nieco spokojniejszy i bardziej introwertyczny. A Julian na co dzień też jest wiecznie uśmiechnięty, otwarty na ludzi. Na rowerze również jest sobą i można to zobaczyć.

Alaphilippe w zespole to skarb. Nie tylko dlatego, że tak genialnie jeździ. To gość, który zawsze jest w stanie rozluźnić napiętą atmosferę. Zaraża uśmiechem. Trudno go zobaczyć w złym humorze. Nawet jeśli ma gorszy dzień, nie daje po sobie tego poznać. Do życia nastawiony jest pozytywnie, czerpie z niego pełnymi garściami. Poza wyścigami i w ich trakcie. Bo to kolarz, którego fani po prostu chcą oglądać. W czasach obliczania niezbędnej przewagi co do sekundy i miejsca na wykonanie ataku co do metra, on to wszystko robi tak, jakby ktoś dopiero co wsadził go do wehikułu czasu i sprowadził tu z lat 60.

– On jest tak ofensywny, że nawet gdy nie jest w optymalnej formie, to stara się zrobić show. Na pewno ten jego styl jazdy wszystkim się podoba. Potrafi też – jak w trwającym Tourze na etapie w Nicei, gdy wszyscy wiedzieli, że zaatakuje i będzie chciał wygrać etap – udźwignąć tę presję. Może ten luz pomaga mu w tym, by w kluczowych momentach nie wymiękać. To jest wręcz taki bohater romantyczny. Pewnie dlatego też tak podoba się ludziom. Ma nieszablonowe podejście. Ten modern cycling, który teraz panuje – gdzie wszystko jest obliczone, zaplanowane – go nie dotyczy. On jest innym kolarzem i daje sobie radę – mówi Gołaś.

Sam Alaphilippe mówił o sobie, że jest widzem i aktorem równocześnie. Sam często jakby z oddali patrzy na to, co wyczynia na rowerze i ten widok sprawia mu frajdę. Tym, co mówią ludzie, niespecjalnie się przejmuje. Takie podejście sprawia, że prawdopodobnie nigdy nie zostanie zawodnikiem zdolnym wygrać wielki tour. Bo brak mu tej kalkulacji, brak chłodnej głowy. Ale z drugiej strony to wszystko sprawia, że chce się go oglądać, chce się za niego trzymać kciuki. Kolejne triumfy Chrisa Froome’a na Tour de France się podziwiało i szanowało. Za jego moc, opanowanie i perfekcję. Ale to Alaphilippe’a – który takich sukcesów w tym wyścigu pewnie nigdy nie osiągnie – ogląda się znacznie lepiej.

Najlepiej ujął to zresztą Caley Fretz w swoim artykule dla „Cycling Tips”, gdy napisał, że “Julian Alaphilippe nigdy nie wygra wielkiego touru. Możliwe, że były w stanie to zrobić, gdyby tylko chciał. Ale nie wygra”. Bo taki już jest. I nie chce się zmieniać.

Jakaś sytuacja, która mi się z nim kojarzy? Ardeny. Pierwszy raz, jak tam rywalizował. Chyba w 2015 roku. Pamiętam, że zakochał się tam w jednej z dziewczyn z hotelu. To taka śmieszna sytuacja – był wtedy chyba trzy razy na podium w tygodniu, a nie wiem, czy przespał łącznie z 15 godzin. To jest całe jego podejście – jak się zapali do niektórych spraw, to kolarstwo idzie na drugi plan. Ale z drugiej strony wyniki miał, więc chyba mu to nie zaszkodziło – wspomina ze śmiechem Michał Gołaś.

Alaphilippe kocha dobrą zabawę. Na rowerze również, a może przede wszystkim. Często mówi, że tym, czego w kolarstwie poszukuje przede wszystkim jest “fun”. Musi go czuć, gdy rywalizuje. Dla niego najlepsze wyścigi to te najtrudniejsze, gdy ma świadomość, że zwycięstwo będzie czymś cholernie wielkim. Być jak robot? To nie w jego naturze. Znudziłby się zbyt szybko, tak twierdzi. Nie tędy droga. Jeśli przez to coś przegra, to w porządku. Przynajmniej pozostanie w zgodzie z samym sobą.

Choć to niełatwa sprawa, bo jego natura bywa skomplikowana. Z jednej strony to gość, który zawsze chciałby wygrywać. Z drugiej – jeśli dobrze się bawi, to nie musi tego robić. Jest liderem swojego zespołu, ale gdy tylko ma okazję, chętnie pracuje na innych. Po wyścigach zawsze jedną z pierwszych rzeczy, jakie robi, jest telefon do rodziny. Jego mama twierdzi, że dalej brzmi, jakby miał 16 lat. I często dalej się tak zachowuje. Uwielbia na przykład żartować.

– To takie cyrkowe kawały. To jeździ na jednym kole, to skacze, to robi dowcipy w peletonie – komuś wyciągnie batona z kieszeni, a innemu go potem da. Sporo z tego śmiechu. Wiadomo, że dziś Julian to już inny kaliber kolarza, ma o wiele więcej rzeczy na głowie. Cały świat na niego patrzy. Nie do końca może być sobą. Czasem ma jeszcze energię na to, by coś takiego zrobić, ale nie może też non stop skupiać na sobie kamer. Jest praktycznie bohaterem narodowym, trochę to kosztuje – mówi Michał Gołaś.

Alaphilippe jednak ten wzrok kamer zdaje się uwielbiać. Również na Tour de France, gdzie z pewnością jeszcze powalczy o odzyskanie żółtej koszulki lidera. Parafrazując Szekspira: cały ten wyścig to scena, a Julian jest na nim jednym z najważniejszych aktorów. I to mu pasuje.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez